Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fotografia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fotografia. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 30 października 2014

Podlasie obejmuje 20 187 km² powierzchni Polski, na których żyje ponad 300 gatunków ptaków, 60 gatunków ssaków, 45 gatunków ryb, 13 gatunków płazów oraz 7 gatunków gadów. Bogactwu przyrodniczemu sprzyja różnorodność siedlisk - kraina ta bowiem obfituje w lasy (617,5 ha, czyli 30,3% powierzchni województwa), rozległe pola uprawne i łąki, tereny podmokłe oraz jeziora, których jest 310 (licząc zbiorniki o powierzchni przekraczającej 0,5 ha)! Ponad 50% powierzchni województwa to tereny dziewicze, w mniej optymistycznym wariancie jedynie muśnięte ręką człowieka. Ale Podlasie to nie tylko przyroda, to także - a może przede wszystkim - ludzie. 

Krainę położoną na północnym wschodzie Polski zamieszkuje 1 188 329 osób (czyli zaledwie 3,1% ludności naszego kraju), zróżnicowanych etnicznie, językowo i wyznaniowo, ale w jednakowym stopniu otwartych, tolerancyjnych i życzliwych. To właśnie ta wspólna cecha zainspirowała Tomasza Tomaszewskiego do podjęcia próby uchwycenia istoty Podlasia przez pryzmat człowieka, zwłaszcza że tematy krajobrazu i przyrody zostały już wyeksploatowane. Na jego fotografiach nie znajdziemy więc typowych przedstawicieli podlaskiej fauny takich jak bocian czy żubr - zastąpiły je częściej spotykane konie i krowy. Niewiele jest również krajobrazów. Cepelia ustąpiła miejsca codziennemu życiu - świętowaniu, pracy i rozrywce. Na zdjęciach Tomaszewskiego można więc zobaczyć m.in. ślub w cerkwi, koszenie bagien, produkcję sera, przeprawę krów przez rzekę czy kulig. Na uwagę zasługują również portrety znanych Podlasian: malarz Leon Tarasiewicz został uwieczniony z kurami ozdobnymi, które hoduje, drugi artysta, Andrzej Strumiłło, pozuje z psem w altanie swego domu, natomiast Krzysztof Kawenczyński, znany jako Król Biebrzy, przedstawiony został w swoim domu-samotni.

O Tomaszu Tomaszewskim wspominałam przy okazji recenzji Podlaskiego... Piotra Brysacza i Andrzeja Kalinowskiego, gdyż mam nieodparte wrażenie, iż to on był adresatem krytyki Wiktora Wołkowa. Nie wiem, w jaki sposób powstawały zdjęcia i w jakim stopniu fotograf zagłębił się w temat, wiem jedno - efekt jest naprawdę imponujący. Kadry są dopracowane pod względem technicznym oraz kompozycyjnym (w tej ostatniej kategorii moim numerem 1 jest fotografia jeźdźców w stadninie). Oglądając ciepłą, słoneczną twarz Podlasia aż ciężko uwierzyć w to, co Tomaszewski wyznał w jednym z wywiadów - że większość czasu spędził w kościołach i cerkwiach... modląc się o ustanie deszczu*. 

Odkąd zobaczyłam wystawę Zapewnia się atmosferę życzliwości, stałam się fanką Tomaszewskiego, a ściślej: jego fotografii, bo za jego osobą nie przepadam, odkąd miałam przyjemność "poznać go" na jednym z festiwali. Być może mylne, wrażenie o jego zarozumiałości na mój odbiór jego fotografii nie ma żadnego wpływu. Gdy zobaczyłam zdjęcia śląskiego zagłębia, moja fascynacja sposobem patrzenia przez niego na to, co pozornie szare i nieciekawe, jeszcze bardziej się pogłębiła. Ach, gdyby tak zechciał sfotografować również Małopolskę!**

* http://www.poranny.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20111204/MAGAZYN/995380066 [dostęp: 30.10.2014]
** Marzenie ściętej głowy. Z informacji znalezionych w sieci wynika, że zdjęcia powstały na zlecenie Urzędu Marszałkowskiego Województwa Podlaskiego za "bagatelną" kwotę 50 000 zł...

Urząd Marszałkowski Województwa Podlaskiego 2012

czwartek, 16 października 2014


Każdy z nas ma swoje ukochane miejsce, które przyciąga go niczym magnes i które stale każe do siebie wracać. Dla mnie takim miejscem jest Podlasie, a w szczególności Biebrzański Park Narodowy będący dla mnie uosobieniem raju. Kraina ta miesza w wielu głowach, powodując przyjemny stan upojenia jej krajobrazem, naturą i atmosferą. To właśnie Biebrza poznała mnie z Wiktorem Wołkowem, gdy w maju tego roku, po raz kolejny zresztą, odwiedziłam Burzyn. W tej niewielkiej, ale oferującej wspaniałe krajobrazy miejscowości, postawiono tablicę pamiątkową, a wieżę widokową nazwano imieniem nieżyjącego już fotografa, o którym wcześniej - aż wstyd przyznać - nie słyszałam.

