Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przyroda. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przyroda. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 17 lipca 2016

Ostatnio coraz mniej czasu poświęcam na pisanie recenzji, bo pochłania mnie przyroda - porzucona pasja z dzieciństwa, do której wróciłam po wielu latach. Również lektury coraz częściej dobieram pod tym kątem, dlatego z entuzjazmem sięgnęłam po Chrapiącego ptaka. Początkowo nie mogłam wciągnąć się w historię rodziny Heinrichów, ale nawet nie zauważyłam kiedy zostałam pochłonięta bez reszty. Kolejne nazwiska zaczęły być rozpoznawalne, a poszczególne elementy opowieści zaczęły się układać w jedną całość.

Gerd Heinrich, ojciec autora, był uznanym przyrodnikiem i badaczem gąsieniczników. W celach badawczych wyprawiał się na Bliski Wschód, do Azji Południowo-Wschodniej i Afryki, a trzeba pamiętać, że w pierwszej połowie XX wieku egzotyczne podróże nie były czymś powszechnym. Dla swoich ukochanych gąsieniczników - a oficjalnie w celu pozyskiwania eksponatów dla muzeów przyrodniczych - był w stanie znosić miesiące niewygód i porażek. Na ołtarzu swojej pasji w pewnym sensie złożył również swoje dzieci, które na kilka lat oddał do szkoły z internatem, żeby móc wyruszyć na kolejną wyprawę. W Domu Dobrej Woli Bernd przez długi czas nie mógł się zaaklimatyzować i jedynie ucieczki w świat przyrody pomogły mu zachować równowagę w miejscu, które było dla niego obce i w którym nie czuł wsparcia najbliższych (zwłaszcza uderzyło mnie wspomnienie o tym jak chłopak poprosił ojca o przysłanie na gwiazdkę "pasa, ołówków i pasty do zębów" i nie otrzymał ich). 

Gerd miał serce jedynie do kobiet (był bardzo kochliwy, a prawdziwym darem od losu była tolerancyjna żona, która kochance męża potrafiła zrobić awanturę o porzucenie go, podczas gdy ten powinien skupiać się na pracy badawczej, a nie na przeżywaniu zawodu miłosnego) i do swoich gąsieniczników. Bernd wielokrotnie był dla niego powodem zawodu, bo realizował się w bieganiu i w nowoczesnym nurcie biologii, co ojciec poczytywał niemal za świętokradztwo i odwrócenie się od tradycji rodzinnej. Niełatwo było młodemu Berndowi, ale - jak wspomina - to właśnie spory z papą ukształtowały go i pomogły mu skrystalizować własne poglądy pozostające w zgodzie z zaszczepionymi przez ojca wartościami. 

Chrapiący ptak to książka trudna do sklasyfikowania. Jest to zarówno autobiografia Bernda, jak i biografia Gerda Heinricha, a przy tym saga (choć jednotomowa, ale jakże obszerna) rodu Heinrichów, książka popularnonaukowa, pełna nazw gatunkowych i opisów przyrody, a po części również powieść przygodowa z dość licznymi elementami komizmu sytuacyjnego. Wspomnę choćby o przygodzie Gerda, który podczas zawieruchy wojennej ukrywał się w lesie i mimowolnie był świadkiem dezercji żołnierzy niemieckich. W efekcie zbiegu okoliczności został obdarowany przez sprzyjający los nie tylko zapasami żywności, ale również maszyną do pisania i skrzynką Krzyży Żelaznych, których użył później jako waluty. Trzeba przyznać, że Gerd zdecydowanie urodził się pod szczęśliwą gwiazdą, bo takich szczęśliwych zrządzeń losu doświadczył w swoim barwnym życiu wiele razy.

Zakochałam się w tej książce, w jej autorze - jego sposobie snucia opowieści, osobowości, uporze i podejściu do przyrody. Z zafascynowaniem czytałam o jego udanej próbie przedzierzgnięcia się z "konusa z lasu" w sportowca, a w rozbawienie wprawił mnie pomysł pomalowania wieży ciśnień na terenie znienawidzonej szkoły na pamiątkę swojej w niej obecności oraz - iście "psychologiczne" - podejście do wypełniania formularzy aplikacyjnych na studia, w wyniku czego prawie wszystkie uczelnie nie były zainteresowane jego kandydaturą na studenta. W kwestii podejścia do przyrody poczułam niesamowitą nić porozumienia, mimo iż autor w latach młodzieńczych wybierał jaja i pisklęta z gniazd, a także uśmiercał ptaki. Jak jednak napisał po latach, w parze z zapędami myśliwskimi szło uwielbienie dla nieszczęsnych stworzeń i świadomość, że "wiedza jest ważna, a nie da się jej zdobyć tanim kosztem"*. 

