Pokazywanie postów oznaczonych etykietą religia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą religia. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 19 listopada 2015

Tematyka islamu jest obecnie na topie. Zasłanianie twarzy przez muzułmańskie kobiety, karykatury Mahometa, podejście do religii nieislamskich i ich wyznawców, a także do Zachodu i zachodniego rozumienia demokracji - przez pryzmat tych zagadnień postrzegany jest dziś islam. Swoją cegiełkę dokładają też terroryści islamscy, którzy pojawiają się regularnie w mediach co najmniej od zamachów w Nowym Jorku w 2001 roku. Obraz jaki budują w nas środki masowego przekazu często jest spłycony, aby łatwiej był zrozumiany przez masy, do których kierowana jest treść. Wydaje się, że o obiektywny obraz religii trudno. Tym ciężej spodziewać się go, gdy za temat islamu zabiera się osoba wychowana w tej religii i kulturze i która postanowiła ją porzucić.



Ibn Warraq, ów apostata, przemierzając sury Koranu i hadisy (przekazy mówiące o słowach i czynach Mahometa), stara się przekonać czytelnika do swoich racji. Jego punkt widzenia wydaje się być typowo zachodni - muzułmanie to hołota będąca mentalnie w okresie chrześcijańskiego ciemnego średniowiecza. To ludzie wierzący i kierujący się zapisami absurdalnej księgi, jaką jest Koran, i jeszcze bardziej niedorzecznymi hadisami. Autor wielokrotnie udowadnia sprzeczności pojawiające się w świętej księdze islamu. Pisze, że wiele z hadisów, tworzących prawo islamskie, wchodzi ze sobą w konflikt. Taki stan rzeczy wynika między innymi z tego, że w początkowej fazie formowania się religii miały być one pisane na zlecenie walczących ze sobą o władzę klanów - hadisy miały szkalować przeciwników, a zleceniodawców wybielać. Na takich fałszywych fundamentach zbudowano prawo - skomplikowane, często pełne sprzeczności i kompletnie nie przystające do obecnych (książka została napisana w 1995 roku) czasów i realiów.



Zarzuty wobec islamu nie mają końca. Oprócz niezgodności pojawiających się w nauce proroka głównym zarzutem jest ten, że Mahomet stworzył religię opartą na chrześcijańskich i żydowskich naukach, zmienił tylko imiona biblijnych bohaterów i dorzucił do tego tradycyjnie arabskie wierzenia. Powstały w ten sposób zbiór historii i zasad dopasował do swoich potrzeb, a jeśli obowiązujące zasady wchodziły w konflikt z działaniem proroka wtedy ten doznawał objawienia i na polecenie Allaha dokonywał zmian w obowiązującym prawie. Oczywiście te zmiany dotyczyły tylko Mahometa. Dalej pojawiają się przytyki między innymi dotyczące tego jak Arabowie traktowali innowierców, czyli niewierzących, na podbijanych przez siebie terenach i jaki był ich stosunek do heretyków, ateistów i naukowców badających Koran. Opisuje nierówności w przestrzeganiu zakazów przez biednych i bogatych (między innymi zakaz spożywania alkoholu, wieprzowiny oraz niedopuszczalność stosunków homoseksualnych). Gwoździem do trumny wydaje się być sytuacja kobiet w muzułmańskim społeczeństwie i niemożność pogodzenia islamu i demokracji.



Autor został wychowany w rodzinie muzułmańskiej. Jak sam pisze we wstępie, zanim nauczył się czytać i pisać w ojczystym języku był uczony na pamięć wersetów Koranu, których i tak nie rozumiał. Gdy dorósł i zrozumiał, że religia jego dzieciństwa i młodości jest tylko narzędziem niewolenia umysłów, postanowił od niej odejść. Czy słusznie porzucił ją dla świeckiego humanizmu, dla którego wszystkie religie są urojeniami chorych ludzi, w sposób oczywisty nieprawdziwymi i szkodliwymi*? Każdy z nas musi sobie sam odpowiedzieć na to pytanie. Moim zdaniem tytułowe słowo "muzułmanin" można by zastąpić dowolnym wyrazem nazywającym religię i wyszłaby tak samo prawdziwa i oskarżająca tyrada. We mnie nieraz budził się lęk przed islamem, bo to religia wojująca, niosąca swój przekaz na pasach z ładunkami wybuchowymi samobójców gotowych zginąć w imię... czego? Raczej nie religii, która może i jest opresyjna, autorytarna, a może nawet despotyczna i absolutystyczna, ale w imię zręcznie wykorzystujących ją terrorystów, którzy w swoich działaniach podpierają się nią do legitymizowania swoich zamachów.


