Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biografia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biografia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 17 lipca 2016

Ostatnio coraz mniej czasu poświęcam na pisanie recenzji, bo pochłania mnie przyroda - porzucona pasja z dzieciństwa, do której wróciłam po wielu latach. Również lektury coraz częściej dobieram pod tym kątem, dlatego z entuzjazmem sięgnęłam po Chrapiącego ptaka. Początkowo nie mogłam wciągnąć się w historię rodziny Heinrichów, ale nawet nie zauważyłam kiedy zostałam pochłonięta bez reszty. Kolejne nazwiska zaczęły być rozpoznawalne, a poszczególne elementy opowieści zaczęły się układać w jedną całość.

Gerd Heinrich, ojciec autora, był uznanym przyrodnikiem i badaczem gąsieniczników. W celach badawczych wyprawiał się na Bliski Wschód, do Azji Południowo-Wschodniej i Afryki, a trzeba pamiętać, że w pierwszej połowie XX wieku egzotyczne podróże nie były czymś powszechnym. Dla swoich ukochanych gąsieniczników - a oficjalnie w celu pozyskiwania eksponatów dla muzeów przyrodniczych - był w stanie znosić miesiące niewygód i porażek. Na ołtarzu swojej pasji w pewnym sensie złożył również swoje dzieci, które na kilka lat oddał do szkoły z internatem, żeby móc wyruszyć na kolejną wyprawę. W Domu Dobrej Woli Bernd przez długi czas nie mógł się zaaklimatyzować i jedynie ucieczki w świat przyrody pomogły mu zachować równowagę w miejscu, które było dla niego obce i w którym nie czuł wsparcia najbliższych (zwłaszcza uderzyło mnie wspomnienie o tym jak chłopak poprosił ojca o przysłanie na gwiazdkę "pasa, ołówków i pasty do zębów" i nie otrzymał ich). 

Gerd miał serce jedynie do kobiet (był bardzo kochliwy, a prawdziwym darem od losu była tolerancyjna żona, która kochance męża potrafiła zrobić awanturę o porzucenie go, podczas gdy ten powinien skupiać się na pracy badawczej, a nie na przeżywaniu zawodu miłosnego) i do swoich gąsieniczników. Bernd wielokrotnie był dla niego powodem zawodu, bo realizował się w bieganiu i w nowoczesnym nurcie biologii, co ojciec poczytywał niemal za świętokradztwo i odwrócenie się od tradycji rodzinnej. Niełatwo było młodemu Berndowi, ale - jak wspomina - to właśnie spory z papą ukształtowały go i pomogły mu skrystalizować własne poglądy pozostające w zgodzie z zaszczepionymi przez ojca wartościami. 

Chrapiący ptak to książka trudna do sklasyfikowania. Jest to zarówno autobiografia Bernda, jak i biografia Gerda Heinricha, a przy tym saga (choć jednotomowa, ale jakże obszerna) rodu Heinrichów, książka popularnonaukowa, pełna nazw gatunkowych i opisów przyrody, a po części również powieść przygodowa z dość licznymi elementami komizmu sytuacyjnego. Wspomnę choćby o przygodzie Gerda, który podczas zawieruchy wojennej ukrywał się w lesie i mimowolnie był świadkiem dezercji żołnierzy niemieckich. W efekcie zbiegu okoliczności został obdarowany przez sprzyjający los nie tylko zapasami żywności, ale również maszyną do pisania i skrzynką Krzyży Żelaznych, których użył później jako waluty. Trzeba przyznać, że Gerd zdecydowanie urodził się pod szczęśliwą gwiazdą, bo takich szczęśliwych zrządzeń losu doświadczył w swoim barwnym życiu wiele razy.

Zakochałam się w tej książce, w jej autorze - jego sposobie snucia opowieści, osobowości, uporze i podejściu do przyrody. Z zafascynowaniem czytałam o jego udanej próbie przedzierzgnięcia się z "konusa z lasu" w sportowca, a w rozbawienie wprawił mnie pomysł pomalowania wieży ciśnień na terenie znienawidzonej szkoły na pamiątkę swojej w niej obecności oraz - iście "psychologiczne" - podejście do wypełniania formularzy aplikacyjnych na studia, w wyniku czego prawie wszystkie uczelnie nie były zainteresowane jego kandydaturą na studenta. W kwestii podejścia do przyrody poczułam niesamowitą nić porozumienia, mimo iż autor w latach młodzieńczych wybierał jaja i pisklęta z gniazd, a także uśmiercał ptaki. Jak jednak napisał po latach, w parze z zapędami myśliwskimi szło uwielbienie dla nieszczęsnych stworzeń i świadomość, że "wiedza jest ważna, a nie da się jej zdobyć tanim kosztem"*. 

Jedno jest pewne - chcę więcej! Na mojej półce czeka zachwalane przez wszystkich Wieczne życie, ale wiem, że na tej książce nie poprzestanę. Dla Bernda Heinricha jestem nawet w stanie mozolnie przedzierać się przez oryginalne wydania! Wam jego książki gorąco polecam, choć dla kogoś nie zainteresowanego przyrodą Chrapiący ptak może być niełatwą lekturą.

Na koniec przytoczę jedną z licznych mądrych myśli zawartych na kartach książki:

Myślę, że dzieci samorzutnie interesują się światem naturalnym, tyle że często skłonność ta więdnie z powodu braku kontaktu z nim. Inne rzeczy wypełniają pustkę, kiedy chłonne umysły dzieci łakną poznania świata.**

Warto wziąć te słowa pod rozwagę i zamiast smartfona czy tableta podarować dziecku swój czas i zaszczepić w nim ciekawość świata tak, jak Gerd Heinrich zaszczepił w swoim synu.

Czarne 2016
Tytuł oryginału: The Snoring Bird: My Family's Journey Through a Century of Biology
Seria: Menażeria
Przekład: Michał Szczubiałka

* B. Heinrich, Chrapiący ptak. Rodzinna podróż przez stulecie biologii, Wołowiec 2016, s. 405.
** Jw., s. 256.

środa, 25 czerwca 2014


Zbigniewa Lwa-Starowicza nikomu przedstawiać nie trzeba - chyba nie ma osoby, która nie zetknęłaby się przy jakiejś okazji z tym nazwiskiem. Niewielu z nas wie jednak jak wygląda jego życie zawodowe czy prywatne, choć chętnie wyobrażamy je jako pełne erotycznych pokus (wszak gabinet seksuologa odwiedza sporo kobiet) oraz miłosnych przygód, jawiących się jako naturalne przejście od teorii do praktyki. Jak się okazuje nic bardziej mylnego. Tytułowy "pan od seksu" wiedzie bowiem spokojne, ustatkowane i wypełnione pracą życie. Gdy nie przyjmuje pacjentów, występuje jako ekspert w telewizji śniadaniowej lub pisze książki. A tych jest całkiem sporo - jego dorobek pisarski liczy ponad 50 publikacji. Ostatnią z nich jest autobiografia zatytułowana Pan od seksu.

Zgodnie z wymogami konwencji gatunkowej Zbigniew Lew-Starowicz pokrótce przedstawia swoje korzenie i rodzinę oraz opowiada o czasach młodości. Dowiadujemy się skąd wziął się dopisek "Lew" przy jego personaliach i jak wyglądały pierwsze związki słynnego seksuologa. Znacznie więcej uwagi autor poświęcił przedstawieniu swojej drogi zawodowej - od zdobywania wykształcenia w Wojskowej Akademii Medycznej przez pierwszą pracę w poradni Towarzystwa Rozwoju Rodziny po zdobycie ogólnopolskiej sławy. Ze względu na szczególne czasy, w których przyszło Starowiczowi kształcić się, droga ta była bardzo wyboista. Znakiem tych czasów był spór między państwem, reprezentowanym m.in. przez jego uczelnię oraz tygodnik "Itd", w którym publikował swoje felietony, a Kościołem, z którym związany był jako ministrant, a później również przez działalność w duszpasterstwie akademickim czy znajomość z Wyszyńskim. Adept seksuologii nie chciał opowiadać się po żadnej ze stron, w wyniku czego konflikt zaostrzył się do tego stopnia, że otarł się nawet o samego Karola Wojtyłę.

Sporo miejsca Lew-Starowicz poświęcił swojej praktyce lekarskiej, a przede wszystkim swoim pacjentom. Choć poruszana jest kwestia problemów, z którymi się zgłaszali, a w podsumowaniu książki możemy przeczytać raport o seksualności naszych rodaków, zawiodą się ci, którzy liczyli na nieco pikanterii. Autobiografia seksuologa jest bardzo wyważona i elegancka, jej autor odnosi się bowiem do problemów z seksualnością w sposób profesjonalny, czyli kulturalnie i taktownie. 