Wiktor Wołkow fotografował Podlasie przez pół wieku, dzień po dniu wracając w te same miejsca. Bywając w innych regionach nie wyciągał aparatu, ponieważ nie potrafił i nie chciał utrwalać świata, w którym był tylko chwilowym gościem. Za takie pośpieszne fotografowanie skrytykował "znanego fotografa", który przyjechał na Podlasie na 5 minut, poustawiał ludzi, popstrykał i odjechał (podejrzewam, że chodziło mu o Tomasza Tomaszewskiego i jego album Zapewnia się atmosferę życzliwości). Wołkow nigdzie się nie śpieszył, wręcz przeciwnie - spędzał długie godziny na oczekiwaniu na odpowiednie światło czy zapakowanie fury sianem przez chłopa, który nie był świadomy tego, iż jego praca zainteresowała wybitnego fotografa. Dyskrecję zapewniały Wołkowowi teleobiektywy lustrzane, którymi nie tylko portretował mieszkańców i przyrodę Podlasia, ale również uparcie utrwalał krajobrazy, wbrew powszechnemu przekonaniu, iż do tego celu najodpowiedniejsze są obiektywy szerokokątne. Fotograf lubił sposób, w jaki teleobiektywy skracają perspektywę; widząc efekt tego wyboru trudno nie przyznać mu racji. Wszelkie niedoskonałości jego fotografii - chylący się horyzont czy rozedrganie, jak trafnie nazwała to Bożena Walencik - zostały przekute na zaletę, gdyż uosabiają magię Podlasia w większym stopniu niż współczesne, wygładzone w programach graficznych cyfrowe kadry (Wołkow fotografował analogowo). Jedna z rozmówczyń Piotra Brysacza i Andrzeja Kalinowskiego zastanawia się jaki dar pozwalał fotografikowi pokazywać to, czego inni nie dostrzegali; nawet gdy stali obok niego i patrzyli na tę samą scenę, jawiła im się zupełnie inaczej, mniej atrakcyjnie niż Wołkowowi. 

Podlaskie. Najpiękniejsze miejsca. Wędrówki Wiktora Wołkowa to książka wielowymiarowa. Przede wszystkim są to wspomnienia przyjaciół fotografa, z których wyłania się obraz małomównego, rosłego mężczyzny o wielkim sercu i wrażliwości pozwalającej dostrzec to, co umyka uwadze innych. To także album z pięknymi fotografiami, które są próbą ocalenia świata i uzupełnieniem portretu artysty. Podlaskie... to wreszcie także przewodnik po miejscach ukochanych przez fotografa, pozwalający na ich dokładne zlokalizowanie. Będąc kolejny raz na Podlasiu poszukam Wołkowa w mgłach, bo on gdzieś w tych mgłach na pewno jest... Bo człowiek nie może tak po prostu zabrać się i odejść, a już na pewno nie Wiktor...*

*Piotr Brysacz, Andrzej Kalinowski, Podlaskie. Najpiękniejsze miejsca. Wędrówki Wiktora Wołkowa, Białystok 2014, s. 129.

Fundacja Sąsiedzi 2014

wtorek, 7 października 2014


W dzisiejszych czasach niemal każdy z nas jest fotografem. Lustrzanki, bezlusterkowce, zwykłe kompakty oraz smartfony towarzyszą nam na co dzień, gdyż za pośrednictwem portali społecznościowych coraz chętniej dzielimy się migawkami z naszego życia czy podróży (które zresztą również odbywamy częściej i z większym rozmachem niż jeszcze kilkanaście lat temu). Chcemy aby nasze kadry przyciągały uwagę odbiorców, ale jak sprawić, aby były wyjątkowe we współczesnym natłoku obrazów cyfrowych? Książka Jacka Boneckiego jest próbą odpowiedzi na to pytanie.

Autor Fotografa w podróży jest nie tylko fotografem, ale również operatorem filmowym, producentem telewizyjnym oraz dziennikarzem. Ta wszechstronność przekłada się na elastyczne podejście do fotografowanych scen, zabawę z konwencją czy szukanie nietypowych środków wyrazu. Bonecki wydaje się kierować zasadą: poznaj elementy języka obrazu (barwa i balans bieli, światło, kontrast, głębia ostrości, perspektywa, ruch, ziarno, filtry artystyczne) i naucz się stosowania ich w praktyce, natomiast w kwestii doboru parametrów ekspozycji zaufaj automatyce aparatu. Takie podejście zapewne zbulwersuje niejednego fotografa, podobnie jak preferencja jpg-ów, a nie "profesjonalnych" rawów, Bonecki twierdzi jednak, że ustawianie manualne wszystkich parametrów jest stratą cennego czasu (ten, komu choć raz "uciekły" światło lub interesująca chwila, zrozumie co autor ma na myśli). We mnie ta teoria również budziła sprzeciw, do czasu jednak aż zobaczyłam efekt, materiał fotograficzny zawarty na ponad dwustu stronach jest bowiem imponujący. 

Fotografie zawarte w książce podzielone zostały na kilka sekcji: krajobraz w czasie burzy (będący "konikiem" autora), fotografia z użyciem obiektywów szerokokątnych oraz teleobiektywów, chwytanie chwili, detal i forma, fotografia nocna oraz na długich czasach, panorama. Każde zdjęcie zostało opatrzone podpisem z parametrami ekspozycji oraz opisem sytuacji i objaśnieniem aspektów technicznych (niestety, korektor nie wyłapał kilku parametrów nie pokrywających się z podanymi w tekście, podobnie jak kilku literówek) - wybór takiej formy przekazu jest strzałem w dziesiątkę! Widzimy nie tylko finalne zdjęcie, ale również poznajemy jego genezę; jak się okazuje to jedno wyjątkowe ujęcie niekiedy jest zaledwie jednym z serii mniej lub bardziej udanych kadrów. Tak jest m.in. ze zdjęciami przedstawiającymi rozbryzgi fal czy wiercącego się ptaka na słupku będącym elementem fotografowanego krajobrazu - wciśnięcie spustu migawki musi nastąpić w określonym momencie, w przeciwnym wypadku fotografia może stracić nie tylko walory estetyczne, ale także swój przekaz. 