Jedno jest pewne - chcę więcej! Na mojej półce czeka zachwalane przez wszystkich Wieczne życie, ale wiem, że na tej książce nie poprzestanę. Dla Bernda Heinricha jestem nawet w stanie mozolnie przedzierać się przez oryginalne wydania! Wam jego książki gorąco polecam, choć dla kogoś nie zainteresowanego przyrodą Chrapiący ptak może być niełatwą lekturą.

Na koniec przytoczę jedną z licznych mądrych myśli zawartych na kartach książki:

Myślę, że dzieci samorzutnie interesują się światem naturalnym, tyle że często skłonność ta więdnie z powodu braku kontaktu z nim. Inne rzeczy wypełniają pustkę, kiedy chłonne umysły dzieci łakną poznania świata.**

Warto wziąć te słowa pod rozwagę i zamiast smartfona czy tableta podarować dziecku swój czas i zaszczepić w nim ciekawość świata tak, jak Gerd Heinrich zaszczepił w swoim synu.

Czarne 2016
Tytuł oryginału: The Snoring Bird: My Family's Journey Through a Century of Biology
Seria: Menażeria
Przekład: Michał Szczubiałka

* B. Heinrich, Chrapiący ptak. Rodzinna podróż przez stulecie biologii, Wołowiec 2016, s. 405.
** Jw., s. 256.

środa, 20 kwietnia 2016

Pamiętam mój pierwszy wypad do Puszczy Augustowskiej i ten strach, gdy ja i mój towarzysz usłyszeliśmy w oddali jakby ujadanie i wycie, a gdy podzieliłam się z nim swoimi obawami, usłyszałam w odpowiedzi: Jakby co, to umiesz szybko wspiąć się na drzewo? Gdybyśmy byli w sadzie, a nie w puszczy, zapewne rozbawiłoby mnie to pytanie, ale w tamtej sytuacji nie miałam ochoty na żarty; wiedziałam, że mogę zdać się jedynie na bieg ułatwiony przez wysoki poziom adrenaliny we krwi. Dziś wiem, że to moja wyobraźnia spłatała mi figla i sprawcami zamieszania były psy, ale nawet jeśli słyszałabym wilki, spotkanie z nimi byłoby bardzo mało prawdopodobne, co uświadomił mi Adam Wajrak zapytany na spotkaniu autorskim w Krakowie o to jak należy zachować się w takim wypadku. Co poradził? Zachwycić się, póki widzimy wilka, bo ten zwykle czmycha prędzej niż zdołamy pomyśleć nad tym jak się zachować. Podobno nawet w chwili zagrożenia wilcząt wilczyca, w przeciwieństwie np. do niedźwiedzia, nie będzie ich bronić, tylko będzie obserwować wszystko z ukrycia...

Póki co, mnie dane było zachwycić się wyłącznie książką (no, i może odrobinę osobą autora, choć słowo zachwyt to ciut za mocne określenie). Lektura Wilków uzmysłowiła mi jak mało wiem o tych zwierzętach i - mimo iż interesuję się przyrodą (sporo czytam, a co weekend bywam w terenie) - moja dotychczasowa wiedza była szczątkowa i naznaczona stereotypami. Teraz już wiem jak wygląda hierarchia w watasze, jak przebiega konfrontacja wilków z psem oraz jakie zwierzęta najczęściej padają ich ofiarą. Wilcze menu było przedmiotem szczegółowych badań Nurii (żony autora książki), w których to nieocenionym kompanem był... kundelek-przybłęda noszący wdzięczne imię Antonia. Suczka była mistrzem w tropieniu pozostałości po wilczych ucztach i zapewne skradła serce nie tylko swoich opiekunów, ale również czytelników. 

Adam Wajrak sporo miejsca poświęca również trudnym relacjom: wilk-człowiek. Odwieczny strach przed tymi tajemniczymi zwierzętami pokutował i nadal pokutuje bezmyślnym tępieniem tego gatunku. Nie tak dawno głośna była sprawa skórowania wilka przez myśliwych, a o ilu konających w cierpieniu w kłusowniczych wnykach zwierzętach nie wiemy? Do tego dochodzi wybieranie wilkom szczeniąt, by trzymać je potem na łańcuchach koło domu lub w piwnicy... Straszny to los dla dzikiego zwierzęcia, w dodatku będącego ucieleśnieniem wolności i niezależności. Takie historie zwykle nie kończą się dobrze, czego dowodem jest opowieść o Kazanie, najsłynniejszym polskim wilku.

Wilki przez bardzo długi czas nie schodziły z list bestsellerów, co nie jest dla mnie zaskoczeniem. Książka, podobnie jak poprzednie tytuły Adama Wajraka, została napisana w iście gawędziarskim stylu, bez zadęcia i naukowej terminologii, a sama tematyka jest bardzo nośna. W końcu większość z nas nie wie o wilku nic ponad to, że jest bardzo groźny, bo przecież pożarł Czerwonego Kapturka i jego babcię. 

