Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryminał. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kryminał. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 7 stycznia 2016

Wielu czytelnikom może powoli zaczynać przejadać się kryminał jako gatunek. Tematy się zapętlają, a wiodącym prym skandynawskim autorom coraz trudniej znaleźć nową drogę. Sprawy społeczne zaczynają dominować nad wątkami sensacyjno-detektywistycznymi - z rasowych opowieści o zabójcach i policjantach pozostaje tylko historyjka obyczajowa. 

Utrata świeżości spojrzenia na ten gatunek literatury dopadł z pewnością nie tylko Czarną Owcę i na pewno nie dotyczy to tylko kryminału. Ukazujące się na fali sukcesu pierwowzorów klony sagi Zmierzch Meyer czy Pięćdziesięciu twarzy Greya E.L. James przez pewien czas mogły się podobać czytelnikom. Ale powstające później kopie kopii, które znów doczekały się swoich kalk, nawet tych mniej doświadczonych czytelników mogły w końcu zmęczyć. Osobiście nie czuję przesytu kryminałami od Czarnej Owcy (choć kompletnym rozczarowaniem było dla mnie Na spokojnych wodach Viveki Sten), ale zawsze miło sięgnąć po autora, który nie boi się eksperymentować z ramami gatunku. Widać, że Olivierowi Trukowi ciasno było w tej nordyckiej szufladce i postanowił się w niej trochę bardziej rozepchać i poszerzyć jej granice o kilka całkiem zaskakujących obszarów.

Olivier Truc jest francuskim dziennikarzem i od ponad 30 lat mieszka w Sztokholmie. Pracuje tam jako korespondent Le Monde i Le Point, zajmuje się krajami skandynawskimi i bałtyckimi. Nakręcił kilka filmów dokumentalnych na potrzeby telewizji. Jego debiut, L'Imposteur, jest historią Francuza, który przeszedł przez piekło II wojny światowej, obozy NKWD na Syberii, aż w końcu trafił do Tallina. Ostatni Lapończyk to zupełnie inna historia. Czy całkiem zmyślona? Kto wie...

Laponia. W czasie nocy polarnej zostaje zamordowany jeden z hodowców reniferów. Na społeczność lapońską pada strach, gdyż ofiara ma odcięte uszy - w ten sposób znakuje się renifery. Gdyby tego było mało, to z okolicznego muzeum ginie prawdziwy rarytas, jeden z niewielu ocalałych oryginalnych bębnów szamańskich. Czy to przypadek, że zamordowanym jest jedyna osoba, która znała historię tego instrumentu? A może za tą śmiercią stoi klątwa przodków, którzy go stworzyli? W rozwikłanie sprawy zostaje włączonych dwoje policjantów: on - doświadczony pracownik straży reniferów i ona - młoda, początkująca, z miasta. Dochodzeniu nie pomaga to, że śledczy przeciwko sobie mają lokalnego polityka, część społeczności Lapończyków, a także wielu policjantów.

Truc ukazuje czytelnikowi wewnętrzną niespójność saamskiej społeczności. Część z nich, już bardzo niewielka, żyje zgodnie z tradycją, tak jak żyli ich dziadowie przed stu laty - ubiera się w skóry, nadal mieszka w namiotach, do poruszania się po śniegu używa nart i stara się unikać kontaktu z cywilizacją i białym człowiekiem. Ci Lapończycy nadal kontaktują się z przodkami i za wszelką cenę pragną, aby ich tradycja i religia nie umarły. Po drugiej stronie bariery lokuje się biały człowiek, który trochę się miota. Bardziej lub mniej, czują się odpowiedzialni za zepchnięcie Saamów na margines - w końcu zajęli terytoria, które kiedyś były rdzennie lapońskie. Wprowadzili chrześcijaństwo, narzucili swoje prawo i są żądni pieniędzy. Ale do tej grupy coraz częściej zaczynają przechodzić także sami Saamowie. Na tym bazuje jądro książki, czyli na konflikcie pomiędzy swoimi, kultywującymi kulturę przodków, a tymi, którzy ją porzucili. Nie wszyscy chcą się pogodzić z tym, że odchodzi ona w zapomnienie i że pieniądz zaczyna rządzić sercami Lapończyków. Na tyle mocno, że niektórzy są gotowi zabić.

Ostatni Lapończyk Truca to kawał solidnie napisanej literatury. Postacie są barwne, a przy tym tajemnicze. Każdy ma jakieś stare, niewyleczone rany, które w powieści zostają na nowo otwarte. Wszechstronne naciski, żądza pieniądza i pragnienie władzy sprawiają, że inaczej patrzymy nie tylko na Saamów, ale również na inne małe społeczności etniczne, którym grozi zagłada. Zauważyć też można jaskrawy kontrast między tradycją a nowoczesnością. Jak przystało na skandynawski kryminał w powieści kwestie społeczne, mimo iż pojawiają się tylko między wierszami, nadają ton książce (czyli muszę odszczekać upadek skandynawskiego kryminału w moich oczach opisany tutaj, w ostatnim akapicie).

Polecam zwłaszcza tym, którzy są zmęczeni czytaniem kopii kopii kryminałów.

Czarna Owca 2014
Przekład: Ewa Kaniowska
Tytuł oryginału : Le Dernier Lapon
Seria: Czarna Seria

wtorek, 5 stycznia 2016

Niepokorna policjantka i nieporadna matka - taką pozostaje detektyw Krawiec w Rajskich ptakach, kontynuacji Uśpienia, debiutanckiej powieści Marty Zaborowskiej. Jednak aby główna bohaterka nie narzekała na brak zajęcia, autorka postanowiła nie tylko zająć ją kolejną sprawą zabójstw, ale również dołożyła jej jeszcze kilka problemów w życiu osobistym oraz skomplikowała sprawy zawodowe.

Powabna pani detektyw, mimo tęsknoty za wielkim miastem, postanowiła pozostać na podwarszawskiej prowincji i stamtąd prowadzić kolejną sprawę. Tym razem przedmiotem śledztwa jest trup dziewczyny z ubogiego domu, a na dokładkę autorka zaserwowała ciężko pobitą przyszłą synową lokalnego polityka. Co łączy te dwa wydarzenia? W rozwikłanie zagadki tym razem prócz Julii Krawiec zostaje włączony policyjny żółtodziób - Michalina Bodnar, dziewczyna łamiąca wszelkie obyczaje, nie mająca taktu, ale za to w nadmiarze obdarzona niską samooceną i myślami samobójczymi. Wzajemne tarcia i dogryzanie obu pań jest na tyle angażujące czytelnika, że w kolejnej części autorka z pewnością nie zrezygnuje ze słownych potyczek tego duetu. W śledztwo zaangażowany jest także Zasępa - techniczny, a zarazem przystojniak z posterunku - który okaże się bardzo przydatny w dochodzeniu.

Zaborowska w Rajskich ptakach równie mocny nacisk co na wątek kryminalny kładzie na kwestie prywatne pani komisarz. Dziecko wiecznie pozostające bez matki, wychowywane przez babcię, staje się coraz bardziej łakomym kąskiem dla ojca dziecka, który dąży do przejęcia pełni praw rodzicielskich nad córką. Wieczne obietnice wspólnego wypadu jak zwykle muszą przegrać z niepowstrzymywanym pracoholizmem matki. Gdyby tego było mało, powraca demon, który miał być duchem przeszłości - alkoholizm. Już na początku książki widać, że na linii komisariat-dom nic się nie zmieniło. Krawiec nadal zdecydowanie lepiej odnajduje się w roli policjantki - lepiej radzi sobie z zimnymi trupami i zabójcami, niż z córką, która potrzebuje matczynego ciepła popołudniami i w weekendy, a nie tylko ciemną nocą, kiedy komisarz wreszcie ściąga do domu, żeby odpocząć przed kolejnym dniem spędzonym na posterunku.