Czy powinniśmy ustępować pod naporem oburzonych głosów zarzucających nam, ludziom reprezentującym wartości zachodniej kultury, demokracji, że szkalujemy ich proroka, ich boga, ich religię? Ibn Warraq mówi, że nie. Przed przeczytaniem tej książki, bezkrytycznie zgadzałem się z sądem autora. Dziś już takiej pewności nie mam. Czy ludzie, którzy od wieków wychowywani są w tej antydemokratycznej religii czują się gorsi? Oni po prostu nigdy nie poznali innego świata, nie wiedzą jak to jest żyć w państwie zachodnim, demokratycznym. Nie dziwi mnie to, że mężczyźni, Europejczycy, przechodzą na islam i wstępują w szeregi Państwa Islamskiego, wszak muzułmanin-mężczyzna jest panem wszystkiego co do niego należy. Ale to, że znajdują się kobiety, które zmieniają wiarę na islam i podążają do tegoż państwa, napawa mnie trwogą - kobieta w islamie jest nieomal nikim, przedmiotem w rękach mężczyzn. Ale tak pozycję kobiet postrzegamy my, mieszkańcy Starego Kontynentu. Może jednak one wcale nie mają tam tak źle?


O ile w momencie wydania książki w 2011 roku można było powiedzieć, że islam jest w Europie tylko nic nie znaczącą religią, to obecnie zdecydowanie silniej wpływa na nasze nastroje. Fala uchodźców z Bliskiego Wschodu zalewająca Stary Kontynent wydaje się nie mieć końca. Dobrobyt i państwo socjalne, które Europejczycy mają na co dzień, dla muzułmanów (bo jednak zdecydowana większość przybyszów jest tego wyznania) wydaje się być świętym Graalem. Aby choć po części zrozumieć tych ludzi, którzy tak chętnie zmierzają do ziemi obiecanej oraz zamachowców z Paryża warto zapoznać się z Dlaczego nie jestem muzułmaninem.



*I. Warraq, Dlaczego nie jestem muzułmaninem, Europa Przyszłości, Warszawa 2013, s.15.

 

Stowarzyszenie Europa Przyszłości 2011

Przekład: Karolina M. Wielgat, Gwidon Kuśmierek

Tytuł oryginału: Why I am not a muslim



wtorek, 17 listopada 2015

Natura zawsze stawiała przed człowiekiem jakieś bariery nie do przezwyciężenia. Rzeki, ich zakola, góry i morza wyznaczały naturalne granice. Jaskinie dawały schronienie przed wrogami i siłami natury. Ludzie z czasem przekroczyli rzeki budując mosty, zbudowali statki i samoloty, aby przebyć morza i oceany, wydrążyli tunele i wyznaczyli bezpieczne szlaki przez góry. Nauczyli się konstruować narzędzia, dzięki którym pokonali w zasadzie wszystkie przeciwności. Jest jednak granica, której człowiekowi do dzisiejszego dnia nie udało się sforsować - jest to dziesiąty równoleżnik dzielący afrykańskie i azjatyckie kraje.

W średniowieczu dziesiąty równoleżnik szerokości geograficznej północnej wyznaczał w Afryce granicę między obszarami pustyni i sawanny a wilgotnym lasem równikowym. Dla Arabów mających chrapkę na te tereny granica ta okazała się nie do przebycia. Wilgotny klimat oraz śmiercionośne muchy i komary zdołali pokonać jedynie czarnoskórzy chrześcijanie, którzy do dziś w Nigerii zamieszkują tereny na południe od dziesiątego równoleżnika. Granica geograficzna stała się również granicą pomiędzy religiami. Ale z czasem ta linia stała się również strefą podziału ekonomicznego - po jednej z jej stron są bogactwa naturalne, urodzajna ziemia, a po drugiej panuje bieda i wieczny niedostatek dóbr. W takich kategoriach dziesiąty równoleżnik dzieli wiele państw w Afryce i Azji.