Agora 2015

piątek, 21 listopada 2014

Jakiś czas temu zafascynowana pisałam o książce To zwierzę mnie bierze, wyrażając nadzieję na ukazanie się kolejnej publikacji znanego przyrodnika. Wydawnictwo Agora nie kazało mi długo czekać - kilka miesięcy później na moją półkę trafiły Zwierzaki Wajraka.  

Pozycja ta jest wznowieniem książki wydanej 12 lat temu przez Wydawnictwo Znak, która była zbiorem przedruków z "Komiksowa", dodatku do "Gazety Wyborczej" adresowanego do najmłodszych czytelników. Dziś teczki z zachowanymi artykułami posiadają zapewne nieliczni pasjonaci (mnie ten cykl w ogóle nie jest znany, więc edukację przyrodniczą zdobywałam m.in. z miesięcznika "Zwierzaki"), a książki nie można nabyć od kilku lat, nowa edycja jest więc ukłonem w stronę spragnionych wiedzy młodych przyrodników i ich rodziców. Informacje, które straciły na swej aktualności zostały poprawione, dotyczy to głównie liczebności populacji czy zwyczajów, do których należą wędrówki ptaków. Niektóre gatunki zamieszkujące miasta coraz częściej zimują w Polsce, podczas gdy jeszcze kilkanaście lat temu odlatywały do ciepłych krajów. Przyczyniają się do tego ludzie, którzy dokarmiają ptaki oraz coraz łagodniejsze zimy. 

Zwierzaki Wajraka są leksykonem polskich przedstawicieli fauny, związanych z czterema środowiskami, a więc: towarzyszących człowiekowi w miastach i na wsiach, zamieszkujących w pobliżu cieków i zbiorników wodnych, spotykanych w lasach oraz preferujących otwarte tereny. Ostatni rozdział jest ciekawostką, gdyż przedstawia zwierzęta spotykane w Europie, ale poza granicami Polski. Wszystkie zwierzęta, zarówno rodzime jak i te, które możemy spotkać podczas podróży po Europie, zostały opatrzone symbolem oka z oceną punktową (1-4) stopnia trudności spotkania ich w terenie. Każdy gatunek został również zilustrowany przez Annę Klonowską - w tej kwestii zauważyłam pewne nieścisłości. Pierwsza sprawa to wierność oryginałowi, przykładem niech będzie sierpówka wyposażona przez ilustratorkę w zbyt masywny dziób. Drugą kwestią jest niekonsekwencja stylistyczna (a może estetyczna?). Większość rysunków jest wierna oryginałowi i przyjemna w odbiorze - lekka kreska, odpowiednie wypełnienie kolorem - ale zdarzają się takie koszmarki jak rybołów (wyraźne kontury, które wyglądają jakby były malowane przez dziecko lub na raty, przez co łączenia poszczególnych odcinków do siebie nie pasują)..., brrrr!

Na opisy hasłowe składają się: nazwa łacińska opisywanego gatunku, informacje na temat gabarytów zwierzęcia (w zależności od gatunku: długość ciała, waga, rozpiętość skrzydeł) oraz informacje na temat środowiska, w którym żyje, jego zwyczajów, a także sposobu zdobywania pożywienia. Suche fakty zostały okraszone licznymi anegdotami i ciekawostkami, Wajrak jest bowiem nie tylko doświadczonym przyrodnikiem, ale i świetnym gawędziarzem. Dzięki jego opowieściom dowiedziałam się o jadowitym gryzoniu, zdolności pewnych ptaków do popadania w stan odrętwienia oraz o skłonności pewnego ssaka do załatwiania się w tzw. latrynach. Odkryłam również "producenta" najlepszego puchu, a także poznałam tajemnicę nietoperza, który... no, właśnie: wkręca się we włosy czy nie?

Zwierzaki Wajraka to książka znacznie różniąca się od poprzedniej publikacji. Choć styl opowieści jest podobny, zdecydowanie wolę To zwierzę mnie bierze. Nie potrafiłam odnaleźć się w zaproponowanym układzie - brakowało mi podziału na grupy zwierząt (ptaki, ssaki, ryby, płazy, gady) lub choćby układu alfabetycznego w obrębie poszczególnych środowisk-rozdziałów. Gwoździem do trumny są wspomniane wcześniej ilustracje, gdyż preferuję fotografie, które są wierniejsze szczegółom. Zauważyłam również dwa przeoczenia redakcji. Z tekstów prasowych powinny były zniknąć odniesienia do poprzednich artykułów, które nie znalazły się w publikacji. Wajrak przy okazji przedstawiania dzierzby gąsiorka odnosi się do opisywanego wcześniej srokosza, podobnie jak w przypadku odwołania do kszyka podczas prezentowania bekasa dubelta. Szukałam, wertowałam, na próżno - z pustego i Salomon nie naleje...

