Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bezdroża. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bezdroża. Pokaż wszystkie posty

piątek, 16 października 2015

Do Gruzji wybieram się od kilku lat i za każdym razem bezskutecznie. Nie pomogło nawet zapisanie się na kurs języka gruzińskiego i zaopatrzenie w przewodnik (w przypadku Krymu było to bardzo skuteczne posunięcie) – za każdym razem moja wola przegrywa w starciu z kwestią finansową (może Gruzja nie jest drogim krajem, ale kiedy policzy się loty dla dwóch osób, dojazdy na lotnisko i wynajęcie samochodu – po moim wymarzonym Waszlowani trudno poruszać się w inny sposób – to już zbierze się pokaźna sumka). Mam jednak nadzieję, że w końcu będę mogła spełnić jedno z moich podróżniczych marzeń, póki co musiała mi jednak wystarczyć lektura przewodnika.

O przewodnikach Bezdroży pisałam już dwukrotnie, recenzując pozycje dotyczące Krymu oraz Bułgarii. Publikacje te miałam okazję przetestować w terenie, podróżowanie z "Gruzją..." miało nieco inny, kanapowy charakter (choć wówczas czytałam go pod kątem planowania podróży). Moją wymarzoną podróż zaczęłam od rozdziału zatytułowanego "Zaproszenie na Zakaukazie", gdzie autorzy proponują kilka tras wycieczek. Następnie przeniosłam się kolejno do Gruzji, Armenii oraz Azerbejdżanu, gdzie zapoznałam się ze specyfiką tych krajów. Jak w każdej niebiesko-pomarańczowej książeczce, tak i w tym przewodniku znalazłam garść informacji praktycznych i krajoznawczych oraz charakterystykę najciekawszych atrakcji zilustrowaną rycinami i mapkami. O Armenii i Azerbejdżanie niewiele wiem, więc nie jestem w stanie odnieść się do rzetelności informacji, natomiast w przypadku Gruzji ubolewam, że niektóre miejsca zostały potraktowane po macoszemu, np. wspomniany wyżej Park Narodowy Waszlowani (w przeciwieństwie do Parków Narodowych Borżomi-Karagauli i Lagodechi, co świadczy o tym, że brak ten nie wynika z braku zainteresowania autora naturą). Zdaję sobie sprawę z tego, że każda książka ma ograniczoną objętość, ale wolałabym trzy oddzielne tomiki, ale bardziej szczegółowe niż jeden pobieżnie traktujący dany kraj. Zapewne dla większości turystów taka ilość informacji będzie wystarczająca, ja jednak cenię sobie nie tylko zabytki, ale także – a właściwie: przede wszystkim – przyrodę. 

Mimo wszystko przewodnika Bezdroży nie zamieniłabym na żaden inny z polskojęzycznych wydawnictw. Przemawiają za nim nie tylko treść, ale również poręczność (format jest idealny), lekkość i atrakcyjna szata graficzna. Wspomniane wcześniej przewodniki po Krymie i Bułgarii idealnie sprawdziły się w podróży, mam nadzieję, że kiedyś uda mi się w ten sam sposób przetestować Gruzję i Armenię oraz Azerbejdżan.

Bezdroża 2013

piątek, 6 lutego 2015

Ileż to razy na wieść o czyjejś zagranicznej podróży wzdychałam: mnie na to nie stać (przecież nie pójdę za radą Cejrowskiego i nie sprzedam lodówki, żeby jechać w świat!)! Gdy zaczęłam uczestniczyć w podróżniczych festiwalach, uwierzyłam, że da się podróżować z mocno ograniczonym budżetem, jednak to jak takie wyjazdy wyglądają "od kuchni", pozostawało jedynie w sferze moich mglistych domysłów. Wiedziałam o istnieniu tanich lotów, ale jakoś nigdy nie mogłam trafić na dobre ceny, podobnie jak w przypadku popularnego polskiego czerwonego autobusu... Autostop? Odpada! Przecież mnie okradną, zgwałcą, pobiją i wyrzucą w lesie! Z ogromną ilością pytań i rozterek sięgnęłam po Paragon z podróży. Poradnik taniego podróżowania, licząc na to, że Bartek i Patryk rozwieją moje wszelkie wątpliwości dotyczące budżetowych wyjazdów.

Przede wszystkim jak? Autorzy poradnika omawiają nie tylko bodaj najczęściej wybierany przez nich autostop, ale również samolot, kolej, autobus, a także rower i wspólne przejazdy. Podpowiadają jak zakupić bilet i zwracają uwagę na problemy, które mogą się pojawić w związku z dokonanym wyborem (np. w przypadku zmiany terminu wylotu). Ponieważ w podróży trzeba gdzieś spać, kolejny rozdział poświęcony został noclegom: na dziko, w kwaterze prywatnej, hostelu lub u kogoś oferującego swoją kanapę w ramach couchsurfingu. W kwestii wyżywienia Bartek i Patryk podpowiadają gdzie się stołować w krajach biednych i jak przetrwać w krajach bogatych, nie rujnując swojego - zwykle mocno ograniczonego - budżetu. Zwłaszcza w przypadku tej drugiej opcji radzą zabrać solidne zapasy z Polski. 

I tu dochodzimy do problematycznej dla wielu osób kwestii pakowania się na wyjazd: co zabrać, a co lepiej zostawić w domu? Mnie osobiście ta kwestia zawsze przerasta, ale na szczęście mam u swego boku swoistego moderatora bagażu, który bezlitośnie ocenia wątpliwą przydatność niektórych z pakowanych przedmiotów. Jeśli nie macie takiego pomocnika, autorzy Paragonu z podróży przygotowali zestawienie, z którego dowiecie się co z pewnością przyda się podczas podróży. A jeśli się okaże, że coś musicie dokupić, pomocne będą rady Bartka i Patryka o wyborze odpowiedniego - i budżetowego - ekwipunku (namiot, śpiwór, obuwie itp.). W tym dziale znalazły się również wskazówki odnośnie szczepień oraz ubezpieczeń.

Najobszerniejszą część książki stanowią tytułowe paragony z podróży, czyli krótkie relacje z wypadów bliższych, europejskich i tych dalszych, międzykontynentalnych, nadesłane na konkurs. W tej części poradnika odwiedzimy m.in. Maltę, Szwajcarię, Gruzję, Indie, Chiny, Burkina Faso, a nawet Wenezuelę, Peru czy Boliwię. Każdy z paragonów zawiera wyszczególnione koszty z podziałem na kategorie (przejazdy, noclegi, wyżywienie itp.) oraz liczne podpowiedzi jak można zminimalizować koszty pobytu bez rezygnacji z przyjemności takich jak np. zwiedzanie, które w niektórych krajach jest bardzo kosztowne.  

Po Paragon z podróży warto sięgnąć z kilku powodów. Poradnik jest nie tylko inspiracją do podróżowania, to także dowód na to, że tanie podróżowanie nie jest mitem - kluczem do poznania świata nie jest zasobny portfel lecz pasja. Książka jest również nieocenioną pomocą podczas planowania własnego wyjazdu: wyboru środka transportu czy pakowania się. Sama już zdążyłam skorzystać z rad Bartka i Patryka gdy przygotowywałam się do pierwszego w życiu lotu samolotem i zapewne sięgnę po Paragon z podróży jeszcze niejeden raz. Wam również tę książkę polecam!

