Pokazywanie postów oznaczonych etykietą album. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą album. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 28 stycznia 2016


Ponieważ ostatnio moje zainteresowania skupiły się wokół wizażu i stylizacji, po lekturze Szefowej swojej szafy postanowiłam zafundować sobie podróż w czasie. O dawnej modzie i kanonach urody miałam bardzo mgliste pojęcie, na dodatek ta szczątkowa wiedza dotyczyła czasów współczesnych. Książka Doroty Golińskiej rozjaśniła mi mroki przeszłości, w których powiewały jedynie jakieś zwiewne tuniki i bliżej nieokreślone suknie.

Autorka Kanonów kobiecej urody podeszła do tematu chronologicznie. Omówiła epokę po epoce pod kątem kanonów piękna, stosowanych zabiegów upiększających, ówczesnych kosmetyków, a każdy rozdział zamknęła lekcją makijażu nawiązującego do omawianych czasów. Muszę przyznać, że tutaj sporo kwestii mnie zaskoczyło. Urozmaicanie fryzury przywiązywanymi do włosów cykadami, moda na różowe i niebieskie włosy (i to bynajmniej nie w ubiegłym stuleciu!), wyrównywanie cery za pomocą białka jaja, przez co twarz stawała się sztywną maską, a kobiety musiały panować nad swoją mimiką, aby ta nie popękała... W celu nadania puszystości włosom wcierano w nie... pomyje, a szczypczyki i młoteczki do zabijania wszy czy pluskiew były nieodzownym atrybutem każdej eleganckiej damy. Kolejnym, jednak nie mniejszym zaskoczeniem był fakt, iż twórcą kosmetycznego imperium znanego pod nazwą Max Factor jest Polak, Maksymilian Faktorowicz!

Wydawałoby się, że książka na temat zmian w kanonach piękna musi być arcyciekawa, a albumowe wydanie gwarantuje wysoką jakość publikacji, ale tak niestety nie jest. Owszem, tematyka jest bardzo interesująca, ale sposób podania pozostawia wiele do życzenia. Czytając Kanony kobiecej urody często odnosiłam wrażenie, że czytam nie wydaną książkę, a czyjąś pracę zaliczeniową, nie do końca dopracowaną: zauważyłam brak konsekwencji (jedne rozdziały zostały opracowane dokładniej, inne mniej, a pewne aspekty były omawiane w nieoczekiwanych miejscach), powtórzenia (np. irokez został objaśniony w dwóch miejscach w obrębie jednego rozdziału, ba! dwóch stron, jeśli nie liczyć przedzielającej je fotografii), wpadki edytorskie (dwie różne czcionki w jednym akapicie, światło w części wersu), interpunkcyjne i całe morze literówek (żółta kartka dla Doliny Literek). Teoretycznie całość powinny ratować piękne zdjęcia - publikacja jest bardzo bogato ilustrowana, a do sesji zostały zaangażowane modelki z profesjonalnych agencji - i po części tak jest, ale nie do końca... Niektóre z nich nie zostały poddane obróbce właściwej dla fotografii portretowej, w efekcie czego niektóre kobiety mimo swego piękna wyglądają mało atrakcyjnie z bujnym meszkiem na brodzie i dookoła ust. 

Książka ze względu na interesujące zagadnienia z pewnością jest warta przeczytania, jednak poleciłabym ją tylko osobom tolerancyjnym wobec niedopracowanej formy. Wiem, że pracownie edytorskie przepuszczają błędy (sprawdzam teksty po redakcji i korektach, a przed oddaniem ich do druku), ale mimo wszystko to nie powinno mieć miejsca, zwłaszcza w takim "stężeniu". Co dziwne, z podobnym poziomem redaktorskim i korektorskim zetknęłam się w przypadku innych albumów (seria "Ocalić od zapomnienia"). Tam, gdzie powinno się szczególnie zadbać o staranne wydanie, ktoś chyba doszedł do wniosku, że szata graficzna zatuszuje wszystkie niedociągnięcia.

