Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zysk i S-ka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zysk i S-ka. Pokaż wszystkie posty

piątek, 8 listopada 2013

Dziś każdy z nas może być podróżnikiem. Dla zdeterminowanych nie jest problemem polecieć do Nowej Zelandii, Chile czy Uzbekistanu, wystarczy odpowiednio wcześnie zacząć oszczędzać, a w skrajnym przypadku, idąc za radą Wojciecha Cejrowskiego, sprzedać lodówkę. Łatwość podróżowania po świecie (rozbudowana siatka połączeń, tanie linie lotnicze, otwarcie granic dla cudzoziemców) przekłada się na ilość powstających relacji z wypadów - większość podróżników, także tych w cudzysłowie, w poczuciu dosięgnięcia czegoś wspaniałego i dla innych nieosiągalnego, chce się podzielić swoimi przeżyciami z jak największym gronem odbiorców. Goszczą na festiwalach podróżniczych, zakładają blogi czy wreszcie piszą książki. Jednak czy każda podróż, będąca niekiedy zwykłym turystycznym wyjazdem, zasługuje na zwieńczenie jej publikacją książkową? Nie, i sadzę, że na naszym rynku wydawniczym wydaje się sporo relacji, które nie powinny wyjść poza ramy bloga. 

Do tej właśnie kategorii zaliczam Peru. Od turystyki do magii, książkę Joanny Ulaczyk będącą pokłosiem czterotygodniowej podróży poślubnej po Peru. W tym czasie nowożeńcy zwiedzili miejsca, które są na liście każdego podróżnika wybierającego się do tego kraju: Machu Picchu, pływające wyspy na jeziorze Titicaca, Cuzco, kanion Colca. Podczas pobytu w Peru korzystali ze zorganizowanych wycieczek oferowanych przez lokalne biura turystyczne. Nie widzieli prawdziwego życia Peruwiańczyków, lecz skansen i występy dla turystów, rutynowe i - jak w jednym przypadku zauważyła autorka książki - odgrywane jakby od niechcenia. Powierzchowne, typowo turystyczne podejście odbiło się na jakości tej książki, w której zabrakło autentycznego Peru, z jego kolorami, smakami... Książka aż prosi się o omówienie lokalnej kuchni, niestety, kilka wzmianek nie wyróżniało się zbytnio wśród analogicznych uwag o skonsumowanym kurczaku z frytkami czy spaghetti bolognese. Jedynie pieczona świnka morska zasłużyła na szerszą prezentację oraz sfotografowanie.

Choć podtytuł książki Peru. Od turystyki do magii sugerował podejście do tematu z punktu widzenia zwykłego turysty, po książce spodziewałam się czegoś więcej. Wprawdzie relacja nie jest źle napisana, a zdjęcia są przyjemne dla oka, ale liczyłam na to, że książka podróżnicza taką właśnie będzie. Oczekiwałam, że Joannie Ulaczyk udało się podglądnąć inną rzeczywistość, dowiedzieć się czegoś fascynującego o Peru, i oto właśnie zechciała się tym podzielić. Niestety, udokumentowane w książce przeżycia nie zaspokoiły moich oczekiwań, nie mówiąc o tym, że uprawianego przez autorkę stylu podróżowania nie popieram. Jak można czuć szczęście i satysfakcję (sic!), gdy ktoś ściął dla nas drzewo (!), żeby ściągnąć z niego leniwca (!!), aby można go było wziąć na ręce i zrobić sobie z nim zdjęcie (!!!)?!?!? Czy powinno się propagować poczucie, że jesteśmy panami tego świata i możemy, ot tak, dla kaprysu, zakłócać jego rytm? Nie spodziewałam, się, że książka podróżnicza wywoła we mnie takie emocje...