Pan od seksu to pozycja obowiązkowa dla miłośników biografii oraz tych, których interesują kulisy pracy seksuologa. Choć kilka razy wertowałam przeczytane już strony by rozwiać pojawiające się wątpliwości, książka napisana jest sprawnie i dostarcza przyjemnej rozrywki. A okładka - rewelacyjna!

Znak Literanova 2013

środa, 23 kwietnia 2014

Jedna z najważniejszych kobiet na świecie i w Europie, obecna kanclerz Republiki Federalnej Niemiec niegdyś była zwyczajną dziewczyną z enerdowskiej prowincji. Może nie taką zwyczajną, bo córką pastora, który postanowił przeprowadzić się wraz z rodziną z dostatnich, kapitalistycznych Zachodnich Niemiec do biedy komunistycznego NRD. Jak ta "szara mysz" – jak wielokrotnie jest nazywana przez swoich pierwszych politycznych współpracowników – dostała się na szczyty szczytów międzynarodowej sceny politycznej? Dr hab. Arkadiusz Stempin barwnym językiem odkrywa przed nami kulisy szybkiego awansu córki "czerwonego pastora" z partyjnych dołów na same szczyty.

Lekko Merkel nie miała – wymagający i surowy ojciec, twardo rządzący parafią i domem, nie pozwalał dorastającej nastolatce na szaleństwa. Ale jednocześnie wiele ją nauczył, zwłaszcza jak być twardą w męskim świecie i jak cierpliwością pokonywać przeciwników. Studia na wydziale fizyki tylko wzmogły dotychczas wykształcony charakter i podkreśliły umiejętności analityczne, które jak się później okazało, były bardzo pomocne w politycznej karierze. Aby pokonać kolejne szczeble drabiny wiodącej na samą jej górę Angela Merkel musiała znieść wiele porażek i potknięć, z których potrafiła (choć nie zawsze) wynieść twórcze wnioski.

Arkadiusz Stempin, specjalista od najnowszej historii Niemiec, napisał książkę o bardzo ważnej osobie nie tylko dla Niemców i Europy, ale także dla Polski i Polaków. Na szczęście autor nie podjął się skrupulatnego wymieniania wydarzeń z życia prywatnego pani kanclerz. Do tematu podszedł problemowo, ukazując Angelę Merkel jako świetnego stratega, który, mimo otrzymanego wychowania, zdobytego wykształcenia i nabytego w świecie polityki doświadczenia, nie jest wolny od pomyłek nieraz mających cenę politycznego być albo nie być. Swoją wielkością kanclerz dorównała carycy Katarzynie II, a autor tę potęgę oddał w bardzo przystępnym stylu.

Agora 2014
Seria: Biblioteka Gazety Wyborczej


Na koniec obiecywany już ponad miesiąc temu:

KONKURS :) !!!

Osoby, które są zainteresowane wejściem w posiadanie nieczytanego egzemplarza książki proszone są o zgłoszenie takowej chęci w komentarzu pod postem. 


Regulamin konkursu:
  1. Organizatorem konkursu jest Poczytajka.
  2. Konkurs trwa od 23 kwietnia 2014 roku do 11 maja 2014 roku włącznie. 
  3. Konkurs skierowany jest do osób posiadających adres korespondencyjny na terenie Polski.
  4. Nagrodą w konkursie jest jeden nieczytany egzemplarz książki "Angela Merkel. Cesarzowa Europy" Arkadiusza Stempina.
  5. Aby wziąć udział w losowaniu należy wyrazić chęć otrzymania książki oraz podać adres mailowy (dotyczy osób nie posiadających bloga). 
  6. Zwycięzca zostanie wyłoniony drogą losowania.
  7. Lista zwycięzców losowania zostanie opublikowana na blogu najpóźniej w dniu 13 maja 2014. Dane do wysyłki nagrody należy przesłać w ciągu 7 dni od publikacji zwycięzców. W przypadku nie przesłania danych przez zwycięzcę, odbędzie się dodatkowe losowanie.
  8. Zgłoszenie się do udziału w losowaniu jest równoznaczne ze zgodą na podanie danych adresowych w przypadku wygranej. Dane te będą mi potrzebne tylko w celu realizacji wysyłki, nie udostępniam ich osobom trzecim.
Życzę powodzenia!

czwartek, 12 września 2013

Maluch, kartki na mięso, blokowisko z wielkiej płyty – można by dziś powiedzieć, że są to relikty epoki, którą wielu ludzi wspomina jako czas szary, nudny, wiążący się z okropieństwem komunizmu i wszechogarniającego zniewolenia. Wielu ludzi jednak uważa ten czas za o wiele lepszy od teraźniejszości. Mnie trudno zabrać w tej sprawie zdanie – przyszło mi żyć w ustroju demokracji ludowej raptem kilka nieświadomych lat. Ale głos zabiera Jakub Porada, któremu przyszło dorastać w PRL-u w latach 70 i 80.

Urodzony w 1969 roku dziennikarz TVN nie skupia się na polityce, a barwnie opowiada o osiedlowych kolegach, mentorach, sąsiadach z którymi można napić się wódki, o pijaczkach, lokalnych zabijakach. Pisze o pierwszych zawodach miłosnych, o zawiedzionych nadziejach, o miejscach, w które w Kielcach się nie chodziło, bo można było nie wrócić o własnych siłach. Opisuje na jakie ciuchy wyrywało się dziewczyny i jak zdobywało się uznanie wśród rówieśników (dziś posiadanie magnetofonu nikomu nie podniesie statusu, ale wtedy urastało się do miana najbardziej pożądanego znajomego). Opowiada jak spędzał wolny czas - picie alkoholu, słuchanie płyt, wspólne wyjścia z kumplami, gra w piłkę - mało kto oglądał wtedy telewizję, bo telewizory mieli nieliczni.

Dla kogo książka została napisana? Hm... Najlepszymi odbiorcami książki wydają się być obecni czterdziesto- i pięćdziesięciolatkowie, osoby, które są równolatkami autora - oni mogą porównać swoje "zabawy" i pomysły na zagospodarowanie wolnych chwil z doświadczeniami autora. Młodsi niż ja nie znajdą tu nic ciekawego, chyba, że pociągają ich PRL-owskie klimaty, o których mogli słyszeć tylko od rodziców. Mnie osobiście książka nieszczególnie przypadła do gustu. Zapowiadane wielkimi literami bawienie się do łez nie nastąpiło, raptem jeden raz Porada wywołał we mnie rozbawienie. Z drugiej strony jest szczerze i ironicznie do bólu. Czytając książkę, można odnieść wrażenie, że autor tęskni za okresem PRL-u, w którym można było zdobyć uznanie tak błahymi rzeczami jak radio czy dżinsy. Cóż, dla tych, którym przyszło spędzić dzieciństwo w rodzącej się III RP dziś wydaje się, że żadnym wysiłkiem czy poświęceniem nie jest zdobycie spodni lub sprzętu hi-fi. Wszystkim tym lektura uświadomi, że kiedyś nie było tak dobrze jak obecnie, a ci, którzy uznają, że Porada tęskni za komuną polecam przeczytać książkę jeszcze raz (choć szczerze nie polecam poświęcać jej szczególnej uwagi).

Prószyński i S-ka, 2011

sobota, 17 sierpnia 2013

Co kieruje ludźmi, którzy publikują swoje listy? Co kieruje bliskimi, że postanawiają oddać wydawnictwu listy swojego zmarłego męża/ojca? Czym powodowany jest człowiek żyjący, że "pozbywa się" swojej korespondencji z jednym z bliższych znajomych/kolegów/przyjaciół? Nie będę roztrząsał, czy ktoś chciał zarobić, czy czuł wewnętrzną potrzebę podzielenia się zawartymi w pismach wiadomościami czy sensacjami z życia prywatnego. Odpowiedzi na te pytania nie dają ani Barbara i Tomasz Lemowie, ani Sławomir Mrożek, ani Wydawnictwo Literackie, chyba każdy musi indywidualnie rozwikłać ten problem. Ale do rzeczy.