Mimo dość licznych uwag nie wyobrażam sobie aby na mojej przyrodniczej półce zabrakło Zwierzaków Wajraka. 

Agora 2014

czwartek, 25 września 2014

Odkąd pamiętam w moim umyśle toczyła się walka. Świat przyrody konkurował z zamiłowaniem do literatury i nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że te dwie sfery nijak do siebie nie przystają, zwłaszcza że ślęczenie w książkach niczym renesansowy humanista pochłaniało czas, który mogłabym spędzić w terenie na kontemplacji żywych tworów natury, a zwłaszcza moich ukochanych ptaków. 

Sprzeczność podobnej natury targała nie tylko moim umysłem, lecz zaprzątała także myśli Roberta Pucka, tłumacza i filozofa, a także wnikliwego obserwatora przyrody i rządzących nią praw. Humanistyka domagała się jego uwagi na równi z przyrodnictwem - owocem tych starć jest książka Pająki pana Roberta, która - jak wyjaśnia autor - miała być próbą zasypania rowu oddzielającego te dwie dyscypliny. Przyczynkiem do jej powstania był niewątpliwie fakt odkrycia pomyłki Zbigniewa Herberta, który w Martwej naturze z wędzidłem jętkę pomylił z łątką, a niefortunne metafory nieobeznanych z przyrodą literatów tylko przypieczętowały ideę zbliżenia do siebie dwóch nauk. Pająki wydały się idealnym materiałem na bohaterów - po przeprowadzce do chatki w lesie Robert Pucek nie musiał ich szukać, one same odnalazły jego, a właściwie to jego dom oraz ogródek, które obrały sobie za lokum. 

Pan Robert, bo tak autor nazywa siebie, stając niejako z boku, poświęcił sporo czasu na obserwacje swoich oryginalnych sąsiadów. Z ogromnym zaciekawieniem odnotowywał szczegóły ich fizjonomii, sposób żerowania, wytwarzania pajęczyny czy wreszcie zachowanie. Jak się bowiem okazuje, również pająki, którymi większość z nas pogardza i którymi się brzydzi, mają bardzo interesujące życie, zwłaszcza jeśli chodzi o zwyczaje związane z prokreacją. Zachowaniom godowym Pucek poświęcił sporo miejsca, podobnie jak opisom aktów kopulacji czy opiece nad potomstwem. Swoje spostrzeżenia na bieżąco weryfikował z literaturą XVII-wiecznych przyrodników oraz filozofów (pan Robert cytuje m.in. Swammerdama, Listera, Arystotelesa, Leibniza i Malebranche'a), co pozwoliło mu formułować osądy o naturze człowieka i jego egzystencji.

Pająki pana Roberta to książka wymykająca się sztywnym ramom - jest to po trochu esej, po trochu traktat filozoficzny i wreszcie książka przyrodnicza, o czym świadczą bogate opisy licznych gatunków pająków. Robert Pucek niczym Cogitowski pan od przyrody z czułością - co wielokrotnie podkreślał - pochylił się nad tymi pogardzanymi, a często w ogóle nie zauważanymi stworzeniami, by na ich przykładzie ukazać prawa rządzące nie tylko światem zwierząt, ale i człowieka. Tym samym udowodnił, że warto się zatrzymać w biegu, by zacząć dostrzegać to, co tak łatwo przeoczyć w codziennej gonitwie. 

Pozorna nieprzystawalność nauk humanistycznych i przyrodniczych, o której pisałam we wstępie, okazała się mitem, z którym Robert Pucek rozprawił się po mistrzowsku, wprowadzając czytelnika w atmosferę leniwie toczących się dni, wypełnionych prowadzeniem obserwacji oraz studiowaniem uczonych ksiąg. Liczę na to, że seria Menażeria kryje kolejne perełki, które podobnie jak Pająki pana Roberta zaspokoją moją potrzebę obcowania z przyrodą za pośrednictwem literatury z najwyższej półki. 

Czarne 2014
Seria: Menażeria

środa, 7 sierpnia 2013

Gdyby na Warszawskich Targach Książki przyznawano nagrody dla najpopularniejszych autorów, niekwestionowanym zwycięzcą tegorocznej edycji zostałby Adam Wajrak, który zdeklasował poczytnych kolegów po piórze takich jak Jaume Cabre, Wojciech Cejrowski czy Andrzej Pilipiuk. To właśnie do przyrodnika ustawiła się najdłuższa kolejka po autograf (co ciekawe, inną popularną autorką była nie pisarka sensu stricto, a trenerka personalna Ewa Chodakowska). Na czym polega fenomen popularności Wajraka? 