Zysk i S-ka 2013
Seria: Człowiek Poznaje Świat

sobota, 14 września 2013

Kaukaz łączy w sobie piękno krajobrazu, wielość kulturowo-etniczną oraz... tajemnicę. Oliver Bullough odkrył bowiem, iż nawet w najrzetelniejszych opracowaniach na temat historii regionu są ogromne luki. Czerkiesi, jeden z ludów zamieszkujących Kaukaz, w niektórych publikacjach nie zostali nawet wspomniani, podczas gdy wzmiankowano nawet o angielskiej królowej Elżbiecie I! W niepełnych monografiach znajdowały się informacje o podboju Kaukazu przez Rosję, ale bardzo nieprecyzyjne, pełne przemilczeń na temat wyniszczania kolejnych kaukaskich narodów. 

Bullough postanowił więc odkryć nieznane karty historii Kaukazu i oddać chwałę tym, którzy walczyli o swoją wolność i godność- Nogajom, Czerkiesom, Turkom górskim, Czeczenom, Karaczajom, Bałkarom... Choć ludy te w większości zostały przysypane przez pył czasu - a może właśnie dlatego? - brytyjski dziennikarz skierował swoją uwagę właśnie na nich, świadków i ofiary tragedii, która rozgrywała się przez lata w pięknej górskiej scenerii. Wykonawcy planów władców Rosji o powiększeniu terytorium ich kraju ochoczo, wręcz nadgorliwie, zabierali się do dzieła oczyszczania terenów z ludności zamieszkującej Kaukaz. Często nie fatygowano się z wysiedlaniem autochtonów na terytoria Azji Środkowej - szybszym rozwiązaniem było wybicie ludności do nogi... Oliver Bullough dopuszcza do głosu świadków tych dramatycznych wydarzeń, zarówno tych mimo woli wciągniętych w wir historii, jak i tych, którzy byli bezpośrednio zaangażowani w ówczesne wydarzenia. To właśnie poprzez historie pojedynczych bohaterów odtworzył nieznane szerszej publiczności krwawe dzieje Kaukazu.

Podobnie jak różnorodny jest Kaukaz, taka jest też książka Olivera Bullougha. Nieco bałam się tego opasłego tomu, nie ze względu na objętość lecz na ogromną dawkę historii, którą spodziewałam się otrzymać. Ta została jednak podana w taki sposób, że potrafiła zainteresować nawet mnie (od szkoły podstawowej mam awersję do roztrząsania dziejów). Ale jak już wspomniałam, jest to pozycja niejednorodna, na jej kartach bowiem opracowanie historyczne stale przeplata się z reportażem. Kaukaz. Niech świat rozbrzmiewa naszą chwałą to książka, która nie tylko odsłania nieznane karty historii i demaskuje ludobójstwo, którego dopuściła się Rosja, ale pomaga również przełamać stereotypy narosłe choćby wokół Czeczenów. 

Zysk i S-ka 2013
Seria: Człowiek poznaje świat
Tytuł oryginału: Let Our Fame Be Great: Journeys Among The Defiant People Of The Caucasus
Przekład: Jacek Spólny

czwartek, 25 lipca 2013

W dzisiejszych czasach chyba nie ma już miejsc, w które nie wkroczyłby człowiek wraz z towarzyszącym mu postępem cywilizacyjnym. Oglądając zdjęcia Indian zamieszkujących dżunglę amazońską czy Buszmenów widzimy, że tradycyjne stroje i naczynia są powoli wypierane przez chińskie T-shirty i plastik, a wizyta "innego", białego człowieka nie wywołuje już takiego poruszenia jak niegdyś. Mieczysław Lepecki, żołnierz i podróżnik, miał okazję zobaczyć na własne oczy i utrwalić odchodzenie dawnego świata, kraju zakonserwowanego w swej dawności jak mucha w bursztynie*. 

Do środkowo-zachodniej Brazylii zagnała go gorączka złota, a ściślej - chęć sprawdzenia pogłosek o złożach akwamarynu i uszczknięcia kawałka tego naturalnego bogactwa dla siebie. Długa i uciążliwa wyprawa po złote runo** obfitowała w wiele cennych obserwacji. Jak się bowiem okazało, czas jego podróży zbiegł się z okresem zmian jakie zachodziły na przemierzanych ziemiach. Te, dotychczas zamieszkiwane przez autochtonów, według prawa uznano za ziemie niczyje, które można rozparcelować i sprzedać. Nikt nie liczył się z racjami Indian, zamieszkujących sporne tereny od pokoleń. Właśnie z tą sprawą wiązano przybycie białego człowieka - Lepeckiego wzięto za spekulanta handlującego ziemią lub jej nowego właściciela. Również z tą kwestią związany był finał akwamarynowej przygody...