Buchmann 2014 

czwartek, 30 października 2014

Podlasie obejmuje 20 187 km² powierzchni Polski, na których żyje ponad 300 gatunków ptaków, 60 gatunków ssaków, 45 gatunków ryb, 13 gatunków płazów oraz 7 gatunków gadów. Bogactwu przyrodniczemu sprzyja różnorodność siedlisk - kraina ta bowiem obfituje w lasy (617,5 ha, czyli 30,3% powierzchni województwa), rozległe pola uprawne i łąki, tereny podmokłe oraz jeziora, których jest 310 (licząc zbiorniki o powierzchni przekraczającej 0,5 ha)! Ponad 50% powierzchni województwa to tereny dziewicze, w mniej optymistycznym wariancie jedynie muśnięte ręką człowieka. Ale Podlasie to nie tylko przyroda, to także - a może przede wszystkim - ludzie. 

Krainę położoną na północnym wschodzie Polski zamieszkuje 1 188 329 osób (czyli zaledwie 3,1% ludności naszego kraju), zróżnicowanych etnicznie, językowo i wyznaniowo, ale w jednakowym stopniu otwartych, tolerancyjnych i życzliwych. To właśnie ta wspólna cecha zainspirowała Tomasza Tomaszewskiego do podjęcia próby uchwycenia istoty Podlasia przez pryzmat człowieka, zwłaszcza że tematy krajobrazu i przyrody zostały już wyeksploatowane. Na jego fotografiach nie znajdziemy więc typowych przedstawicieli podlaskiej fauny takich jak bocian czy żubr - zastąpiły je częściej spotykane konie i krowy. Niewiele jest również krajobrazów. Cepelia ustąpiła miejsca codziennemu życiu - świętowaniu, pracy i rozrywce. Na zdjęciach Tomaszewskiego można więc zobaczyć m.in. ślub w cerkwi, koszenie bagien, produkcję sera, przeprawę krów przez rzekę czy kulig. Na uwagę zasługują również portrety znanych Podlasian: malarz Leon Tarasiewicz został uwieczniony z kurami ozdobnymi, które hoduje, drugi artysta, Andrzej Strumiłło, pozuje z psem w altanie swego domu, natomiast Krzysztof Kawenczyński, znany jako Król Biebrzy, przedstawiony został w swoim domu-samotni.

O Tomaszu Tomaszewskim wspominałam przy okazji recenzji Podlaskiego... Piotra Brysacza i Andrzeja Kalinowskiego, gdyż mam nieodparte wrażenie, iż to on był adresatem krytyki Wiktora Wołkowa. Nie wiem, w jaki sposób powstawały zdjęcia i w jakim stopniu fotograf zagłębił się w temat, wiem jedno - efekt jest naprawdę imponujący. Kadry są dopracowane pod względem technicznym oraz kompozycyjnym (w tej ostatniej kategorii moim numerem 1 jest fotografia jeźdźców w stadninie). Oglądając ciepłą, słoneczną twarz Podlasia aż ciężko uwierzyć w to, co Tomaszewski wyznał w jednym z wywiadów - że większość czasu spędził w kościołach i cerkwiach... modląc się o ustanie deszczu*. 

Odkąd zobaczyłam wystawę Zapewnia się atmosferę życzliwości, stałam się fanką Tomaszewskiego, a ściślej: jego fotografii, bo za jego osobą nie przepadam, odkąd miałam przyjemność "poznać go" na jednym z festiwali. Być może mylne, wrażenie o jego zarozumiałości na mój odbiór jego fotografii nie ma żadnego wpływu. Gdy zobaczyłam zdjęcia śląskiego zagłębia, moja fascynacja sposobem patrzenia przez niego na to, co pozornie szare i nieciekawe, jeszcze bardziej się pogłębiła. Ach, gdyby tak zechciał sfotografować również Małopolskę!**

* http://www.poranny.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20111204/MAGAZYN/995380066 [dostęp: 30.10.2014]
** Marzenie ściętej głowy. Z informacji znalezionych w sieci wynika, że zdjęcia powstały na zlecenie Urzędu Marszałkowskiego Województwa Podlaskiego za "bagatelną" kwotę 50 000 zł...