Książka robi wrażenie - pokaźne, blisko 700-stronicowe tomisko zawiera korespondencję obu panów z lat 1956-1978, czyli od momentu gdy Mrożek zaczynał publikować, a Lem miał już pierwsze sukcesy za sobą i tworzył kolejne opowiadania z Ijonem Tichym, aż po okres gdy byli uznanymi twórcami zarówno w kraju jak i na świecie. Listy zawierają właściwie przekrój przez wszystkie dziedziny życia, wzloty i upadki, ukazują życie w Polsce, w krajach państw bloku komunistycznego oraz w krajach kapitalistycznego zachodu. Czytelnik bez problemu zauważa zmieniające się podejście kolegów do siebie - początkowo korespondencja ma charakter sztywny, "urzędowy", autorzy listów jakby badają się nawzajem, sprawdzają na ile mogą sobie pozwolić w "kontakcie" ze sobą, by później przejść do bardzo osobistych spraw jak uczucia związane z porzuceniem ojczyzny czy z trudem mieszkania w niej. Mrożek niejednokrotnie pisze jak ciężko jest mu przywyknąć do klimatu miejsc, w których przyszło mu spędzać żywot na emigracji. Nawzajem wspierają się w trudnych chwilach, gdy wena nie chce przyjść. Wymieniają się doświadczeniami motoryzacyjnymi, recenzują wzajemnie swoją twórczość, piszą o swoich znajomych. Początkowo bawią się formą listu - Lem stylizuje język m.in. na używany przez polską szlachtę w XVII i XVIII wieku; niejednokrotnie piszą w obcym języku. Ale te wszystkie dane, informacje i ciekawostki są tylko pierwszą warstwą, tą najłatwiej zauważalną. Pod problemami natury codziennej, jak droga, która zamieniła się w bagno, czy zepsuty samochód, kryją się ludzkie charaktery. Lem, jakiego poznajemy dzięki listom, jest osobą raczej skrytą, nie ukazującą uczuć, introwertyczną. Kiedy trzeba wesprze przyjaciela dobrym słowem, ale też potrafi bezlitośnie skrytykować nowe dzieło kolegi. Mrożek na tym polu nie pozostaje mu dłużny i bezpardonowo atakuje pomysły, których Lem zaciekle broni. Dramatopisarz wydaje się być postacią niezadowoloną z samego faktu, że żyje - niejednokrotnie podkreśla jakim utrapienie są nawiedzające go choroby i bóle, jak tęskno mu do ojczyzny, jacy ci ludzie za granicą uciążliwi, jacy inni od Polaków. Wydaje się być zmęczony życiem.

Korespondencja Lema i Mrożka niewiele wnosi w próbę zrozumienia poszczególnych utworów, ale staje się nieocenionym źródłem dla usiłujących poznać pisarzy od strony prywatnej, dowiedzieć się jakimi ludźmi byli na co dzień, w domu, i po części odziera wyimaginowane na podstawie twórczości pojęcie o nich samych. Listy ukazują autorów jako zwyczajnych ludzi, z przywarami, niedomaganiami z jakimi na co dzień styka się Kowalski.

Wydawnictwo Literackie 2011

środa, 31 lipca 2013

Dwa tygodnie temu świat obiegła wiadomość o śmierci trzynastoletniej Talii Joy Castellano, amerykańskiej gwiazdy YouTube'a. Dziewczynka przez sześć lat zmagała się z chorobą nowotworową, a potem z białaczką. Gdy straciła włosy, nie założyła peruki - zastąpiła ją makijażem. Ze swoimi fanami Talia dzieliła się wskazówkami na temat malowania się oraz swoimi codziennymi zmaganiami z chorobą. Jej śmierć zbiegła się z lekturą Chustki Joanny Sałygi, dla mnie więc ich życie zakończyło się niemal równocześnie. Mimo przepaści wiekowej Polka i Amerykanka miały ze sobą wiele wspólnego - obydwie walczyły z losem o każdy dzień, ciesząc się danym im czasem, i dzieliły się swoją historią z internautami (Chustka jest papierową wersją bloga Joanny). Czy miał to być sposób na wyciszenie własnych emocji i strachu? Być może. Nie ma wątpliwości co do wpływu dziewczyn na swoich czytelników. Pokazując swoje twarze i opowiadając o swoich zmaganiach pokazywały światu, że nawet z tak ciężką chorobą jak nowotwór czy białaczka można żyć normalnie (o ile stopień zaawansowania choroby jeszcze na to powala), zdrowych oswajały z tematem choroby, a chorym niosły otuchę. Co książka przyniosła mnie? Wiele emocji, wręcz katharsis. 

Blog Chustka Joanna zaczęła prowadzić zaraz po wykryciu choroby. Wtedy - w kwietniu 2010 roku - zrozumieliśmy, że stoimy na rozstaju dróg - albo założę chustkę na łysą głowę i będę walczyła, albo pomacham bliskim chustką na pożegnanie*. Nie chciała się żegnać, tym bardziej że miała dla kogo żyć. Kochała i była kochana - wzajemne uczucie między Joanną a jej kilkuletnim synem oraz partnerem wręcz wylewało się ze stron książki, ściskając mnie za serce. Najbardziej wzruszające są fragmenty dotyczące relacji z Jaśkiem, kilkulatek był bowiem wtajemniczony w kwestię choroby mamy i z iście dziecięcą wyobraźnią planował co zrobi po jej śmierci, żeby być bliżej niej. Z drugiej strony przedwcześnie obarczony poważnymi problemami chłopiec umiał sobie z nimi radzić w sposób dojrzały - cieszył się, że mama jeszcze żyje i był wdzięczny za to, że los podarował mu jeszcze chwilę jej życia. 

W Chustcemiłość i świadome przeżywanie choroby przeplatają się z licznymi piętrzącymi się przed Joanną problemami: sprowadzaniem kosztownych leków z zagranicy, wyczerpanymi limitami w NFZ czy pozornie tak prozaicznymi barierami jak ciężkie drzwi w szpitalu, których osoba chora, osłabiona nie jest stanie otworzyć samodzielnie, co prowadzi do ironicznej - i smutnej - konstatacji: nie masz siły otworzyć drzwi - odpadasz z gry/nie przechodzisz na następny level**. Joanna często drwiła z choroby, chcąc w ten sposób zyskać nad nią przewagę. Szydziła z niej, nazywała wulgarnie, ale w chwilach złagodzenia objawów pieszczotliwie nazywała nowotwór "rakelcią". Oswoiła chorobę na tyle, że potrafiła mówić o niej bez emocji. Na początku zmagań przytoczyła dane statystyczne dotyczące długości życia chorego od wykrycia nowotworu. Dwa lata. Tyle też walczyła.

Chustka to książka, której zakończenie znane jest czytelnikowi od pierwszej strony. Mimo to, a może właśnie tym bardziej, wciąga i wzrusza do łez. To książka niezwykle osobista, pełna życia, pasji i woli życia. Joanna tchnęła w swoje zapiski swojego ducha walki i odcisnęła w nich swoją osobowość - barwną, nieprzeciętną i ironiczną. Chustka jest jednak tylko jedną stroną medalu. Jak twierdzi Piotr Sałyga, znany czytelnikowi jako Niemąż - blog, to jedynie wierzchołek góry lodowej (...) nie masz pojęcia co się naprawdę wydarzyło./a wydarzyło się wiele***. Zaintrygowana będę wyglądała Nieżony, która ma uzupełnić historię opowiedzianą przez Joannę. Jestem pewna, że to będzie piękna książka.

* Joanna Sałyga, Chustka, Znak 2013, s. 16.
** Tamże, wpis z 28.03.2012.

Znak 2013

wtorek, 2 kwietnia 2013

Sławomir Koper jest autorem niezwykle płodnym. W ciągu niecałych szesnastu lat napisał ponad 20 publikacji cieszących się dużym powodzeniem. W czym tkwi sekret poczytności książek historycznych? Koper nie przedstawia suchych faktów, lecz skupia się na tym, co interesuje przeciętnego człowieka - na obyczajowości odpowiednich dla danych czasów oraz życiu prywatnym władców lub osób wywodzących się z elit społecznych. Czytelnika nie interesują stawiane pomniki czy fakty ogólnie znane z lekcji historii, interesuje go prawdziwy człowiek z krwi i kości - z jego problemami i nieznanym powszechnie życiem prywatnym. 

W Życiu artystek w PRL Koper przedstawił osiem kobiecych portretów. Agnieszka Osiecka, Anna German, Kalina Jędrusik i Halina Poświatowska były mi znane już wcześniej, natomiast Mirę Zimińską, Elżbietę Czyżewską, Alinę Szapocznikow i Grażynę Bacewicz poznałam dopiero w trakcie lektury. Jaki portret epoki wyłania się z tych życiorysów? W PRL alkohol lał się strumieniami, a nasze elity artystyczne nie były wyjątkiem*. Widoczne są również zmagania z systemem, który wymagał od artystów ideologicznej twórczości i poprawnego życia odpowiedniego dla osoby tamtych czasów, nie zawsze jednak w ich postawie widać podporządkowanie. Swój sprzeciw artystki manifestowały choćby odkryciem pewnych części ciała, a liczne ograniczenia nauczyły się obchodzić w kreatywny sposób (np. z zakazem przywożenia wynagrodzenia z zagranicy radzono sobie kupując za nie biżuterię, którą później sprzedawano w Polsce).