Niknący świat to książka o niezwykłym uroku. Szata graficzna - stylizowane okładka i mapa na wklejkach, a także piękne czarno-białe zdjęcia wewnątrz publikacji - oraz archaiczny dziś styl opowieści przeniosły mnie niemal sto lat wstecz i zapewniły wspaniałą podróż. W czasach, gdy literatura podróżnicza w dużej mierze sprowadza się do pisanych potocznym językiem relacji, z niekłamaną przyjemnością czytałam o "uroczych akcesoriach przyrody" czy "zakrytych seksach" u Indian, a sformułowania typu: Czarna skóra, rozklepany na pół twarzy nos i wypukłe wargi nie pozwalały wątpić, że był to Murzyn***, choć dziś zapewne byłyby uznane za niepoprawne politycznie, wywoływały na mojej twarzy szeroki uśmiech. W Niknącym świecie wyrażone w prosty sposób spostrzeżenia przeplatają się z ocierającymi się o poetyzm frazami, a poważna tematyka jest równoważona humorem sytuacyjnym. 

Jest w tej książce jakiś czar, którego próżno szukać we współczesnej literaturze podróżniczej.

*Mieczysław Lepecki, Niknący świat, Zysk i S-ka 2013, s. 7.
** Tamże, s. 268.
*** Tamże, s. 11.

Zysk i S-ka 2013
Seria: Podróże Retro

czwartek, 30 maja 2013

Do pewnego czasu nie zastanawiałam się nad poziomem mojego bezpieczeństwa. Owszem, nie udostępniałam w sieci prywatnych informacji na swój temat, a podczas późnych powrotów do domu zachowywałam czujność, ale na tym kończyła się moja zapobiegliwość, po prostu czułam się bezpieczna. I żyłam w tym błogim poczuciu póki w jednym dniu nie runęło nagle jak domek z kart, zostawiając po sobie spustoszenie w mojej psychice. Wprawdzie zdarzają się gorsze rzeczy niż włamanie do mieszkania, ale sama kradzież nie była w mojej sytuacji najgorsza. Wpadłam w dół wielkości leja po bombie i długo nie mogłam się pozbierać - oto moja oaza bezpieczeństwa została naruszona, a moja prywatność pogwałcona. Mimo upływu kilku lat trauma nie opuściła mnie i myślę, że rozgościła się w moim życiu na dobre. Stałam się przewrażliwiona i nadal boję się powrotów do domu, bo nigdy nie wiem co w nim zastanę. 

Przez te kilka lat wielokrotnie zastanawiałam się gdzie popełniłam błąd. A może tej sytuacji nie dało się uniknąć? Z entuzjazmem przyjęłam więc zapowiedź o Dżungli miasta Jacka Pałkiewicza, podróżnika oraz specjalisty od sztuki przetrwania. Liczyłam na to, że książka nie tylko odpowie na moje pytania, ale również pomoże przezwyciężyć moje lęki. Tak sformułowane oczekiwania zostały zaspokojone tylko połowicznie, okazało się bowiem, że to nie ja jestem przewrażliwiona - w dżungli miasta czyha więcej niebezpieczeństw niż w lesie tropikalnym (w ubiegłym roku co 37. dorosły Polak padł ofiarą przestępstwa) i od naszej znajomości zagrożeń zależy nasze bezpieczeństwo.