Urząd Marszałkowski Województwa Podlaskiego 2012

czwartek, 16 października 2014


Każdy z nas ma swoje ukochane miejsce, które przyciąga go niczym magnes i które stale każe do siebie wracać. Dla mnie takim miejscem jest Podlasie, a w szczególności Biebrzański Park Narodowy będący dla mnie uosobieniem raju. Kraina ta miesza w wielu głowach, powodując przyjemny stan upojenia jej krajobrazem, naturą i atmosferą. To właśnie Biebrza poznała mnie z Wiktorem Wołkowem, gdy w maju tego roku, po raz kolejny zresztą, odwiedziłam Burzyn. W tej niewielkiej, ale oferującej wspaniałe krajobrazy miejscowości, postawiono tablicę pamiątkową, a wieżę widokową nazwano imieniem nieżyjącego już fotografa, o którym wcześniej - aż wstyd przyznać - nie słyszałam.

Wiktor Wołkow fotografował Podlasie przez pół wieku, dzień po dniu wracając w te same miejsca. Bywając w innych regionach nie wyciągał aparatu, ponieważ nie potrafił i nie chciał utrwalać świata, w którym był tylko chwilowym gościem. Za takie pośpieszne fotografowanie skrytykował "znanego fotografa", który przyjechał na Podlasie na 5 minut, poustawiał ludzi, popstrykał i odjechał (podejrzewam, że chodziło mu o Tomasza Tomaszewskiego i jego album Zapewnia się atmosferę życzliwości). Wołkow nigdzie się nie śpieszył, wręcz przeciwnie - spędzał długie godziny na oczekiwaniu na odpowiednie światło czy zapakowanie fury sianem przez chłopa, który nie był świadomy tego, iż jego praca zainteresowała wybitnego fotografa. Dyskrecję zapewniały Wołkowowi teleobiektywy lustrzane, którymi nie tylko portretował mieszkańców i przyrodę Podlasia, ale również uparcie utrwalał krajobrazy, wbrew powszechnemu przekonaniu, iż do tego celu najodpowiedniejsze są obiektywy szerokokątne. Fotograf lubił sposób, w jaki teleobiektywy skracają perspektywę; widząc efekt tego wyboru trudno nie przyznać mu racji. Wszelkie niedoskonałości jego fotografii - chylący się horyzont czy rozedrganie, jak trafnie nazwała to Bożena Walencik - zostały przekute na zaletę, gdyż uosabiają magię Podlasia w większym stopniu niż współczesne, wygładzone w programach graficznych cyfrowe kadry (Wołkow fotografował analogowo). Jedna z rozmówczyń Piotra Brysacza i Andrzeja Kalinowskiego zastanawia się jaki dar pozwalał fotografikowi pokazywać to, czego inni nie dostrzegali; nawet gdy stali obok niego i patrzyli na tę samą scenę, jawiła im się zupełnie inaczej, mniej atrakcyjnie niż Wołkowowi. 

Podlaskie. Najpiękniejsze miejsca. Wędrówki Wiktora Wołkowa to książka wielowymiarowa. Przede wszystkim są to wspomnienia przyjaciół fotografa, z których wyłania się obraz małomównego, rosłego mężczyzny o wielkim sercu i wrażliwości pozwalającej dostrzec to, co umyka uwadze innych. To także album z pięknymi fotografiami, które są próbą ocalenia świata i uzupełnieniem portretu artysty. Podlaskie... to wreszcie także przewodnik po miejscach ukochanych przez fotografa, pozwalający na ich dokładne zlokalizowanie. Będąc kolejny raz na Podlasiu poszukam Wołkowa w mgłach, bo on gdzieś w tych mgłach na pewno jest... Bo człowiek nie może tak po prostu zabrać się i odejść, a już na pewno nie Wiktor...*

*Piotr Brysacz, Andrzej Kalinowski, Podlaskie. Najpiękniejsze miejsca. Wędrówki Wiktora Wołkowa, Białystok 2014, s. 129.

Fundacja Sąsiedzi 2014

środa, 30 lipca 2014


Mimo iż mam słabość do serii Ocalić od zapomnienia, chyba żaden tytuł nie był aż tak bliski moim zainteresowaniom. Nasz folklor ocalony jest katalogiem polskich skansenów, a te wprost uwielbiam zwiedzać. Muzea na wolnym powietrzu to nie tylko wspaniałe budownictwo ludowe, ale również lekcja o ówczesnym życiu na wsi. Niejednokrotnie zastanawiałam się do czego służą poszczególne elementy wyposażenia wiejskich domów czy sprzęty znajdujące się w obejściach, z pomocą zwykle przychodził jednak Moszyński i jego monumentalna Kultura ludowa Słowian.  

