czwartek, 12 stycznia 2012

Nową serię książek podróżniczych Szlaki ludzi ciekawych odkryłam na krakowskich Targach Książki. Ładnie wydane, pełne kolorowych fotografii, ubrane w mięciutką okładkę, tak charakterystyczną dla Bezdroży - książki kusiły i zapraszały do zapoznania się z ich wnętrzem. Na pierwszy ogień poszła Campa w sakwach.

Autor, Piotr Strzeżysz jest rowerowym zapaleńcem - na jednośladzie zwiedził ponad trzydzieści krajów w obrębie czterech kontynentów. Campa... jest zapisem dwóch wypraw na Dach Świata, które autor odbył w dość specyficznych warunkach - pierwszą podczas pory deszczowej, drugą - w czasie zimy. Mimo problemów z nie zawsze sprzyjającą aurą, chińską biurokracją oraz porozumiewaniem się z miejscową ludnością uśmiech nie znikał z twarzy rowerzysty. Nawet wszechobecne prośby o pieniądze (money, money, money!) - co może dziwić, kierowane również przez napotkanego cyklistę, któremu pomógł w naprawie roweru! - nie mogły odebrać mu radości z bycia w drodze. Dla Piotra bowiem nie jest ważny przebyty dystans czy zwiedzone zabytki, lecz ten swoisty stan, w jaki wprawia go podróżowanie.

Campę w sakwach czyta się szybko i przyjemnie, a liczne fotografie ubarwiają lekturę i nadają jej autentyczności (choć jedna z nich zasiała we mnie ziarnko niepokoju - autor napisał, że spał w domu u Chang Suo, a zza krowy stojącej na podwórku wyziera... rozłożony namiot, obok którego stoi rower). Ogromnym plusem publikacji są też liczne wskazówki, których Piotr udziela na wypadek gdyby któryś z czytelników chciał ruszyć jegośladem. Niestety, niektóre przemyślenia autora były zbyt osobiste i nie powinny znaleźć się w książce (kiedy Karina, rowerzystka napotkana w Tybecie, po nocy spędzonej we wspólnym namiocie na kolejny nocleg wybrała hotel, autor skwitował to słowami: Cóż, chyba za słabo grzałem poprzedniej nocy...), a on sam wydawał się osobą niezbyt towarzyską.

Na koniec małe wyjaśnienie odnośnie tytułowej campy, która kojarzyła mi się z campingiem czy obozem, zmieszczonym w rowerowych sakwach. Nic bardziej mylnego! Campa to tybetańska potrawa, składająca się z mąki jęczmiennej wymieszanej z herbatą (oczywiście słoną i z dodatkiem masła).

Bezdroża 2011
Seria: Szlaki ludzi ciekawych 

3 komentarze:

  1. Coraz bardziej cenię książki tego typu. Coraz częsciej dno takowych sięgam :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Brzmi całkiem interesująco, ciekawa jestem, czy te podróże zmieniły w jakikolwiek sposób autora. Bardzo podoba mi się okładka książki.
    Campę jadła, w angielskim pisze się to "tsampa", co nie budzi skojarzeń z campingiem - i szczerze mówiąc pozostałabym przy pisowni angielskiej, co nazwę wymawia się bardziej jako zbitkę "ts" niż "c". W Tybecie i rejonach o kulturze tybetańskiej w Indiach, gdzie byłam, jada się ją zimą często, zapijaną właśnie "po cha", czyli herbatą z masłem jaka i solą. Sama tsampa jest słodkawa, mnie się bardziej kojarzyła z deserem.

    OdpowiedzUsuń
  3. Trudno mi powiedzieć, czy te podróże wpłynęły na autora, ale podejrzewam, że tak - każda wyprawa wzbogaca w jakiś sposób, obdarzając podróżnika doświadczeniem czy mądrością. Czego nauczył się autor czy też co ukształtowały w nim opisane podróże - niestety, mogę się tylko domyślać :)

    OdpowiedzUsuń