Inspiracje kryminałem skandynawskim w Rajskich ptakach widać jak na dłoni. Tak jak w Uśpieniu, pojawia się tutaj wiele wątków związanych z życiem prywatnym samotnej matki-policjantki, ale równie wiele miejsca zajmuje wątek kryminalny. Zaborowska na tyle umiejętnie dawkuje wszystkie składniki budujące historię, że trudno zarzucić jej skupianie się jedynie na życiu wewnętrznym bohaterów, jak miało to miejsce w Na spokojnych wodach Viveki Sten, gdzie kryminału musiałem szukać z lupą. Kontynuacja przygód detektyw Krawiec wypadła równie udanie jak pierwsza część. Kolejny tom również ujrzał już światło dzienne. Ja już wiem jak wypadł. Niedługo podzielę się z Wami moją opinią na jej temat. Tymczasem serdecznie zachęcam po sięgnięcia po literaturę Zaborowskiej, naprawdę warto!

Czarna Owca 2014
Seria: Czarna Seria

niedziela, 23 sierpnia 2015

Najciemniej pod latarnią, mówi porzekadło. Pod latarnią widniejącą na okładce Etnologa w Mieście Grzechu jest rzeczywiście ciemno, mimo iż Mariusz Czubaj napisał książkę o kryminale jako gatunku literackim, aby te ciemne obszary rozjaśnić, usystematyzować i podać czytelnikowi w przystępny sposób.

Mariusz Czubaj jest laureatem Nagrody Wielkiego Kalibru dla najlepszej polskiej powieści kryminalnej i sensacyjnej 2008 roku. Od czasu do czasu pisze powieści kryminalne, a na co dzień jest profesorem antropologii w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie. I to z pozycji naukowca zabrał się do napisania Etnologa... Prócz tytułów naukowych oraz tytułów książkowych, których ma już kilka na koncie, profesor Czubaj jest oczytaną osobą na swoim kryminalnym poletku - ilość książek jaką przytacza w publikacji jest dla mnie przytłaczający. Ten ogrom literatury podmiotu wywołał u mnie poczucie wstydu, że w ogóle sięgnąłem po Etnologa... Jeżeli czytelnik chciałby w pełni zrozumieć poruszaną w niej problematykę i zagadnienia związane z literaturą kryminalną to raczej nie jest to książka dla nich. Autor odwołuje się głównie do klasyków gatunku - Agathy Christie, Raymonda Chandlera, Jeffrey'a Archera. Napomyka też o Mankellu oraz Larssonie.

W czasie lektury książka okazała się męcząca i przeczytałem ją z poczucia obowiązku - jak zacznę to staram się skończyć. Język okazał się być hermetyczny, zrozumiały raczej dla osób interesujących się kryminałem na podobnym poziomie co autor. Z pewnością taka książka może być pomocna dla początkujących pisarzy literatury z trupem w szafie w roli głównej - jest to bardzo dobry przewodnik po mnogości podgatunków, które zostały wyodrębnione ze względu między innymi na postać osoby prowadzącej śledztwo czy na rolę przedmiotu zbrodni.

Oficynka 2010

niedziela, 15 marca 2015

Wygląda na to, że skandynawska kura znosząca złote jaja-kryminały nie zna granic swojej produktywności i, mimo iż jest już mocno wyeksploatowana, nadal wysiaduje, choć z okładek coraz częściej odchodzą pozłotka. Czy to oznacza, że kryminały z Północnej Europy przeżywają kryzys i ich dni są policzone? 

Można się spierać. Ci, którzy nie siedzą w temacie i szwedzkie czy norweskie kryminały czytają z doskoku, raczej nie zauważą powtarzających się schematów i tego, że akcja książki, mimo że zagadka została rozwiązana już w połowie jej objętości, nadal się "rozwija" a autor próbuje podtrzymać trupa przy życiu. Kolejne próby resuscytacji, które u doświadczonego czytelnika często wzbudzają uśmiech politowania, u przygodnego mogą wywołać zaciekawienie. Mnie coraz częściej skandynawskie kryminały rozczarowują - bo są proste, wręcz nudne, bo szybko wiem, kto zabił. Może to nie wina autorów, że piszą tak jak piszą - wszak wychodzę z założenia, że jeżeli ktoś decyduje się wydać wylane na papier swoje dzieło, to pragnie tego, nie aby się ośmieszyć przed czytelnikami, ale zakłada wręcz przeciwnie, że pokazuje światu najlepsze co mógł spłodzić jego umysł. I pewnie jest tak z większością książek, pewnie tylko nie wszystkie trafiają do czytelnika, któremu są przeznaczone. Tylko dlaczego coraz częściej czytam książki, które są przeznaczone dla innej osoby?

Akcja Na spokojnych wodach Viveki Sten rozgrywa się na wyspie, na której zamożni Szwedzi spędzają miesięczny urlop. W tej skandynawskiej sielance zostają popełnione morderstwa, jedno za drugim. Sprawę usiłuje wyjaśnić policjant Thomas Andreasson, którego wspiera koleżanka z lat dziecięcych, mieszkanka wyspy, Nora Linde. I gdyby potraktować tę książkę jako studium socjologiczne, to spełniłaby tę rolę dość dobrze. Ale niestety okazuje się, że jest to nowy szwedzki kryminał (...) pełen napięcia dramat*, którego głównym problemem jest położenie zbyt dużego nacisku na sferę emocjonalną - przeżycia głównych bohaterów związane nie ze śledztwem, ale z ich życiem osobistym. Ciągłe powracanie do perypetii Nory Linde, której mąż nie godzi się na jej rozwój zawodowy i stale ucieka przed rozmową w morze (czyli na uwielbiane wypady z kolegami na żagle), podczas gdy ona nieustannie to przeżywa, spłyca ciekawie zapowiadającą się fabułę kryminału. Moim zdaniem, choć może to zabrzmieć seksistowsko, problem leży w tym, że autorka jest kobietą, która pisząc powieść, włożyła w nią stereotypową kobiecą naturę, kobiece emocje, przeżywanie, rozpamiętywanie, roztrząsanie. Książka w wielu miejscach jest po prostu emocjonalnym pamiętnikiem Nory Linde i jej kolegi Thomasa Andreassona. On również jest skomplikowanym tworem żyjącym emocjami z przeszłości - nie może wybaczyć sobie i byłej żonie, że stracili małe dziecko. To wydarzenie zamknęło go na świat, na bliższe kontakty z kobietami. 

W moim odczuciu tę kryminalną złotonioskę zdają się dekapitować same wydawnictwa, wydając kolejne książki nie zwracając większej uwagi na treść, a zapewne bardziej przywiązując się do wyników sprzedaży. Chociaż z drugiej strony... jestem w trakcie czytania kolejnego kryminału-debiutu z Czarnej Serii i jest intrygujący... Czyżbym wkrótce musiał odszczekiwać moje nieprawomyślne słowa pod kierunkiem wydawnictw?

* Informacja z okładki.

Czarna Owca 2014
Seria: Czarna Seria
Tytuł oryginału: I de lugnaste vatten
Przekład: Paulina Jankowska

niedziela, 30 listopada 2014

Poszukiwanie wśród debiutów wartościowego autora i dobrej książki nie jest łatwe. Jak przewidzieć czy poświęcenie co najmniej kilku wieczorów lekturze nie okaże się stratą czasu? Posiłkowanie się opisem zawartym na okładce jest tak samo ryzykowne jak wybór filmu na podstawie trailera - nieraz dynamiczna, pełna pasji, malowniczych krajobrazów, po prostu dobrze zrobiona zajawka okazywała się być zapowiedzią drętwego filmu, którego oglądanie powinno się przerwać po kilkunastu minutach - bo miało być ekscytująco, porywająco, ciekawie, a jest tak, że nawet swojemu wrogowi z czystej złośliwości by się go nie poleciło. Zdarzyło mi się naciąć na taki sprytny chwyt ludzi od promocji "dziesiątej muzy", jak również kilkakrotnie trafiła w moje ręce nie najlepsza książka. Oczywiście zdarzają się również wartościowe dzieła, dlatego nie kieruję się samą reklamą, ale również intrygującym opisem fabuły. Z tego powodu skusiłem się na Mężczyznę z Albanii.