Sławomir Koper wybrał osiem niezwykłych kobiet, z których każda - choć często działały na tym samym artystycznym polu - była niepowtarzalną osobowością. Łączyło je to, że przyszło im żyć w tych samych czasach, i - choć były spełnione na polu artystycznym - ich życie często było niespokojnymi poszukiwaniami swojego prywatnego szczęścia. Co ciekawe, wiele z tych istnień zakończyła choroba nowotworowa - czy wynikało to ze stylu życia, czy też był to jedynie zbieg okoliczności? 

Koper odbrązawia artystki, ukazując ich słabości oraz wady i ujawniając kwestie niewygodne dla ich wizerunku. Jest to widoczne zwłaszcza w historii Haliny Poświatowskiej, która ogólnie uchodziła za osobę delikatną i łagodną, w rzeczywistości była jednak osobą przewrotną i nieco wyrachowaną. Nie miała rozterek moralnych w związku z romansem z żonatym mężczyzną i reżyserowaniem korespondencji z Ireneuszem Morawskim, którą prawdopodobnie od początku planowała wydać. Kolejną rewelacją jest to, że podobno więź z mężem również była mocno idealizowana. Dlaczego akurat Poświatowskiej poświęcam tyle miejsca? Kilkanaście lat temu uległam jej wizerunkowi wyłaniającego się z Opowieści dla przyjaciela i listów, a teraz dowiaduję się, że to wszystko może być efektem kreacji artystycznej... 

Życie artystek w PRL to ciekawa propozycja nie tylko dla tych, którzy pragną poznać kulisy życia sław (zwłaszcza w tym trudnym okresie), ale także dla tych, którzy chcą poznać życiorysy wspomnianych postaci.  

Czerwone i Czarne 2013 

*Sławomir Koper, Życie artystek w PRL, Czerwone i Czarne, Warszawa 2013, s. 99. 

niedziela, 10 marca 2013

Macieja Kozłowskiego kojarzą chyba wszyscy. Aktor znany był z licznych ról teatralnych oraz filmowych (m.in. Stara baśń, Ogniem i mieczem, Psy, Kroll, Kiler, Generał Nil). Najczęściej wcielano go w role gangsterów, do których wydawał się być stworzony. Mimo iż nie otrzymywał głównych ról, był postacią wyrazistą i charyzmatyczną, a jego kreacje aktorskie łatwo zapadały w pamięć. A jaki był prywatnie, po zdjęciu maski odgrywanej roli? 

Autorką wspomnień o Maćku Kozłowskim jest jego żona, która postanowiła pokazać tylko jego prywatną twarz, zostawiając opracowanie monografii aktora znawcom tematu. Agnieszka Kowalska przedstawia go jako człowieka niezwykle delikatnego i wrażliwego, co całkowicie przeczy kreowanemu przez narzucone mu role wizerunku twardziela. Kozłowski był także idealnym partnerem życiowym - jego małżeństwo wydawało się być pełne harmonii oraz zrozumienia. Autorka była świadoma tego, że niejako konkuruje z teatrem, który był dla męża świętością i cokolwiek by się nie wydarzyło, na próbie Maciej musiał być. Artystyczne - ale odmienne - pasje (Kowalska jest malarką) nie tylko nadawały ich życiu specyficznej atmosfery, ale i zapewniały niezbędną przestrzeń życiową.

Agnieszka Kowalska zrezygnowała z tradycyjnego schematu stosowanego w biografiach. Chronologię zastąpiła słowami (lub wyrażeniami)-kluczami, wokół których skupiała poszczególne partie wspomnień. Opowiedziała czytelnikom o personaliach aktora, jego zawodzie, pasji, o miłości, ślubie i... o śmierci. Niestety, ja po lekturze czuję pewien niedosyt - może dlatego, że miejscami miałam wrażenie, że Maciek Kozłowski zaginął po drodze przytłoczony przemyśleniami autorki? Zgodnie z zapewnieniami na okładce spodziewałam się książki nie tylko o życiu aktora, ale i podnoszeniu się jego żony po tak dotkliwej stracie jaką jest śmierć ukochanej osoby. Mam jednak wrażenie, że tego właśnie zabrakło w Czasie na mnie... Agnieszka Kowalska przez temat przemknęła szybko i gładko, konkrety zastępując refleksjami na temat słów Tischnera, Prousta czy Twardowskiego. Liczyłam na bardziej przyziemne wynurzenia, które wycisną z moich oczu łzy; niestety, mimo iż łatwo się wzruszam, książka nie wyzwoliła we mnie żadnych emocji.

Czerwone i czarne 2013

wtorek, 12 lutego 2013


To już ostatnia odsłona ubiegłorocznego szału wydawniczego w Polsce na temat Mercury'ego. Trzy książki, które dane było mi przeczytać (Laura Jackson "Freddie Mercury. Biografia", Peter Hince "Queen. Nieznana historia" i obecnie recenzowana biografia autorstwa Lesley-Ann Jones) doprowadziły do wciśnięcia Freddiego gdzieś w okolice szczytu mojej listy najważniejszych muzyków w dziejach. Jako, że jest to post, którym na pewno na jakiś czas pożegnam się z tematyką Queen, to nie obejdzie się bez podsumowań i porównań. Lecz na początek kilka słów o dziele Lesley-Ann Jones.

Autorka jest dziennikarką muzyczną, w porównaniu z innymi pisarzami biografii dość skromną (z okładki nie krzyczą do czytelnika teksty w gatunku czego to nie widziała, kogo nie zna i w ogóle jaka jest wspaniała). Już tym zyskała moją przychylność i sympatię. I choć nie kryje, że zna gwiazdy, nie pyszni się tym, nie przechwala, ot, taka codzienność dziennikarska. Styl też ma świetny - ona opowiada, płynnie kończy jeden rozdział, który wydaje się być opowiastką, i rozpoczyna kolejny. Widać, że warsztat ma dopracowany, a pióro wyrobione. Książka jest zbudowana w inny sposób niż większość biografii - Jones wybierała sobie pewien problem, zagadnienie, dla przykładu Monachium, Barbara, Garden Lodge, EMI, kumple i wokół tego budowała fabułę. Głównym bohaterem każdego z rozdziałów oczywiście jest wokalista, ale nie zabiera on w nich głosu. Wszystkiego się o nim dowiadujemy z ust jego kochanków, kochanek, rodziny, znajomych, przyjaciół, ludzi, którzy pojawiali się na ekscentrycznych imprezach organizowanych przez showmana. Czytając, rzeczywiście czułem, że poznaję Freddiego takiego jakim był - nie tylko bożyszczem milionów fanów na całym świecie, pewnym siebie gościem, na pierwszy rzut oka twardo trzymającym w garści swój los. W głębi duszy był bardzo niespokojny, zagubiony w otaczającym go show-biznesie, a w pewnym momencie stał się dzieckiem błądzącym we mgle własnych kompleksów, wyzwań, pracoholizmu i perfekcjonizmu.

Spośród trzech pozycji, które miałem przyjemność przeczytać w ciągu ostatniego pół roku dotyczących Freddiego i Queen, ta zdecydowanie najbardziej przemówiła do mnie. Nie jest ona suchym życiorysem od czasu do czasu poprzeplatanym smakowitymi kąskami z życia prywatnego. Jest to szczera opowieść ludzi, którzy na co dzień obcowali z Mercurym. Na tyle szczera, że sam miejscami czułem się jak uczestnik jego życia, czasem mijający go na ulicy, będący na backstage'u czy po tej drugiej stronie sceny. Książka została wzbogacona wieloma ciekawymi zdjęciami, jedno z nich szczególnie zapadło mi w pamięć - Freddiego otoczonego uśmiechniętymi przyjaciółmi. Smutnego Freddiego.