Bezdroża 2014
Wydanie 2

środa, 3 grudnia 2014


Na wieść o moich planach wakacyjnych (kierunek: Bułgaria) wszyscy reagowali podobnie - wypowiadaną z uśmiechem zrozumienia frazą: "Aaa, Złote Piaski". Nie, ani Złote Piaski, ani Słoneczny Brzeg nie rozpalały mojej wyobraźni w takim stopniu jak wizja spotkania krasek i żołn (tak, to był mój priorytet!) oraz chęć zdobycia Wichrenu, najwyższego szczytu Pirinu, drugiego na liście najwyższych gór Bułgarii. Te dwa cele przyświecały moim planom urlopowym - w chwili gdy pojawił się pomysł o wyjeździe nic więcej na temat tego kraju nie wiedziałam. 

Na jakiś czas przed wyjazdem zaopatrzyłam się w książkowy przewodnik, który dla mnie jest absolutnie niezbędny. Używam go nie tylko podczas podróży, ale i w czasie opracowywania strategii wyjazdowej, którą uważam za nieodzowną, gdyż nie lubię tkwić w jednym miejscu, jestem bowiem zachłannym eksploratorem. Przed wyjazdem opracowuję trasę, nanoszę na mapę miejsca warte odwiedzenia, robię notatki. Przewodnik jest dla mnie starterem, od którego zaczynam planowanie, informacje znalezione w sieci są jedynie jego uzupełnieniem. 

Ponieważ podczas wypadu na Krym przewodnik Bezdroży sprawdził się bez zarzutu, tym razem również sięgnęłam po publikację tego wydawnictwa. Książka Bułgaria. Pejzaż słońcem pisany już przy pobieżnym kartkowaniu utwierdziła mnie w przekonaniu, że obrałam dobry kierunek, kraj ten jest bowiem bardzo zróżnicowany, zarówno w kwestii ukształtowania terenu, jak i różnorodności obiektów. Morze, liczne pasma górskie, jeziora, rezerwaty przyrody, jaskinie, skalne klasztory i cerkiewki, meczety, łaźnie, grobowce trackie oraz akwedukty to tylko niektóre ze skarbów Bułgarii. Nie można nie wspomnieć o ludziach, życzliwie nastawionych i skorych do pomocy. Przez szybę samochodu pytaliśmy o drogę - zaraz na środku ulicy (!) materializował się człowiek objaśniający trasę. Chcieliśmy zobaczyć "susliki" - wykonywano telefon do osoby zajmującej się introdukcją tych uroczych ssaków z prośbą o sprecyzowanie lokalizacji siedlisk. Dla nas, ludzi Zachodu, rzecz niepojęta.

Klejnocik
©poczytajka

Niezapomniane spotkanie na półwyspie Kaliakra
©poczytajka

Zadziwiła mnie również ilość czeszm, czyli ogólnodostępnych ujęć wody pitnej w postaci kraników - czasem zadaszonych, innym razem jedynie wyrastających z niewielkiego murku. Co ciekawe, były one zlokalizowane zarówno w miastach, jak i na wsiach czy wzdłuż dróg, przez co kilka lewów zostało w kieszeni (woda ta z powodzeniem zastępowała "mineralkę"). Ponieważ bilans zwykle musi się wyrównać, na paliwie nie dało się zaoszczędzić - drogi są tak oznakowane, że część znaków kierunkowych znajduje się albo wśród liści, albo jest ustawiona pod nieprawidłowym kątem do kierowcy, przez co ten błędnie interpretuje kierunek jazdy i skręca w niewłaściwą odnogę. Autor przewodnika wspomina również o złym stanie dróg, po przejechaniu całej Bułgarii trudno się z nim nie zgodzić. O ile większość dróg nie pozostawia nic do życzenia, o tyle drogi górskie, urozmaicone wyrwami, spowalniają kierowcę do prędkości 10-20 km/h lub każą zawrócić (tak było w przypadku drogi do Diabelskiego Mostu gdzie unijna droga nagle zamieniła się w błotnistą, nie do przebycia dla zwykłej osobówki). Warto jednak zagryźć zęby i dotoczyć się do miejsc takich jak np. Madżarowo, niestety nieopisane w przewodniku, prawdopodobnie ze względu na nieciekawą atmosferę panującą w miasteczku, a przynajmniej w jego części. Powybijane szyby, opuszczone budynki nadają mu klimat miasta-widma, my jednak pojechaliśmy tam po to, aby zobaczyć sępy. Było warto, ich widok - niezapomniany!

Czeszma
©poczytajka


Przyroda Pirinu
©poczytajka

Poza typowo przyrodniczymi miejscami odwiedziliśmy również figurujące na liście UNESCO Nesebyr oraz wspaniały, monumentalny Rilski Monastyr, a także zobaczyliśmy sporo fascynujących formacji skalnych - Stobskie Piramidy, skalne grzyby, takież klasztory i cerkiewki, wreszcie skalne miasto Bełogradczik, a także najbardziej spektakularne ze wszystkich Czudnite Mostowe, czyli naturalne mosty o długości kilkudziesięciu metrów. Wspomnianego wcześniej Wichrenu nie dane nam było zaliczyć - zły start spowodowany... tak!, niejasnym oznaczeniem szlaku (nie byliśmy jedynymi zdezorientowanymi), spowodował znaczne opóźnienie, w efekcie czego utknęliśmy na uroczej polance obserwując i fotografując ptaki. Bardziej efektywna była wycieczka w masyw Riły, gdzie "zaliczyliśmy" Sedemte Ezera (niestety również nie znalazły się w przewodniku) - przepiękny szlak ciągnący się wzdłuż górskich jezior, ciekawszy tym bardziej, że do miejsca naszego startu, czyli na wysokość ponad 2100 m n.p.m. wyjechaliśmy... wyciągiem krzesełkowym!

Czudnite Mostowe (skalę odniesienia stanowią ludzie)
©poczytajka

Na szlaku w Pirinie
©poczytajka

Schronisko Sedemte Ezera w Rile
©poczytajka

Rilski Monastyr
©poczytajka

Większość odwiedzonych miejsc jest efektem dobrze odrobionej pracy domowej - gdyby nie wnikliwa lektura przed wyjazdem, zapewne o wielu z nich nie dowiedzielibyśmy się. Przewodnik Bułgaria. Pejzaż słońcem pisany okazał się nieocenionym towarzyszem naszej wycieczki - na bieżąco sprawdzałam w nim wiele informacji, od opisów miejsc przez informacje praktyczne po mapki. Część informacji zdezaktualizowała się - dysponowałam książką z 2011 roku. Od tego czasu wzrosły ceny, w Widyniu otwarto graniczny most na Dunaju, od kierowców nie wymaga się już zielonej karty, a na granicach nie wydaje kart statystycznych. 

Teraz, kiedy wrześniowy pobyt w Bułgarii jest już tylko wspomnieniem, książka pozostała pamiątką, do której czasami wracam. Sięgam do przepisów kulinarnych (muszę w końcu przyrządzić kawarmę oraz banicę!), do grup muzycznych wymienionych w przewodniku... Informacje krajoznawcze są mocną stroną przewodników Bezdroży - są wszechstronne i rzetelne. Wśród nich znalazły się nie tylko wyżej wymienione zagadnienia, ale także zarys historii kraju, informacje geograficzno-przyrodnicze, a także charakterystyka języka, literatury, architektury czy zwyczajów ludowych i licznych festiwali (np. Festiwalu Arbuzów czy Róż). Ponieważ Bułgaria jest ważnym producentem wina oraz rakiji, nie zabrakło charakterystyki tych trunków, co znacznie ułatwiło nam zakupy.