W dobie karierowiczostwa i pogoni za pieniędzmi dziennikarz wybrał życie blisko natury, w Teremiskach, wiosce położonej w Puszczy Białowieskiej. Zamiast garnituru nosi wygodne terenowe ubrania, a zamiast teczki do pracy zabiera torby ze sprzętem fotograficznym. Na swojej drodze, zamiast osób spieszących do pracy z kawą w ręku, Wajrak spotyka wilki, myszy leśne i węże eskulapa. Jak napisano w notce o autorze, dla wielu jest obiektem zazdrości i taka sytuacja mnie nie dziwi. Nie mówię o "nieustających wakacjach", ale o możliwości podglądnięcia tego, co natura skrzętnie przed nami ukrywa. 

Choć to, co zakryte, fascynuje najbardziej, Wajrak udowadnia, że również to, co pospolite może zadziwić. Kto zna zwyczaje wróbli czy mazurków, nie wspominając o tym, że dla wielu osób każdy mały szaro-brązowy ptaszek jest wróblem, a mazurek kojarzy im się tylko z hymnem Dąbrowskiego lub wielkanocnym wypiekiem? Kto wie, że małe kuleczki-sikoreczki wykazują skłonności do atakowania innych ptaków i nietoperzy, a gdy pokonają ofiarę z lubością konsumują ich mózgi? Książka jest wręcz naszpikowana informacjami na temat zwyczajów zwierząt, będącymi wynikiem obserwacji oraz badań. Ale To zwierzę mnie bierze wbrew tytułowi nie jest książką tylko o zwierzętach. Drzewa olbrzymy oraz śluzowce, organizmy z pogranicza świata grzybów i zwierząt, zostały opisane w osobnych rozdziałach, ale wiele roślin pojawia się w tekstach przy okazji, będąc przecież nieodłącznym elementem przyrody. Sójki sadzą dęby, korniki "niszczą" świerki...

Mam nadzieję, że pojawi się kontynuacja To zwierzę mnie bierze - jeszcze tyle zwierząt zostało do opisania! Chętnie poczytam - i zapewne nie tylko ja - o biedronkach, kleszczach, srokach, batalionach i... Materiału na pewno nie zabraknie, mam nadzieję, że autorowi chęci - również. 

Parafrazując tytuł - ta książka mnie bierze!

Agora 2013

sobota, 19 stycznia 2013

Ralph A. Clevenger jest wykładowcą fotografii przyrodniczej w szkole fotograficznej Brooks Institute oraz autorem wielu zdjęć, które możemy podziwiać w czasopiśmie "National Geographic". Po Bezkrwawe łowy jego autorstwa sięgnęłam z nadzieją na wzbogacenie mojej wiedzy z zakresu fotografii zwierząt, zwłaszcza ptaków. Taką zawartość sugerowała - prześliczna zresztą - okładka oraz tytuł nawiązujący do pojęcia ukutego przez Włodzimierza Puchalskiego, mistrza fotografii przyrodniczej. Jakie było moje zdziwienie, gdy okazało się, że hasło "łowy" zostało tu potraktowane bardzo szeroko i fotograficzne safari w znacznej mierze będzie miało na celu ustrzelenie... krajobrazu! Nie wiem, czym kierowali się tłumacz oraz polski wydawca - niefortunny tytuł wprowadza czytelnika w błąd (jego oryginalny odpowiednik jest bardziej adekwatny do treści książki).

Bezkrwawe łowy to poradnik, na który składa się 14 rozdziałów. Clevenger omawia elementy, bez których nie byłoby fotografii, a więc sprzęt, światło oraz przykładowe tematy szeroko rozumianej fotografii przyrodniczej. Autor porusza kwestię wyposażenia fotografa, jednak w sposób dość oryginalny jak na poradnik. Nie pomaga bowiem w konfiguracji własnego zestawu, lecz omawia posiadane przez siebie akcesoria, często wyjaśniając, w jaki sposób ich używa. Całkowitym novum były dla mnie klamry, którymi delikatnie można przypiąć chwiejącą się łodyżkę kwiatka do czegoś bardziej stabilnego, np. statywu oraz... drabina, która - jak się okazuje - jest całkiem przydatnym narzędziem pracy fotografa. 