Wydawnictwo Dolnośląskie 2012
Tytuł oryginału: Freddie Mercury. The Definitive Biography
Przekład: Marta Kisiel-Małecka i Łukasz Małecki

niedziela, 13 stycznia 2013

Po prostu brak mi słów, żeby opisać książkę Marka Blake'a. Dzieło jest to monumentalne, zawiera całą, trudną i skomplikowaną historię Floydów. Ciężko pisać mi o Gilmourze, Watersie, Masonie, Wright'cie i Barretcie, gdyż moje słowa będą słowami poniekąd osoby chorej na uwielbienie dla tej grupy. A Momentary Lapse of Reason, płyta, od której zaczęła się moja przygoda z zespołem, doczekała się opinii raczej chłodnych - nie wytrzymuje próby czasu ze względu na użycie instrumentów modnych w latach 80., które później odeszły do lamusa. Trudno mi się z tym zgodzić - każda płyta po Dark Side of the Moon była oczekiwana z niecierpliwością, a A Momentary... tym bardziej, jako ta tworzona już bez Rogera Watersa. Słysząc po raz pierwszy w odtwarzaczu dźwięk wody rozbijającej się o burty łodzi doznałem olśnienia i oczarowania. Tak było na początku, przy pierwszej płycie. Później poszły kolejne - Pulse, Atom Heart Mother, Animals, The Wall. Chłonąłem, połykałem, słuchałem na okrągło. Wtedy, w liceum, wielu z moich znajomych wsiąkło w Pink Floydów, wielu zapewne, tak jak i ja, odstawiło ich płyty na półkę, aby mogły trochę pokryć się kurzem. Ale dzięki Blake'owi znów świecą pełnym blaskiem i kręcą się w odtwarzaczu.

Pink Floydom poświęcono już w Polsce kilka publikacji - pisał o ich piosenkach Wiesław Weiss, przetłumaczono Wspomnienia Masona, jest także antologia tekstów, album poświęcony projektowi The Wall oraz Echa Povey'a. Każda z nich poświęcona niby zespołowi, ale podchodząca do tematu trochę jak do jeża - byleby go tylko nie dotknąć zbyt głęboko. Prędzej świnie zaczną latać jest dziełem nieomal kompletnym, wyróżniającym się na polskim rynku głównie ze względu na szerokie podejście do tematu. Blake dogłębnie analizuje sytuację rodzinną pierwszego i drugiego składu (czyli wszystkich członków Pink Floyd), dzięki czemu dowiadujemy się dlaczego teksty pisane przez Watersa są mroczne, nie dające nadziei lub tylko jej ułamek, poświęcone wojnie, śmierci, tęsknocie, poczuciu wyobcowania. Poznajemy skomplikowaną osobowość Barretta, przyczyny jego choroby, kulisy "odejścia" z zespołu, ale też dowiadujemy się, że Syd wcale nie żył w biedzie i pozostawił po sobie niemały majątek. Gilmour przedstawiony został jako członek zespołu, który najbardziej skupiał się na muzyce, kwestie przesłania tekstu mniej go obchodziły niż warstwa dźwiękowa. Trochę miejsca autor poświęca również milczącemu i trzymającemu się na uboczu Wrightowi oraz zwykle uśmiechniętemu, otwartemu na świat i ludzi Masonowi. Pięć różnych, czasami skrajnie odmiennych osobowości potrafiło tworzyć ten niezwykły zespół. Blake stawia tezę, że te różnice charakterów napędzały twórczość Floydów. Kłótnie o kształt albumów, zwłaszcza o warstwę muzyczną (na czym szczególnie zależało Davidowi), mimo iż destrukcyjne dla istnienia zespołu, prowadziły do podnoszenia poziomu efektu końcowego. Niestety tarcia, rozbieżność wizji dotyczących przyszłości grupy, tego co ma tworzyć, doprowadziło do jej upadku - Waters, którego przesłanie koncentrowało się na antywojennych hasłach było nie do przyjęcia zwłaszcza dla Gilmoura, który nie chciał się zamykać na inne kierunki - miał dość wałkowania tematu utraty ojca, który, jego zdaniem, został dogłębnie omówiony na The Wall.

Prędzej świnie zaczną latać jest pozycją obowiązkową dla każdego fana muzyki Pink Floyd. Dla tych, którzy zaczynają przygodę z kosmicznymi kompozycjami Brytyjczyków książka będzie stanowiła świetny wstęp do zapoznania się z całą dyskografią, ukazujący jednocześnie ich nieraz trudną historię powstawania. Spoglądając głębiej, w książce Blake'a zauważyć można trudne tematy dotyczące przemyśleń życia codziennego. Czytając o Barretcie, który paląc trawkę doprowadził swoje zdrowie fizyczne, a zwłaszcza psychiczne, do krańca wytrzymałości, trudno uwierzyć w zapewnienia zwolenników łatwego dostępu marihuany, że nie jest szkodliwa. Widzimy również jak obsesja jednego człowieka prowadzi do rozpadu grupy.

Książka niestety się skończyła, pozostawiając mnie z żalem, że tak szybko musiałem pożegnać się z bohaterami mojej muzycznej młodości.

Sine Qua Non/SQN 2012
Tytuł oryginału: Pigs Might Fly. The Inside Story of Pink Floyd
Przekład: Jakub Michalski

sobota, 29 grudnia 2012

Mimo ogromnej miłości do ptaków nie miałam zamiaru czytać tej książki. Okładka nie trafiła w mój gust, przez co książka "zginęła" w natłoku innych, z pozoru atrakcyjniejszych lektur. Gdy w końcu po nią sięgnęłam, przepadłam w zachwycie! Przecież to książka o mnie, o moim uczuciu, którego - jak mi się wydawało - nikt nie rozumie. Jakże się myliłam! Jak bliskie jest mi to, o czym napisała Esther Woolfson! 

Corvus. Życie wśród ptaków jest opowieścią o ptakach, które pojawiły się w życiu autorki - gawronie Kurczaku, sroce Pyskaczu, wronie Ziki i wielu innych - oraz o tym, co wniosły w jej życie, jak zmieniły jej postrzeganie świata. Doskonale rozumiem podział życia na etap "przed ptakami", kiedy nie zauważało się przedstawicieli awifauny w swoim najbliższym otoczeniu, oraz obecne życie wśród ptaków, które przynosi zadziwienie: jak można było żyć inaczej? Z podobnym zrozumieniem spotkało się wiele spostrzeżeń czy dylematów autorki. Ja również mam trudności z nazwaniem swojej relacji ze skrzydlatym przyjacielem (nie jest to posiadanie, może więc współlokatorstwo?), a ptaki, które oglądam w sklepach zoologicznych, wywołują w nas to samo uczucie - chęć natychmiastowego zabrania ich do domu (mam wrażenie, że jest to jakaś nietypowa odmiana instynktu macierzyńskiego). Ale przedstawiciele awifauny pojawili się w życiu Esther Woolfson w inny, nie tak prozaiczny jak zakup, sposób. Wiele z nich było podrzutkami - ktoś rezygnował ze swojego towarzysza lub znalazł pisklę i przyniósł je do kobiety, która słynęła w okolicy z opieki nad ptakami wszelkiej maści. Jak bywa w takich przypadkach, ptaki wykarmione przez człowieka nie zostały zwrócone naturze, lecz zostały z człowiekiem, stając się pełnoprawnymi członkami rodziny. 

Jak wspominałam na początku, książka zachwyciła mnie bez reszty! Zbieżność poglądów i podobnie czułe podejście do ptaków zbliżyło mnie do autorki w sposób, jakiego dotąd nie doświadczyłam. Lekturę uprzyjemniała spora dawka humoru, choć w Corvusie nie brakuje również wzruszających momentów. Na koniec dodam, iż tak zżyłam się z bohaterami książki, że teraz widząc gawrona nie potrafię nie myśleć o Kurczaku, który w szkockim Aberdeen upycha w zakamarkach gabinetu smakołyki na później...

W.A.B. 2012
Seria: Biosfera
Tytuł oryginału: Corvus
Tłumaczenie: Adam Pluszka i Joanna Wajs

PS. Prowincjonalna nauczycielko, dziękuję za polecenie tak fantastycznej książki!

wtorek, 27 listopada 2012

Kto by pomyślał, że po Hitlerze był jeszcze jakiś Führer? Co dziwne, to mało gdzie tego uczą (chyba, że moja klasa o profilu humanistycznym była wyjątkowa i nie objęło jej to zagadnienie) - zwykle był tylko Adolf i to na nim zaczęła się i skończyła historia III Rzeszy. A tu, po lekturze książki pana Françoisa-Emmanuela Brézeta, żyjąc tyle lat w nieświadomości, nagle takie zaskoczenie i odkrycie. Osobą, która miała wątpliwą przyjemność ogłosić kapitulację państwa niemieckiego w II wojnie światowej był Karl Dönitz - osoba, która przez cały okres wojny pojawiała się blisko Führera, zabiegała o jego względy, niejako wkupywała się w jego łaski. Dzięki tym bliskim kontaktom z Wodzem wielki admirał niejedno potrafił wywalczyć dla podlegającej mu marynarki wojennej, a zwłaszcza ukochanych łodzi podwodnych, do których żywił niesłychany sentyment ze względu na odbytą na nich służbę w czasie I wojny światowej. Z kart książki bije również obraz Dönitza jako osoby niesłychanie oczarowanej postacią Hitlera, wiernie mu służącej, przytakującej, dzięki czemu mogącej być tak blisko z nim jak niewielu ze świty NSDAP i sił zbrojnych. Ale też jak niewielu wpływał na swojego zwierzchnika, dawał mu nadzieję, że losy wojny, której fronty zbliżały się do Berlina, mogą jeszcze zostać odmienione przez nowoczesne okręty podwodne mające wypłynąć ze stoczni wiosną 1945 roku...