Wygiełzów, Zalipie, Zawoja, Zubrzyca, Chorzów, Sanok, Nowogród... Z każdym rokiem lista odwiedzonych obiektów wydłużała się. Zaczęło brakować pomysłów na kolejne wycieczki, a niektóre, znane tylko z nazw placówki były owiane mgłą tajemnicy. Marek Borucki w Naszym folklorze ocalonym nieco ją rozwiał, przedstawiając skanseny z każdego regionu Polski. Oprócz wyżej wymienionych w książce znalazły się m.in. Park Etnograficzny w Tokarni, Muzeum Wsi Opolskiej, Lubelskiej oraz Radomskiej, a także Wielkopolski Park Etnograficzny, Muzeum Wsi Słowińskiej w Klukach i Białostockie Muzeum Wsi. Każdy obiekt został omówiony od historii jego powstania przez jego "treść", czyli zagrody, budynki, wyposażenie po wydarzenia cykliczne mające miejsce na jego terenie. Jak przystało na serię Ocalić od zapomnienia, nie mogło zabraknąć obszernego i atrakcyjnego materiału ikonograficznego w postaci zdjęć (choć co najmniej jedno z nich zostało użyte dwukrotnie*).

Ciekawym elementem książki jest krótka charakterystyka poszczególnych regionów Polski, ze szczególnym naciskiem na historię, ale nie zabrakło też informacji na temat kultury czy kuchni - każdy rozdział okraszony został przepisami na dania typowe dla opisywanej części kraju (m.in. fafernuchy, kulebiak, kwaśnica). Choć w publikacji zauważyłam niewielkie niedociągnięcia (wspomniana wpadka ze zdjęciami czy pojedyncze literówki), daje się zauważyć wyraźna zmiana w stosunku do poprzednich książek z serii. Jakość redakcji i korekty uległa znacznej poprawie, choć nie wykluczam, że taki a nie inny kształt książki może być zasługą samego autora, a nie edytorów.

Ponieważ sezon urlopowy w pełni, Nasz folklor ocalony znakomicie sprawdzi się jako przewodnik po kulturowym dziedzictwie naszego kraju. Jeśli chcecie zobaczyć zabytkowy dom pogrzebowy czy tysiącletnią, wydrążoną w pniu łódź rzeczną, nie pozostaje Wam nic innego, jak zaopatrzyć się w książkę i ruszyć na spotkanie śladów polskiego folkloru. 

*Marek Borucki, Nasz folklor ocalony, Warszawa 2014, ss. 214 i 220.

Muza 2014
Seria: Ocalić od zapomnienia

sobota, 17 listopada 2012

Kapliczki i krzyże przydrożne to kolejna publikacja, która ukazała się w jednej z moich ulubionych serii wydawniczych. Tytułowe kapliczki oraz krzyże są nieodłącznym elementem polskiego krajobrazu, który podczas swoich wędrówek spotykamy tu i ówdzie, ale - jak się okazuje - niewiele o nich wiemy. 

Tomasz Czerwiński zawarł w swojej książce nieprzebrane bogactwo form przydrożnych krzyży oraz kapliczek. W ramach wprowadzenia omówił rozmaite formy krzyży (krzyż prawosławny, jerozolimski, papieski itp.) oraz symbolikę poszczególnych elementów, z których są złożone. W części właściwej publikacji podjął się klasyfikacji polskich krzyży oraz kapliczek, a także omówił ich gospodarzy, czyli świętych, którzy w nich "mieszkają". Kryterium podziału stanowi materiał, z których wykonane są krzyże (drewno, kamień, żelazo) oraz formy architektoniczne w przypadku kapliczek. Nie byłam świadoma istnienia tylu form! Autor wyróżnił m.in. kapliczki wiszące, brogowe, arkadowe, domkowe, latarnie oraz kolumny i słupy. Jedną z najciekawszych form są latarnie umarłych, funkcjonujące jako znak skażonego terytorium np.pobliskiego leprozorium czy miejsca pochówku ofiar epidemii. Interesującym elementem jest wewnętrzny szyb, którym windowano w górę konstrukcji płonący kaganek - to właśnie światełku latarnia zawdzięcza swoją nazwę. Dlaczego ta forma zainteresowała mnie najbardziej? W moim mieście ostały się co najmniej cztery latarnie umarłych, mijałam je, nie wiedząc jakiemu celowi służyły. Nie będę omawiała tutaj wszystkich powodów stawiania krzyży czy kapliczek, przytoczę jeszcze tylko jeden przykład, który zainteresował mnie szczególnie. Nigdy nie widziałam krzyży pokutnych, które stawiano w ramach zadośćuczynienia morderstwu. Na krzyżach tych, zwykle kamiennych, grawerowano wizerunek narzędzia zbrodni - nóż, tasak czy... widły! 