Na książkę Jacka Boneckiego trafiłam przypadkowo, szukając informacji na temat Fotografa w podróży Piotra Trybalskiego. Zdublowane tytuły nie zachęcały do lektury, wręcz przeciwnie - rodziły obawę, że treść również będzie powielona. Na szczęście obydwie książki dopełniają się wzajemnie, gdyż ich autorzy prezentują nieco inną filozofię fotografowania, a sam sposób przekazywania wiedzy przybrał odmienne formy. U Boneckiego nie znajdziecie rad na temat wyboru odpowiedniego sprzętu czy zabezpieczenia go przed czynnikami zewnętrznymi, w zamian jednak otrzymacie cenną lekcję innego spojrzenia na fotografowany świat. Chwilami trzeba jednak zacisnąć zęby, gdyż niektóre poglądy fotografa są co najmniej kontrowersyjne. Bonecki poleca zakup taniego aparatu, żeby nie kusić złodzieja (z czego wynikałoby, że droższy sprzęt jest dla bogatych frajerów) oraz życzliwie radzi, aby po maksymalnej eksploatacji tegoż... sprzedać go w serwisie aukcyjnym (tym razem zapewne mniej majętnemu, ale jednak również frajerowi). Proponuje również nie zmieniać nic ustawień fabrycznych sprzętu, żeby nie powodować zamętu (!). Pominąwszy wspomniane fragmenty, książka stanowi ciekawą propozycję dla początkujących oraz średnio zaawansowanych pasjonatów fotografii. Nie tylko podróżniczej. 

G+J RBA (obecnie Burda Książki) 2013

sobota, 23 listopada 2013

Światło jest najważniejszym elementem fotografii, której nazwa właśnie od niego się wywodzi i znaczy dosłownie rysowanie światłem. Aby wykonywać dobre fotografie trzeba poznać jego właściwości i nauczyć się dostosowywać parametry ekspozycji tak, aby odpowiednio je wykorzystać. Współczesne aparaty cyfrowe są na tyle zaawansowane, że fotografując w trybie automatycznym w większości przypadków otrzymamy poprawnie naświetlone zdjęcie, ale... no, właśnie - ale...! Aparat nie zna naszych zamysłów i nie jest w stanie odzwierciedlić naszej wizji, musimy go wspomóc. Jak?

Przede wszystkim trzeba poznać kilka podstawowych dla fotografii pojęć. Ekspozycja, przesłona, czas otwarcia migawki, ISO, szum - bez znajomości tych zagadnień nasze fotografie będą przypadkowymi, losowymi kadrami wyprodukowanymi przez aparat. Są sytuacje, w których automatyka zawodzi - na ciemnym tle czy śniegu aparat może dobrać parametry ekspozycji błędnie, w wyniku czego nasze zdjęcia będą niedoświetlone bądź prześwietlone. Znając trochę teorii można to łatwo skompensować już na etapie robienia zdjęć. Wszystkie ustawienia determinują wygląd zdjęcia, dlatego należy się zastanowić jaki efekt chcemy osiągnąć. Czy strugi wody w wodospadzie czy strumieniu mają być ostre, zamrożone, czy mają być rozmyte, delikatne? Czy chcemy aby cały plan był w równym stopniu ostry, czy też chcemy zawęzić punkt ostrości by "wyłowić" kogoś z chaosu tła? 

Harold Davis w swojej książce podsuwa czytelnikowi garść informacji, dzięki którym fotografowanie będzie aktem przemyślanym, a co za tym idzie - przynoszącym satysfakcję. Każde zagadnienie zostało omówione oraz zilustrowane fotografiami autora, które opatrzono informacjami o dokładnych parametrami ekspozycji oraz modelem obiektywu, którym wykonano zdjęcie. Czytelnik na podstawie tych wiadomości oraz zdobytej w trakcie lektury wiedzy może samodzielnie przeanalizować, dlaczego zdjęcie zyskało taki wyraz i w jaki sposób można byłoby uzyskać inny efekt. 

Mimo iż zagadnienia poruszane w książce w większości nie były dla mnie novum, Światło i ekspozycja. Warsztaty artystyczne dla fotografów były dla mnie cenną lekcją. Zdecydowanie polecam, zwłaszcza tym, którzy stawiają w fotografii swoje pierwsze świadome kroki.

Helion 2011
Tłumaczenie: Radosław Brzozowski

czwartek, 22 sierpnia 2013

Dziś niemal każdy jest fotografem. Aparaty fotograficzne - głównie te wbudowane w telefony komórkowe - są powszechnie używane, ale od kilku lat daje się również zauważyć ogromne zainteresowanie lustrzankami cyfrowymi. Niegdyś utożsamiane z fotografią profesjonalną, obecnie wiodą prym wśród zwykłych pstrykaczy, mimo iż ci często nie potrafią w pełni wykorzystać możliwości aparatu, gdyż nie posiadają elementarnej wiedzy na temat fotografii czy budowy aparatu. Nie rozumiem tego pędu do zaawansowanej technologii, jeśli nie potrafi się z jej dobrodziejstw korzystać. Nie potrafię również pojąć przekonania, że im lepszy aparat, tym lepsze zdjęcia "robi"; przecież wszystko zależy od osoby, która naciska spust migawki! Jak powiedział Mike Johnston zacytowany w motcie Kalejdoskopu fotografii: Dziewięćdziesiąt dziewięć procent największych arcydzieł w historii fotografii powstało przy użyciu sprzętu, którego nie uznałby za dostatecznie dobry typowy współczesny użytkownik aparatu cyfrowego*. Przeciętny pstrykacz nie zdaje sobie sprawy z tego, że aparat jest tylko środkiem do celu - zmaterializowania wizji artystycznej w postaci obrazu zatrzymanego w kadrze - i nawet najlepszy (i najdroższy) model nie stworzy doskonałych fotografii, jeżeli osoba obsługująca go nie będzie świadoma istoty fotografii. Tę własnie świadomość pomaga zbudować Leszek J. Pękalski.

