Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura brytyjska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura brytyjska. Pokaż wszystkie posty

piątek, 28 listopada 2014

Ameryka - ziemia mlekiem i miodem płynąca, swego czasu ziemia obiecana niejednego Polaka. Potęga światowa, mocarstwo, które pozostało samo na placu boju o hegemonię w wielu dziedzinach życia. Jeden z najlepiej rozwiniętych krajów na Ziemi, kraj, który chlubi się prawie nieograniczoną wolnością. I po części o tej nieskrępowanej możliwości robienia czego dusza zapragnie jest Wzorzec zbrodni Warrena Ellisa.

Akcję powieści rozkręca kula wystrzelona w kierunku policjanta, napastnik chwilę po wysłaniu stróża prawa w zaświaty wędruje tam za nim. Jeden z naboi uczestniczących w wymianie ognia doprowadza do przypadkowego odkrycia mieszkania z mnóstwem broni, którą, jak się później dowiadujemy, jedna osoba popełniła setki morderstw. Broń, starannie rozmieszczona na ścianie, układa się w tajemniczy wzór...

Śledztwo, które zostaje wszczęte, jest torpedowane przez osoby mające wpływ na przełożonych detektywa Tallowa. Na dodatek biedak do pomocy dostaje dwójkę świrów specjalizujących się w rozwiązywaniu zagadek kryminalnych na modłę CSI (używają nowoczesnej techniki i gadżetów do poszukiwania i analizy śladów). Przywołane na okładce porównanie klimatu książki do tego panującego w filmie Siedem jest jak najbardziej na miejscu - atmosfera śledztwa jest mroczna, a śledczy jest cały czas o krok od zbrodniarza, czuje jego oddech na swoich plecach, wie, że ten go obserwuje, wie, że się spotkają i wie, że ma być kolejną jego ofiarą. Właściwie wszystko jest wiadome - ścigający, który staje się ściganym, wie, że spotka się z zabójcą, ten drugi jest pewny, że tamten jest bez szans. Odwieczna gonitwa policjanta i przestępcy ukazana niemal w komiksowym, obrazkowym stylu, to jedna z mocnych stron Wzorca zbrodni. Drugą jest wplecenie akcji we współczesne realia, swoisty taniec ze śmiercią, danse macabre. Taniec to zaiste makabryczny, gdy przez radiostację Tallowa dociera do naszej głowy cały ogrom zła i krzywd z jakimi mieszkańcy Nowego Jorku żyją na co dzień i wyrządzają sobie nawzajem: Dziesięciolatek zastrzelony (...) Trzech napastników celowało w ojca, który pchał wózek. Dziecko w środku było martwe, zakonserwowane i pomalowane, z paczkami heroiny w wybebeszonym brzuchu. (...) Mężczyzna zaszlachtowany ostrym szpadlem przez sąsiada (...), świadek wspomina kłótnię o pożyczonego grilla. (...) Seryjny gwałciciel (...) każdą ze swych napaści kończy wciśnięciem słoika do pochwy ofiary i zgnieceniem go*. (...) Znaleziono zwłoki mężczyzny, złożone w walizce (...) Według wstępnych szacunków leżały tam trzy miesiące. Przed Kościołem (...) znaleziono martwą kobietę. Policjanci stwierdzili, że nie wiedzą, co piła, ale najwyraźniej nie miała żołądka**.

I już właściwie nie dziwi, że w takim środowisku narodziły się dwa indywidua jakimi są ścigający i ścigany. Obaj bohaterowie żyją w swoim własnym świecie - Łowca cierpi na zaburzenie postrzegania rzeczywistości, współczesność miesza mu się z czasami, kiedy Europejczycy zaczęli podbijać ziemię amerykańską. Tallow jest tylko człowiekiem, który zwyczajnie nie radzi sobie z codziennością, ale nie ma takich odjazdów, nie traci kontaktu z rzeczywistością, on po prostu interesuje się historią swojego miasta i jako zawodowiec wczuwa się w skórę zwierzyny, podąża jej tropem. Na jednej ścieżce spotyka się dwóch świrów, wartych siebie rywali, jeden reprezentuje prawo białego człowieka, drugi - prawo czerwonoskórych. I choć stoją po dwóch stronach barykady, to znakomicie nawzajem się rozumieją i szanują. Każdy wykonuje swoją robotę, każdy z największą starannością. Wygrywa silniejszy.