Akcja książki rozpoczyna się dość niemrawo - w tajemniczych okolicznościach ginie mężczyzna, który dopiero co przyjechał do Szwecji. Albański paszport znaleziony przy zmarłym stanowi jeszcze większą zagadkę, zwłaszcza że albańskie władze nie potwierdzają tożsamości denata. Na miejscu zdarzenia przypadkowo znajduje się początkujący dziennikarz Tobias Meijtens - zaciekawiony zbiegowiskiem jakie utworzyło się na drodze, którą podążał, przystaje i postanawia zaangażować się w sprawę. Rozwikłanie zagadki staje się coraz trudniejsze, gdyż najpierw ginie jedyny świadek śmierci Albańczyka, następnie redaktor gazety, w której pracuje, odwodzi go od tematu i przydziela mu zupełnie inne zadania, by w końcu, gdy ustali już tożsamość mężczyzny, natrafić na mur milczenia ze strony jego dawnych przyjaciół. Na szczęście Meijtens u boku ma dziennikarkę ze znacznym bagażem doświadczeń i szalonego znajomego z uczelni, który dobrze zna realia krajów Bloku Wschodniego. To tyle o poplątanej fabule. 

Atutem thrillera są podróże w głąb komunizmu, który zapanował w Europie Wschodniej na ponad 40 lat - jakie mają one pokrycie w prawdzie historycznej niestety nie wiem, ale książkę czyta się z wielką przyjemnością. Wątek miłosny, którego głównym celem jest najprawdopodobniej większe skomplikowanie fabuły, nie jest agresywnie eksponowany, ale czytelnicy, którzy nie wyobrażają sobie kryminału bez szczypty erotyki, powinni być zadowoleni. Jedyne co mi zgrzytało w trakcie lektury, to nadmierna flegmatyczność bohatera i akcji, która z niezrozumiałych dla mnie względów wielokrotnie była zwalniania przydługimi rozmowami Meijtensa z przyjacielem. Zagadka Mężczyzny z Albanii okazała się na tyle zawiła, że do dziś nie jestem pewien odpowiedzi na zasadnicze pytanie: współpracował czy nie?

Czarna Owca 2014
Seria: Czarna Seria
Tytuł oryginału: Mannen från Albanien
Przekład: Elżbieta Frątczak-Nowotny

piątek, 28 listopada 2014

Ameryka - ziemia mlekiem i miodem płynąca, swego czasu ziemia obiecana niejednego Polaka. Potęga światowa, mocarstwo, które pozostało samo na placu boju o hegemonię w wielu dziedzinach życia. Jeden z najlepiej rozwiniętych krajów na Ziemi, kraj, który chlubi się prawie nieograniczoną wolnością. I po części o tej nieskrępowanej możliwości robienia czego dusza zapragnie jest Wzorzec zbrodni Warrena Ellisa.

Akcję powieści rozkręca kula wystrzelona w kierunku policjanta, napastnik chwilę po wysłaniu stróża prawa w zaświaty wędruje tam za nim. Jeden z naboi uczestniczących w wymianie ognia doprowadza do przypadkowego odkrycia mieszkania z mnóstwem broni, którą, jak się później dowiadujemy, jedna osoba popełniła setki morderstw. Broń, starannie rozmieszczona na ścianie, układa się w tajemniczy wzór...

Śledztwo, które zostaje wszczęte, jest torpedowane przez osoby mające wpływ na przełożonych detektywa Tallowa. Na dodatek biedak do pomocy dostaje dwójkę świrów specjalizujących się w rozwiązywaniu zagadek kryminalnych na modłę CSI (używają nowoczesnej techniki i gadżetów do poszukiwania i analizy śladów). Przywołane na okładce porównanie klimatu książki do tego panującego w filmie Siedem jest jak najbardziej na miejscu - atmosfera śledztwa jest mroczna, a śledczy jest cały czas o krok od zbrodniarza, czuje jego oddech na swoich plecach, wie, że ten go obserwuje, wie, że się spotkają i wie, że ma być kolejną jego ofiarą. Właściwie wszystko jest wiadome - ścigający, który staje się ściganym, wie, że spotka się z zabójcą, ten drugi jest pewny, że tamten jest bez szans. Odwieczna gonitwa policjanta i przestępcy ukazana niemal w komiksowym, obrazkowym stylu, to jedna z mocnych stron Wzorca zbrodni. Drugą jest wplecenie akcji we współczesne realia, swoisty taniec ze śmiercią, danse macabre. Taniec to zaiste makabryczny, gdy przez radiostację Tallowa dociera do naszej głowy cały ogrom zła i krzywd z jakimi mieszkańcy Nowego Jorku żyją na co dzień i wyrządzają sobie nawzajem: Dziesięciolatek zastrzelony (...) Trzech napastników celowało w ojca, który pchał wózek. Dziecko w środku było martwe, zakonserwowane i pomalowane, z paczkami heroiny w wybebeszonym brzuchu. (...) Mężczyzna zaszlachtowany ostrym szpadlem przez sąsiada (...), świadek wspomina kłótnię o pożyczonego grilla. (...) Seryjny gwałciciel (...) każdą ze swych napaści kończy wciśnięciem słoika do pochwy ofiary i zgnieceniem go*. (...) Znaleziono zwłoki mężczyzny, złożone w walizce (...) Według wstępnych szacunków leżały tam trzy miesiące. Przed Kościołem (...) znaleziono martwą kobietę. Policjanci stwierdzili, że nie wiedzą, co piła, ale najwyraźniej nie miała żołądka**.

I już właściwie nie dziwi, że w takim środowisku narodziły się dwa indywidua jakimi są ścigający i ścigany. Obaj bohaterowie żyją w swoim własnym świecie - Łowca cierpi na zaburzenie postrzegania rzeczywistości, współczesność miesza mu się z czasami, kiedy Europejczycy zaczęli podbijać ziemię amerykańską. Tallow jest tylko człowiekiem, który zwyczajnie nie radzi sobie z codziennością, ale nie ma takich odjazdów, nie traci kontaktu z rzeczywistością, on po prostu interesuje się historią swojego miasta i jako zawodowiec wczuwa się w skórę zwierzyny, podąża jej tropem. Na jednej ścieżce spotyka się dwóch świrów, wartych siebie rywali, jeden reprezentuje prawo białego człowieka, drugi - prawo czerwonoskórych. I choć stoją po dwóch stronach barykady, to znakomicie nawzajem się rozumieją i szanują. Każdy wykonuje swoją robotę, każdy z największą starannością. Wygrywa silniejszy.

Im dłużej trawię tę książkę tym mam ochotę wystawić jej wyższą ocenę, niż miałem to zamiar uczynić początkowo. Zewsząd biją zachwyty nad nią, nie spotkałem ani jednego złego słowa pod jej adresem. Co sprawiło, że jest ona tak dobrze przyjmowana? Przecież nie jest to jedyna powieść o seryjnym mordercy (w książce chyba ani raz nie pada takie określenie Łowcy), a zamiana ról ścigającego i ściganego nie decyduje o oryginalności kryminału. Również powolna akcja na początku powieści nie zachęcała do lektury, jednak w końcu nastąpił przełom i wydarzenia ruszyły z kopyta. Wzorzec zbrodni skończył się szybciej niż oczekiwałem. I sam nie wiem czy sięgnąłbym po kontynuację przygód detektywa Tallowa, czy jednak poświęciłbym czas innemu kryminałowi. Może na tym polega jego zaleta, jego moc - mimo iż minęło już kilka tygodni od przeczytania, to nadal się nad nim głowię.

SQN 2014
Tytuł oryginału: Gun Machine
Przekład: Agnieszka Brodzik

* Warren Ellis, Wzorzec zbrodni, SQN, Kraków 2014, ss. 174-175.
** Ibidem, s. 191.

środa, 19 listopada 2014

Muszę przyznać, że Agora ma w swoich szeregach bardzo utalentowanych reporterów, a niektórzy z nich są również świetnymi pisarzami. Piotr Głuchowski, którego poprzednią książką zachwycałem się ponad rok temu i tym razem stanął na wysokości zadania, w znakomity sposób wykorzystując swoją codzienną pracę dziennikarską podczas pisania kolejnego thrillera politycznego.