Trudno jest ocenić tę książkę. Z jednej strony miała być biografią Karla Dönitza, a stała się, za jego przyczyną i z jego powodu, kompendium dotyczącym historii powstawania niemieckiej marynarki wojennej. Autor, szczegółowo cytując dane dotyczące tonażu zatopionych jednostek, stoczonych bitew, nieudanych pościgów, straconych łodzi podwodnych, zagubił głównego bohatera - admirał został potraktowany tylko jako tło, przyczynek do opowiedzenia o Kriegsmarine, choć i o ostatnim Führerze możemy dowiedzieć się kilku informacji, ale w większości przez pryzmat współpracy z innymi ludźmi. Pod tym względem książka jest porażką, ale przewodnikiem po wojnie morskiej na linii państwa osi-alianci jest świetnym.

Muza 2012
Tytuł oryginału: Dönitz. Le dernier Führer
Przekład: Krystyna Szeżyńska-Maćkowiak

środa, 21 listopada 2012

Okrągłe rocznice mają to do siebie, że wśród fanów wzrasta chęć zakupu tego i owego związanego z kochanym zespołem. Ludzie związani z kapelą zwykle ochoczo starają się zaspokoić to zapotrzebowanie, wydając album w specjalnej edycji, remixy, dotychczas niepublikowane utwory, gadżety, książki, albo po prostu ruszają w trasę świętując wielkie i niepowtarzalne wydarzenie jakim jest x-lecie istnienia. Jak pisałem w poprzednim poście, w zeszłym roku przypadała 20 rocznica śmierci Freddiego Mercury'ego i na rynku polskim prócz książki Laury Jackson (o której pisałem niedawno) oraz innej, wydanej przez Wydawnictwo Dolnośląskie, pojawiła się pozycja w katalogu Sine Qua Non. Fani mają więc w czym wybierać, ale czy powinni poświęcić czas Peterowi Hince'owi?

Aby zrozumieć jak mogła powstać ta książka trzeba poznać postać Hince'a. Otóż ten raczej nikomu nie znany człowiek pełnił przez 13 lat rolę technicznego zespołu Queen i był najbliższym pomocnikiem Freddiego na scenie. Przez 13 lat znosił jego humory, to na nim jako pierwszym wokalista wyładowywał złość za usterki techniczne w czasie wystąpień, to on obrywał statywem mikrofonu, gdy zdarzyło się coś niezaplanowanego. Upokarzany, rugany, właściwie tylko raz usłyszał od Mercury'ego i zespołu podziękowania - było to po występie na charytatywnym koncercie Live Aid, za którego przygotowanie otrzymał pamiątkową tablicę.

Ci, którzy, tak jak ja po lekturze biografii Mercury'ego autorstwa pani Jackson, liczą na zgłębienie tematu, muszę szczerze ostrzec - książka zawiera dokładnie taką treść jak jest napisane na okładce: Moje życie u boku najlepszego zespołu rockowego XX wieku. Nic dodać, nic ująć. Hince pisze o swoich przygodach podczas tras odbywanych w różne zakątki świata, wspomina jakieś śmieszne zdarzenia, ale rzadko kiedy dotyczą one członków Queen, prawie zawsze ich bohaterami są, albo autor, albo jego kumple zza sceny. O "głównych bohaterach" wspomina się jak o zmarłym wuju lub ciotce - niechętnie, ukradkiem, przypadkiem. Do tego dochodzi dość ciężki język - wciągnięcie się i odczuwanie przyjemności z lektury zajęło mi ponad pół książki!

Ale dość narzekania - trochę jednak znalazło się miejsca w Nieznanej historii dla Freddiego, Briana i reszty członków ekipy. Niewątpliwymi ciekawostkami dla polskiego fana Queen może okazać się zdarzenie, gdy w czasie koncertu Hince zastępował (nieudolnie) na gitarze Johna Deacona, podczas gdy ten załatwiał pilnie swoje potrzeby fizjologiczne. Czytelnik dowiaduje się o wypadku samochodowym, w którym uczestniczyli Peter i Freddie, a także poznaje opisy instalacji scenicznych, które nigdy nie ujrzały światła dziennego (wśród nich "fiutowóz" - duża, różowa, falliczna rura, niczym rakieta z placu zabaw*. Więcej uwagi poświęcił autor zespołowi w rozdziale mówiącym o kompletnych klapach koncertowych.

Atutem publikacji jest strona wizualna - czarno-biała okładka z przodu i klimatyczne, klubowe (choć zrobione w czasie dużego koncertu), w ciepłych, delikatnych barwach zdjęcie na końcu, powodują że chce się sięgnąć po książkę Hince'a. Nie jest to wydanie albumowe, ale w środku znajdziemy koło 40 fotografii przedstawiających członków zespołu Queen i samego autora, wszystkie należycie opatrzone opisami z datami i miejscem wykonania - pełen profesjonalizm (wszak Hince, po rozstaniu z muzykami, rozpoczął karierę fotografa).

Sine Qua Non 2012

Tytuł oryginału: Queen: Unseen 
Przekład: Aleksandra Machura & Ewa Magiera
*Hince P., Queen. Nieznana historia, SQN, Kraków 2012, s. 137.

niedziela, 18 listopada 2012

W 2011 roku minęła 20 rocznica śmierci Freddiego Mercury'ego. Rok później w polskich księgarniach pojawiło się kilka pozycji poświęconych temu, uważanemu za jednego z największych w historii, showmanowi i jego zespołowi. Laura Jackson, autorka między innymi biografii poświęconych takim gwiazdom jak Bon Jovi, Mick Jagger, Bono, podeszła do tematu z należytą starannością.

Jak zwykle czytelnik najpierw otrzymuje opis dzieciństwa gwiazdy - Freddie urodził się jako Farrokh Bulsara 5 września 1946 roku, a swoje sceniczne imię zawdzięcza kolegom ze szkoły. O latach nastoletnich brak informacji lub są szczątkowe, ze względu na milczenie głównego bohatera na ten temat - wokalista w udzielanych wywiadach nie zwykł odpowiadać na pytania dotyczące tego okresu życia - chciał choć część prywatności zachować tylko dla siebie i swoich bliskich. Przechodzimy kolejno przez etapy kariery Mercury'ego - przez początkowe niepowodzenia, po światełko w tunelu, wielką karierę i stosunkowo szybki jej koniec. Poznajemy najbliższych jego sercu ludzi - kochanków, członków zespołu, ale zwłaszcza dwie kobiety, które pozostały z nim do śmierci. Autorka ukazuje Freddiego jako człowieka spokojnego, inteligentnego, opanowanego, profesjonalistę w każdym calu, pracującego aż do ostatnich dni życia, dającego z siebie wszystko nawet za cenę ogromnego bólu fizycznego, czy to w momencie zaawansowanego stadium AIDS, czy w czasie koncertów, gdy zażywał środki przeciwbólowe, aby dokończyć trasę. Ale poznajemy też jego inną twarz - nieodpowiedzialnego imprezowicza skaczącego z kwiatka na kwiatek, korzystającego z przygód seksualnych bez zabezpieczenia; wpadającego w szał rockmana, gdy któryś z elementów scenicznego show poszedł nie tak jak sobie tego życzył, gdy któryś z trybików nie wskoczył na właściwe miejsce lub gdy coś po prostu szwankowało; dbającego do granic niemożliwości o własny wygląd, pozwalającego się fotografować tylko wtedy, gdy wyglądał idealnie (co dziwne wystąpił w teledyskach w 1991 roku, kiedy wirus HIV wyniszczył doszczętnie jego organizm - chudy, wymizerowany, a jednak zgodził się pokazać przed kamerami). Pewnie, że można powiedzieć, że należał mu się taki koniec - rozwiązły tryb życia, narkotyki, ale smutno mi było czytać o tym, jak do końca nie przyznał się, że jest chory. Żal, że w tak młodym wieku odszedł tak wielki człowiek, tyle znaczący dla świata rocka.