Jacek Pałkiewicz omówił zagrożenia, na które powinniśmy zwrócić uwagę w mieszkaniu, na ulicy, w podróży oraz w sieci, a także sposoby zachowania podczas klęsk żywiołowych, pożaru, zagrożeń nuklearnych oraz aktów terroru. W niektórych przypadkach są to informacje, które teoretycznie są powszechnie znane, dla mnie jednak - mimo iż w szkole miałam zajęcia z przysposobienia obronnego - większość kwestii stanowiła całkowite novum. Co ciekawe, część materiału została opracowana z pomocą samych przestępców, przez co czytelnik ma okazję poznać sposoby działania oraz mentalność złodziei czy włamywaczy, a co za tym idzie - zwiększyć swoją czujność. Tylko jedna kwestia zawarta w kompendium wywołała u mnie dysonans poznawczy, gdyż w dwóch miejscach podane są kolory flag wywieszanych podczas ewakuacji i ich znaczenie (niektóre informacje pojawiają się przy okazji omawiania dwóch zagadnień) i informacje te są rozbieżne, można się jednak łatwo domyślić, która wersja jest poprawna. 

Choć Dżungla miasta nie jest książką, która odegnała moje lęki (wręcz przeciwnie!), uważam ją za cenną lekturę, która nie tylko wzbogaciła moja wiedzę, ale również utwierdziła mnie w przekonaniu, że moja ostrożność nie jest wynikiem zaburzeń psychicznych, co niektórzy próbują mi wmówić, lecz rozwagi. Na koniec dodam, że Pałkiewicz pozytywnie mnie zaskoczył, gdyż nigdy nie przepadałam za jego stylem pisania, z którego wyzierały pretensjonalność i megalomania, w Dżungli miasta jednak autor schował się w cieniu i dał mówić faktom. 

Zysk i s-ka 2013

wtorek, 8 stycznia 2013

Rumunia. Podróże w poszukiwaniu Diabła była pierwszą książką Michała Kruszony, którą miałam okazję poznać. Ponieważ nie spełniła moich oczekiwań, po najnowszą publikację autora sięgnęłam z pewną dozą niepewności. Na szczęście moje obawy okazały się bezpodstawne.

Czarnomorze nie jest zwykłą relacją z podróży, jakich sporo pojawia się na naszym rynku wydawniczym. Wprawdzie jej tematem jest podróż przez kraje basenu Morza Czarnego, jednak realizm jest tak gęsto przetkany metafizyką, że chwilami książka bardziej przypomina powieść niż reportaż. Niezwykłość uosabiają nie tylko wydarzenia, ale przede wszystkim napotkani w drodze ludzie, wśród których obok zwykłych obywateli odwiedzanych krajów (choć z lekka szalonych, jak np. starowierca zafiksowany na punkcie numerologii i złowieszczego znaczenia liczby 11) można spotkać również duchy przeszłości w postaci Jana Nowego, średniowiecznego męczennika i obecnego patrona Mołdawii, oraz Gelazego, który przyczynił się do śmierci świętego, przez co sam został skazany na loch głodowy i dokonał żywota w studni znajdującej się przy salwatorskim klasztorze. 

Czarnomorze to książka o specyficznej atmosferze, w której trudno wyczuć granicę między rzeczywistością a metafizyką, prawdą a fikcją. Już poszukiwania dziecka przez Paracela, który dowiedział się, że w wyniku przypadkowego spotkania z domniemaną Gruzinką został ojcem, są mocno nacechowane niezwykłością i trudno orzec, czy opisane wydarzenia miały miejsce naprawdę. Całość okraszona jest licznymi fotografiami oraz odwołaniami do literatury, zwłaszcza Borgesa i Pamuka, które są adekwatne do przekazywanych treści i nadają książce specyficzny klimat. Zdecydowanie polecam!

Zysk i S-ka 2012
Seria: Człowiek Poznaje Świat

wtorek, 11 września 2012

Jak pisze generał dywizji doktor Roman Polko, jest to jedna z nielicznych książek, które ukazały się w Polsce przed 2009 rokiem, a traktują o uczestnictwie polskiego kontyngentu w operacji "pokojowej" w Iraku po wojnie w 2003 roku. Książka jest o tyle zajmująca, że napisana została przez pułkownika Wojciecha Hajnusa - żołnierza pierwszej polskiej zmiany misji "stabilizacyjnej", który przed wyjazdem pracował w redakcjach czasopism poświęconych tematyce wojskowej, zaś na misji pełnił służbę jako specjalista do spraw telekomunikacji i mediów w Grupie Wsparcia Władz Prowincji w Karbali*.