Sięgając po Bułgarię. Pejzaż słońcem pisany spodziewałam się określonego standardu, znanego mi z Krymu. Półwyspu rozmaitości. Nie zawiodłam się. Jestem pewna, że to niewielkie, lekkie wydawnictwo z granatowo-pomarańczową okładką pojedzie ze mną w jeszcze niejedną podróż.

Pożegnanie lata w ujściu rzeki Weleki
©poczytajka

Bezdroża 2011

niedziela, 10 sierpnia 2014

Azja od dawna rozpala moją wyobraźnię, ale ponieważ brakuje mi odwagi do realnego wyruszenia w tak egzotyczne dla mnie zakątki, moje podróże nie wykraczają poza literaturę. Z ogromnym entuzjazmem ruszyłam więc w drogę z Krzysztofem Samborskim, by przemierzyć Kirgistan, Tadżykistan, Afganistan oraz Chiny.

Autor Zjadłem Marco Polo nie nazywa siebie ani turystą - na to miano nie pozwala dwudziestoletni bagaż podróżniczych doświadczeń, ani podróżnikiem, choć niespokojna dusza nie pozwala mu osiąść na stałe w jednym miejscu. Krzysztof Samborski połączył więc pasję podróżowania z miłością do Azji Środkowej i zajmuje się organizacją wyjazdów motocyklowych do wspomnianych w książce krajów. Sam również podróżuje na motorze, rzadziej samochodem, wybierając rzadko uczęszczane drogi, na których czeka nieznane...

Zjadłem Marco Polo jest zapisem jego podróży po bezdrożach Kirgistanu, Afganistanu, Tadżykistanu oraz Chin, pełnym zachwycających krajobrazów, rzadziej - spotkań z ludźmi i miejscową kulturą. Trochę brakowało mi tego aspektu, większość interakcji z miejscowymi ograniczała się do wymiany zdań z pogranicznikami. Samborski bardziej niż na ludziach skupia się na byciu w drodze; kilometry uciekające spod opon napełniają go energią. Motocyklista swoje doświadczenia porównuje do tych spisanych przez klasyków, Ryszarda Kapuścińskiego oraz Bronisława Grąbczewskiego

Choć w sieci spotkałam recenzje pełne zachwytów, mnie taka podróż pozostawiła z uczuciem sporego niedosytu i szybko uleciała z mojej pamięci. Zjadłem Marco Polo w moim odczuciu jest książką na wskroś męską - zwięzłą, konkretną i pozbawioną emocji, w miłość Samborskiego do Azji Środkowej pozostaje mi więc wierzyć na słowo. Jest to idealna pozycja dla tych, którzy tak jak autor podróżują na własną rękę - trasy zostały szczegółowo przedstawione, a mapki krajów zdecydowanie ułatwiają umiejscowienie autora w przestrzeni oraz zaplanowanie własnego wyjazdu. 

Piękna okładka oraz wspaniałe zdjęcia wewnątrz publikacji niech będą zachętą, aby sięgnąć po książkę, a potem ruszyć przed siebie i odkryć to, co do tej pory pozostawało tylko w sferze naszych marzeń.

Bezdroża 2014

środa, 9 kwietnia 2014

Pod koniec lutego żona wyciągnęła mnie do Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha w Krakowie na spotkanie z Piotrem Bernardynem poświęcone jego książce. Po zakończeniu lektury okazało się, że Słońce jeszcze nie wzeszło. Tsunami. Fukushima zostało prawie w całości przedstawione i omówione przez autora. Spotkanie momentami było nużące, ale książka zdecydowanie wypada na plus.

Piotr Bernardyn, który od ponad dziesięciu lat mieszka w Japonii, miał nieszczęście być w Tokio 11 marca 2011 roku, kiedy trzęsła się ziemia. Od własnych przeżyć związanych z tym dniem rozpoczął też książkę. Podzielił ją na dwie części - pierwsza opisuje reakcję Japończyków na trzęsienie ziemi i tsunami, druga - traktuje o katastrofie w elektrowni atomowej Fukushima Daiichi (Fukushima numer 1) i skutkach jakie przyniosło ono dla japońskiego i światowego postrzegania energii pochodzącej z atomu.

Japonia - Kraj Kwitnącej Wiśni, kraina nieomal mlekiem i miodem płynąca, przynajmniej tak mi się kojarzyło to państwo położone na czterech głównych i kilku tysiącach pozostałych wysp. Obszar pozbawiony naturalnych bogactw, wiecznie zagrożony trzęsieniami ziemi. Ponadto dwukrotnie doświadczony siłą bomby atomowej. Kraj, który musiał paść na kolana, ukorzyć się przed technologią i nauką, które przyczyniły się do zakończenia zmagań wojennych na Pacyfiku. Kraj ten po drugiej wojnie światowej podniósł się z klęczek i udowodnił, że jest zdolny na pokojowej drodze zawładnąć światem - Japonia stała się potentatem i pionierem wielu rozwiązań elektronicznych. 

Mieszkańcy wysp wydawali mi się identycznymi jednostkami pracującymi przez całe życie w jednej firmie. I taki stereotyp o Japonii funkcjonował w moim umyśle do czasu lektury Słońca... Co się zmieniło w moim postrzeganiu Japonii i Japończyków? Czytając o reakcjach tokijczyków na trzęsienie ziemi miałem wrażenie, że czytam kolejny raz Rok 1984 - wszyscy jak roboty wykonują to co powinno się zrobić, współczują na zawołanie, pomagają na zawołanie, jakby byli pozbawieni własnych przemyśleń i reakcji - zero spontaniczności, wszystko wedle ustalonych reguł. Wyglądają jak trybiki w ogromnej maszynie społecznej, zawsze na swoim miejscu, bezmyślnie wypełniający zadania, przyjmujący postawy wyszkolone w procesie socjalizacji, kiedy to uczy się dzieci uśmiechu i zakazuje płaczu. Ludzie stają się nieomal tym z czego tak dobrze znamy Japonię - robotami, którym próbuje się nadać duszę i nauczyć samodzielnego myślenia. W takim społeczeństwie, totalnie konformistycznym, wydarzyła się największa awaria elektrowni atomowej od 1986 roku.

W wyniku trzęsienia ziemi powstała olbrzymia fala tsunami, która doprowadziła do uszkodzenia reaktorów w elektrowni numer 1. Kto jest odpowiedzialny za tę tragedię? Czy całkowitą odpowiedzialnością za wydarzenia w Fukushimie można obarczyć tylko społeczeństwo? Mam poczucie, że nie. Autor wydaje się oddzielać ścianą Japończyków, którzy co dzień zakładają garnitur i biegną do pracy w korporacjach, od tych jednostek, które nimi rządzą. Władza żyje jakby własnym życiem, a jednostki są im tylko potrzebne, aby potwierdzać i zatwierdzać jej pomysły. W takim środowisku powstały zwyrodniałe powiązania między polityką, biznesem i mediami. Autor ukazuje takie kurioza jak przypadek, gdy instytucja mająca nadzorować rynek energetyczny jest podległa ministerstwu, które ma tenże rynek promować. W dodatku osoby pracujące w tejże instytucji czy ministerstwie, po zakończeniu tam pracy zwykle znajdują zatrudnienie w przedsiębiorstwach energetycznych. I tak zamyka się błędne koło, bo kto będzie donosił na swoich obecnych kolegów z ministerstwa czy na przyszłych pracodawców, takich jak japoński gigant energetyczny TEPCO? Zaniedbania związane z wybuchem w reaktorze w Fukushimie i wydarzenia mające miejsce po nim autor wymienia z marszu, jak choćby ewakuacja ludzi ze zbyt małego obszaru czy panujące przekonanie o stuprocentowym bezpieczeństwie elektrowni, odpornych między innymi na trzęsienia ziemi i tsunami, a co za tym idzie - brak jakichkolwiek planów ewakuacji na wypadek awarii.