Materiał opracowany w Kapliczkach i krzyżach przydrożnych jest imponujący! Treść została uschematyzowana w logiczny sposób, dokładnie omówiona i zilustrowana licznymi rycinami oraz fotografiami. Niestety, korekta w serii nadal kuleje (estetyczne albumowe wydanie zasługuje na staranniejsze dopracowanie szczegółów!), choć i tak widać poprawę w porównaniu z poprzednimi częściami, które miałam okazję czytać. Mimo to Kapliczki i krzyże przydrożne polecam - zwłaszcza miłośnikom dziedzictwa kulturowego Polski, dla których jest to lektura obowiązkowa!

Muza 2012
Seria: Ocalić od zapomnienia

niedziela, 11 listopada 2012

Andrzej G. Kruszewicz jest niekwestionowanym guru w ornitologicznym światku. Jest lekarzem weterynarii, ale swoją uwagę zwrócił na ptaki, dla których stworzył azyl działający przy warszawskim zoo. To właśnie jego pacjenci są bohaterami najnowszej publikacji Kruszewicza, znanego czytelnikom z wcześniejszych dokonań, m.in. monumentalnego dzieła Ptaki Polski. 

Moi skrzydlaci pacjenci to historie najciekawszych przypadków, z którymi doktor Kruszewicz spotkał się podczas swojej pracy w Azylu dla Ptaków. Poznajemy bocianicę Wyścigówkę, orła Pepo, pelikana Pelka, sępy Trzezbora oraz Letricię oraz rzeszę innych, często bezimiennych bohaterów, których łączy jedno - potrzebują pomocy lub za będące w potrzebie zostały uznane... niesłusznie. Jak wynika z wielu historii często ptakom dzieje się krzywda przez ludzką nadgorliwość i nieznajomość ptasich zwyczajów. Podloty, czyli ptaki będące już poza gniazdem, ale nie umiejące jeszcze dobrze latać, są odbierane jako porzucone przez rodziców i kłopot murowany. Ptaki trafiają do azylu, skąd ciężko je z powrotem odnieść na miejsce ich znalezienia; ptaki wychowywane są zatem w niewoli i ciężko je potem przystosować do życia na wolności.

Andrzej G. Kruszewicz to urodzony gawędziarz - o swojej pasji (i pracy) potrafi opowiadać niezwykle ciekawie i z dużą dozą humoru (polecam szczególnie historię o kradzieży pudełka z logo firmy Toshiba). Ale Moi skrzydlaci pacjenci to nie tylko historie, które bawią lub poruszają. Książka jest także cichym apelem, aby ptakom pomagać mądrze i nie wyciągać pochopnych wniosków z tego, co się widzi. Puchaty osamotniony ptaszek nie zawsze potrzebuje naszej pomocy (być może czeka na rodziców, którzy w tym czasie polują), a nawet najlepiej prowadzony azyl nie zapewni mu tego, co życie na wolności. Na koniec wspomnę o pięknej szacie graficznej - książka została wydana jak album, a dzięki dużemu formatowi zamieszczone w niej zdjęcia prezentują się wybornie!

Moi skrzydlaci pacjenci to prawdziwa gratka dla wszystkich miłośników ptaków!