Minusy książki? - odmienianie nazwy zespołu Queen przez wszystkie przypadki i niewielka ilość zdjęć, w dodatku na prawie wszystkich Fredek występuje bez wąsów (ohyda!) lub w ciuchach na modłę glam rocka. Plusy: książka została napisana bardzo wprawnie, widać, że dla autorki pisanie o Mercurym nie było pierwszyzną - ma wyrobiony styl, w czasie lektury nie ma zgrzytów i właściwie czyta się biografię jednym ciągiem, jak wciągającą powieść o fikcyjnym bohaterze. Choć Freddie to nie postać fikcyjna, to nawet nie gwiazda - to legenda. 

In Rock 2012
Tytuł oryginału: Freddie Mercury. The Biography
Przekład: Lesław Haliński

środa, 14 listopada 2012

Zawód: fotograf to książka, która doskonale trafiła w mój gust! Uwielbiam dobrze napisane biografie, zwłaszcza gdy bohater jest osobą nietuzinkową - Chris Niedenthal do takich się niewątpliwie zalicza - a fotografia jest kwestią, która mnie niezmiernie interesuje. Ponieważ nigdy nie miałam odwagi w fotografowaniu ludzi, więc zarówno portret jak i reportaż to nie moje dziedziny, z tym większym zainteresowaniem podpatrywałam warsztat Niedenthala. 

Chris Niedenthal urodził się i dorastał w Wielkiej Brytanii, jednak cały czas coś nieokreślonego ciągnęło go do Polski. Przypadek sprawił, że wyjechał do ojczyzny swoich rodziców... i tam już pozostał. Jako zagraniczny korespondent współpracujący z zagraniczną prasą (m.in. "Newsweek", "The Time", "Der Spiegel") fotografował najważniejsze wydarzenia w Polsce takie jak wybranie Karola Wojtyły na papieża, strajki w Stoczni Gdańskiej czy sceny uliczne podczas stanu wojennego. Często był na miejscu zdarzeń przed swoimi kolegami-fotoreporterami, dzięki czemu jego materiały były w pewnym sensie pionierskie i unikatowe, choć ceną, jaką ponosił za możliwość fotografowania, było ryzyko wpisane w jego zawód. Na szczęście nic złego go nie spotkało i dziś dysponujemy obszerną dokumentacją fotograficzną z wielu ważnych wydarzeń i trudnych momentów w najnowszych dziejach Polski.

Zawód: fotograf to księga opasła i dość nieporęczna, warto jednak zaryzykować ból dłoni dla takiej zawartości! Bogaty materiał zdjęciowy przybliża czytelnikowi wydarzenia opisane w książce oraz życie fotoreportera. Ale piękne zdjęcia to nie wszystko! W książce przede wszystkim urzekł mnie sposób, w jaki Chris Niedenthal pisze o swoim życiu - bezpretensjonalnie, bez zadęcia, z dystansem do własnej osoby i z dużą dawką humoru. 

Marginesy 2011

sobota, 13 października 2012

W zamierzchłych czasach mojej młodości, czyli koło roku 2002, w - wówczas jeszcze porządnej i merytorycznej - "Machinie" pojawił się artykuł o jakimś grafficiarzu z Wysp Brytyjskich, który nie tylko nie dewastuje przestrzeni publicznej, ale także ma coś do powiedzenia ludziom. Jak się okazało w czasie lektury Nie ma jak w domu i Wojny na ściany, był to Banksy - najbardziej nieznany i poszukiwany artysta street artu na świecie. Ze zdjęć, które zostały mi z tamtego numeru w głowie, wyłania się Mona Lisa z wyrzutnią rakietową (15 minut, Soho 2001). I do września tego roku tak zapamiętałem Banksy'ego, a właściwie to całkiem o nim zapomniałem. Aż do momentu, gdy w moje ręce wpadł jego film - Wyjście przez sklep z pamiątkami - świetny głos w dyskusji dotyczącej tego, czy street art jest sztuką czy wandalizmem? Czy ludzie tworzący street art powinni/mogą czerpać z niego korzyści majątkowe? Jaka jest kondycja i podejście ludzi do sztuki w ogóle? Na te pytania znajdziecie odpowiedzi we wszystkich trzech wyżej wymienionych tytułach. A więc po kolei....

W Nie ma jak w domu Steve Wright przybliża czytelnikowi historię street artu, mówi dlaczego to właśnie w Bristolu jest brytyjskie zagłębie tej formy sztuki i jak w tym środowisku pojawił się Banksy ze swoimi pracami. Zamieszcza opinie ludzi związanych z grafficiarzem oraz z innymi artystami malującymi po ścianach na ulicach, z konsultantem sztuki, a także wypowiedzi głównego bohatera zaczerpnięte z udzielanych prasie wywiadów. Widać w tych wypowiedziach podziw i pochwałę dla podjętego kierunku działalności, jedynie pan "specjalista" uważa, że chociaż to co robi Banksy można nazwać sztuką, nie wiadomo czy jego prace i on sam przetrwa próbę czasu, która jest decydującym czynnikiem w dyskusji na temat znaczenia artysty w historii sztuki. Niezaprzeczalnym jest fakt, że odcisnął piętno na ludziach, zamanifestował swoje pacyfistyczne poglądy, a jego prace znajdowały się na transparentach uczestników demonstracji antywojennych czy sprzeciwiających się zbrojeniom państw. Wright poświęca też trochę miejsca na omówienie kilku wybranych przez siebie prac.

Wojna na ściany jest już pozycją typowo albumową - 200 stron wypełnia grubo ponad 200 zdjęć z pracami Banksy'ego. Wiele z nich pojawiło się już w Nie ma jak w domu, ale jest tu cała seria klasycznych obrazów "dostosowana" do współczesnych czasów i równocześnie krytykująca terroryzm, konsumpcjonizm, kapitalizm - Maryja z iPodem i dzieciątkiem Jezus, wózki z marketu leżące w rzece przepływającej pod mostem z obrazu Moneta czy uschnięte słoneczniki van Gogha. Banksy opowiada jak w biały dzień zawieszał swoje obrazy w najbardziej znanych muzeach w Londynie i Nowym Jorku (dwa z nich pozostały w stałej ekspozycji!), jak wkradał się do barcelońskiego zoo, jak malował most przy posterunku policji i tworzył "legalne" miejsca do malowania. Znajdziemy tu także świetne graffiti zamieszczone na murze oddzielającym Palestynę od Izraela.

Uzupełnieniem książek jest film - Wyjście przez sklep z pamiątkami. Banksy występujący tu jako narrator opowiada historię o gościu, który, poszukując... Banksy'ego, zakochuje się w street arcie i sam zostaje twórcą tej dziedziny sztuki. Wychodzi mu to lepiej lub gorzej, ale ewidentnie zrzyna pomysły z innych artystów - jest wtórny i kompletnie nie ma wizji stworzenia własnego stylu, widzi, że przynosi mu to sławę i pieniądze, więc brnie w tworzenie (czy raczej odtwarzanie) jeszcze głębiej. Film doskonale koresponduje ze słowami zawartymi w wywiadzie dla magazynu "Swindle": Świat sztuki to jakiś żart. (...) współczesna sztuka to kompromitacja - nigdy tylu ludzi nie używało tylu materiałów i nie robiło tego tak długo, nie mając nic do powiedzenia. Ale plusem jest, że to biznes, do którego chyba najłatwiej się dostać, nie mając za grosz talentu i zarobić kilka dolarów.

Banksy swoimi działaniami na ulicach zwraca uwagę ludzi na codzienne problemy świata, które nas nie dotyczą, bo rozgrywają się z dala od wygodnych foteli w bezpiecznych domach z równo przyciętym trawnikiem. Używając prostych symboli "mówi" o poważnych sprawach; klika puszek farby i szablon wystarczy, aby w zabawny sposób ośmieszyć palące kwestie społeczne czy gospodarcze. Banksy jest spostrzegawczy, umieszcza swoje dzieła dbając o kontekst - dzięki właściwej lokalizacji jego wrzuty nabierają pełni wyrazu. Jest postacią fascynującą i pożądaną, także dlatego, że swoje istnienie otacza tajemnicą - nikt nic o nim nie wie, a ci, którzy wiedzą milczą jak grób. Wśród wielu głosów pochwał pojawiają się również te odbierające dziełom Banksy'ego przymiot sztuki czy krytykujące jego podejście do zmiany świata: Ktokolwiek myśli, że przez rynek sztuki może wywołać rewolucję, stworzyć nową Jerozolimę, redystrybuować dobra albo nakarmić głodnych, jest dupkiem (Bristol Blogger).