Eliza Griswold podjęła się zadania ukazania realiów życia ludzi na pograniczu chrześcijańsko-muzułmańskim i próby wyjaśnienia przyczyn takiego stanu rzeczy. Autorka pokazuje, że tytułowy równoleżnik to granica, na której ścierają się nie tylko kwestie religijne - te najłatwiej wychwycić, bo wydają się najbardziej oczywiste w świecie, w którym wszyscy krzyczą o ekspansywnym islamie. Często te konflikty mają również inne podłoże: walki o ropę, wodę, lepsze pastwiska; religia jest wtedy tylko elementem wtórnym. Rozmowy z lokalnymi watażkami, przywódcami terrorystów, misjonarzami i zwykłymi ludźmi, mieszkańcami tych niebezpiecznych terenów przedstawiają dość obszernie problemy z jakimi muszą się borykać na co dzień. Czy jest nadzieja dla podzielonych wewnętrznie państw na powrót do normalności, na lepszą przyszłość? Wydaje się, że nie - każda ze stron chce pokoju. Ale pokoju na własnych warunkach. Pokoju, który faworyzuje tylko jedną ze stron.

Kilkuletnie zbieranie materiałów na miejscu, wśród tubylców, zarówno chrześcijan jak i muzułmanów, z pewnością wpływa korzystnie na zawartość merytoryczną książki. Czytelnik otrzymuje rzetelnie napisaną publikację, zgłębiającą problemy dotykające dane społeczności. Z pewnością nie jest to jednak książka poruszająca w sposób uniwersalny zagadnienie konfliktów pojawiających się na styku obu wyznań w innych rejonach świata. Dlaczego? Bo animozje zawsze mają głębszą podbudowę, uzależnioną od doświadczeń historycznych danego państwa. I taki jest też Dziesiąty równoleżnik - sięgający głębiej, a nie tylko ślizgający się po powierzchni.

Muza 2013
Przekład: Hanna Jankowska
Tytuł oryginału: The Tenth Parallel
Seria: Spectrum

niedziela, 1 lutego 2015

Po tragicznych wydarzeniach 11 września 2001 media przepowiadały, że od tej pory świat nie będzie już taki sam jak dotychczas. Czy rzeczywiście coś się zmieniło? W postrzeganiu islamu z pewnością, zwłaszcza że co jakiś czas kolejni ekstremiści dokładają swoją cegiełkę do jego negatywnego w oczach Zachodu wizerunku. Chętnie wydajemy więc osądy na temat islamu, ale co tak naprawdę wiemy o tej religii? 

Ja sama do niedawna nie wiedziałam nic poza ogólnikami i stereotypami. Do czasu aż sięgnęłam po Nie ma Boga oprócz Allaha Rezy Aslana. Autor jest religioznawcą oraz badaczem kultur, a także - co w tym przypadku najważniejsze - muzułmaninem. Dzięki jego głębokiemu zakorzenieniu w opisywanej religii obraz islamu jest kompleksowy - składają się nań nie tylko rysy historyczne, ale również omówienie licznych współczesnych problemów. Do takich z pewnością zalicza się konflikt, który my, ludzie Zachodu postrzegamy jako walkę na linii: muzułmanie-innowiercy, a która tak naprawdę toczy się między współwyznawcami, w imię zachowania swojej wizji islamu. "Święta wojna" wbrew powszechnej opinii nie wynika z nakazów zawartych w Koranie, gdyż ten dopuszcza walkę wyłącznie w swojej obronie. Co warto podkreślić, takie działania piętnowane są przez chrześcijan, którzy kilka wieków temu sami uciekali się do niczym nieuzasadnionej przemocy w imię religii.