Piotr Bernardyn w swojej książce rysuje świat, który miał być bezpieczny, a okazał się kruchy i nieodporny, tylko dlatego, że takim postanowiła go stworzyć władza. Społeczeństwo jest na wskroś konformistyczne, nieomal utopijne, a antyutopiści przybierają postać biednych prowincjuszy, rybaków i rolników. Japonia jawi się jako kraj o specyficznym rozumieniu demokracji. Książka, odkrywając kulisy rynku energetycznego w tym jednym z najbardziej rozwiniętych gospodarczo krajów świata, ukazuje Japonię w zupełnie innym niż stereotypowe, świetle. Mnie osobiście zdjęła kilka klapek z oczu, które określały moje postrzeganie Japończyków i ich państwa. Równocześnie jest to śmieszne i straszne, że kraj tak zaawansowany technologicznie nie potrafi ustrzec się przed wielką falą.

Bezdroża/Helion 2014

poniedziałek, 10 lutego 2014


Niecały rok temu, przy okazji badania przyczyn tragedii na Broad Peaku, w mediach było głośno o himalaizmie. Zastanawiano się nie tylko nad dramatem konkretnych osób i możliwością uniknięcia zaistniałej sytuacji, ale również nad często niewyjaśnionym magnetyzmem gór i pragnieniem wspinania się, które obarczone jest ogromnym ryzykiem. Wokół polskiej wyprawy narosło wiele teorii i domysłów, nie wolnych od oskarżeń wobec tych, którzy przeżyli. Co typowe w takich sytuacjach, także w tym przypadku każdy czuł się ekspertem, nawet jeśli góry znał tylko z turystycznych wypadów w rodzime Tatry, tak różnych od wysokogórskich wypraw, na których człowiek w głównej mierze jest zdany tylko na siebie, a zdobycie szczytu często przeradza się w walkę o przetrwanie...

Monika Witkowska - podróżniczka, żeglarka i miłośniczka gór - na Everest wyruszyła nie tylko po to, aby spełnić swoje marzenie, ale również po to, by sprawdzić jak takie przedsięwzięcie wygląda od kuchni. Jak twierdzili jej znajomi, wystarczy zapłacić i już można odhaczyć zdobycie najwyższego szczytu świata na liście swoich osiągnięć. Nie dając wiary tym złośliwościom podróżniczka zaczęła solidne przygotowania do wyprawy, nie tylko pod względem gromadzenia niezbędnego sprzętu, ale i budowania formy. Opłaciło się, gdyż 23 maja, w pięćdziesiątym dniu wyprawy, stanęła na Dachu Świata. Pokłosiem tego osiągnięcia jest publikacja zatytułowana Everest. Góra Gór.

Książka Moniki Witkowskiej w głównej mierze składa się z dziennika 67-dniowej wyprawy, co początkowo budziło moje obawy. Spodziewałam się nudnych zapisków, które powinny pozostać w szufladzie ich autorki, a otrzymałam interesującą i barwną relację ukazującą kulisy wysokogórskiej wyprawy. Będąc bystrą obserwatorką zarejestrowała wszystko, co działo się w bazach - przypadkowe spotkania, nastroje panujące w obozach i pojawiające się problemy. Monika Witkowska nie wstydziła się także pisać o własnych emocjach i obawach potęgowanych doniesieniami o kolejnych zgonach, jak się bowiem okazuje to nie wyjścia w góry są najniebezpieczniejsze, ale niedostateczna aklimatyzacja. 

Relacja w wyprawy jest gęsto przetykana pięknymi fotografiami oraz ciekawostkami (zdobywcy Everestu, sporna wysokość góry, pierwsi zdobywcy, aklimatyzacja) prezentowanymi między stronami dziennika. Choć graficznie jest to rozwiązanie efektowne, wolałabym aby takie kompendium znalazło się na końcu książki - nie musiałabym stale rozpraszać swojej uwagi, mimo iż interesującymi, ale jednak pobocznymi treściami. W Evereście znalazłam również kilka małych niedociągnięć redakcyjnych - Monika Witkowska wspominając o uczestnikach pechowej wyprawy na Broad Peak pisze o Adamie Małku, który w rzeczywistości nosił imię Artur, natomiast jeden z przypisów wskazuje datę 16.05. jako dzień śmierci Aleksieja Bołotowa, podczas gdy autorka pisze o tym fakcie w dzienniku o jeden dzień wcześniej. Również sformułowanie "wziąć się za chabety" budzi moją wątpliwość - himalaiści nie mieli do dyspozycji (nawet lichych) koni, za to "łby" pełne ambicji, a czasami również drażliwości - owszem, i to za nie pewnego dnia wzięli się z Szerpami. 

Everest. Góra Gór to lektura obowiązkowa dla każdego miłośnika gór. Choć sama należę raczej do umiarkowanych zwolenników tego typu aktywności, książkę bez wahania dodaję do półki z ulubionymi pozycjami literatury podróżniczej. 

Bezdroża 2013

sobota, 2 listopada 2013

Made in Japan jest już drugą książką Rafała Tomańskiego na temat Kraju Kwitnącej Wiśni. Pierwsza, Tatami kontra krzesła, niosła solidną porcję informacji o Japonii, zastanawiałam się więc, czym tym razem uraczy nas autor. Grafika na okładce (zapis sejsmografu) oraz opis książki sugerowały, iż rzecz będzie o "wydarzeniach z 11 marca 2011 roku", jak określano trzęsienie ziemi i powstałe w jego następstwie tsunami, i częściowo rzeczywiście tak było. 

Mimo, iż w Japonii trzęsienia ziemi nie są niczym niezwykłym, a dzieci od najmłodszych lat uczone są radzenia sobie podczas wstrząsów, to, co wydarzyło się ponad dwa lata temu, było ogromnym wstrząsem dla Japończyków. Spustoszenia wywołane przez kataklizm nie były jedynym jego następstwem, czymś znacznie gorszym była awaria elektrowni jądrowej w Fukushimie. Tomański szuka jednak jej przyczyn nie w naturze, lecz w mentalności mieszkańców Kraju Kwitnącej Wiśni. Według niego wypadek w Fukushimie był "made in Japan"... Niegdyś etykietka ta nadawana była produktom wysokiej jakości, a dziś świadczy o niedbalstwie i wynikających z niego niedociągnięciach. Tomański wśród niedostatków Japończyków wymienia m.in. zamknięcie się na świat zewnętrzny: konflikty terytorialne z Chinami i Koreą Południową, odrzucanie nowinek technologicznych ze świata czy nieznajomość języka angielskiego, w której eliminacji nie pomagają translatory tłumaczące rozmowy telefoniczne. Problemy ekonomiczne odbijają się na jakości życia powodując stres i prowadząc do samobójstw, co nie sprzyja sytuacji demograficznej Japonii, która boryka się z niżem i problemem starzejącego się społeczeństwa.