Autor Kalejdoskopu fotografii z wykształcenia jest fizykiem, z zamiłowania - fotografem. Połączenie ścisłego umysłu z artystyczną duszą pozwoliło mu realizować się na polu fotografii - wystawiać swoje zdjęcia w kraju i za granicą, zdobywać liczne nagrody oraz szerzyć wiedzę o fotografii, wykładając w gdańskiej Akademii Sztuk Pięknych oraz pisząc książki takie jak Kalejdoskop fotografii. Większość znanych mi publikacji skupia się głównie na omówieniu sprzętu i najczęściej fotografowanych tematów, pomijając kwestie techniczne czy optyczne. Pękalski podejmuje te kwestie w swojej publikacji i omawia budowę aparatu i funkcjonowanie jego poszczególnych elementów, zjawiska optyczne, sposoby wykorzystania światła, środki wyrazu (perspektywa, głębia ostrości, faktury, kolor) oraz techniki fotograficzne: czarno-białą oraz barwną, a także historię rozwoju fotografii. 

Z tak obszernym i rzetelnym opracowaniem nie spotkałam się wcześniej, wprawdzie Kurt Dieter Solf w swojej Fotografii poruszał podobną tematykę, jednak zarówno sposób przekazania wiedzy, jak i forma książki działają na korzyść Kalejdoskopu fotografii. Choć wiele kwestii było mi wcześniej znanych, Pękalski przekazał mi sporą dawkę nowej wiedzy, głównie na temat optyki. Ta została podana w przystępny sposób oraz zilustrowana schematami, co znacznie ułatwiało zrozumienie procesów fizycznych zachodzących w fotografii. Jedynym mankamentem książki jest kwadratowy format przy sporym rozmiarze publikacji, przez co czytało się ją niewygodnie.

*Leszek J. Pękalski, Kalejdoskop fotografii. Między techniką a sztuką, Helion 2012, s. 9.

Helion 2012

czwartek, 2 maja 2013

Nie lubię miast, zapewne dlatego, że przyszło mi mieszkać w drugiej po Warszawie pod względem powierzchni oraz zaludnienia miejscowości, czego uciążliwość szczególnie dotkliwie odczuwam w sezonie turystycznym, gdy na ulicę wylegają nie tylko liczni mieszkańcy miasta i studenci, ale także przyjezdni z całego świata. Nie lubię tłoku, korków oraz szpecących ulice i kamienice reklam. Ale miasta nie zawsze tak wyglądały. Z nostalgią cofam się w dawne czasy, których osobiście nie doświadczyłam, a które mam okazję poznać choćby z takich publikacji jak Warszawa na starych pocztówkach. 

Jerzy S. Majewski, historyk sztuki i varsavianista, zaprasza czytelnika w podróż w czasie, która przenosi nas o wiek wstecz. Pierwsze dekady poprzedniego stulecia były czasem, gdy pojęcie chaos architektoniczny było abstrakcją. Ulice były zabudowane w sposób uporządkowany i ze smakiem - niestety, część kamienic czy świątyń (np. cerkiew Michała Archanioła Archistratega) istnieje już tylko na starych fotografiach. Opublikowane pocztówki zatrzymały w czasie nie tylko miejsca, ale i ludzi - eleganckich dżentelmenów z laseczkami, damy odziane w długie, gustowne suknie oraz służące okryte chustami. Większość fotografii przedstawia również środki transportu, głównie tramwaje, ale na ulicach nie brak również automobili, dorożek konnych, a nawet furmanek. 

Każda z 99 zaprezentowanych pocztówek została dokładnie omówiona i (z nielicznymi wyjątkami) zestawiona ze współczesną fotografią. Niektóre widoki są przygnębiające, gdyż po pięknych miejscach często nie został nawet ślad, a tam, gdzie niegdyś stały estetyczne kamienice dziś stoją jakieś architektoniczne koszmarki lub parkują samochody.

Warszawa na starych pocztówkach była dla mnie bardzo udaną podróżą w czasie - już zacieram ręce na myśl o analogicznej publikacji, jaką jest Kraków na starych widokówkach. Żałuję tylko, że moją przyjemność z lektury musiały osłabić wpadki edytora. Czemu niemalże standardem stały się błędy w wydawanych w dzisiejszych czasach książkach? Czemu muszę czytać o "wierzach", podziwiać nowoczesny sposób przenoszenia wyrazów, którego jedyną zasadą jest brak stosowania się do zasad (złod-zieje, większo-ść), oraz błędnie przepisany tekst z pocztówki ("rocznica śmierci Mamy" została zamieniona na "rocznicę śmierci Maryny"...)? Przykro mi gdy widzę tak kaleczony tekst, skądinąd w tak wartościowej pozycji...