Jak doszło do tego, że pokojowa i tolerancyjna religia jaką był islam dziś kojarzona jest z aktami przemocy? Wraz z jej narodzinami Mahomet nie potępił innych wyznań, wręcz przeciwnie: zakładał współistnienie (a nawet wspólne płaszczyzny!) z judaizmem i chrześcijaństwem. Nie mogło być inaczej - Prorok wywodził się z wielokulturowego i wieloetnicznego społeczeństwa. Zadziwiające jest to, jak bardzo islam odszedł od swoich korzeni... Niestety, nie jest to jedyna kwestia, w której doszło do wypaczenia. Jak się okazuje, również noszenie przez kobiety hidżabu nie wynika z zaleceń Koranu. Zwyczaj ten był (dobrowolnie zresztą) praktykowany na długo przez Mahometem. Jak zatem doszło do przejęcia tego zwyczaju przez muzułmanów, a co za tym idzie: tak znacznej radykalizacji religii? 

Nie ma Boga oprócz Aslana jest fascynującą wędrówką przez historię islamu, która pozwala zrozumieć jak rodziła się ta religia oraz jak - i dlaczego - zmieniała się przez wieki. Polecam tę książkę tym, którym wydaje się, że wiedzą o tej religii wszystko (bo słyszy się o niej w - zazwyczaj dramatycznych - przekazach medialnych) oraz tym, którym, podobnie jak mnie, nie wystarczają ogólniki i stereotypy, którymi karmią nas media. Sceptyków od razu uspokajam - autor, mimo iż jest muzułmaninem, pozostaje obiektywny, zapewniając czytelnikowi przestrzeń do myślenia, a język jest bardzo przystępny. Warto sięgnąć!

Burda Książki 2014
Tytuł oryginału: No god but God
Przekład: Patryk Gołębiowski

niedziela, 17 sierpnia 2014

Okładka Zabawki Boga długo zniechęcała mnie do sięgnięcia po książkę. Przyczyna nie tkwiła w estetyce, a sugerowanej przez tytuł oraz fotografię na okładce religijnej tematyce, a od niej zwykle stronię. Wszelkie obawy przezwyciężyła jednak moja ciekawość świata, opis Zabawki Boga sugerował bowiem, iż jest to książka podróżnicza. Jak się okazało, zarówno blurb jak i okładka mówiły prawdę, choć nie do końca...

Tadeusz Biedzki, przedsiębiorca i podróżnik, otrzymuje list od przyjaciela, który został zakonnikiem. Andrzej natrafił na ślad artefaktu z czasów Chrystusa, ale stan zdrowia nie pozwala mu na podjęcie próby zlokalizowania go. Jest przekonany, że odnalezienie pamiątki po Jezusie wstrząsnęłoby światem religii i nauki. Adresat listu wraz z żoną Wandą wyrusza więc w podróż do klasztoru na Synaju, by odebrać wskazówki i ruszyć w dalszą drogę przez Jerozolimę, Efez i Prowansję do Lalibeli, gdzie... no, właśnie - czy uda mu się wydobyć drewnianego osiołka na światło dzienne?

Wbrew początkowym obawom Zabawki Boga nie zaliczyłabym do literatury religijnej, główny motyw został bowiem zrównoważony wątkiem podróży. Kto jednak po tej książce spodziewa się klasycznej literatury podróżniczej (a to sugeruje szata graficzna - spora ilość fotografii, mapy, schematy), może być zawiedziony. Wprawdzie autor wędruje niemal od pierwszej do ostatniej strony, zakończenie jednoznacznie wyklucza ten gatunek (nie będę zdradzać szczegółów, by nie odbierać kolejnym czytelnikom radości z odkrywania). A zatem - sensacja? Wprawdzie i takie wątki się pojawiają, ja bym jednak Zabawki Boga nie położyła na księgarnianej półce obok książek Ludluma, Grishama czy Clancy'ego. Jeśli musiałabym zaszufladkować tę pozycję, określiłabym ją jako powieść (!) historyczno-podróżniczą (w tej właśnie kolejności). Biedzki z powodzeniem połączył historie z kilku stuleci (I, XII-XIII oraz XXI w.), odmalowując właściwe im realia i przedstawiając kolejnych bohaterów: Jefraima, Rajmunda, Frumencjusza oraz Andrzeja. Nie można odmówić autorowi talentu w sugestywnym przedstawianiu starożytnych miast oraz erudycji niezbędnej do podjęcia się tego niełatwego zadania. Całość nieco psuje zakończenie, które nie do końca przypadło mi do gustu, nie mogę jednak powiedzieć, żeby mnie nie zaskoczyło, co poczytuję za plus.