Choć książkę czytałam z zainteresowaniem, spodziewałam się po niej czegoś więcej. Made in Japan to niespełna 190 stron gęsto przetykanych zdjęciami, podczas gdy poprzednia publikacja liczyła około 280 stron (nie licząc wklejek z fotografiami). Owszem, ilość nie zawsze przekłada się na jakość - jednak nie w tym przypadku. Tekst wydaje się chwilami więcej mówić o nowych technologiach niż Japończykach i życiu po marcowej katastrofie z 2011 roku, ale tym, co mnie raziło przede wszystkim, to - w większości przypadków - nieadekwatne do treści zdjęcia (tekst o rozwoju branży e-commerce ilustrują kobiety w tradycyjnych kimonach, a zdjęcie ślubu zostało zamieszczone w rozdziale o japońskiej blogosferze). Przy tak bogatym materiale fotograficznym dziwi również dwukrotne wykorzystanie tej samej fotografii na przestrzeni kilkunastu stron*. 

Gdybym nie czytała Tatami kontra krzesła, być może na Made in Japan spojrzałabym życzliwszym okiem. Mając jednak porównanie, mogę jedynie rzec - nomen omen...

*Rafał Tomański, Made in Japan, Gliwice 2013, ss. 9 oraz 19.

Bezdroża 2013

wtorek, 17 września 2013

Nie wyobrażam sobie podróży bez książkowych przewodników. Nie dla mnie spontaniczne wyjazdy i odkrywcze wędrówki nieznanymi uliczkami. Lubię planowanie: wybieranie przewodnika, zakup mapy, wyznaczanie trasy... Od kilku lat moimi ulubionymi towarzyszami podróży są publikacje wydawnictwa Bezdroża. Mój przewodnik musi być lekki i poręczny - w moim plecaku, bo z nim zwykle podróżuję, nie ma miejsca na cegły wydawane na kredowym papierze odpowiedniejszym dla albumów niż książek, które mają wędrować ze mną. 

Cztery lata temu wybierając się na Krym wybrałam przewodnik autorstwa Artura Grossmana. Pomijając nieaktualne ceny (korzystałam z IV wydania z 2007 roku), spełnił moje oczekiwania. W wydaniu VII z 2011 roku zaktualizowano dane oraz dokonano ponownej redakcji, w wyniku czego książka zyskała bardziej spójny i logiczny układ. Ujednolicono informacje praktyczne, które początkowo zawarte były w dwóch odrębnych rozdziałach. Aktualna wersja przewodnika zawiera 5 rozdziałów - krótką charakterystykę proponowanych tras na Krymie, informacje praktyczne, informacje krajoznawcze, opis regionów i miast oraz krótki przewodnik po Lwowie, Kijowie oraz Odessie - miastach, które nie leżą na Krymie, ale są najczęstszymi przystankami w drodze na półwysep. Tekst publikacji wzbogacony został informacjami dodatkowymi zawartymi w ramkach, mapkami, schematami oraz rycinami, w książce znajdują się również dwie wkładki z kolorowymi fotografiami.

Choć przewodnik Bezdroży uważam za najlepszą pozycję o Krymie, nie mogę nie wspomnieć o jego wadach. Mimo iż północna część półwyspu jest kierunkiem niszowym, gdyż większość turystów wybiera najpopularniejsze regiony (południowe wybrzeże, rejon Eupatorii), brakuje mi choćby wzmianki o Mierzei Arabackiej (na mapie na skrzydełku nazwanej Arbacką) i jej okolicach (Siwasz). Szkoda również, że wykaz festiwali odbywających się na półwyspie nie został dokładniej umiejscowiony w czasie - miesiąc jest zbyt rozległą jednostką czasu by móc precyzyjnie zaplanować swoje uczestnictwo w lokalnych wydarzeniach, w związku z czym trzeba informacji doszukiwać w innych źródłach. Mam nadzieję, że w kolejnych wydaniach zostaną one dodane, a część spisu treści - usunięta. Dlaczego? Przeglądając nowsze wydanie, między znanymi mi krymskimi zagadnieniami przeczytałam w spisie ramek następujące tytuły: "Rejs na Złotą Plażę", "Dojazd do Jaskini Marmurowej"*. Pierwsza myśl: przeoczyłam takie atrakcje! Kolejne tytuły, "Polowanie na słonie" i "Mekong - tętnica Indochin", uspokoiły mnie jednak, że to nie ja coś przegapiłam, a korektor. 

Mimo powyższych uwag, jak już wspomniałam, na polskim rynku nie znalazłam lepszej pozycji o "półwyspie rozmaitości", a na kolejnych wyjazdach będą mi towarzyszyć przewodniki właśnie z tej serii. 

Bezdroża 2011

*Artur Grossman, Krym... oraz Lwów, Kijów, Odessa. Półwysep rozmaitości, Bezdroża 2011, s. 7.

poniedziałek, 24 czerwca 2013

Bartek Sabela był gościem tegorocznej krakowskiej edycji Festiwalu Trzy Żywioły, podczas którego miała miejsce premiera jego książki Może (morze) wróci. Wstyd przyznać (może usprawiedliwieniem będzie fakt, iż naukę geografii, i to w dość mocno okrojonym zakresie, zakończyłam w pierwszej klasie szkoły średniej), ale do tego czasu nie miałam pojęcia o zbrodni dokonanej na Morzu Aralskim. Bo jak inaczej nazwać unicestwienie ogromnego zbiornika wody, będącego źródłem utrzymania okolicznej ludności, siedliskiem wielu gatunków zwierząt i - wydawałoby się - stałego elementu krajobrazu zapewniającego klimatyczną równowagę? 

W zrozumieniu tej absurdalnej sytuacji ma pomóc wymowny wstęp, w którym autor książki zarysował analogiczną sytuację, która mogła się zdarzyć na naszym rodzimym gruncie. Program zalania i zarybienia jednej czwartej części powierzchni naszego kraju w pierwszej chwili wydaje się zbyt szalony i nierealny by mógł zostać zrealizowany, jak pokazuje przykład Morza Aralskiego nie jest jednak pozbawiony podstaw. Okazuje się bowiem, że można ot tak, po prostu, wymyślić kolosalną bzdurę i wcielić ją w czyn, nie zważając na ryzyko jakie niesie ze sobą takie przedsięwzięcie. Nie trzeba odpowiednich warunków - można je stworzyć samemu. Skoro jest tyle nie wykorzystanej wody, nic nie stoi na przeszkodzie aby stworzyć system kanałów nawadniających plantacje bawełny. Uzbekistan będzie potęgą w dziedzinie produkcji włókna! Niestety, do produkcji jednego kilograma surowca, czyli ilości wystarczającej na wyprodukowanie trzech bluz lub dwóch par spodni, potrzeba od 17000 do 30000 litrów wody. A żeby wszystko działało jak należy system nawadniający musi być odpowiednio zaprojektowany, w przeciwnym razie... Tę smutną historię już znamy.