Agora 2013

sobota, 19 stycznia 2013

Ralph A. Clevenger jest wykładowcą fotografii przyrodniczej w szkole fotograficznej Brooks Institute oraz autorem wielu zdjęć, które możemy podziwiać w czasopiśmie "National Geographic". Po Bezkrwawe łowy jego autorstwa sięgnęłam z nadzieją na wzbogacenie mojej wiedzy z zakresu fotografii zwierząt, zwłaszcza ptaków. Taką zawartość sugerowała - prześliczna zresztą - okładka oraz tytuł nawiązujący do pojęcia ukutego przez Włodzimierza Puchalskiego, mistrza fotografii przyrodniczej. Jakie było moje zdziwienie, gdy okazało się, że hasło "łowy" zostało tu potraktowane bardzo szeroko i fotograficzne safari w znacznej mierze będzie miało na celu ustrzelenie... krajobrazu! Nie wiem, czym kierowali się tłumacz oraz polski wydawca - niefortunny tytuł wprowadza czytelnika w błąd (jego oryginalny odpowiednik jest bardziej adekwatny do treści książki).

Bezkrwawe łowy to poradnik, na który składa się 14 rozdziałów. Clevenger omawia elementy, bez których nie byłoby fotografii, a więc sprzęt, światło oraz przykładowe tematy szeroko rozumianej fotografii przyrodniczej. Autor porusza kwestię wyposażenia fotografa, jednak w sposób dość oryginalny jak na poradnik. Nie pomaga bowiem w konfiguracji własnego zestawu, lecz omawia posiadane przez siebie akcesoria, często wyjaśniając, w jaki sposób ich używa. Całkowitym novum były dla mnie klamry, którymi delikatnie można przypiąć chwiejącą się łodyżkę kwiatka do czegoś bardziej stabilnego, np. statywu oraz... drabina, która - jak się okazuje - jest całkiem przydatnym narzędziem pracy fotografa. 

Jak wspomniałam wcześniej, autor stworzył katalog tematów, w ramach których omówił makrofotografię, fotografowanie w ogrodach i parkach, dziką przyrodę oraz krajobrazy, przybliżając nie tylko kwestie techniczne wykonywania ujęć, ale w kilku przypadkach zwracając uwagę również na etykę. Przyznam, iż zdziwiło mnie przyzwolenie na o s t r o ż n e fotografowanie gniazd - ptaków nie powinno się niepokoić, zwłaszcza w sezonie lęgowym. Owszem, można fotografować bez ingerencji w ptasi świat, ale wymaga to dobrego sprzętu, umożliwiającego dogodne fotografowanie z dużych odległości, oraz dużego doświadczenia fotografa, którego ważnym elementem jest znajomość behawioru ptaków. W większości przypadków jest to domeną profesjonalistów (np. bracia Kłosowscy), a poradnik adresowany jest do amatorów, którym dla dobra ptaków odradzałabym fotografowanie gniazd w ogóle. Pozostając w temacie etyki, Clevenger zamieścił zestawienie etycznego zachowania w świecie przyrody; pozostaje mieć nadzieję, że zostanie ono zauważone (znajduje się między zestawieniem przydatnych stron internetowych a spisem treści) i że czytelnicy wezmą sobie do serca jego założenia. Warto podkreślić, iż autor zachęca do fotografowania zwierząt trzymanych w niewoli - tak powstało wiele jego zdjęć, które wyglądają na wykonane w naturze. Zwraca jednak uwagę, by nie ukrywać rzeczywistego miejsca wykonania fotografii, gdyż ten fakt nie umniejsza wartości zdjęcia, a świadczy o uczciwości fotografa.

Bezkrwawe łowy to książka inna niż się spodziewałam. Nie podejrzewałam, iż tematyka publikacji zostanie rozszerzona na szeroko rozumianą naturę, nie mogę jednak powiedzieć, że nie była interesująca. Ciekawym rozwiązaniem było ujawnienie wnętrza walizki ze sprzętem autora publikacji; często oglądając profesjonalnie wykonane zdjęcia zastanawiałam się, na jakim sprzęcie pracuje i jak dobrał parametry - na to pytanie odpowiedź można znaleźć przy każdym ze zdjęć autora. A te są naprawdę warte uwagi! Jedyne, do czego mam zastrzeżenia, to warstwa edytorska: pojawiająca się w niektórych przypadkach nieadekwatność opisu do zdjęcia jest dezorientująca, a skrót "rys.", który znajduje się przy każdej fotografii, zastąpiłabym odpowiedniejszym skrótem "fot.". 

Helion 2010
Tytuł oryginału: Photographing Nature: A photo workshop from Brooks Institute's top nature photography instructor
Przekład: Michał Lipa

niedziela, 2 grudnia 2012

Wydawałoby się, że fotografowanie z lampą błyskową nie jest na tyle trudną sztuką, aby poświęcać jej odrębną książkę, jednak na rynku wydawniczym pojawiają się takie pozycje jak wydany niedawno Świat błysku. To opasłe tomiszcze (ponad 400 stron sporego formatu, wprawdzie bogato ilustrowane, ale zawierające też sporo tekstu) zdaje się przeczyć śmiało wysuniętej przeze mnie teorii - okazuje się, że nie wystarczy zewnętrzna lampa błyskowa i dyfuzor aby uzyskać korzystnie doświetlone zdjęcia (poprawnie - owszem). Za pięknymi zdjęciami, które z zachwytem oglądamy w magazynach takich jak National Geographic, mimo ogromnego doświadczenia fotografa często stoi szereg prób z rozmaitego typu oświetleniem (to był dla mnie niemały szok - wiedziałam, że zdjęcia w plenerze doświetla się fleszem, ale po niektórych ujęciach nie spodziewałabym się ingerencji dodatkowego światła!). Bo wsparciem dla światła zastanego nie są tylko lampy błyskowe umieszczone na stopkach aparatów, ale także lampy zewnętrzne kierowane z pewnej odległości i pod pewnym kątem w stosunku do fotografa i uwiecznianej sceny, softboxy, blendy, parasole... Ale sprzęt to nie wszystko - potrzebny jest nauczyciel, który ujawni adeptowi tajniki tej dziedziny fotografii. W tym kontekście książka jest świetnym rozwiązaniem. 