Zabawka Boga utwierdziła mnie w przekonaniu, że niczego (i nikogo!) nie powinno się oceniać po pozorach. Niewiele brakowało, a nie dałabym szans książce, która okazała się bardzo udaną podróżą nie tylko przez kraje odwiedzone przez Biedzkiego, ale i przez historię chrześcijaństwa. 

Bernardinum 2013

czwartek, 3 kwietnia 2014

Trzymam w rękach zbiór rysunków Andrzeja Mleczki, które dotyczą szeroko pojętej religii. Aniołowie, diabły, Bóg, kler, moherowe berety, niebo, piekło - wszystkie te tematy, a nawet więcej, znalazły się w książce Jako w niebie tak i na ziemi.

Większość ilustracji odnosi się do wydarzeń roku 2012 (wtedy ukazała się książka) oraz poprzedzających go lat. Rysownik szeroko komentuje zwłaszcza sprawę pedofilii (- Witaj ojcze Teofilu!/- Witaj bracie pedofilu!*, - Ja mam ładniejszy kościół./- Ale ja mam ładniejszych ministrantów) i homoseksualizmu wśród księży, nieślubnych dzieci (Kiedyś mój synu to wszystko będzie twoje mówi ksiądz, ukazując chłopcu posiadłości klasztorne), a także przekupności i pazerności księży.

Niebo przedstawia niemal tak samo jak wygląda życie na ziemi - w niebie są anioły-ludzie należące do grupy VIP, jest hierarchia (istnieją superanioły z trzema aureolami). Święty Piotr, wpuszczając za bramy niebieskie, tak jak sądy na ziemi, kieruje się ciągle zmieniającymi się przepisami, a Bóg po ludzku jest złośliwy (Polakom zrobimy numer i umieścimy ich między Niemcami i Rosją), zagubiony (Wytłumacz mi jak to jest. Wszystkim się tutaj podoba tylko Polacy bez przerwy narzekają) i wcale nie jest doskonały (Podjął się zakończyć cały projekt w ciągu sześciu dni, dlatego jest tyle niedoróbek). Szatan jak to szatan, każdy chwyt dla niego jest dozwolony aby osiągnąć cel (Dzwoni życzliwy [diabeł]. Chciałbym poinformować, że święty Piotr bierze łapówki za wpuszczanie na teren obiektu), ale nawet przed Brukselą musi ulec (Niestety pana firma nie spełnia norm Unii Europejskiej).

Wiele rysunków zwyczajnie nie da się opisać, trzeba je zobaczyć. Bo jednak główną siłą Mleczki jest rysunek, słowa są tylko dodatkiem do ilustracji komentującej otaczający nas świat.

*wszystkie cytaty pochodzą z książki

Iskry 2012

piątek, 22 listopada 2013

Moja fascynacja podróżami, Polską i innymi kulturami była wystarczającym powodem do sięgnięcia po Święte, świętsze, najświętsze. Przewodnik po sanktuariach w Polsce. Mój entuzjazm wobec książki wzbudzał fakt prezentacji świątyń nie tyle katolickich, co innych wyznań - piktogramy na okładce sugerowały, iż Grzegorz Polak opisał również miejsca święte dla innych religii. Podczas lektury szybko jednak okazało się, że w przewodniku dominują obiekty katolickie (zapewne proporcjonalnie do popularności wyznania w Polsce). 

Obok najpopularniejszych obiektów sakralnych takich jak klasztor Paulinów na Jasnej Górze, sanktuarium w Licheniu, Kalwarii Zebrzydowskiej czy krakowskich Łagiewnikach w przewodniku można przeczytać między innymi również o meczetach w Bohonikach i Kruszynianach, synagodze w Bobowej a także kościele Braci Czeskich oraz Świątyni Wang. Każde z miejsc kultu religijnego zostało dokładnie opisane. Grzegorz Polak przedstawił historię obiektów, słynnych pielgrzymów oraz omówił to, na co warto zwrócić uwagę podczas zwiedzania, czyli rzeźby, obrazy, epitafia, kaplice. Tekst został wzbogacony licznymi fotografiami, dzięki czemu czytelnik ma pełny obraz opisywanego miejsca.