Może (morze) wróci to nie tylko suchy opis geograficznej i ekologicznej katastrofy, ale także barwne losy Uzbeków i Karakałpaków oraz miejsca, które zmieniły się wraz ze zniknięciem morza. W opowieści nie brak również odautorskiej refleksji na temat wpływu człowieka na otoczenie oraz turystyki w ogóle. Znane powszechnie przewodniki Lonely Planet, będące dobrodziejstwem dla opierających się na nich leniwych turystów, pomijając niektóre miejsca mogą wyrządzać szkodę tubylcom, odbierając im tym samym szansę zarobku. Sabela pisze także o biedzie, która stała się atrakcją turystyczną i swoich obawach w związku z fotografowaniem ludzi w takich krajach jak Uzbekistan. Nie chce nikogo poniżać posiadaniem drogiego sprzętu, czasami wręcz przewyższającego wartością cały dobytek napotykanych na swojej drodze ludzi.

W tej książce wszystko jest piękne. Prosta, wręcz minimalistyczna okładka, wspaniałe fotografie i grafiki oraz wymowna opowieść bez happy endu doskonale ze sobą współgrają. Chyba nie muszę dodawać, że zostałam oczarowana?

Bezdroża 2013

środa, 15 maja 2013

Lady Australia nie jest zwykłą książką podróżniczą. Nie jest to opowieść o drodze, ale o... miłości. Tak, Marek Tomalik darzy Australię największym uczuciem - kontynent fascynuje go i przyciąga do siebie, jest jego miejscem na ziemi. Gdy inni zawracają, bo szkoda im auta na trudne do przebycia tereny, on korzysta z zaproszenia, podejmuje wyzwanie i kolejny raz przenika istotę Australii.

Książka przypomina fotokast - jest opowieścią wzbogaconą o obraz i dźwięk. Istnienie tekstu i obrazu jest uzasadnione, ale w jaki sposób do książki przemycono dźwięk? Tomalik utkał Lady Australię z kilku opowieści, z których każda ma niesamowicie brzmiący tytuł (obce słowa pochodzą z języków używanych przez przedstawicieli różnych grup etnicznych): Pana (Ziemia), Garrayura (Niebo), Jungku (Ogień/żar), Tjintirka (Konik polny), Punu (Zielone), Kwatye (Woda), Boondie (Skała), Altyerre (Dreamtime), Buya Nagi (Niech będzie światło). Wszystkie rozdziały zostały opatrzone świetnymi zdjęciami oraz sugestią dotyczącą muzyki, która powinna rozbrzmiewać podczas lektury. Ale niepowtarzalną atmosferę tworzy coś jeszcze, naszej podróży towarzyszą bowiem również legendy i... poezja Williama Blake'a oraz poetyckie wtręty autorstwa Tomalika. To j e s t miłość, skoro podróżnik w tak wyrafinowany sposób mówi o swojej lady. On ją ubóstwia i chłonie wszystkimi zmysłami, po powrocie do domu czuje jej zapach na swojej koszuli i słyszy ją w śpiewie ptaków nagranych na kasecie! Mimo iż moje miejsce na ziemi leży na innej półkuli, dałam się ponieść tej pieśni uwielbienia i napawałam się Australią.

Jak wspomniałam na wstępie, nie jest to typowa książka podróżnicza, ale nie jest to zarzut. Lady Australia zdecydowanie wyróżnia się na tle innych książek - Tomalik tchnął w jej karty ducha Australii. Jedyne co mi przeszkadzało podczas lektury to format książki, gdyż wolę lektury mniejsze, poręczniejsze, które mogę spakować do torebki i wygodnie czytać w autobusie. Nie przypadł mi do gustu również fragment z dziennikiem podróży, "standardowy" tekst był przyjemniejszy w odbiorze i bardziej poetycki. Na szczęście zapisków było bardzo niewiele.

Książka była dla mnie ogromnym zaskoczeniem. Nie spodziewałam się, że Lady Australia tak mnie zafascynuje!

Bezdroża 2013

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Dwa lata temu minęło 30 lat od pionierskiej wyprawy sześciu Polaków*, którzy jako pierwsi przepłynęli najgłębszy kanion świata. Czynem tym nie tylko udowodnili, iż jest w ogóle możliwe przebycie go przy pomocy kajaka i pontonu, ale również przyczynili się do rozwoju regionu, który z zacisznego zakątka stał się miejscem obleganym przez turystów. 

Wyprawa Canoandes rozpoczęła się w 1979 roku. Początkowo planowano przepłynięcie rzek Argentyny, jednak ze względu na problemy z wizami, które nie dotarły do uczestników wyprawy, postanowiono udać się do Peru. Jednak i tu polscy kajakarze napotkali opór ze strony sił wyższych. Ze względu na lód zalegający w zatoce statek nie mógł wypłynąć z portu, potem w Peru wybuchł strajk... Kolejna zmiana planów okazała się wreszcie szczęśliwa i ekipa wodniaków znalazła się w Meksyku, w którym kajakarzom udało się przepłynąć kilka rzek. Jednak marzenie o Peru nadal nie dawało mężczyznom spokoju... Tym razem los był łaskawszy i wreszcie udało im się dotrzeć do upragnionego kanionu Colca. Rozpoczęła się walka z żywiołem, w której uczestnicy wyprawy nie zawsze byli na wygranej pozycji. Stracili prawie wszystkie kajaki (pozostał im tylko jeden z nich oraz ponton), a ich konfrontacja z siłami natury często przybierała postać walki o życie. W wyniku pomyłki na mapie źle obliczyli zapasy żywności i do przystanku dopłynęli znacznie niedożywieni. Po koniecznej przerwie podjęli ostatni odcinek wyzwania i zrealizowali swój zamiar, dokonując tym samym niemożliwego i zamykając tym samym wyprawę.

Canoandes. Na podbój kanionu Colca i górskich rzek obu Ameryk to rzetelna relacja z wyprawy sprzed trzydziestu lat, gdy za podróżnikami nie stali sponsorzy i liczne grono patronów. Wodniacy o wszystko zabiegali sami, a ich strojom daleko było do nazwania ich profesjonalnymi. Na jednej z licznych fotografii widać panów dumnie prężących się w... dżinsach! Ale niekomfortowy strój nie był w tym wszystkim najgorszy - gdy czytałam o pokonywaniu kajakiem wodospadów wysokich na 3-4 m (!), mój umysł nie radził sobie z wyobrażaniem takich manewrów, podobnie jak innych, które poznałam tylko z nazwy (co to jest eskimoska?). W tym drugim przypadku brakowało mi słowniczka tematycznego, który pobudziłby moją wyobraźnię. 

Canoandes... to idealna lektura dla tych, którzy lubią poczuć wzrost adrenaliny we krwi oraz dla miłośników podróży.