Joe McNally zabiera czytelnika za kulisy sesji fotograficznych swojego autorstwa. Omawia sprzęt używany podczas swojej pracy i wyjaśnia, w jaki sposób powstawały poszczególne zdjęcia - komentarzowi towarzyszy schemat rozmieszczenia sprzętu oraz omówienie poprawnie, aczkolwiek nie do końca atrakcyjnie oświetlonych kadrów. 

Świat błysku to pozycja obowiązkowa dla każdego, kto chce się rozwijać w kierunku fotografii portretowej. Prace autora nie tylko uczą, ale i inspirują do przeprowadzania własnych prób oświetleniowych, a styl jego wypowiedzi sprawia, iż chwilami poradnik czyta się jak pasjonującą (i dowcipną) opowieść. Niektórzy pewnie zarzucą McNally'emu zasobny portfel, a co za tym idzie - łatwy dostęp do różnorakiego sprzętu, jednak nie wszystkie opisane przypadki wymagają ogromnych nakładów finansowych. 

Galaktyka 2012
Tytuł oryginału: Sketching Light: An Illustrated Tour of the Possibilities of Flash
Przekład: Piotr Cieślak

niedziela, 25 listopada 2012

Bractwem Bang Bang prasa nazwała grupę fotoreporterów, którzy w latach 90. XX wieku dokumentowali zamieszki w Południowej Afryce. W tej szczególnej atmosferze obcowania ze śmiercią i dramatycznych wydarzeń między Kenem, Kevinem, Gregiem i João nawiązała się przyjaźń. Trójka z nich już odeszła, przy życiu pozostał tylko Greg, który pisząc książkę musiał zmierzyć się z bolesnymi wspomnieniami z czasów, do których niechętnie wracał.

Bractwo Bang Bang jest zapisem dramatycznych wydarzeń rozgrywających się od chwili uwolnienia Nelsona Mandeli po pierwsze wolne wybory. Na tym tle poznajemy Kena, Kevina, João oraz Grega, którzy balansując na granicy życia i śmierci dokumentowali zajścia na ulicach - strzelaniny, samosądy - często tylko cudem unikając własnej tragedii. Ale trud tej pracy to nie tylko bezpośrednie zagrożenie życia. Fotografowie musieli zmagać się z obrazami płonących żywcem czy katowanych maczetami ludzi, zadając sobie pytanie o własną moralność. Czasem do własnych wyrzutów sumienia cegiełkę dorzucała opinia publiczna, jak było w przypadku zdjęcia, za które Kevin Carter otrzymał Pulitzera. Fotografia przedstawiała zagłodzone dziecko, które upadło i nie miało siły się podnieść, a za którym czaił się sęp. Zewsząd napływały pytania, jak fotograf pomógł dziecku... Nie pomógł. W głowach fotoreporterów z Bractwa Bang Bang często kołatały się sprzeczne myśli - z jednej strony mieli świadomość, że muszą zachować bezstronność, nie mogą ingerować w wydarzenia, które relacjonowali, z drugiej strony czuli się jak sępy żerujące na ludzkiej krzywdzie. Aby uspokoić swoje sumienie rozgrzeszali się usprawiedliwieniem, że oni byli tylko świadkami wydarzeń, nie brali bezpośredniego udziału w zajściach i z ich ręki nikt nie zginął.

Bractwo Bang Bang to książka mocna. Na początku lektury miałam nawet zamiar odłożyć lekturę - opisy były bardzo drastyczne, ale książka była zbyt ciekawa, by zasłużyła na niedoczytanie. Z pewnością nie jest to lektura dla wrażliwców, gdyż czytelnik podobnie jak fotoreporterzy - choć w mniejszym stopniu - musi się zmierzyć z ogromem okrucieństwa. Ale tym, co najbardziej mnie poruszyło to postawa fotografów, ich dozgonne oddanie swojej pracy (i pasji?). João Silva, podobnie jak Robert Capa, zakończył swoje życie z aparatem w ręku. Gdy mina urwała mu obie nogi, on zdążył zrobić jeszcze trzy zdjęcia...

Sine Qua Non/SQN 2012
Tytuł oryginału: The Bang-Bang Club. Snapshots from a Hidden War
Przekład: Wojciech Jagielski

środa, 14 listopada 2012

Zawód: fotograf to książka, która doskonale trafiła w mój gust! Uwielbiam dobrze napisane biografie, zwłaszcza gdy bohater jest osobą nietuzinkową - Chris Niedenthal do takich się niewątpliwie zalicza - a fotografia jest kwestią, która mnie niezmiernie interesuje. Ponieważ nigdy nie miałam odwagi w fotografowaniu ludzi, więc zarówno portret jak i reportaż to nie moje dziedziny, z tym większym zainteresowaniem podpatrywałam warsztat Niedenthala. 