Święte, świętsze, najświętsze to doskonała propozycja dla tych, którzy fascynują się dziedzictwem kulturowym Polski oraz miejscami świętymi, choć niestety głównie dla katolików. Obiektów ważnych dla wyznawców innych religii jest w książce stosunkowo niewiele (mniej niż 10%) - spodziewałam się, że przewodnik będzie dla mnie inspiracją do własnych podróży śladami "innych" wyznań, jednak nie znalazłam tutaj wielu z interesujących mnie obiektów - molenny w Wodziłkach, Tykocińskiej synagogi czy położonych w sercu Bieszczad małych cerkiewek. Szczególnie północno-wschodnia ćwiartka Polski została potraktowana przez autora jak czarna dziura, w której brak przedstawicieli innych wyznań niż katolicyzm, choć katolików też jest tutaj zdecydowanie mniej niż w Małopolsce, która na mapie jest wręcz usiana znaczkami symbolizującymi opisane miejsca kultu religijnego. Szkoda, że autor pominął inne wyznania i ich świątynie takie jak meczet w Gdańsku czy przepiękny Sobór św. Aleksandra Newskiego w Łodzi. Święte, świętsze, najświętsze poleciłabym więc raczej tym, którzy są zainteresowani obiektami katolickimi, pozostali - podobnie jak ja - mogą czuć niedosyt. 

Agora 2013

poniedziałek, 29 lipca 2013

Religia – każdy z nas w swoim życiu miał z nią bezpośredni kontakt. Wszyscy ludzie w coś wierzą – czy to w boga (chrześcijańskiego, islamskiego, żydowskiego, pogańskiego czy jeszcze innego), w pieniądz, we władzę, Kościół, siły natury, przeznaczenie czy jeszcze w jakiś inny twór człowieczy lub ponadludzki. W Czechach wierzy się głównie w to, że Boga nie ma. I na takim gruncie, ateistycznym, może właśnie najlepszym dla księdza i religii, pojawił się Tomáš Halík – kapłan zadziwiający i prawiący niebywałe - sprzeczne z powszechnym mniemaniem wiernych - rzeczy. Książka jest zbiorem trzynastu esejów/felietonów poświęconych sprawom wiary, nadziei i miłości, oczywiście w ujęciu Nauki Kościoła i przepuszczonych przez maszynkę własnych obserwacji i doświadczeń Czecha.

Wygląda na to, że sprawy, o których pisze Halík, dotykają kwestii uniwersalnych i są transgraniczne. Wiele z sytuacji, które opisuje mają miejsce nie tylko w Czechach, ale także i w Polsce (i, jestem przekonany, również w innych krajach świata) – ludzie klepiący w kościołach modlitwy bez refleksji nad nimi, różańce odmawiane na akord a nie na jakość, niedzielne msze, w których uczestniczy się właściwie tylko z przyzwyczajenia, z tradycji, a nie z potrzeby ducha – to samo można by powiedzieć o wielu polskich katolikach. Tak samo jak księdza, mnie również denerwują wszystkie hurraoptymistyczne zjazdy młodzieży, aby wspólnie, w kilkunasto- lub kilkusettysięcznych tłumach przeżywać obecność Chrystusa – mnie to nie kręci, nie potrafię zrozumieć, jak ci ludzie mogą się skupić na mszy, na tym co jest przekazywane przez pasterza wiernym; zawsze uważałem, że do modlitwy potrzeba ciszy, spokoju, a nie harmidru i sztucznego zagrzewania pielgrzymów przez księży do chóralnego wznoszenia okrzyków czy nieskoordynowanego śpiewu wielu grup naraz. Halík dotyka również fundamentalnych dla wiary kwestii: jaki jest Bóg, co się dzieje z nami po śmierci, dlaczego wątpiący są równie potrzebni Kościołowi jak wierzący i niewierzący. Rzuca śmiałą tezę, że nawet w tych, którzy rozstali się z Bogiem, gdzieś głęboko pozostała jakaś iskierka wiary i wielu z tych ludzi ukrywa ją właściwie przed samym sobą.