Autor nadał książce formę dziennika, w którym skrupulatnie opisał wydarzenia dzień po dniu, począwszy od momentu kiedy podjął decyzję o wyjeździe, aż do ostatniego dnia pobytu na misji. Ta dokładność była momentami nużąca - zapisy codziennych odpraw u Amerykanów, powtarzające się kontrole realizacji inwestycji będących pod nadzorem Hajnusa z powodzeniem mogłyby znaleźć się w jednym, góra dwóch wpisach z adnotacją, że tak zaczynał się każdy dzień. Ale nie te rutynowe czynności są centralnym punktem książki. Nie jest nim też kraj, w którym przyszło pułkownikowi spędzić blisko pół roku swojego życia. Centralnymi bohaterami są mieszkańcy Iraku w momencie rozpoczynania przez Polaków misji "stabilizacyjnej" oraz żołnierze Polskiego Kontyngentu Wojskowego pierwszej zmiany. Dlaczego piszę "stabilizacyjnej"/"pokojowej" w cudzysłowie? Gdyż ta misja miała taki charakter tylko w założeniach dokumentów międzynarodowych - w rzeczywistości, sądząc na podstawie zapisków autora, była to regularna wojna partyzancka przeciwko wojskom okupującym Irak. Irakijczycy w większości traktowali wojska stacjonujące w ich kraju jako zaborców, niechciany element, wrogi i dążący do zniewolenia narodu, do narzucenia im obcych wartości. Hajnus niemiłosiernie punktuje pomyłki Amerykanów, począwszy od bezpodstawnej interwencji (nie mieli dowodów na posiadanie przez reżim Husajna broni chemicznej lub biologicznej) bez zgody Organizacji Narodów Zjednoczonych, przez próby narzucenia najechanemu narodowi demokracji w stylu europejskim, po nieznajomość przez żołnierza amerykańskiego obyczajów panujących w kraju, w którym przyszło spędzić mu pół roku służby. Niewiele lepiej wypowiada się o polskich przełożonych, którzy posyłają Polaków, aby dorobić się kolejnej gwiazdki na pagonach. Pierwsza zmiana polskiego kontyngentu została wysłana bez odpowiedniego zaopatrzenia - chodziło między innymi o samochody i komputery, które na tego typu operacjach już w 2003 roku powinny być na podstawowym wyposażeniu. Ogólnie rzecz biorąc, pierwszy wyjazd został zorganizowany na łapu-capu, bez odpowiedniego rozplanowania. Czuć wypływający z zapisków autora zawód do wojska jako instytucji, w której rządzą układy i układziki, gdzie dzieci wysoko postawionych szybko awansują, ale nie mają zielonego pojęcia o swojej pracy. Dla zachowania równowagi krytyce podlegają również Irakijczycy - nieroby, które każde zlecenie wykonują w Iraqi standard (czytaj - po łebkach), osoby nieustannie się spóźniające, niestałe, zakłamane, łatwo zmieniające sojusze...

Hajnus napisał książkę ukazującą słabość organizacyjną polskiej armii - miejscami łapałem się za głowę, jak można było dopuścić do tak poważnych niedociągnięć i zaniedbań wysyłając polskich żołnierzy w rejon wojny. Na własnym przypadku opisuje symptomy pourazowego stresu pola walki. Pisze o załamaniu nerwowym, o ciężkiej atmosferze w zespole, w którym przyszło spędzić mu ten czas za granicą. Książka nie porywa, o wielu sprawach słyszało się już w czasie rzeczywistym prowadzenia misji, więc można uznać ją za nieaktualną i wtórną (dziennik pisany był na przełomie 2003/2004 roku, a książka ukazała się w 2009). Za jej zaletę można poczytać to, że została napisana przez człowieka, który przez blisko sześć miesięcy, dzień w dzień musiał znosić trudy klimatu Iraku i zmierzać się z nieustannym niebezpieczeństwem związanym z misją "stabilizacyjną".