Jak wspomniałam wcześniej, autor stworzył katalog tematów, w ramach których omówił makrofotografię, fotografowanie w ogrodach i parkach, dziką przyrodę oraz krajobrazy, przybliżając nie tylko kwestie techniczne wykonywania ujęć, ale w kilku przypadkach zwracając uwagę również na etykę. Przyznam, iż zdziwiło mnie przyzwolenie na o s t r o ż n e fotografowanie gniazd - ptaków nie powinno się niepokoić, zwłaszcza w sezonie lęgowym. Owszem, można fotografować bez ingerencji w ptasi świat, ale wymaga to dobrego sprzętu, umożliwiającego dogodne fotografowanie z dużych odległości, oraz dużego doświadczenia fotografa, którego ważnym elementem jest znajomość behawioru ptaków. W większości przypadków jest to domeną profesjonalistów (np. bracia Kłosowscy), a poradnik adresowany jest do amatorów, którym dla dobra ptaków odradzałabym fotografowanie gniazd w ogóle. Pozostając w temacie etyki, Clevenger zamieścił zestawienie etycznego zachowania w świecie przyrody; pozostaje mieć nadzieję, że zostanie ono zauważone (znajduje się między zestawieniem przydatnych stron internetowych a spisem treści) i że czytelnicy wezmą sobie do serca jego założenia. Warto podkreślić, iż autor zachęca do fotografowania zwierząt trzymanych w niewoli - tak powstało wiele jego zdjęć, które wyglądają na wykonane w naturze. Zwraca jednak uwagę, by nie ukrywać rzeczywistego miejsca wykonania fotografii, gdyż ten fakt nie umniejsza wartości zdjęcia, a świadczy o uczciwości fotografa.

Bezkrwawe łowy to książka inna niż się spodziewałam. Nie podejrzewałam, iż tematyka publikacji zostanie rozszerzona na szeroko rozumianą naturę, nie mogę jednak powiedzieć, że nie była interesująca. Ciekawym rozwiązaniem było ujawnienie wnętrza walizki ze sprzętem autora publikacji; często oglądając profesjonalnie wykonane zdjęcia zastanawiałam się, na jakim sprzęcie pracuje i jak dobrał parametry - na to pytanie odpowiedź można znaleźć przy każdym ze zdjęć autora. A te są naprawdę warte uwagi! Jedyne, do czego mam zastrzeżenia, to warstwa edytorska: pojawiająca się w niektórych przypadkach nieadekwatność opisu do zdjęcia jest dezorientująca, a skrót "rys.", który znajduje się przy każdej fotografii, zastąpiłabym odpowiedniejszym skrótem "fot.". 

Helion 2010
Tytuł oryginału: Photographing Nature: A photo workshop from Brooks Institute's top nature photography instructor
Przekład: Michał Lipa

niedziela, 11 listopada 2012

Andrzej G. Kruszewicz jest niekwestionowanym guru w ornitologicznym światku. Jest lekarzem weterynarii, ale swoją uwagę zwrócił na ptaki, dla których stworzył azyl działający przy warszawskim zoo. To właśnie jego pacjenci są bohaterami najnowszej publikacji Kruszewicza, znanego czytelnikom z wcześniejszych dokonań, m.in. monumentalnego dzieła Ptaki Polski. 

Moi skrzydlaci pacjenci to historie najciekawszych przypadków, z którymi doktor Kruszewicz spotkał się podczas swojej pracy w Azylu dla Ptaków. Poznajemy bocianicę Wyścigówkę, orła Pepo, pelikana Pelka, sępy Trzezbora oraz Letricię oraz rzeszę innych, często bezimiennych bohaterów, których łączy jedno - potrzebują pomocy lub za będące w potrzebie zostały uznane... niesłusznie. Jak wynika z wielu historii często ptakom dzieje się krzywda przez ludzką nadgorliwość i nieznajomość ptasich zwyczajów. Podloty, czyli ptaki będące już poza gniazdem, ale nie umiejące jeszcze dobrze latać, są odbierane jako porzucone przez rodziców i kłopot murowany. Ptaki trafiają do azylu, skąd ciężko je z powrotem odnieść na miejsce ich znalezienia; ptaki wychowywane są zatem w niewoli i ciężko je potem przystosować do życia na wolności.

Andrzej G. Kruszewicz to urodzony gawędziarz - o swojej pasji (i pracy) potrafi opowiadać niezwykle ciekawie i z dużą dozą humoru (polecam szczególnie historię o kradzieży pudełka z logo firmy Toshiba). Ale Moi skrzydlaci pacjenci to nie tylko historie, które bawią lub poruszają. Książka jest także cichym apelem, aby ptakom pomagać mądrze i nie wyciągać pochopnych wniosków z tego, co się widzi. Puchaty osamotniony ptaszek nie zawsze potrzebuje naszej pomocy (być może czeka na rodziców, którzy w tym czasie polują), a nawet najlepiej prowadzony azyl nie zapewni mu tego, co życie na wolności. Na koniec wspomnę o pięknej szacie graficznej - książka została wydana jak album, a dzięki dużemu formatowi zamieszczone w niej zdjęcia prezentują się wybornie!

Moi skrzydlaci pacjenci to prawdziwa gratka dla wszystkich miłośników ptaków!