Czechów uwielbiam głównie za komedie, które kręcili pod koniec lat 90., w piwie specjalnie nie smakuję, a religią interesuję się na tyle na ile mnie samego dotyka. Halík zdecydowanie dobrze zna się na ostatnim zagadnieniu, a trudne kwestie związane z wiarą stara się tłumaczyć stosunkowo prostym językiem – nie zawsze udało mi się go zrozumieć, podążyć jego ścieżką myślenia, ale chwała mu, że podjął się w ogóle tego trudu. Dla wielu katolików, szczególnie tych podążających ślepo i bezrozumnie za kościołem, książka i jej autor mogą stać się wrogami numer jeden. Za miernik wartościowości pozycji niech posłuży fakt, że uwielbiają księdza również zagorzali ateiści, nawet ci z 78-letnim stażem. Polecam dla chcących zgłębiać swoją wiarę, dla zagubionych, ciekawych i wytrwałych.

Agora 2013

sobota, 17 listopada 2012

Kapliczki i krzyże przydrożne to kolejna publikacja, która ukazała się w jednej z moich ulubionych serii wydawniczych. Tytułowe kapliczki oraz krzyże są nieodłącznym elementem polskiego krajobrazu, który podczas swoich wędrówek spotykamy tu i ówdzie, ale - jak się okazuje - niewiele o nich wiemy. 

Tomasz Czerwiński zawarł w swojej książce nieprzebrane bogactwo form przydrożnych krzyży oraz kapliczek. W ramach wprowadzenia omówił rozmaite formy krzyży (krzyż prawosławny, jerozolimski, papieski itp.) oraz symbolikę poszczególnych elementów, z których są złożone. W części właściwej publikacji podjął się klasyfikacji polskich krzyży oraz kapliczek, a także omówił ich gospodarzy, czyli świętych, którzy w nich "mieszkają". Kryterium podziału stanowi materiał, z których wykonane są krzyże (drewno, kamień, żelazo) oraz formy architektoniczne w przypadku kapliczek. Nie byłam świadoma istnienia tylu form! Autor wyróżnił m.in. kapliczki wiszące, brogowe, arkadowe, domkowe, latarnie oraz kolumny i słupy. Jedną z najciekawszych form są latarnie umarłych, funkcjonujące jako znak skażonego terytorium np.pobliskiego leprozorium czy miejsca pochówku ofiar epidemii. Interesującym elementem jest wewnętrzny szyb, którym windowano w górę konstrukcji płonący kaganek - to właśnie światełku latarnia zawdzięcza swoją nazwę. Dlaczego ta forma zainteresowała mnie najbardziej? W moim mieście ostały się co najmniej cztery latarnie umarłych, mijałam je, nie wiedząc jakiemu celowi służyły. Nie będę omawiała tutaj wszystkich powodów stawiania krzyży czy kapliczek, przytoczę jeszcze tylko jeden przykład, który zainteresował mnie szczególnie. Nigdy nie widziałam krzyży pokutnych, które stawiano w ramach zadośćuczynienia morderstwu. Na krzyżach tych, zwykle kamiennych, grawerowano wizerunek narzędzia zbrodni - nóż, tasak czy... widły! 

Materiał opracowany w Kapliczkach i krzyżach przydrożnych jest imponujący! Treść została uschematyzowana w logiczny sposób, dokładnie omówiona i zilustrowana licznymi rycinami oraz fotografiami. Niestety, korekta w serii nadal kuleje (estetyczne albumowe wydanie zasługuje na staranniejsze dopracowanie szczegółów!), choć i tak widać poprawę w porównaniu z poprzednimi częściami, które miałam okazję czytać. Mimo to Kapliczki i krzyże przydrożne polecam - zwłaszcza miłośnikom dziedzictwa kulturowego Polski, dla których jest to lektura obowiązkowa!

Muza 2012
Seria: Ocalić od zapomnienia