poniedziałek, 2 lipca 2012

Jak długo będziemy pamiętali o jednym z najlepszych polskich bramkarzy? Zamieszanie przed właśnie zakończonymi Mistrzostwami Europy, jakie rozpętał Jan Tomaszewski, wielki hamulcowy Anglii, pokazuje, że niewiele trzeba zrobić, aby zaprzepaścić swój wizerunek, stracić szacunek i poważanie wśród kibiców. Dudek dotychczas kroczy zupełnie inną ścieżką, nie mieszając się w politykę. Jego fundacja "Dobry start" wspiera młodych obiecujących sportowców. Dudek pomaga takim, jakim sam niegdyś był - utalentowanym sportowo małolatom z marnymi możliwościami na zrobienie kariery.

Jerzy Dudek nie koloryzuje - mówi o trudnym starcie, o tym jak własnoręcznie robił sobie pierwsze rękawice bramkarskie, jak grał w za małym stroju pierwszej drużyny, bo było to wielkim honorem i wyróżnieniem, o wielkim szoku, jakiego doznał będąc pierwszy raz na obozie treningowym za granicą. Ale też nie kryje jak wielkimi przeżyciami było zostawienie świeżo po ślubie małżonki, bo trzeba było lecieć na mecz kadry młodzieżowej do Argentyny oraz przeniesienie się do Rotterdamu, a później Liverpoolu.

Książka została podzielona w bardzo przemyślany sposób - nie chronologicznie, od narodzin (czy innego punktu w czasie) aż do stanu obecnego (lub śmierci) lecz tematycznie. W osobnych rozdziałach omówiono karierę klubową i reprezentacyjną (z podziałem na kolejnych trenerów), czasy dziecięce i finał Ligi Mistrzów w 2005 roku. Najciekawszą jednak częścią, niedostępną w innych źródłach, jest ta zatytułowana "Piłkarskie życie" - o życiu codziennym, przesądach, pieniądzach, rodzinie, samochodach, przyjaciołach, kibicach i listach od nich.

Dudek nie jest pisarzem, a piłkarzem - napisał książkę językiem prostym, bez ubarwień, jednak nie nudzącym - lektura wciąga jak pamiętny mecz w Stambule. Autor nie daje łatwych odpowiedzi na pytania, które sam sobie zadawał w czasie, gdy zaczynał i gdy był na szczycie, a które trapią niejednego zwykłego człowieka - bo Dudek nie uważa się za kogoś lepszego tylko dlatego, że dobrze zarabia i że zdobył najważniejsze trofeum w klubowej piłce nożnej. I daje wszystkim nadzieję, że nawet kiedy schodząc na przerwę przegrywasz 0-3 nie możesz wierzyć w cuda. Musisz wierzyć w siebie.

Zysk i s-ka 2005

niedziela, 15 kwietnia 2012

Tytuł książki właściwie nie oddaje jej treści - autor podszedł do zagadnienia Al-Kaidy bardzo, bardzo szeroko. Obcując z tą lekturą miałem przez jej większą część wrażenie, że czytam pracę doktorską. Ale na szczęście jest to rozprawa pisana w stylu zachodnim, w miarę prostym językiem, a nie nadętym i zatłoczonym terminami wziętymi prosto ze słownika i wymagającym co chwila zaglądania doń (niestety, wiele polskich książek naukowych jest tak pisanych, że ktoś, kto nie jest w temacie, a chciałby np. dla własnej przyjemności dowiedzieć się więcej, powiedzmy na temat anarchii czy filozofii Kanta, to nic z nich nie zrozumie, bo są pisane językiem hermetycznym, naukowym, tylko dla wybranego wąskiego grona specjalistów) - jedyne "trudne" słowo na jakie się natknąłem, to "proliferacja", które ze względu na moje studia nie sprawiło mi problemów.