A jest to książka, podczas czytania której porównania i pierwowzory same cisną się do głowy. Ksiądz, medialny potentat, zostaje wciągnięty przez bulwarówkę w skandal obyczajowy - zdjęcie, które mu podstępnie zrobiono, wskazuje na jego domniemany romans z gwiazdką porno. Zbiegiem okoliczności do akcji wkracza redaktor Pruski, który kilka lat wcześniej popełnił biografię aktorki grywającej w filmach dla dorosłych, i który otrzymał zlecenie uaktualnienia tejże książki i poszerzenia jej o życiorys księdza Drozda. To, na co czekają czytelnicy, ciekawskiemu dziennikarzowi przynosi poważne zagrożenie - szukanie informacji o życiorysie duchownego nie kończy się na podstawowych danych, ale rozciąga się na coraz większe obszary, Pruski sięga coraz głębiej w przeszłość i odkrywa coraz to bardziej nieprawdopodobne i zaskakujące karty z życia ojca dyrektora. Redaktor jednak sam nie zdobywa tych informacji, pomaga mu niedoszła prawniczka Maja Szalawska. Dochodzenie nie kończy się na wspólnym surfowaniu po sieci - oboje bez zobowiązań uczuciowych w końcu lądują w łóżku.

Nie będę zbyt wiele rozpisywać się na temat treści powieści, mogę jedynie dodać, że trzeci zamach na papieża miał zostać przeprowadzony przez księdza, który mimo woli został wplątany w wielką politykę PRL-u - nieświadomie stał się pionkiem w potężnej grze o przetrwanie i wzmocnienie komunistycznej władzy. Głuchowski bawi się wyciąganiem ubeckich teczek, jątrzeniem w od lat gojących się ranach i aferami o zasięgu europejskim. Akcja jest wartka niczym nurt w górskich strumieniach, lecz jednak wolniejsza niż w Lodzie nad głową. 

I tylko redaktor Pruski pozostaje człowiekiem takim jakiego znamy z poprzednich części - zapracowanym, totalnie zamroczonym zleceniem, którego się podjął; jak w coś się wgryzie, to zapomina o bożym świecie, potrafi pracować bez wytchnienia jednocześnie nad książką i jako redaktor w gazecie o sztuce. W życiu prywatnym nadal idzie nie całkiem po jego myśli. W Toruniu mieszka z żoną i dwójką synów; rodzina, aby przeżyć kolejny miesiąc musi zadłużać się na bieżące wydatki, nie mówiąc już o kupnie kurtek zimowych dla chłopaków, na domiar złego Pruski traci jedną pracę, a druga wisi na włosku. Bohater zawsze wraca do matki swoich dzieci, z którą kłóci się o wszystko, ale ma też kilka niestałych portów, do których co jakiś czas zawija. Z jednej strony można mu współczuć trudnej sytuacji finansowej, której nie jest winny, z drugiej sam poplątał swoje życie emocjonalne. To rozwarstwienie, rozdarcie i swoista nieprzewidywalność jego działania jest mocną stroną bohatera powieści Głuchowskiego i daje kopa książce. Niestety znów kuleje zakończenie - akcja biegnie, pędzi, galopuje i nagle... Bach!!! 

I koniec. 

Agora 2014

niedziela, 17 sierpnia 2014

Okładka Zabawki Boga długo zniechęcała mnie do sięgnięcia po książkę. Przyczyna nie tkwiła w estetyce, a sugerowanej przez tytuł oraz fotografię na okładce religijnej tematyce, a od niej zwykle stronię. Wszelkie obawy przezwyciężyła jednak moja ciekawość świata, opis Zabawki Boga sugerował bowiem, iż jest to książka podróżnicza. Jak się okazało, zarówno blurb jak i okładka mówiły prawdę, choć nie do końca...

Tadeusz Biedzki, przedsiębiorca i podróżnik, otrzymuje list od przyjaciela, który został zakonnikiem. Andrzej natrafił na ślad artefaktu z czasów Chrystusa, ale stan zdrowia nie pozwala mu na podjęcie próby zlokalizowania go. Jest przekonany, że odnalezienie pamiątki po Jezusie wstrząsnęłoby światem religii i nauki. Adresat listu wraz z żoną Wandą wyrusza więc w podróż do klasztoru na Synaju, by odebrać wskazówki i ruszyć w dalszą drogę przez Jerozolimę, Efez i Prowansję do Lalibeli, gdzie... no, właśnie - czy uda mu się wydobyć drewnianego osiołka na światło dzienne?

Wbrew początkowym obawom Zabawki Boga nie zaliczyłabym do literatury religijnej, główny motyw został bowiem zrównoważony wątkiem podróży. Kto jednak po tej książce spodziewa się klasycznej literatury podróżniczej (a to sugeruje szata graficzna - spora ilość fotografii, mapy, schematy), może być zawiedziony. Wprawdzie autor wędruje niemal od pierwszej do ostatniej strony, zakończenie jednoznacznie wyklucza ten gatunek (nie będę zdradzać szczegółów, by nie odbierać kolejnym czytelnikom radości z odkrywania). A zatem - sensacja? Wprawdzie i takie wątki się pojawiają, ja bym jednak Zabawki Boga nie położyła na księgarnianej półce obok książek Ludluma, Grishama czy Clancy'ego. Jeśli musiałabym zaszufladkować tę pozycję, określiłabym ją jako powieść (!) historyczno-podróżniczą (w tej właśnie kolejności). Biedzki z powodzeniem połączył historie z kilku stuleci (I, XII-XIII oraz XXI w.), odmalowując właściwe im realia i przedstawiając kolejnych bohaterów: Jefraima, Rajmunda, Frumencjusza oraz Andrzeja. Nie można odmówić autorowi talentu w sugestywnym przedstawianiu starożytnych miast oraz erudycji niezbędnej do podjęcia się tego niełatwego zadania. Całość nieco psuje zakończenie, które nie do końca przypadło mi do gustu, nie mogę jednak powiedzieć, żeby mnie nie zaskoczyło, co poczytuję za plus.

Zabawka Boga utwierdziła mnie w przekonaniu, że niczego (i nikogo!) nie powinno się oceniać po pozorach. Niewiele brakowało, a nie dałabym szans książce, która okazała się bardzo udaną podróżą nie tylko przez kraje odwiedzone przez Biedzkiego, ale i przez historię chrześcijaństwa. 

Bernardinum 2013

sobota, 1 marca 2014

Czy może być bardziej banalny pomysł na kryminał niż opisanie kilku dni z życia płatnego zabójcy? Z pewnością może, ale prostsze koncepty Malcolm Mackay być może zostawił na przyszłość. Tymczasem Szkot poświęcił się "Trylogii z Glasgow", jednej z najciekawszych serii powieści kryminalnych, jakie w ostatnich latach opublikowano w Wielkiej Brytanii (jak informuje wydawnictwo na tylnej okładce). Poważnie traktując tę notatkę, szczerze współczuję Brytyjczykom tak głębokiej zapaści na kryminalnym rynku książkowym.

Pierwsza część trylogii, Lewis Winter musi umrzeć, opowiada historię Caluma MacLeana - płatnego zabójcy i wolnego strzelca, który otrzymuje zlecenie zlikwidowania narkotykowej płotki. Calum, wytrawny znawca swego fachu, najlepszy z najlepszych, zabiera się do sprawy z należytą starannością - najpierw rozważa wszystkie za i przeciw, waży czy zyski, które przyniesie mu przyjęcie pracy, przewyższą potencjalne straty. Następnie obserwuje życie codzienne swojej ofiary, starannie przygotowując się do wykonania wyroku śmierci. Wszystko przebiega według planu, który Calum ułożył sobie w głowie. Przewidziane komplikacje związane z wykonaniem zlecenia również szczególnie go nie zaskakują.