Chris Niedenthal urodził się i dorastał w Wielkiej Brytanii, jednak cały czas coś nieokreślonego ciągnęło go do Polski. Przypadek sprawił, że wyjechał do ojczyzny swoich rodziców... i tam już pozostał. Jako zagraniczny korespondent współpracujący z zagraniczną prasą (m.in. "Newsweek", "The Time", "Der Spiegel") fotografował najważniejsze wydarzenia w Polsce takie jak wybranie Karola Wojtyły na papieża, strajki w Stoczni Gdańskiej czy sceny uliczne podczas stanu wojennego. Często był na miejscu zdarzeń przed swoimi kolegami-fotoreporterami, dzięki czemu jego materiały były w pewnym sensie pionierskie i unikatowe, choć ceną, jaką ponosił za możliwość fotografowania, było ryzyko wpisane w jego zawód. Na szczęście nic złego go nie spotkało i dziś dysponujemy obszerną dokumentacją fotograficzną z wielu ważnych wydarzeń i trudnych momentów w najnowszych dziejach Polski.

Zawód: fotograf to księga opasła i dość nieporęczna, warto jednak zaryzykować ból dłoni dla takiej zawartości! Bogaty materiał zdjęciowy przybliża czytelnikowi wydarzenia opisane w książce oraz życie fotoreportera. Ale piękne zdjęcia to nie wszystko! W książce przede wszystkim urzekł mnie sposób, w jaki Chris Niedenthal pisze o swoim życiu - bezpretensjonalnie, bez zadęcia, z dystansem do własnej osoby i z dużą dawką humoru. 

Marginesy 2011

piątek, 12 października 2012

Czym można tłumaczyć sukcesy człowieka? Według znawców tematu i psychologów bardzo ważny jest okres między trzynastym a siedemnastym rokiem życia. Zwrócenie uwagi na wartości, dostęp do muzeów, książek, zaszczepienie jakiejś pasji. Wiąże się to z pewną zasobnością domu, ponieważ poznawanie świata i rozwijanie zdolności kosztuje. I z pracą, która od najmłodszych lat pozwala zdobyć doświadczenie, z wyborem szkoły, studiów. Krótko mówiąc: muszą towarzyszyć człowiekowi sprzyjające okoliczności.* W przypadku Zofii Nasierowskiej zadziałały wszystkie powyższe czynniki. Królowa portretu polskich gwiazd była córką fotografa, dzięki czemu od najmłodszych lat obcowała z tą sztuką, szybko zdobywając wiedzę i umiejętności. Nie bez znaczenia był też status majątkowy jej rodziny - Nasierowska miała do dyspozycji sprzęt fotograficzny, a uczęszczanie do Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej i Filmowej w Łodzi nie obciążało rodzinnego budżetu. Dziewczyna miała więc warunki, by rozwijać swoją pasję, ba! jej ojciec denerwował się, gdy Zofia "traciła" czas na naukę kobiecych zajęć czy pomoc w domu. W efekcie Nasierowska już w wieku trzynastu lat potrafiła zastąpić ojca w pracy, co przez klientów bywało odbierane jako żart... póki nie obejrzeli swoich zdjęć. Również w Związku Polskich Artystów Fotografików jej młody wiek odebrano z niemałym zdziwieniem. W poczet członków Zofię przyjęto na podstawie jej prac, a gdy zobaczono ją samą, usłyszała: "Ależ to dziecko!". 

Barbara Brylska w obiektywie Nasierowskiej
źródło: gazetawroclawska.pl
Biografia Nasierowsksiej jest stonowana (nomen omen: Zofie to osoby spokojne, rozsądne i subtelne) - czytelnik nie znajdzie w niej pikantnych szczegółów z życia artystki czy fotografowanych gwiazd, choć do portrecistki kierowała je nie tylko chęć uzyskania swojej podobizny, ale także chandra czy potrzeba dowartościowania. Bo z tego właśnie Nasierowska słynęła - miała dar wydobywania z kobiet urody i podkreślania jej atutów, w efekcie czego klientki były zachwycone efektami. Rzeczywiście, oglądając zdjęcia jej autorstwa, trudno odmówić im piękna. A tych jest naprawdę sporo! Jak sugeruje tytuł publikacji, biografia została uzupełniona bogatym materiałem zdjęciowym - portretami studyjnymi, przedrukami reportaży z ówczesnej prasy, okładkami czasopism, zdjęciami z archiwum rodzinnego Zofii Nasierowskiej - który idealnie współgra z rodzajem papieru, na jakim wydano książkę. 

Mimo, iż w ogólnym odczuciu książkę oceniam wysoko, dwa ostatnie rozdziały znacznie ostudziły mój entuzjazm. Zofia Nasierowska po trzydziestu pięciu latach pracy zawodowej ze względu na chorobę oczu zrezygnowała z fotografii i z mężem osiadła na Mazurach. Opis rozbudowy posiadłości i przedruk wpisów z księgi gości gospodarzy był dla mnie zbyt obszerny i nazbyt idealistyczny, a czarę goryczy (słodyczy?) przelały wpisy z pamiętnika Zofii adresowanego do wnuka, w którym stale przypominała o tym, iż wszystko robi dla niego, zwłaszcza rozbudowując rezydencję. Ten rozdział mnie po prostu zmęczył, a sama Nasierowska wydała mi się osobą, której daleko do skromności. Z kolei istnienie ostatniego rozdziału było dla mnie nieuzasadnione - Turowska przywołuje przodków Zofii (dlaczego na końcu?), mimo iż o jej rodzinie pisała już na początku książki. Mimo niefortunnego zakończenia Nasierowska. Fotobiografia pozostawiła w mojej pamięci pozytywne wrażenie. 