Sięgając po książkę spodziewałem się, że większa część zostanie poświęcona zamachowi na WTC, co niejako sugeruje jej okładka. Jakie było moje pozytywne zdziwienie, gdy po zakończeniu lektury okazało się, że można na 250 stronach pisać o Al-Kaidzie omijając szerokim łukiem wydarzenia z 11.09.2001. Poniekąd także dlatego, że głównym celem jest ukazanie nuklearnego zagrożenia czyhającego na Stany Zjednoczone i kraje je popierające w walce z terroryzmem i uciskające (mordujące) muzułmanów. Williams ukazuje od podstaw jak Osama bin Laden wchodził w posiadanie różnego rodzaju broń masowej zagłady - pokazuje proces pozyskiwania środków na jej zakup (od uprawy maku, przez produkcję poszukiwanej heroiny nr 4 po sprzedaż jej gangom w Europie i Ameryce - jest także wykorzystywana jako środek płatniczy w handlu z mafią czeczeńską czy albańską), sposoby jej przerzutu w granice USA, ale również odsłania sposoby Al-Kaidy na rozbudowywanie  swojej sieci w Ameryce Południowej (na pograniczu Paragwaju, Brazylii i Argentyny) oraz jak jej członkowie zdobywają posady w amerykańskiej administracji.

Z kart książki bije przerażająca beztroska, niedopatrzenie czy zwykła ignorancja amerykańskich federalnych organów powołanych do walki z przestępczością - bo jak nazwać sytuację, gdy na dziurawej granicy amerykańsko-meksykańskiej są zatrzymywani nielegalnie przekraczający ją muzułmanie widniejący na listach ludzi podejrzanych o terroryzm, a w kilka dni później członkowie patrolu, który ich zatrzymał dostają od FBI polecenie uwolnienia ich?

Czytając kilka recenzji na temat tej publikacji, spotkałem się z zarzutami, że jest ona tendencyjna, dzieli świat na nas-dobrych i ich-złych. Sam nie odniosłem wrażenia, żeby autor wypowiadał się jasno w ten sposób. Częściej miałem wrażenie, że stara się ocucić cywilizację zachodnią, a zwłaszcza kraje ze zróżnicowanym ideologicznie, religijnie, rasowo społeczeństwem, że taka otwartość może nieść ze sobą niebezpieczne konsekwencje. Ale również stara się uświadomić, że Al-Kaida, mimo wielu niepowodzeń na początku istnienia, nie poddaje się i dosłownie po trupach, z poświęceniem życia dąży do zabicia czterech milionów Amerykanów w ramach zadośćuczynienia za śmierć swoich braci w wierze.

Zysk i S-ka 2007
Tytuł oryginału: The Al Qaeda Connection: International Terrorism, Organized Crime, and the Coming Apocalypse
Tłumaczenie: Piotr Kuś

sobota, 18 czerwca 2011

Uwielbiam relacje z podróży! Sama kocham podróżować, lecz ze względów finansowych najczęściej realizuję się czytając o wyprawach innych. A publikacji tego typu jest naprawdę sporo! Jedną z nich jest relacja z podróży poślubnej Moniki i Michała Przybyszów, która trwała - bagatela! - rok. Młoda para rzuciła wszystko i wyruszyła na Pacyfik, po dwóch miesiącach żeglugi przedostała się do południowo-wschodniej Azji, na święta Bożego Narodzenia wróciła do Polski, by zaraz po nich pojechać do Ameryki Południowej. Trasa, mimo iż zaplanowana, była na bieżąco weryfikowana i zmieniana pod kątem bieżących wydarzeń, takich jak klęski żywiołowe czy problemy z wizą. Autor (nie wspominałam jeszcze, że właściwie - mimo podwójnego autorstwa deklarowanego na okładce - cała relacja oraz zdjęcia pochodzą od Michała), prócz relacji z podróży, serwuje nam także informacje na temat problemów mieszkańców zwiedzanych miejsc (wysypisko Stung Meanchey pod Phnom Penh) oraz turystyki w ogóle. Pojawiło się tu zagadnienie, o którym czytałam ostatnio w Witajcie w raju Jennie Dielemans, mianowicie kwestia wykorzystywania miejsc atrakcyjnych turystycznie do zbijania pieniędzy na odwiedzających. Przybyszowie odwiedzili wioski Urosów na pływających wyspach na jeziorze Titicaca: Kilkadziesiąt lub kilkaset osób przypływa codziennie na ich wyspy. (...) Są na wyspie 15-20 minut i płyną dalej. (...) agencje turystyczne nie dzielą się z nimi ani groszem). Kolejnym problemem są naciągacze i nieuczciwi przewoźnicy (zdarzali się skatowani turyści!) oraz profesjonalni złodzieje, działający zwłaszcza na dworcach. Niektóre informacje są jednak niepełne, przez co wprowadzają czytelnika w błąd. Michał Przybysz pisząc o Kambodży wywołuje w czytelniku wrażenie, że mieszkańcy tego państwa nie dbają o higienę. Z jego słów wynika, że papier toaletowy bywa tylko na stole w restauracjach, gdyż ma inne przeznaczenie, niż u nas. Zapomniał dodać, że Azjaci po skorzystaniu z toalety podmywają się, o czym dowiedziałam się trochę wcześniej z jednego z odcinków Boso przez świat Wojciecha Cejrowskiego. 