Multico 2012

sobota, 13 października 2012

W zamierzchłych czasach mojej młodości, czyli koło roku 2002, w - wówczas jeszcze porządnej i merytorycznej - "Machinie" pojawił się artykuł o jakimś grafficiarzu z Wysp Brytyjskich, który nie tylko nie dewastuje przestrzeni publicznej, ale także ma coś do powiedzenia ludziom. Jak się okazało w czasie lektury Nie ma jak w domu i Wojny na ściany, był to Banksy - najbardziej nieznany i poszukiwany artysta street artu na świecie. Ze zdjęć, które zostały mi z tamtego numeru w głowie, wyłania się Mona Lisa z wyrzutnią rakietową (15 minut, Soho 2001). I do września tego roku tak zapamiętałem Banksy'ego, a właściwie to całkiem o nim zapomniałem. Aż do momentu, gdy w moje ręce wpadł jego film - Wyjście przez sklep z pamiątkami - świetny głos w dyskusji dotyczącej tego, czy street art jest sztuką czy wandalizmem? Czy ludzie tworzący street art powinni/mogą czerpać z niego korzyści majątkowe? Jaka jest kondycja i podejście ludzi do sztuki w ogóle? Na te pytania znajdziecie odpowiedzi we wszystkich trzech wyżej wymienionych tytułach. A więc po kolei....

W Nie ma jak w domu Steve Wright przybliża czytelnikowi historię street artu, mówi dlaczego to właśnie w Bristolu jest brytyjskie zagłębie tej formy sztuki i jak w tym środowisku pojawił się Banksy ze swoimi pracami. Zamieszcza opinie ludzi związanych z grafficiarzem oraz z innymi artystami malującymi po ścianach na ulicach, z konsultantem sztuki, a także wypowiedzi głównego bohatera zaczerpnięte z udzielanych prasie wywiadów. Widać w tych wypowiedziach podziw i pochwałę dla podjętego kierunku działalności, jedynie pan "specjalista" uważa, że chociaż to co robi Banksy można nazwać sztuką, nie wiadomo czy jego prace i on sam przetrwa próbę czasu, która jest decydującym czynnikiem w dyskusji na temat znaczenia artysty w historii sztuki. Niezaprzeczalnym jest fakt, że odcisnął piętno na ludziach, zamanifestował swoje pacyfistyczne poglądy, a jego prace znajdowały się na transparentach uczestników demonstracji antywojennych czy sprzeciwiających się zbrojeniom państw. Wright poświęca też trochę miejsca na omówienie kilku wybranych przez siebie prac.

Wojna na ściany jest już pozycją typowo albumową - 200 stron wypełnia grubo ponad 200 zdjęć z pracami Banksy'ego. Wiele z nich pojawiło się już w Nie ma jak w domu, ale jest tu cała seria klasycznych obrazów "dostosowana" do współczesnych czasów i równocześnie krytykująca terroryzm, konsumpcjonizm, kapitalizm - Maryja z iPodem i dzieciątkiem Jezus, wózki z marketu leżące w rzece przepływającej pod mostem z obrazu Moneta czy uschnięte słoneczniki van Gogha. Banksy opowiada jak w biały dzień zawieszał swoje obrazy w najbardziej znanych muzeach w Londynie i Nowym Jorku (dwa z nich pozostały w stałej ekspozycji!), jak wkradał się do barcelońskiego zoo, jak malował most przy posterunku policji i tworzył "legalne" miejsca do malowania. Znajdziemy tu także świetne graffiti zamieszczone na murze oddzielającym Palestynę od Izraela.

Uzupełnieniem książek jest film - Wyjście przez sklep z pamiątkami. Banksy występujący tu jako narrator opowiada historię o gościu, który, poszukując... Banksy'ego, zakochuje się w street arcie i sam zostaje twórcą tej dziedziny sztuki. Wychodzi mu to lepiej lub gorzej, ale ewidentnie zrzyna pomysły z innych artystów - jest wtórny i kompletnie nie ma wizji stworzenia własnego stylu, widzi, że przynosi mu to sławę i pieniądze, więc brnie w tworzenie (czy raczej odtwarzanie) jeszcze głębiej. Film doskonale koresponduje ze słowami zawartymi w wywiadzie dla magazynu "Swindle": Świat sztuki to jakiś żart. (...) współczesna sztuka to kompromitacja - nigdy tylu ludzi nie używało tylu materiałów i nie robiło tego tak długo, nie mając nic do powiedzenia. Ale plusem jest, że to biznes, do którego chyba najłatwiej się dostać, nie mając za grosz talentu i zarobić kilka dolarów.