Marginesy 2009 

*Turowska Z., Nasierowska. Fotobiografia, Wydawnictwo Marginesy, Piaseczno 2009, s. 37.

sobota, 5 maja 2012

Myślałam, że o fotografii napisano już wszystko. Półki w księgarniach uginają się od poradników, choć w dużej mierze są to opracowania ogólne. Publikację tematyczną, prezentowaną podczas tegorocznej krakowskiej edycji Festiwalu Podróżników Trzy Żywioły, powitałam z dozą ciekawości, ale i sceptycyzmu. Zastanawiałam się, czy książka będzie atrakcyjna dla średnio zaawansowanego fotoamatora, obawiając się, że będzie powielała to, o czym wielokrotnie już pisano. Bałam się, że publikacja powstała dla łatwego zarobku - wszak podróże i fotografia to tematy nośne i niezwykle popularne w ostatnim czasie. Żeby zweryfikować swoje oczekiwania i obawy sięgnęłam po lekturę...

Piotr Trybalski pozytywnie mnie zaskoczył. Fotograf w podróży nie jest typowym "suchym" poradnikiem, który odpowie na pytania, jaki sprzęt kupić czy jak ustawić parametry ekspozycji, by zdjęcia były prawidłowo naświetlone, a do tego atrakcyjne. Autor burzy stereotypy, udowadniając iż nie każda wyprawa w atrakcyjne czy egzotyczne miejsce zaowocuje pięknymi kadrami, gdyż najważniejsze w fotografii są świadomość swoich fotograficznych predyspozycji (nie każdy potrafi nawiązać kontakt z ludźmi, tak pożądany w fotografii portretowej, podobnie jak nie każdy lubi zrywać się z łóżka o świcie, by fotografować górskie krajobrazy) oraz planowanie. W kwestii sprzętu Trybalski, obala kolejny mit. Mimo obecnych trendów (moda na lustrzanki) podkreśla także zalety kompaktów, które - ze względu na dyskrecję - przydają się w podróży, zwłaszcza w fotografii ulicznej. 

W książce został omówiony katalog sytuacji fotograficznych, z jakimi można spotkać się podczas wyjazdów czy wypraw. Trybalski podpowiada jak fotografować pod wodą, w górach, na pustyni, w niskich temperaturach czy w krajach muzułmańskich. Na podstawie własnego doświadczenia radzi, jak poradzić sobie z problemami, które mogą pojawić się na drodze fotografa oraz podpowiada, jak chronić sprzęt w trudnych warunkach i co zrobić, by nie kusić złodziei. 

Fotograf w podróży to publikacja, która nie potwierdziła moich obaw. Opracowana rzetelnie, napisana przystępnym językiem i co ważne - nasycona konkretnymi informacjami (w przeciwieństwie do poradników amerykańskich, gdzie dygresja goni dygresję). A zdjęcia - przepiękne! 

Bezdroża/Helion 2012

sobota, 15 stycznia 2011


źródło: www.taringa.net
Inspiracją do napisania Czekając na Roberta Capę było meksykańskie odkrycie. Odnaleziono trzy walizki zawierające ponad 3 tysiące niepublikowanych dotąd fotografii autorstwa Roberta Capy, Gerdy Taro i Davida Seymoura. Susanę Fortes szczególnie poruszyło zdjęcie śpiącej Gerdy wykonane przez jej przyjaciela i partnera Roberta. W poczuciu, że Hiszpania ma dług do spłacenia u tych dwojga, Susana Fortes postanowiła spisać ich historię, po części opartą na faktach, po części fikcyjną.

Gerta Pohorylle oraz André Friedmann poznali się w Paryżu, w który rzucił ich los. Żydowskie pochodzenie Gerty zmusiło ją do ucieczki z nazistowskich Niemiec, natomiast mężczyzna, gorącokrwisty Węgier, przybył do Francji z Berlina. Kobieta nie czuje się tutaj bezpiecznie, gdyż macki faszyzmu dotarły także do Francji. André staje się najbliższą osobą Gerty, jej przyjacielem i kochankiem. Gdy ten zwierza się ze swoich odczuć wywołanych publikacją jego zdjęcia bez adnotacji o autorstwie, kobieta zostaje jego agentką. Dla siebie i przyjaciela wymyśla nową tożsamość...

źródło: www.taringa.net

Robert Capa i Gerda Taro wyjeżdżają do Hiszpanii ogarniętej wojną domową. W tym okresie powstają ich najlepsze zdjęcia sygnowane nazwiskiem nieznanego Amerykanina. Gerda zaczyna czuć, że musi wyjść z cienia Roberta, zaczyna więc fotografować na własną rękę, często ocierając się o śmierć. 

Czekając na Roberta Capę to opowieść o wojnie, fotografii i miłości. Miłości namiętnej lecz trudnej, konkurującej z pasją. To także opowieść o odwadze dwojga młodych ludzi, wiecznie igrających ze śmiercią, której oddech stale czuli na swych karkach. Mimo, że autorka nie kryła, że Gerda zginie podczas wojny, jej śmierć była dla mnie zaskoczeniem, gdyż nie tak ją sobie wyobrażałam. 

Jest to lektura trudna, wymagająca poświęcenia jej maksimum uwagi. Autorka nie szczędzi opisów grozy, jakie niesie ze sobą wojna. Bardzo poruszyły mnie niektóre sceny: bombardowanie Guerniki, żegnanie przez matki swoich kilkuletnich dzieci wysyłanych na "emigrację" w nieznane, a niezasłużona śmierć kalekiej papugi - Kapitana Flinta - wycisnęła mi z oczu łzy.

Gorąco polecam, a na swoją listę lektur obowiązkowych wpisuję Szampan i krew Alexa Kershawa.


Muza 2010
Tytył oryginału: Esperando a Robert Capa
Tłumaczenie: Weronika Ignas-Madej