Multico 2012

czwartek, 8 listopada 2012

Według powszechnej opinii zwierzęta nie mają duszy, co jest sprzeczne z jej definicją, gdyż dusza jest tym, co odróżnia istotę żywą od bytu nieożywionego. Niestety, ludzie zwykli przypisywać sobie wyjątkowość i chlubić się swoją rzekomą wyższością, dlatego często trudno jest im zaakceptować fakt, iż pewne przymioty przyszło im dzielić z innymi organizmami żywymi. Nie dopuszczają do siebie myśli, że zwierzę może kierować się czymś więcej niż instynktem, natomiast o inteligencję podejrzewają tylko naczelne (w końcu jest to fakt potwierdzony licznymi doświadczeniami). A ptaki? Związku frazeologicznego "ptasi móżdżek" nie trzeba tłumaczyć. Stereotypowe myślenie o tej gromadzie zwierząt zdecydowanie odmawia im inteligencji i innych "ludzkich" przymiotów, tymczasem badania okazują się mówić coś innego...

Możliwość długoletniej obserwacji papugi, którą się opiekuję, zaowocowała przekonaniem, iż jest ona obdarzona nie tylko inteligencją, ale i charakterem. Co wydawało mi się dziwne - udawało mi się zauważyć, że coś jej nie smakuje lub że jest zadowolona, spostrzegając także jej słaby wzrok w gorszych warunkach oświetleniowych. Nie wiedziałam, na ile ptasie zmysły są rozwinięte i które dominują w ich życiu - mogłam się tego jedynie domyślać. I po tych wszystkich latach otrzymałam nieocenioną pomoc w moich amatorskich dociekaniach! 

Sekrety ptaków. Fascynujący świat ptasich zmysłów to pokłosie obserwacji ptaków poczynionych przez Tima Birkheada na kilku kontynentach, uzupełnionych wiedzą zdobytą przez innych badaczy tematu. Autor skupił się bowiem nie tylko na tym, co zostało już jednoznacznie stwierdzone, ale sięga też do historii badań, omawiając drogę od początkowej tezy do wniosku, który często okazuje się sprzeczny z początkowym założeniem. Tim Birkhead pozostawia także kilka furtek otwartych dla przyszłych badaczy, gdyż nie każda kwestia została kompleksowo zbadana i wyjaśniona jak np. zagadnienie zmysłu smaku. Wprawdzie poczyniono pewne badania i obserwacje, jednak nie zmienia to faktu, że o tej dziedzinie wiemy chyba najmniej. Pozostałe jednak zostały przebadane gruntownie i wiemy, w jakim stopniu ptak posługuje się zmysłami wzroku, słuchu, węchu czy dotyku (proporcje te są różne w zależności od gatunku) oraz w jaki sposób przeżywa i okazuje emocje. Mimo, iż wszystkie rozdziały wnoszą ogrom wiedzy, prawdziwą gratką okazał się dla mnie rozdział o zmyśle magnetycznym, z istnienia którego nie zdawałam sobie wcześniej sprawy. Dzięki Birkheadowi moje hipotetyczne dociekania na temat umiejętności powracania z zimowiska w to samo miejsce nareszcie doczekały się wyjaśnienia! 

Sekrety ptaków są jak podróż po fantastycznej krainie. Wycieczka w świat ptasich zmysłów jest fascynującym przeżyciem i mam nadzieję, że Tim Birkhead zabierze mnie kiedyś w podobną podróż (a nie jest to pobożne życzenie - Sekrety ptaków nie są jego jedyną publikacją i liczę na to, że pozostałe również doczekają się polskiego przekładu).

Galaktyka 2012

poniedziałek, 17 września 2012


Ziołami w botanice nazywane są rośliny o delikatnej łodydze, które po zakwitnieniu i wydaniu owoców zamierają w części nadziemnej. W atlasie rozszerzono jednak pojęcie na wszystkie rośliny lecznicze, a więc także na krzewy oraz drzewa.

Opisane rośliny zostały podzielone na rodziny. Aby ułatwić korzystanie z książki każda rodzina została oznaczona innym kolorem. Na charakterystyki poszczególnych gatunków składają się: ilustracja, wielkość i opis, występowanie oraz zastosowanie. Warto zaznaczyć, że nie wszystkie opisywane rośliny pochodzą z naszej strefy klimatycznej, są jednak u nas powszechnie znane (np. cynamonowce). Podobnie jak do opisywanych przeze mnie Grzybów, do Ziół i roślin leczniczych także załączono tablicę porównującą gatunki ziół według kolorów kwiatów i owoców. 