Sztuka różni się od reszty kultury, bo nie jest tworzona przez publiczność. Sztuka, na którą patrzymy, to tylko kilku wybranych. Mała grupka ludzi tworzy, promuje, kupuje, wystawia i decyduje o sukcesie sztuki. Tylko kilkuset ludzi na świecie ma coś na ten temat do powiedzenia. Kiedy idziesz do galerii, patrzysz na ścianę z trofeami kilku milionerów* - Banksy przełamuje tę tezę.

*Wright S., Nie ma jak w domu, SQN, Kraków 2011, s. 79.

Steve Wright Nie ma jak w domu
Sine Qua Non 2011
Tytuł oryginału: Banksy's Bristol. Home sweet home
Pzekład: Paulina Makles

Banksy Wojna na ściany
Sine Qua Non 2012
Tytuł oryginału: Wall and Piece
Przekład: Kamila Kamińska

Banksy Wyjście przez sklep z pamiątkami
Gutek Film 2010
Tytuł oryginału: Exit through the gift shop

piątek, 12 października 2012

Czym można tłumaczyć sukcesy człowieka? Według znawców tematu i psychologów bardzo ważny jest okres między trzynastym a siedemnastym rokiem życia. Zwrócenie uwagi na wartości, dostęp do muzeów, książek, zaszczepienie jakiejś pasji. Wiąże się to z pewną zasobnością domu, ponieważ poznawanie świata i rozwijanie zdolności kosztuje. I z pracą, która od najmłodszych lat pozwala zdobyć doświadczenie, z wyborem szkoły, studiów. Krótko mówiąc: muszą towarzyszyć człowiekowi sprzyjające okoliczności.* W przypadku Zofii Nasierowskiej zadziałały wszystkie powyższe czynniki. Królowa portretu polskich gwiazd była córką fotografa, dzięki czemu od najmłodszych lat obcowała z tą sztuką, szybko zdobywając wiedzę i umiejętności. Nie bez znaczenia był też status majątkowy jej rodziny - Nasierowska miała do dyspozycji sprzęt fotograficzny, a uczęszczanie do Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej i Filmowej w Łodzi nie obciążało rodzinnego budżetu. Dziewczyna miała więc warunki, by rozwijać swoją pasję, ba! jej ojciec denerwował się, gdy Zofia "traciła" czas na naukę kobiecych zajęć czy pomoc w domu. W efekcie Nasierowska już w wieku trzynastu lat potrafiła zastąpić ojca w pracy, co przez klientów bywało odbierane jako żart... póki nie obejrzeli swoich zdjęć. Również w Związku Polskich Artystów Fotografików jej młody wiek odebrano z niemałym zdziwieniem. W poczet członków Zofię przyjęto na podstawie jej prac, a gdy zobaczono ją samą, usłyszała: "Ależ to dziecko!". 

Barbara Brylska w obiektywie Nasierowskiej
źródło: gazetawroclawska.pl
Biografia Nasierowsksiej jest stonowana (nomen omen: Zofie to osoby spokojne, rozsądne i subtelne) - czytelnik nie znajdzie w niej pikantnych szczegółów z życia artystki czy fotografowanych gwiazd, choć do portrecistki kierowała je nie tylko chęć uzyskania swojej podobizny, ale także chandra czy potrzeba dowartościowania. Bo z tego właśnie Nasierowska słynęła - miała dar wydobywania z kobiet urody i podkreślania jej atutów, w efekcie czego klientki były zachwycone efektami. Rzeczywiście, oglądając zdjęcia jej autorstwa, trudno odmówić im piękna. A tych jest naprawdę sporo! Jak sugeruje tytuł publikacji, biografia została uzupełniona bogatym materiałem zdjęciowym - portretami studyjnymi, przedrukami reportaży z ówczesnej prasy, okładkami czasopism, zdjęciami z archiwum rodzinnego Zofii Nasierowskiej - który idealnie współgra z rodzajem papieru, na jakim wydano książkę. 

Mimo, iż w ogólnym odczuciu książkę oceniam wysoko, dwa ostatnie rozdziały znacznie ostudziły mój entuzjazm. Zofia Nasierowska po trzydziestu pięciu latach pracy zawodowej ze względu na chorobę oczu zrezygnowała z fotografii i z mężem osiadła na Mazurach. Opis rozbudowy posiadłości i przedruk wpisów z księgi gości gospodarzy był dla mnie zbyt obszerny i nazbyt idealistyczny, a czarę goryczy (słodyczy?) przelały wpisy z pamiętnika Zofii adresowanego do wnuka, w którym stale przypominała o tym, iż wszystko robi dla niego, zwłaszcza rozbudowując rezydencję. Ten rozdział mnie po prostu zmęczył, a sama Nasierowska wydała mi się osobą, której daleko do skromności. Z kolei istnienie ostatniego rozdziału było dla mnie nieuzasadnione - Turowska przywołuje przodków Zofii (dlaczego na końcu?), mimo iż o jej rodzinie pisała już na początku książki. Mimo niefortunnego zakończenia Nasierowska. Fotobiografia pozostawiła w mojej pamięci pozytywne wrażenie. 

Marginesy 2009 

*Turowska Z., Nasierowska. Fotobiografia, Wydawnictwo Marginesy, Piaseczno 2009, s. 37.

poniedziałek, 1 października 2012

Na pytanie: jaki znasz utwór Iggy'ego Popa zapewne większość przeciętnych słuchaczy muzyki wymieniłaby "Pasażera" - kawałek wielokrotnie coverowany przez polskie zespoły (wspomnę tylko o tych bardziej znanych jak Kult, Pidżama Porno czy Big Cyc). Książka Paula Trynki uświadamia, że Iggy i The Stooges (dla niewtajemniczonych - zespół, z którym Pop zaczynał karierę), to nie tylko Passanger, ale również mnóstwo innych kawałków, które dały podwaliny pod punkrocka.

Choć to punk mógłby być głównym tematem książki, autor nie skupia się jednak na ścieżce jaką przetarł nasz bohater nowym gatunkom muzyki, ale na samym muzyku, na jego życiu, "wzlotach i upadkach", którymi na przemian naznaczona była jego kariera. Z publikacji przebija obraz odwróconych proporcji jakości twórczości do poziomu kondycji życiowej Popa - im bardziej popadał w narkotyki i alkohol, im bardziej rozwiązłe seksualnie życie prowadził, tym tworzył lepsze dzieła; od momentu, gdy postanowił ograniczyć używki jego kompozycje straciły na jakości, na sile wyrazu i przekazu. Co jeszcze zwróciło moją uwagę to to, że zdecydowana większość pracy poświęcona jest okresowi hulanek, ostrego imprezowania, a stosunkowo niewielka część czasowi stabilizacji - jednoznacznie widać, że lata upadku są o wiele ciekawsze niż okres powstawania z popiołu.

Autor szczegółowo opisuje całą karierę muzyka, dość dużo miejsca poświęcając młodości Iggy'ego Popa, kiedy ten był jeszcze Jimem Osterbergiem - miłym, czarującym chłopcem, "największą nadzieją klasy". Świetnie ukazano proces powstawania oraz rozwoju mrocznej osobowości, która na wiele lat przejęła kontrolę nad ciałem Jima. Dla wtajemniczonych w muzykę i życie wokalisty The Stooges nie lada gratką mogą okazać się rozdziały szeroko opisujące okres współpracy Popa z Davidem Bowiem.

Wrażenie robi spis podziękowań osobom, do których Paul Trynka dotarł, aby napisać książkę - lista obejmuje nie tylko tych, którzy znali osobiście Iggy'ego, ale autor pokusił się także o opinie uczestników pojedynczych koncertów, tylko po to, żeby obalić lub potwierdzić krążące legendy. Wewnątrz znajdziemy również zdjęcia obrazujące różne momenty kariery - przeglądając je nie mogłem uwierzyć, że "Ojciec Chrzestny Punka" mógł mieć włosy zafarbowane na blond i chodzić w pełnym makijażu - ohyda! Całość oceniłbym na cztery z plusem, gdyby nie całkiem położona korekta - literówki pojawiają się niemal na każdej z trzystu pierwszych stron. Na szczęście im dalej w las tym mniej kłód pod nogami.

Sine Qua Non 2012
Tytuł oryginału: Iggy Pop. Open up and bleed
Przekład: Maksymilian Tumidajewicz, Łukasz Kuśnierz