Banksy swoimi działaniami na ulicach zwraca uwagę ludzi na codzienne problemy świata, które nas nie dotyczą, bo rozgrywają się z dala od wygodnych foteli w bezpiecznych domach z równo przyciętym trawnikiem. Używając prostych symboli "mówi" o poważnych sprawach; klika puszek farby i szablon wystarczy, aby w zabawny sposób ośmieszyć palące kwestie społeczne czy gospodarcze. Banksy jest spostrzegawczy, umieszcza swoje dzieła dbając o kontekst - dzięki właściwej lokalizacji jego wrzuty nabierają pełni wyrazu. Jest postacią fascynującą i pożądaną, także dlatego, że swoje istnienie otacza tajemnicą - nikt nic o nim nie wie, a ci, którzy wiedzą milczą jak grób. Wśród wielu głosów pochwał pojawiają się również te odbierające dziełom Banksy'ego przymiot sztuki czy krytykujące jego podejście do zmiany świata: Ktokolwiek myśli, że przez rynek sztuki może wywołać rewolucję, stworzyć nową Jerozolimę, redystrybuować dobra albo nakarmić głodnych, jest dupkiem (Bristol Blogger).

Sztuka różni się od reszty kultury, bo nie jest tworzona przez publiczność. Sztuka, na którą patrzymy, to tylko kilku wybranych. Mała grupka ludzi tworzy, promuje, kupuje, wystawia i decyduje o sukcesie sztuki. Tylko kilkuset ludzi na świecie ma coś na ten temat do powiedzenia. Kiedy idziesz do galerii, patrzysz na ścianę z trofeami kilku milionerów* - Banksy przełamuje tę tezę.

*Wright S., Nie ma jak w domu, SQN, Kraków 2011, s. 79.

Steve Wright Nie ma jak w domu
Sine Qua Non 2011
Tytuł oryginału: Banksy's Bristol. Home sweet home
Pzekład: Paulina Makles

Banksy Wojna na ściany
Sine Qua Non 2012
Tytuł oryginału: Wall and Piece
Przekład: Kamila Kamińska

Banksy Wyjście przez sklep z pamiątkami
Gutek Film 2010
Tytuł oryginału: Exit through the gift shop

poniedziałek, 8 października 2012

Gdyby nie poznański inżynier, nieznany z imienia i nazwiska pracownik Polskich Kolei Państwowych, książka przybliżająca współczesnemu czytelnikowi kresy II Rzeczypospolitej przybrałaby zupełnie inną formę. Na szczęście mężczyznę oddelegowano na wschodnie rubieże Polski do nadzoru rozbudowy torów kolejowych, a dzięki temu, iż był on osobą ciekawą świata i swoją wiedzą chciał się dzielić ze swoją kilkunastoletnią córką, poznajemy dokładny obraz wschodnich kresów. Składają się nań pocztówki wraz z liścikami adresowanymi do Antoninki (autor książki z całej korespondencji wybrał sto najciekawszych), w których ojciec relacjonował swój pobyt w danym miejscu i dzielił się uzyskanymi na jego temat informacjami. Czasem był to opis przygody czy spotkanych po drodze ludzi, innym razem kontekst historyczny czy literacki (najbardziej rozbawiła mnie ciekawostka o umiłowaniu młodego wieszcza do chodzenia po dachu, czynności tyleż niebezpiecznej, co inspirującej). Sprawozdania ojca są żywe, przepełnione humorem, trafnymi spostrzeżeniami i miłością do swojej, prawdopodobnie jedynej, córki. 

Pocztówki z kresów przedwojennej Polski zapewniają bardzo udaną podróż w czasie. Czar pięknych zdjęć przenosi czytelnika na truskawieckie deptaki, do Berezy Kartuskiej, a nawet na sam środek Prypeci, na której polski inżynier, pływając duszohubką, czuł się jak odkrywca Amazonki. Żałuję tylko, że zdjęcia zawarte w książce nie są tożsame z tymi, które widniały na przesyłanych do Antoninki pocztówkach, jednak nie umniejsza to czaru książce. Album jest bowiem niezwykle interesującym źródłem informacji na temat ówczesnych wschodnich kresów Polski i ich mieszkańców. Mimo, iż opisane miejscowości nadal istnieją, są już inne - leżą w granicach innego kraju a XXI wiek odcisnął na nich swoje piętno...

Wydawnictwo Naukowe PWN 2012