*Andrzej Piętowski, Piotr Chmieliński, Jacek Bogucki, Jurek Majcherczyk, Stefan Danielski, Krzysztof Biczu Kraśniewski

Bezdroża 2013

piątek, 19 kwietnia 2013

Męczące tłumy, korki na ulicach i zanieczyszczone powietrze - taki obraz pozostaje po wizycie w Chinach we wspomnieniach wielu turystów z Zachodu. Nic dziwnego - większość z nich nie wyjechała poza granice Szanghaju czy Pekinu, które w istocie są zatłoczone i spowite smogiem. Anna Jaklewicz, zafascynowana Państwem Środka, postanowiła pokazać drugie oblicze tego kraju. Jest bowiem wiele kameralnych miejsc, w które turyści jeszcze nie dotarli i gdzie gości ludzka życzliwość. Mowa o małych miasteczkach i wioskach zamieszkiwanych przez różnorodne grupy etniczne takie jak Bulang, Dong, Miao, Bai, Dai czy Aini. Zapewne dla większości czytelników egzotyczne nazwy nie były wcześniej znane, co wywołuje ciekawość i chęć poznania tajemniczych mniejszości narodowych. Anna Jaklewicz z uwagą chłonie każdy szczegół z ich życia, od architektury przez stroje po tradycyjne rytuały i obchodzone święta, by potem skrupulatnie przekazać swoje spostrzeżenia czytelnikowi. A okazji do poznawania grup etnicznych nie brakuje! Wprost z pogrzebu, na którym znalazła się przypadkiem, trafia na wesele, uczestniczy także w zawodach gry na lusheng i obserwuje występy folklorystyczne. Zatrzymując się w wioskach ma okazję podglądać także życie codzienne Chińczyków: hierarchie społeczne, podejmowane prace, sposób spędzania czasu oraz tradycyjnie wytwarzaną żywność (przysmakiem Mosuo jest suszona świnia, która czeka na spożycie kilka lat!).

Niebo w kolorze indygo to książka niebezpieczna. Zaszczepiła we mnie przemożną chęć zobaczenia nieznanych Chin na własne oczy, zasmakowania ich i chłonięcia wszystkich barw jakie miałam okazję ujrzeć na zdjęciach. Bo te są wprost przepiękne! Kto poznał turystyczną stronę Państwa Środka po lekturze będzie żałował trzymania się utartych szlaków opisywanych w przewodnikach, a ten kto nie miał okazji gościć w Chinach, zapragnie to zmienić.

Bezdroża 2013

środa, 2 stycznia 2013

Makaron w sakwach, druga książka w dorobku literackim Piotra Strzeżysza (o Campie... pisałam tutaj), jest pokłosiem dwóch wypraw rowerowych, których wspólnym mianownikiem było słowo "Ameryka". Pierwsza eskapada wiodła wzdłuż Andów, druga - przez Kordyliery. Podobnie jak w przypadku wyprawy na Dach Świata, Piotr Strzeżysz podróżował sam i choć świetnie odnajduje się w takim modelu podróżowania, z kart książki co jakiś czas przezierają echa samotności, braku bliskiej osoby. Uczucie to nie dotyczy jednak czasu podróżowania, lecz życia codziennego. Podróż zdaje się być bodźcem, który skłania rowerzystę do wielu refleksji i nic w tym dziwnego - człowiek podróżujący w pojedynkę ma sporo czasu na rozmyślania natury egzystencjalnej.

Relacja Piotra Strzeżysza jest sprawnie napisana, dzięki czemu czas spędzony z lekturą niesie niekłamaną przyjemność. O ile autor, którego znałam z Campy w sakwach, nie wzbudził mojej sympatii, teraz zyskał moją przychylność. W moim odczuciu w Ameryce w większym stopniu niż w Azji otworzył się na ludzi. Tym, co się nie zmieniło, jest sposób przekazu. Jego opowieść, tak jak poprzednia, jest szczera i nie ma w niej pretensjonalizmu, spotykanego u niektórych podróżników. Rowerzysta, choć dwukrotnie otrzymał Kolosa, nie kreuje się na wielkiego odkrywcę, a za jego wyprawami nie stoją hojni sponsorzy. Wręcz przeciwnie - należą one do niskobudżetowych i w dużej mierze spontanicznych (wystarczy wspomnieć porzucenie przewodnika po Patagonii na jednym z postojów i udanie się w przeciwnym do wstępnie planowanego kierunku), i choć w kiesie pustka jest niemalże jedynym lokatorem, autor dziarsko pedałuje ku kolejnej przygodzie. 

Na zakończenie dodam kilka słów o szacie graficznej. Makaron w sakwach, jak niemal wszystkie publikacje z zakresu literatury podróżniczej, opatrzony został pięknymi fotografiami, ale prawdziwym zaskoczeniem było dla mnie przełamanie konwencji w kwestii okładki, na której zamiast zdjęć z podróży umieszczono grafikę Ali Leszyńskiej. Wybór niezwykle trafny, gdyż ilustracja świetnie oddaje ducha książki i jest niezwykle przyjemna dla oka. 

Bezdroża 2012
Seria: Szlaki ludzi ciekawych 

czwartek, 30 sierpnia 2012

Tajlandia kojarzy się z pięknymi plażami, turkusową wodą oraz kwitnącym seksbiznesem. Dla turysty z Zachodu kraina uśmiechu niewątpliwie jawi się jako raj na ziemi. A jaka jest naprawdę? Sięgając po Tajski epizod z dreszczykiem miałam nadzieję na to, że lektura rozwieje stereotypy, ukazując prawdziwe oblicze Tajlandii oraz wzbogaci moją wiedzę o kulturze, religii czy miejscach wartych zobaczenia. Spodziewałam się książki podróżniczej (jak wynikało z opisu na okładce i jak sugerowali patroni publikacji), bliżej jej jednak do osobistego pamiętnika z mocno rozwiniętym wątkiem romansowym.

Autor Tajskiego epizodu z dreszczykiem pewnego dnia podejmuje decyzję o rzuceniu pracy i przeniesieniu się do Azji. Planuje rozpoczęcie kariery nauczyciela języka angielskiego w Tajlandii. Jak postanawia, tak też czyni. Wyjeżdża, robi kurs TEFL, znajduje pracę w college'u oraz dziewczynę, z którą rozpoczyna skomplikowany, międzykulturowy związek. Niestety, znaczna część książki poświęcona jest tematyce relacji damsko-męskich - związkowi oraz randkom z Tajkami, które najczęściej kończą się w łóżku - tu moim zdaniem powinny kończyć się wynurzenia Marka Lenarcika, jednak autor ma ekshibicjonistyczną chęć dzielenia się szczegółami z czytelnikiem. Jak już wspomniałam, spodziewałam się książki podróżniczej, jednak zamiast liczby przebytych kilometrów oraz przygód w drodze poznajemy ilość orgazmów partnerki oraz osobiste przemyślenia autora na temat jego doznań lub roli kobiety w społeczeństwie (powinna służyć mężczyźnie i zaspokajać jego potrzeby seksualne). Nie jestem wojującą feministką ani nie mam oporów przed czytaniem opisów aktów seksualnych, ale nie widzę powodów, dla którego w książce miały się znaleźć tego typu opisy. A ta mogła być całkiem dobrą lekturą. Fragmenty dotyczące adaptowania się do nowej rzeczywistości czy kwestie niezrozumienia międzykulturowego są ciekawym materiałem, który z pewnością poszerzy naszą wiedzę o Tajlandii i pomoże innym obcokrajowcom odnaleźć się w krainie uśmiechu, nie jest ich jednak wystarczająco dużo, by nasza ciekawość została w pełni zaspokojona.

Tajski epizod z dreszczykiem to zdecydowanie męska lektura. Wprawdzie czytało się ją przyjemnie i lekko - Lenarcik ma dar do opowiadania - ale to za mało, by książka mnie zachwyciła. Sam autor nie wzbudził mojej sympatii - podczas lektury nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że przechwala się swoimi podbojami, chcąc komuś (a może sobie?) coś udowodnić...