Czego więc brak książce? Brakować nie brakuje właściwie niczego, jest raczej zbyt rozdęta - za dużo rozdziałów, za dużo słów, za dużo powtórzeń. Po pierwsze, pomijając spis postaci (mający formę jak w dramacie) i epilog, powieść liczy sobie 43 rozdziały na 345 stronach. To, że rozdziały są krótkie nie przeszkadza. Denerwujący jest klucz podziału akcji kryminału - w zasadzie nie wiem czym się kierowano, gdyż wielokrotnie następujące po sobie partie tyczą się tych samych bohaterów, tej samej sprawy i właściwie są kontynuacją i nic nie stało na przeszkodzie by były połączone w jedno. Po drugie, rozumiem, że autor chciał pokazać rozterki towarzyszące płatnemu mordercy przy podejmowaniu decyzji o przyjęciu lub odrzuceniu propozycji pracy, ale czy trzeba to robić powtarzając kilka razy tę samą myśl kołaczącą się w głowie Caluma? Patrząc z perspektywy całej książki, zabójca jest ukazany jako osoba inteligentna, ale poszczególne fragmenty będące zapisem jego myśli, tego jak pojawiają się w kółko te same problemy... No cóż, wygląda na to, że jednak brak mu piątej klepki: [Calum] Przyszedł, bo potrzebuje pomocy w zleceniu i chce, żeby George mu pomógł. A George nie może odmówić. Taką ma pracę, to należy do jego obowiązków. Calum o tym wie. Domyśla się, że George chciałby mu pomóc, nawet gdyby nie musiał, więc go o tę pomoc prosi. Jest świadom, że George nie ma wyboru. George nie może zadzwonić do Jamiesona lub Younga i zapytać, czy musi mu pomóc. Wie bez pytania. Musi* - przyszedł o coś prosić, choć wiedział, że nie musi i, że jak poprosi, to tamten mu nie odmówi, bo odmówić nie może, bo taką ma pracę, że musi się zgodzić - autor pokusił się o nadmierny stopień komplikacji tego, co w rzeczywistości okazuje się być proste.

Koniec końców, mimo moich zastrzeżeń książkę czyta się szybko, choć fabuła wielokrotnie zwalnia z powodu roztrząsania przez postaci konsekwencji podjętych kroków (te fragmenty powieści pełnią podobną, choć okrojoną do jednej, funkcję co chór w starożytnych dramatach; tylko czy Mackay zrobił to świadomie, czy to tylko moje wrażenie?). Lektura ukaże czytelnikowi wyobrażenie autora o działaniu jakiejś części świata przestępczego i zasad w nim panujących. Ale też uświadomi, że starzy muszą iść na emeryturę i zrobić miejsce młodym i zdolnym oraz, że nie zawsze wszystko idzie po naszej myśli i ci, którzy raz weszli na grząskie tereny mogą zostać wciągnięci przez bagno na zawsze. Mimo ukrywania się gdzieś głębiej pewnych uniwersalnych przesłań po kolejne pozycje z cyklu nie sięgnę.

* Malcolm Mackay, Lewis Winter musi umrzeć, Akurat, Warszawa 2014, s. 76.


Akurat 2014
Tytuł oryginału: The Necessary Death of Lewis Winter
Przekład: Miłosz Urban

wtorek, 25 lutego 2014

Człowiek czy android? Granica nigdy nie była jasno określona. Kiedyś starali się ją wyznaczyć autorzy fantastyki naukowej, prognozowali kiedy dojdzie do jej zatarcia, a wytwór przerośnie swego stwórcę. 

Już dziś otacza nas duża ilość elektroniki ułatwiającej nam życie (różne systemy wspomagające kierowcę już mnie nie dziwią, ale to, że mogę włączyć pralkę za pomocą smartfona wywołało we mnie lekki szok). Komputery, z których korzystamy na co dzień są coraz bardziej zaawansowanymi maszynami i nie da się ukryć, że większość z nas nie potrafi się bez nich obejść. Jest to fakt mało zatrważający w porównaniu z tym, że jesteśmy całkiem od nich zależni - nasze pieniądze, emerytury, dane, cała gospodarka i wszystkie przejawy działalności państwa opierają się na systemach informatycznych. Strach pomyśleć co by było, gdyby ktoś wpadł na pomysł wpuszczenia do sieci wirusa, który zacząłby przechwytywać i zmieniać informacje... Już niejednokrotnie byliśmy świadkami globalnych ataków hakerów włamujących się do baz służb bezpieczeństwa, zaszczepiania szpiegowskiego czy złośliwego oprogramowania. Jestem przekonany, że niejednokrotnie poruszano te kwestie w literaturze beletrystycznej. Dan T. Sehlberg w Monie również postanowił zmierzyć się z koncepcją globalnego ataku przez wirus komputerowy, ale...

... podniósł poprzeczkę o stopień wyżej - wirus jest niezwykle skomplikowany, nieustannie mutuje, ukrywa się, a jeśli się ujawnia, to tylko po to, aby zmylić trop i zagrzebać się jeszcze głębiej, aby wyrządzić jeszcze większą szkodę i nadal pozostać nieuchwytnym. Temperaturę wydarzeń podkręca umieszczenie akcji na Bliskim Wschodzie, w rejonie nieustannych walk między Izraelem a ościennymi państwami arabskimi. Wojna ze świata realnego przenosi się do wirtualnego - złośliwy program napisany przez muzułmańskiego geniusza komputerowego szukającego zemsty na Żydach za śmierć żony i córki atakuje izraelski bank centralny (TBI). Cyberatak wspierany jest przez Arabów nie szczędzących funduszy w walce z największym wrogiem. Pierwszą ofiarą padają klienci banku, następnymi w kolejce są osoby grające na izraelskiej giełdzie. Kolejnymi celami stają się inne banki i giełdy na świecie oraz... umysły dwojga Szwedów. Jak się zarazili? Autor nie tłumaczy tego od strony teoretycznej ani praktycznej, co dla jednych może być dużym negatywem, mnie jednak takie rozwiązanie zachęciło do gimnastyki umysłu (myślę, że fani science fiction powinni być zadowoleni). Jeśli nadal czujecie niedosyt, to dodam, że pewien mężczyzna, aby uratować tych dwoje bliskich mu osób wyrusza na poszukiwania antidotum...

... i staje się pionkiem w grze wielkich tego świata - FBI i Mossadu. Do czego są zdolne służby mające chronić swoje państwo przez terrorystami? Jednostka, zwłaszcza będąca obcym obywatelem, ślepo dążąca do postawionego sobie celu, nieświadoma uczestnictwa w ważnej rozgrywce, traktowana jest jak wabik, środek prowadzący do leku na chorobę rozprzestrzeniającą się przez Internet i stanowiący realne zagrożenie dla Zachodu: Z całym szacunkiem, to przede wszystkim jego mieliśmy odbić z obozu. Ciebie oczywiście też, ale Samir Mustaf [twórca wirusa] był dla nas priorytetem. Wszyscy zostali przeszkoleni, żeby móc go rozpoznać i w razie wymiany ognia strzelać tylko do wybranych celów*.

Oto z grubsza pierwszy thriller w Czarnej Serii wydawanej przez Czarną Owcę - Mona. Znajdziemy w nim elementy powieści szpiegowskiej, kryminału, sensacji, fantastyki, science fiction, cyberpunku. We mnie ta udana powieść wzbudziła trochę lęk i obawę dotyczącą tego jak bardzo jesteśmy dziś uzależnieni od komputerów i szeroko pojętej informatyki, i zarazem bezbronni. Szokujące jest również ukazanie jednostki z dwóch punktów widzenia - jako osoby godnej walki i poświęceń, a z drugiej strony poświęcanej w imię osiągnięcia pewnych celów, pojedynczy człowiek jest jednocześnie dla organizmu państwowego wartościowy i bez znaczenia.

Czarna Owca 2014
Seria: Czarna Seria
Tytuł oryginału: Mona
Przekład: Maciej Muszalski

* D. T. Sehlberg, Mona, Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2014, s.371.


KONKURS :) !!!

Osoby, które są zainteresowane wejściem w posiadanie nieczytanego egzemplarza książki proszone są o zgłoszenie takowej chęci w komentarzu pod postem. Z mojej strony byłbym wdzięczny za polecenie książek z kręgu kryminału, sci-fi (warunek nieobowiązkowy, ale mile widziany, podobnie jak zalajkowanie profilu na Facebooku i/lub Google+). 


Regulamin konkursu:
  1. Organizatorem konkursu jest Poczytajka.
  2. Konkurs trwa od 25 lutego 2014 roku do 4 marca 2014 roku włącznie. 
  3. Konkurs skierowany jest do osób posiadających adres korespondencyjny na terenie Polski.
  4. Nagrodą w konkursie jest jeden egzemplarz "Mony" Dana T. Sehlberga.
  5. Aby wziąć udział w losowaniu należy wyrazić chęć otrzymania książki, podać adres mailowy (dotyczy osób nie posiadających bloga) oraz - nieobowiązkowo - polecić książkę sci-fi lub kryminał. 
  6. Zwycięzca zostanie wyłoniony drogą losowania.
  7. Lista zwycięzców losowania zostanie opublikowana na blogu najpóźniej w dniu 6 marca 2014. Dane do wysyłki nagrody należy przesłać w ciągu 7 dni od publikacji zwycięzców. W przypadku nie przesłania danych przez zwycięzcę, odbędzie się dodatkowe losowanie.
  8. Zgłoszenie się do udziału w losowaniu jest równoznaczne ze zgodą na podanie danych adresowych w przypadku wygranej. Dane te będą mi potrzebne tylko w celu realizacji wysyłki, nie udostępniam ich osobom trzecim.
Życzymy powodzenia!