Goniąc marzenia to książka ciekawa, niestety - pisana potocznym językiem, czasem wręcz kolokwialnym. Nie mogłam zaakceptować choćby tytułu jednego z podrozdziałów: Dupa blada... Drażniąca była także maniera autora, który co rusz podkreślał, jak wiele krajów zwiedził jeszcze przed ślubem. Nie obyło się jednak bez błędów, wśród których najbardziej utkwiły mi Dehli, szwędać się oraz tajemniczy bunce jumping. Na osłodę dostałam jednak masę pięknych zdjęć i informacje o organizacji takiej podróży "od kuchni", co szczególnie sobie cenię. Z poradnika na końcu książki można dowiedzieć się dokąd jechać, by było tanio, jak dbać o zdrowie przed i w czasie podróży oraz co spakować na taki wyjazd. 

Zysk i S-ka 2010
Seria: Człowiek Poznaje Świat

wtorek, 17 sierpnia 2010

W ramach własnego rumuńskiego miniwyzwania czytelniczego sięgnęłam po książkę Kruszony. Pozycja wydana została w lubianej przeze mnie serii Poznaj Świat. Niestety, mimo iż Rumunia fascynuje mnie, sama tematyka nie obroni tej książki.

Spodziewałam się dobrego reportażu ze sporą dawką informacji na temat ojczyzny Drakuli. Niestety, tych w Rumunii niewiele; autor bardziej niż na faktach skupił się na ukazaniu swoich przeżyć duchowych. Kruszona raczy nas zapisem swojej rozmowy z nieboszczykiem, relacjonuje spotkanie z demonicznym antykwariuszem... Często miałam wrażenie, że autor na siłę szuka diabelskich przymiotów w napotkanych osobach oraz przeżyciach, żeby znaleźć wyjaśnienie dla takiego a nie innego tytułu książki. Częste wzmianki na temat pitego alkoholu (oraz jedna o paleniu marihuany) nasuwa na myśl źródło tych przeżyć...

Sceny erotyczne wydawały mi się nie na miejscu, gdyż nie wnosiły nic do treści książki podróżniczej (!), działając na niekorzyść publikacji i samego autora. Ten ostatni nie przedstawił mi sie w pozytywnym świetle. W kilku miejscach został podkreślony fakt pomocy materialnej dla Rumunów, którą popieram, ale moim zdaniem zdjęcia, na których obdarowani pozują z reklamówkami sieci marketów HIT oraz stosami nowych poduszek niekoniecznie musiały być oprawą książki-albumu. Do osoby autora zniechęciła mnie także opowieść o tym, jak policja, która go złapała, w zamian za obejrzenie nowoczesnego samochodu puściła go wolno. 

Obraz Rumunii, jaki wyłania się z książki Kruszony jest bardzo ubogi. Około trzydzieści podróży z pewnością dostarczyło sporego materiału, jednak nie został on wykorzystany w publikacji, a szkoda... Mam nadzieję, że Jadąc do Babadag Stasiuka ukaże mi realniejszy obraz kraju Drakuli, bo teleport jako środek komunikacji nie bardzo do mnie przemawia.

Zysk i S-ka, 2007