Bezdroża 2012

piątek, 3 sierpnia 2012

Moje zamiłowanie do podróży to nie tylko realne wyprawy - to także wędrówki szlakami autorów książek podróżniczych oraz uczestnictwo w spotkaniach z wszelkiej maści podróżnikami podczas festiwali czy slajdowisk. Nietrudno zauważyć, że jedno z poczesnych miejsc zajmują wyprawy rowerowe. Niejednokrotnie zastanawiałam się, jak wygląda taki wyjazd od podszewki, a zwłaszcza jak wybrać odpowiedni rower i jak się spakować, żeby zmieścić w bagażu wszystko, co będzie nam potrzebne. W sukurs przyszła para zapalonych podróżników ze swoją najnowszą książką.

Wbrew tytułowi Podręcznik przygody rowerowej nie jest typowym poradnikiem. Wiele miejsca poświęcono w niej prezentacji wybranych tras rowerowych. Autorzy udzielają głosu swoim przyjaciołom, którzy na dwóch kołach przebyli Islandię, Tybet, Mongolię, Maroko, Turcję czy Polskę. Relacje to nie tylko opisy podróży, ale i wskazówki na temat stopnia trudności trasy oraz bezpieczeństwa w drodze, a także informacje na temat jednośladu, na którym podróżowano. Ale Podręcznik przygody rowerowej to nie tylko rowerowe opowieści. Sporo miejsca poświęcono przygotowaniom do wyprawy - od wyboru odpowiedniego roweru poprzez planowanie charakteru wyjazdu (w pojedynkę/we dwójkę/w grupie) po kwestie odpowiedniego spakowania się. Nie brakło też informacji przydatnych w drodze - gdzie spać, jak zorganizować sobie ciepłe posiłki, jak chronić swoje siedzenie przed otarciami czy... jak opędzić się od psów. 

Podręcznik przygody rowerowej to dowód na to, że nawet dalekie kraje są w zasięgu zwykłego, niezbyt zamożnego podróżnika. Nie trzeba mieć roweru z najwyższej półki cenowej, żeby przeżyć swoją własną przygodę. Ja już nabrałam ochoty na pedałowanie! Pozostaje kupić rower, wskoczyć na siodełko i ruszyć przed siebie!


Bezdroża 2012

sobota, 5 maja 2012

Myślałam, że o fotografii napisano już wszystko. Półki w księgarniach uginają się od poradników, choć w dużej mierze są to opracowania ogólne. Publikację tematyczną, prezentowaną podczas tegorocznej krakowskiej edycji Festiwalu Podróżników Trzy Żywioły, powitałam z dozą ciekawości, ale i sceptycyzmu. Zastanawiałam się, czy książka będzie atrakcyjna dla średnio zaawansowanego fotoamatora, obawiając się, że będzie powielała to, o czym wielokrotnie już pisano. Bałam się, że publikacja powstała dla łatwego zarobku - wszak podróże i fotografia to tematy nośne i niezwykle popularne w ostatnim czasie. Żeby zweryfikować swoje oczekiwania i obawy sięgnęłam po lekturę...

Piotr Trybalski pozytywnie mnie zaskoczył. Fotograf w podróży nie jest typowym "suchym" poradnikiem, który odpowie na pytania, jaki sprzęt kupić czy jak ustawić parametry ekspozycji, by zdjęcia były prawidłowo naświetlone, a do tego atrakcyjne. Autor burzy stereotypy, udowadniając iż nie każda wyprawa w atrakcyjne czy egzotyczne miejsce zaowocuje pięknymi kadrami, gdyż najważniejsze w fotografii są świadomość swoich fotograficznych predyspozycji (nie każdy potrafi nawiązać kontakt z ludźmi, tak pożądany w fotografii portretowej, podobnie jak nie każdy lubi zrywać się z łóżka o świcie, by fotografować górskie krajobrazy) oraz planowanie. W kwestii sprzętu Trybalski, obala kolejny mit. Mimo obecnych trendów (moda na lustrzanki) podkreśla także zalety kompaktów, które - ze względu na dyskrecję - przydają się w podróży, zwłaszcza w fotografii ulicznej. 

W książce został omówiony katalog sytuacji fotograficznych, z jakimi można spotkać się podczas wyjazdów czy wypraw. Trybalski podpowiada jak fotografować pod wodą, w górach, na pustyni, w niskich temperaturach czy w krajach muzułmańskich. Na podstawie własnego doświadczenia radzi, jak poradzić sobie z problemami, które mogą pojawić się na drodze fotografa oraz podpowiada, jak chronić sprzęt w trudnych warunkach i co zrobić, by nie kusić złodziei. 

Fotograf w podróży to publikacja, która nie potwierdziła moich obaw. Opracowana rzetelnie, napisana przystępnym językiem i co ważne - nasycona konkretnymi informacjami (w przeciwieństwie do poradników amerykańskich, gdzie dygresja goni dygresję). A zdjęcia - przepiękne! 

Bezdroża/Helion 2012

czwartek, 12 stycznia 2012

Nową serię książek podróżniczych Szlaki ludzi ciekawych odkryłam na krakowskich Targach Książki. Ładnie wydane, pełne kolorowych fotografii, ubrane w mięciutką okładkę, tak charakterystyczną dla Bezdroży - książki kusiły i zapraszały do zapoznania się z ich wnętrzem. Na pierwszy ogień poszła Campa w sakwach.

Autor, Piotr Strzeżysz jest rowerowym zapaleńcem - na jednośladzie zwiedził ponad trzydzieści krajów w obrębie czterech kontynentów. Campa... jest zapisem dwóch wypraw na Dach Świata, które autor odbył w dość specyficznych warunkach - pierwszą podczas pory deszczowej, drugą - w czasie zimy. Mimo problemów z nie zawsze sprzyjającą aurą, chińską biurokracją oraz porozumiewaniem się z miejscową ludnością uśmiech nie znikał z twarzy rowerzysty. Nawet wszechobecne prośby o pieniądze (money, money, money!) - co może dziwić, kierowane również przez napotkanego cyklistę, któremu pomógł w naprawie roweru! - nie mogły odebrać mu radości z bycia w drodze. Dla Piotra bowiem nie jest ważny przebyty dystans czy zwiedzone zabytki, lecz ten swoisty stan, w jaki wprawia go podróżowanie.

Campę w sakwach czyta się szybko i przyjemnie, a liczne fotografie ubarwiają lekturę i nadają jej autentyczności (choć jedna z nich zasiała we mnie ziarnko niepokoju - autor napisał, że spał w domu u Chang Suo, a zza krowy stojącej na podwórku wyziera... rozłożony namiot, obok którego stoi rower). Ogromnym plusem publikacji są też liczne wskazówki, których Piotr udziela na wypadek gdyby któryś z czytelników chciał ruszyć jegośladem. Niestety, niektóre przemyślenia autora były zbyt osobiste i nie powinny znaleźć się w książce (kiedy Karina, rowerzystka napotkana w Tybecie, po nocy spędzonej we wspólnym namiocie na kolejny nocleg wybrała hotel, autor skwitował to słowami: Cóż, chyba za słabo grzałem poprzedniej nocy...), a on sam wydawał się osobą niezbyt towarzyską.

Na koniec małe wyjaśnienie odnośnie tytułowej campy, która kojarzyła mi się z campingiem czy obozem, zmieszczonym w rowerowych sakwach. Nic bardziej mylnego! Campa to tybetańska potrawa, składająca się z mąki jęczmiennej wymieszanej z herbatą (oczywiście słoną i z dodatkiem masła).

Bezdroża 2011
Seria: Szlaki ludzi ciekawych