W porównaniu z Grzybami z tej samej serii książka prezentuje się lepiej. Podział na rodziny jest zastosowany konsekwentnie, a załączona rozkładówka jest praktyczniejsza. Atlasik jest również (dosłownie) kieszonkowych rozmiarów i także zawiera plastikową okładkę, która uchroni książeczkę od zniszczenia, gdy zabierzemy ją w teren. 

Muza 2012
Tytuł oryginału: Concise Herb Guide
Przekład: Cezary Franciszek Murawski

niedziela, 16 września 2012


Podczas niejednego spaceru po lesie zastanawiałam się jak długo trwa rozkład powalonego drzewa czy butwiejących liści oraz jak wygląda wnętrze mrowiska (które z zewnątrz wygląda jak kupka bezładnie rzuconych igiełek). Na te i wiele innych pytań znalazłam odpowiedź w książce Pawła Fabijańskiego. Ta, choć adresowana do młodszego czytelnika, sprawiła mi dużo radości. Autor, absolwent Wydziału Biologii Uniwersytetu Warszawskiego, przybliża wiele kwestii związanych z lasem. Przybliża kwestie nazewnictwa (drzewostan; las pierwotny, naturalny oraz gospodarczy), omawia pracę leśnika oraz wybrane zagadnienia ze świata roślin, zwierząt oraz grzybów. Co najważniejsze - wiedza podana jest w przystępnej formie. Wszystkie kwestie zostały omówione według schematu: pytanie (zapisane na żółtej, zapewne samoprzylepnej, karteczce) - odpowiedź wraz z krótkim wyjaśnieniem. Każde zagadnienie zostało zilustrowane fotografiami wykonanymi przez autora oraz licznymi schematami i ilustracjami. 

Dzięki książce zweryfikowałam swoją wiedzę i uzupełniłam braki w edukacji. Już wiem, że dąb Bartek nie jest najstarszym drzewem w Polsce, lecz jednym z najgrubszych (o to miano rywalizują trzy dęby), a tytuł najbardziej sędziwego drzewa nosi cis rosnący na Dolnym Śląsku od około... 1260 lat! Las. Pytania i odpowiedzi polecam każdemu, kto interesuje się otaczającą przyrodą, bez względu na wiek.  

Muza 2012
Ilustracje: Robert Dzwonkowski  

sobota, 15 września 2012

"Grzyby. Kieszonkowy atlas"

Sezon grzybowy w pełni, ale zanim wyruszymy do lasu warto zaopatrzyć się w atlas grzybów. Ten, który proponuje Wydawnictwo Muza, jest kieszonkowy w pełnym tego słowa znaczeniu. Niewielki, poręczny rozmiar sprawia, że książeczka z łatwością zmieści się w kieszeni kurtki, a nawet spodni! A co znajduje się w środku publikacji? Maleńki atlas opisuje niemalże 200 gatunków grzybów - od najpopularniejszych jak np. koźlarze czy borowiki po mniej znane jak np. jadalny lejkowniczek pełnotrzonowy czy także zaliczająca się do tej grupy, aczkolwiek mało znana, dzieżka pomarańczowa. Każdy gatunek został dokładnie scharakteryzowany pod kątem jego wyglądu oraz miejsca i czasu występowania. Do książeczki załączono także małą rozkładówkę, porównującą podobne gatunki grzybów. Niestety, zabrakło mi zestawienia gatunków jadalnych i ich trujących braci bliźniaków (np. czubajka kania i muchomor sromotnikowy). W książce brakowało mi także ikonek wskazujących na to, czy grzyb jest jadalny, czy nie (informacje zostały zawarte w opisach poszczególnych gatunków). Trudno jednak winić autora (autorów?) za te braki - jak dowiedziałam się z wprowadzenia publikacja nie miała być atlasem grzybów jadalnych, lecz przewodnikiem terenowym. Jedyne więc, co mogłabym zarzucić książeczce to lekki chaos w klasyfikacji - grzyby zostały podzielone na rodziny (np. borowikowate, gąskowate czy muchomorowate), z których każda na pasku u góry strony została oznaczona innym kolorem, jednak nie trzymano się tego podziału konsekwentnie, w wyniku czego np. borowikowate zostały rozdzielone maślakowatymi i piaskowcowatymi. Być może sugerowano się podobnym wyglądem grzybów, jednak wystarczające porównanie zostało przedstawione na omówionej już rozkładówce.

Mimo tych drobnych mankamentów książeczka przypadła mi do gustu. Dzięki jej niewielkim wymiarom oraz wadze, a także plastikowej okładce jest praktyczna - można zabrać ją do lasu bez dźwigania zbędnego ciężaru i bez obaw, że książka się zniszczy. A jej towarzystwo w terenie daje sporą szansę na rozpoznanie niejadalnego czy będącego pod ochroną gatunku. 

Muza 2012
Tytuł oryginału: Concise Mushroom Guide
Przekład: Ewa Zaraś-Januszkiewicz