środa, 20 listopada 2013

Jakub Szamałek, tak jak każdy człowiek, a zwłaszcza artysta, dąży do wyrobienia własnego, rozpoznawalnego stylu. Przełamania przeciętności i szarości życia codziennego autor Morza Niegościnnego upatruje w umieszczeniu akcji kryminału w starożytności - pomysł sprawdzany już poniekąd przez pisarzy fantastyki, ale z tym szczegółem, że oni częściej wybierają średniowiecze.

Akcja książki rozgrywa się w okresie greckich wojen o panowanie na Krymie w IV wieku przed naszą erą. Ówczesne intrygi przedstawione przez autora nie różniły się niczym szczególnym od tych przedstawianych w książkach opisujących czasy nam współczesne. Władza, mimo, że sprawowana w mieście-państwie uznawanym za będące pod wpływem greckim niewiele ma wspólnego z demokracją. Archont Satyros rządzi Pantikapajonem niepodzielnie, od czasu do czasu wysłuchując swoich doradców. Jednym z nich jest Leochares, który uciekł wraz z małżonką z Aten - w równym stopniu przed zarazą, co i przed polityką, za mieszanie się w którą tak wielkie wyrzuty robiła mu żona. Przenosiny w nowe miejsce na niewiele się zdały - i tutaj wpadł w sidła podejmowania decyzji o dużym znaczeniu dla państwa. Zmory, przed którymi pozornie udało mu się uciec, dopadły go i jeszcze silniej chwyciły za gardło, ponieważ nieodwołalną decyzją archonta, podkreśloną uwięzieniem jego żony, został zmuszony do wyjaśnienia morderstwa popełnionego na pośle z Teodozji.

Trup i całe dochodzenie są tylko pretekstem do przedstawienia realiów życia na peryferiach cywilizowanego świata. Czytelnik wciągany jest powoli w kulturę starożytnej Grecji, tej znanej nam z podręczników do historii, ale także trochę innej, nie przedstawianej w szkole, być może ze względu rozgrywania się na obrzeżach ówczesnego Świata, na obszarze graniczącym z nieprzewidywalnymi barbarzyńcami. Tutaj właśnie, zupełnie inaczej niż we właściwej Grecji, tej położonej na Peleponezie, świat Taurów i innych koczowniczych plemion przenika cywilizację grecką, która oderwana od ateńskiego matecznika przedstawia zupełnie inny obraz niż ojczyzna. Opisy związane z kulturą grecką, jak moment gdy bohaterowie poszukują mordercy w teatrze gdy trwa tam próba przed widowiskiem czy opis domów archonta i Leocharesa, oddają prawdę historyczną. Reszta, jak pisze sam autor jest fikcją (wyjątkiem jest postać Satyrosa) służącą zaspakajaniu potrzeb zjadaczy kryminałów.

Brawa za próby przybliżenia czytelnikom gatunku kultury greckiej, choć nie wiem czy ktokolwiek będzie traktował Morze Niegościnne jako źródło poznawania obyczajów Greków. Osobiście lepiej poradziłem sobie z przyswajaniem obyczajowości mieszkańców Krymu 300 lat przed narodzeniem Chrystusa niż z najważniejszą w kryminale warstwą intrygi i jej rozwikłania - w pewnym momencie pogubiłem się kto z kim i przeciwko komu spiskuje i trudno mi stwierdzić czy problemem okazała się zbytnia zawiłość zagadki, czy rozproszenie mojej uwagi.

Muza 2013

niedziela, 17 listopada 2013

James Craig „Londyn we krwi”

Od kilku lat na polskim rynku książki kryminał cieszy się dużym powodzeniem. Renesans tego gatunku nastąpił mniej więcej w momencie pojawienia się w naszym kraju tłumaczeń książek Mankella. Inwazja skandynawskich autorów nadal trwa, ale coraz silniej rozpychają się też Polacy, a o swoją działkę walczy również Szkot James Craig. Po zapoznaniu się z debiutem byłego dziennikarza raczej nie wróżę mu kariery bestsellerowego pisarza, choć z góry nie skazywałbym go na czytelniczy ostracyzm.

Powieść otwiera scena brutalnego morderstwa. Na kolejnych stronach co rusz pojawiają się następne, coraz bardziej wyszukane pomysły unicestwiania ludzkiej egzystencji. Rusza śledztwo, które podejmuje inspektor John Carlyle. Poznajemy stereotypowego śledczego - ojca nie mającego wiecznie czasu dla żony i córki, żyjącego głównie pracą, będącego w konflikcie ze swoją przełożoną usiłującą zdobyć awans. Ponadto żyje on pod presją wydarzeń, w których brał udział przed dwudziestu laty. A wszystko to dzieje się w okresie parlamentarnej kampanii wyborczej i dotyczy członków studenckiego Klubu Merrion. Żeby było jeszcze ciekawiej – wśród podejrzanych są bracia bliźniacy, przywódcy partii mającej wygraną w elekcji właściwie w kieszeni, czyli przyszły premier Wielkiej Brytanii i jeden z jego przyszłych najbliższych współpracowników.

Gwałt na studencie popełniony przez rozpuszczone dzieciaki bogaczy jest centralnym punktem książki. Kto może być mordercą sprawców gwałtu? Chyba nietrudno odgadnąć. Choć pierwszy podejrzany po pewnym czasie okazuje się źle wytypowany, to kolejnych kandydatów pozostaje niewielu. Pod względem odkrywania zbrodniarza książka nie wytrzymuje tempa konkurencji, którą miałem okazję mieć w rękach w obecnym roku. Pozytywnym aspektem książki jest jednak ukazanie kulis władzy. Craig ukazuje jej bezwzględną siłę pozwalającą bezkarnie śmiać się w twarz policji. Choć gdzie inspektor nie może, tam…

Z trudem przychodzi ocenić mi tę książkę. Na poziomie intrygi kryminalnej i dochodzenia powieść jest przeciętna – sprawca jest oczywisty, a całość podszyta brutalnym seksem. Kryminał ratuje warstwa dotycząca zakulisowych powiązań między elitami władzy, mediami oraz szczytami hierarchii policji - James Craig z racji wykonywanego zawodu wielokrotnie miał okazję zajrzeć za kulisy działalności władzy i realistycznie oddał mechanizmy jej działania.

Wydawnictwo Akurat 2013
Tytuł oryginału: London Calling
Przekład: Janusz Ochab

środa, 2 października 2013

Właśnie skończyłem czytać. Właściwie pochłaniać, aby nadążyć za pędzącymi wydarzeniami rozgrywającymi się w szpitalu psychiatrycznym i w pobliskiej miejscowości.

Morderstwo powabnej lekarki, profanacja grobów, tajemnicza przeszłość zakonnicy i salowej, niezrównoważony psychicznie pedofil i nekrofil - czego można chcieć więcej od kryminału? Dostając to byłem usatysfakcjonowany, ale otrzymałem jeszcze zawiłą zagadkę, która niejednokrotnie zdawała się już być rozwiązaną, ale jednak nie - autorka niejednokrotnie wywodziła w pole i mnie, i komisarza, i prowadzącą śledztwo detektyw Julię Krawiec. 

Ta jest ciekawą osobą - problemy rodzinne - rozstanie z mężem, wieczny brak czasu dla córki, oraz problemy alkoholowe wielokrotnie dają o sobie znać. Choć z wierzchu twarda, podkomisarz w głębi serca jest wrażliwa i krucha, ale niełatwo rozbić tę skorupę widoczną na zewnątrz i dotrzeć do wnętrza. Książka Zaborowskiej jest jak Julia Krawiec - łatwo ją ocenić nie poznając jej, ale gdy dotrze się do jej sedna, zagłębi w nie, widać jak jest skomplikowana, wielowątkowa, zagmatwana i poplątana, nieodgadniona niemal do samego końca (tym razem autorka przechytrzyła mnie i w momencie gdy pani Krawiec obalała moje typy na winnego robiło mi się głupio jak uczniakowi). 

Autorka przemyca między wierszami odrapaną, smutną i szarą rzeczywistość małego miasteczka. Ukazuje życie w małej społeczności szpitala psychiatrycznego, intrygi napędzające życie niektórych pacjentów. Odkrywa również, że wszyscy bohaterowie mają brud za paznokciami. W czasie śledztwa każdy usiłuje coś ukryć przed panią podkomisarz: ordynator, siostry salowe, zamordowana lekarka, pacjenci, siostra zakonna, ksiądz; nawet sama Krawiec to i owo kryje przed światem. 

Po twórczość pani Zaborowskiej na pewno będę sięgał (podobno pracuje obecnie nad kolejną częścią przygód policjantki), choćby z racji umiejętności mistrzowskiego poprowadzenia fabuły ku ironicznemu zakończeniu. Choć to debiut, to widać, że autorka już dojrzała do napisania porządnej powieści detektywistycznej. Pani Zaborowskiej życzę jak najwięcej takich kryminałów - ode mnie 5/5.

Czarna Owca 2013

poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Kto mógłby napisać dobry polski kryminał, sensację czy thriller polityczny? Kto najlepiej nadałby się na twórcę wielowątkowej intrygi, w której wiele osób posiadających znaczące dla systemu sprawiedliwości państwa funkcje ginie w krwawym zamachu i w większości okazują się oni tylko statystami, przystawką, która ma zmylić tropy? Cóż, nie wiem czy dziennikarz jest najlepszą personą by sprostać tym dość wygórowanym wymogom, ale takiej próby podjął się Piotr Głuchowski. Pisząc już po raz drugi o "przygodach" redaktora Pruskiego - reportera lokalnego dziennika, felietonisty w ogólnopolskim czasopiśmie oraz wykładowcy zwanego przez studentów Wiedźminem - udowadnia, że jest w stanie przeskoczyć poprzeczkę ustawioną na wysokim poziomie.

Kryminał - brzmi to trochę śmiesznie. Zwykle wszystko kręci się wokół zbrodni i poszukiwania przestępcy. I zazwyczaj na tym się kończy. Jedni autorzy budują wokół głównej akcji wątki poboczne, rozwijają świat, w którym bohaterom przyszło popełniać morderstwa i je wyjaśniać, inni okrawają tę część do minimum. Wydaje mi się, że takim poniekąd pogardzanym, wyśmiewanym i pustym gatunkiem kryminał był do publikacji książek Stiega Larssona, który pokusił się o opisanie obyczajowości i społeczeństwa szwedzkiego (zaznaczam, że nie jest to opinia moja, gdyż nie czytałem żadnej z pozycji trylogii, a zaczerpnięta z recenzji, które dość często powtarzają ten fakt). Dzięki temu autorowi kryminał zyskał poważanie, a także możliwość poszukiwania nowych dróg rozwoju. Głuchowski poniekąd podejmuje kierunek zapoczątkowany przez Szweda i zwłaszcza jako dziennikarz nagrodzony Grand Press za reportaże dotyczące władców Korei Północnej nie porzuca swojej ciekawości społeczeństwem, ogromem przejawów jego działalności jak choćby polityką, biznesem, mediami, władzą i drąży je dogłębnie i bezlitośnie, jak człowiek, któremu zawsze będzie mało wiedzy na dany temat.

A fabuła? Byłem ciekaw o czym można pisać na ponad 500 stronach, zwłaszcza gdy w jednej czwartej czy nawet wcześniej otrzymuje się podane rozwiązanie całej zagadki. Opisuje właśnie to co interesuje go najbardziej, czyli relacje jakie tworzą się między ludźmi biznesu, polityki i mediów, jak poszczególne elementy na siebie zachodzą, wpływają, wywierają nawzajem presję, żeby podejmować określone działania. O tym jak społeczeństwo jest otumaniane przez media i bezrefleksyjnie łyka informacje podane w takiej formie i treści, aby wywrzeć na odbiorcach określone wrażenie. O dziennikarzach nie potrafiących używać głowy by samodzielnie dotrzeć do prawdy - szczytem oskarżenia środowiska dziennikarskiego jest to, że zagadkę, w zaledwie kilka dni po zdarzeniu, rozwiązuje dziewczyna, która wcześniej rzuciła studia i wszystkie informacje znajduje w Internecie - światek dziennikarski sięgnął bruku, skoro taki amator i laik rozwiązuje tak skomplikowaną sprawę! Mimo tego, że rozwiązanie poznajemy tak wcześnie, to autor zgrabnie podtrzymuje poziom adrenaliny w ciele czytelnika - prowadzi akcję kilkoma ścieżkami - fałszywą, na którą nabierają się pismaki, a za ich pośrednictwem społeczeństwo, i prawdziwą, ukazując działania władzy, prawdziwych zbrodniarzy i Wiedźmina, który wraz z autorką słusznej teorii zbrodni popełnionej na prawnikach, dąży do ukazania ludziom mechanizmów działania władzy, ogromu interesów, które rozgrywają się w kuluarach, a które, jego zdaniem, powinny dotrzeć do świadomości publicznej, zwłaszcza gdy w imię tych interesów ginie minister i ponad dwudziestu sędziów, prokuratorów, adwokatów, prawników oraz wiele innych postronnych osób tylko częściowo zaangażowanych w sprawę.

Lód nad głową ukazuje świat polityki jako miejsce, gdzie wszystkie chwyty są dozwolone, a w imię czyichś interesów giną ludzie dążący do prawdy i sprawiedliwości. Ich poświęcenie i ofiara z życia może pójść na marne, gdyż ci ustawieni i posiadający wpływy potrafią uciszyć świadków i finalnie cała sprawa rozchodzi się po kościach, oczywiście według scenariusza przez nich napisanego. Handel wiedzą, znikoma wartość ludzkiego życia wobec interesów osób kryjących się za plecami decydentów, poziom dociekliwości dziennikarzy na poziomie zerowym - taki smutny świat kreuje w swojej książce Piotr Głuchowski. Smutny to obraz i brutalny, ale zarazem nie pozostawiający czytelnika ze złudzeniami, ukazujący na pewno po części prawdę dotyczącą relacji zachodzących na linii biznes-polityka-media. Książka jest wciągająca, kolejne wątki powoli się rozwijają, by się połączyć, poszczególni bohaterowie w końcu wskakują w układance na swoje miejsca. I akcja płynie dość wartko, bez zbędnych przystanków na drodze tej ekspresowej akcji, odkrywając choroby toczące ludzi władzy. Szkoda tylko, że całość kończy się jak szmirowate romansidło...

Agora 2013

niedziela, 14 lipca 2013

"Mogliby w końcu kogoś zabić"

Przy tej lekturze przypomniałem sobie, że to od kryminałów zaczęło się moje czytanie książek na poważnie. Choć pierwszą książką, po którą sięgnąłem świadomie i z własnej woli były prawdopodobnie Bajki robotów Lema, to właśnie po dość dużej ilości przeczytanych powieści kryminalnych przesunąłem swoje literackie zainteresowania w kierunku fantastyki. Po kilkunastu latach powróciłem do zarzuconego gatunku i w ciągu ostatniego roku już drugi raz miałem przyjemność zagłębić się w świat policjantów i morderców. 

10 opowiadań zebranych na 300 stronach książki Mogliby w końcu kogoś zabić czyta się bardzo szybko - w ogóle mam wrażenie, że jest to nieodłączna cecha gatunku. Oczywiście, temat jest oklepany - zbrodnia, trup, dochodzenie - nic nowego. Bohaterzy też posiadają cechy klasyczne dla kryminału - po stronie zła występują małomówne bliźniaczki, stateczna i pedantyczna kobieta w średnim wieku, psychopata, policjant mający na uwadze "prośbę" przełożonego, zazdrosny mąż czy kochanka; czasem po prostu tak wychodzi, że ktoś ginie, jakby przez przypadek. Po stronie ofiar znajdują się: natrętny sąsiad, dbający o kondycję fizyczną ojciec, niewierna żona, przypadkowy zakochany facet czy niewinni ludzie. Ci źli i ci pokrzywdzeni oraz stróże prawa są bohaterami w większości przeciętnych opowiadań zgromadzonych w zbiorze. 

Wśród tych dziesięciu krótkich tekstów końca tylko jednego nie mogłem się doczekać - pomysł na przedstawienie akcji w formie maili pisanych przez kobietę do ukochanego (jaki to środek zastosowała Agnieszka Szczepańska w Łańcuchu) może i zasługuje na wyróżnienie za nowatorstwo, ale sam sposób opisania zdarzeń ciągnie się niemiłosiernie i nuży, a ponadto styl "wypowiedzi", niejednokrotnie infantylny, denerwuje i zniechęca. Na drugim końcu plasują się Blondynki Katarzyny Rogińskiej, Kosztowny błąd Jacka Skowrońskiego i Fotografia z wystawy Artura Górskiego. Pierwszemu z wymienionych opowiadań daję ogromnego plusa za genialną konstrukcję fabuły - otrzymywane cały czas wskazówki z jednej strony wyprowadzały mnie w pole, z drugiej zaś podsuwały rozwiązanie, którego nie zauważałem, i które pojawiło się nagle i niespodziewanie - dopiero na ostatniej stronie uświadomiłem sobie kto popełnił morderstwo. Kosztowny błąd to nieustanna zmiana wartkiej akcji, gdzie jeden bohater jest poszkodowany przez drugiego, by za chwilę wejść w jego buty i zastraszać go. Autor całkiem zwiódł moją intuicję - kto w końcu okazał się być ofiarą, a kto był początkową iskrą zapalającą ciąg wydarzeń? Dzieło Artura Górskiego dorzucam na deser - może nie jest ono porywające, ale pomysł, żeby opisać zamach na pierwszego prezydenta II RP i wprowadzić w głowie czytelnika zamęt związany z pytaniem, które zadaje sobie nadzorujący śledztwo policjant, czy aby na pewno to Eligiusz Niewiadomski dopuścił się zamordowania głowy państwa, jest ciekawy i zasługujący na tę oto wzmiankę.

Dla tych trzech opowiadań warto sięgnąć po ten zbiór.

Oficynka 2010

sobota, 13 lipca 2013


Moje dzieciństwo przypadło na ostatnią dekadę PRL-u i zanim zainteresowałam się otaczającą mnie rzeczywistością, epoka ta zdążyła przeminąć. Nie pamiętam realiów życia w tamtym okresie - nie stałam w kolejkach, nie zżymałam się na wszechobecną szarość, nie straszono mnie też czarną wołgą. Do beztroskiej kilkuletniej dziewczynki nie docierały informacje o kryminalnych aferach, trzeba jednak uczciwie przyznać, że do większości dorosłych obywateli również, a jeśli już trafiały, to tylko ich echa, w dodatku mocno zafałszowane przez propagandę. Ówczesna milicja była bowiem przedstawiana jako przyjazna obywatelom i skuteczna w swoich działaniach, część spraw jednak w ogóle nie była podawana do publicznej wiadomości, żeby nie burzyć ładu społecznego i wizerunku bezpiecznego państwa. 

Po latach Przemysław Semczuk wraca do tych spraw i wyjaśnia tajemnice takich zbrodni jak porwania dzieci związane z legendą o czarnej wołdze, gwałty i zabójstwa kobiet w Zagłębiu, skoki na banki, muzea czy... posterunki milicji. Ale ze wszystkich opisanych w książce afer najbardziej interesujące były dla mnie historie brata Zofii Nasierowskiej Jerzego, aktora zamieszanego w zabójstwo i kradzieże, Paramonowa, o którym śpiewa zespół Vavamuffin, oraz zaginięcia i zagadkowe zgony członków załogi statków. Nie mniej ciekawa jest sprawa poszukiwań "psychopaty ciemności", który deklarował zatrucie wodociągów miejskich, stawiając wszystkie służby bezpieczeństwa w stan gotowości, jak się później okazało - niepotrzebnie, gdyż list był wynikiem głupiego pomysłu, a nie chęci zaszkodzenia komukolwiek.

Przemysław Semczuk odnalazł niektórych bohaterów opisywanych spraw, wielokrotnie sięgał również do akt spraw oraz dokumentów zgromadzonych przez IPN. Na podstawie zebranych materiałów odtworzył przebieg śledztw i procesów, wykazując w nich wiele niedociągnięć i błędów. Jak się okazuje, wykrycie sprawców często nie wynikało z efektywności działań milicji, lecz było dziełem przypadku. Czasami ktoś donosił na przestępcę, innym razem ten sam zgłaszał się na posterunek. Pewne jest, że Polska Republika Ludowa wcale nie była tak bezpiecznym państwem, jak oficjalnie przedstawiano. 

Czarna wołga jest kolejną cegiełką składającą się na obraz PRL-u, temat intensywnie eksploatowany w ostatnich latach. Lekturą z pewnością nie będą zawiedzeni pasjonaci epoki, wielbiciele programów takich jak Detektywi, W11 oraz ówczesnych 07 zgłoś się i 997, a także miłośnicy kryminałów.

Znak 2013

*

poniedziałek, 6 maja 2013

Hałas spadających rzeczy czekał na swoją kolej od dnia premiery, czyli od dobrych czterech miesięcy, ja zawsze miałam jednak pod ręką inną lekturę, która wówczas interesowała mnie bardziej. Chwilowy przesyt literaturą faktu sprawił, że książka w końcu trafiła w moje ręce. Przyznam, że informacja zamieszczona na okładce o zdobytej 2 lata temu hiszpańskiej nagrodzie literackiej Premio Alfaguara De Novela nie zrobiła na mnie wrażenia, uznałam ją za chwyt marketingowy, ale książka okazała się jej warta.

Antonio Yammara, uniwersytecki wykładowca, pewnego dnia w klubie bilardowym poznaje Ricarda Laverdego. Jeszcze nie wie, że to spotkanie odciśnie na nim tak mocne piętno, wręcz zdeterminuje jego późniejsze życie. Nowo poznany mężczyzna intryguje Yammarę, który ze skrawków informacji zaczyna snuć domysły na temat przeszłości Laverdego, jednak gdy nadarza się okazja osobistej rozmowy, nie wiadomo czemu rezygnuje z niej, wycofuje się. Jak się okazuje, drugiej szansy nie dostanie - Ricardo zostanie zabity na ulicy Bogoty. Zabójstwo nie powinno dziwić, gdyż takie incydenty były wówczas niemalże na porządku dziennym, niemniej jednak Yammara postanawia rozwikłać zagadkę śmierci znajomego. W tym celu musi odbyć podróż - nie tylko w przestrzeni, ale i w czasie.

Kolumbia jest ważnym tłem w powieści. Kraj, który nie gwarantował obywatelom poczucia bezpieczeństwa i był celem działań organizacji takich jak Korpus Pokoju, stał się rajem dla biznesu narkotykowego. Jego ikoną był Pablo Escobar, którego losy Vásquez splata z losami bohaterów. To właśnie baron narkotykowy założył zoo, w którym wizyta była dla dzieci niezapomnianym przeżyciem (jeżeli udało im się przekonać rodziców do wycieczki, gdyż ci byli z reguły nieprzychylni przybytkowi zbudowanemu za pieniądze mafii narkotykowej), tak jak dla Antonia i Mai, córki Ricarda, którzy po latach wspominają odwiedziny w parku.

Oprócz wyrazistego tła kolejnymi mocnymi stronami powieści są kreacje bohaterów, którzy "żyją" i wywołują w czytelniku emocje, oraz tytuł - niejednoznaczny i przewijający się dyskretnie przez całą powieść. "Hałas spadających rzeczy" to huk spadającego samolotu, odgłos upadającego bezwładnie martwego ciała Laverdego, który kołacze się później w głowie Yammary, to wreszcie także dźwięk (a może cisza?) towarzyszący upadkowi Antonia, który zaczął się tamtego dnia przy stole bilardowym...

Nie spodziewałam się, że Hałas spadających rzeczy wywrze na mnie aż takie wrażenie! Zdecydowanie polecam!

Muza 2013
Tytuł oryginału: El ruido de las cosas al caer
Przekład: Tomasz Pindel