Im dłużej trawię tę książkę tym mam ochotę wystawić jej wyższą ocenę, niż miałem to zamiar uczynić początkowo. Zewsząd biją zachwyty nad nią, nie spotkałem ani jednego złego słowa pod jej adresem. Co sprawiło, że jest ona tak dobrze przyjmowana? Przecież nie jest to jedyna powieść o seryjnym mordercy (w książce chyba ani raz nie pada takie określenie Łowcy), a zamiana ról ścigającego i ściganego nie decyduje o oryginalności kryminału. Również powolna akcja na początku powieści nie zachęcała do lektury, jednak w końcu nastąpił przełom i wydarzenia ruszyły z kopyta. Wzorzec zbrodni skończył się szybciej niż oczekiwałem. I sam nie wiem czy sięgnąłbym po kontynuację przygód detektywa Tallowa, czy jednak poświęciłbym czas innemu kryminałowi. Może na tym polega jego zaleta, jego moc - mimo iż minęło już kilka tygodni od przeczytania, to nadal się nad nim głowię.

SQN 2014
Tytuł oryginału: Gun Machine
Przekład: Agnieszka Brodzik

* Warren Ellis, Wzorzec zbrodni, SQN, Kraków 2014, ss. 174-175.
** Ibidem, s. 191.

wtorek, 20 maja 2014

A gdybyśmy tak mogli przeżywać nasze życie raz za razem, żeby wreszcie zrobić to jak należy?* - pytanie to, zadane na ostatniej stronie okładki, wywołało u mnie skojarzenie z Podwójnym życiem Weroniki Krzysztofa Kieślowskiego. Bałam się kalki filmowego motywu, jednak w książce Kate Atkinson zamiast dwóch bohaterek żyjących równolegle mamy jedną, która ma możliwość przeżywania swojego życia wielokrotnie. Ursula nie wpada w pętlę czasu jak Keiji Kiriya z Na skraju jutra Hiroshiego Sakurazakiego - choć ona także wielokrotnie umiera, odradza się po to, by - wracając do przywołanego wcześniej cytatu - przeżyć wreszcie swoje życie jak należy.

Już początek życia Ursuli nie był łatwy - dziewczynka rodziła się kilkakrotnie, by w końcu móc zostać na świecie i... umierać. Wyrywana śmierci ponownie trafiała w jej objęcia wskutek nieszczęśliwych wypadków i chorób. Z czasem dziewczynka dostrzegła mechanizm rządzący jej życiem i nauczyła się eliminować czynniki, które wiodły ją w ciemność. Ingerując w rzeczywistość musiała być jednak ostrożna, zmiany dotyczyły bowiem również jej bliskich, a z czasem również kraju czy Europy pogrążonej w wojennej zawierusze. 

Kate Atkinson miała świetny pomysł, który udało jej się przekuć na rewelacyjną powieść. Wprawdzie początki lektury nie były łatwe ze względu na styl wypowiedzi, zapewne będący zasługą tłumaczki, szybko jednak dałam się porwać fabule. Pisarka doskonale poradziła sobie z nakreśleniem realiów panujących w pierwszej połowie XX wieku i nadaniem powieści odpowiedniego klimatu. Kreacja bohaterów również nie pozostawia nic do życzenia, zostali oni bowiem obdarzeni indywidualnymi cechami oraz zdolnością myślenia i przeżywania. Wartością książki są również poruszane przez Kate Atkinson problemy społeczne takie jak np. brak edukacji seksualnej, który zaowocował ciążą bohaterki, a później decyzją o aborcji, która - o naiwności! - jawiła się Ursuli jako zrzeczenie się dziecka na rzecz kogoś, kto otoczy go opieką i miłością... 

Co jednak najważniejsze, książka pobudza do refleksji na tematy egzystencjalne i wprowadza pewien niepokój, prowokując pytanie: a co by było, gdyby...? Czy gdybyśmy mieli możliwość wielokrotnego przeżywania życia, skorzystalibyśmy z niej czy też traktowali tę zdolność jako niewygodny ciężar? Z tym pytaniem oraz gorącą rekomendacją książki zostawiam Was, Drodzy Czytelnicy.  

*Kate Atkinson, Jej wszystkie życia, przeł. Aleksandra Wolnicka, Warszawa 2014, okładka.

Czarna Owca 2014
Tytuł oryginału: Life After Life
Przekład: Aleksandra Wolnicka

środa, 26 czerwca 2013


Wiktoriański Londyn to miasto ponure i... śmierdzące. Znad Tamizy ciągnie fetor, a deszcz, jeszcze zanim zetknie się z ziemią, już jest brudny od wyziewów z kominów. Ten przygnębiający wizerunek miasta dopełnia obraz realiów życia w Londynie, których wyznacznikami są nierówność społeczna oraz bieda, często prowadzące swoje ofiary w nurt rzeki lub... do kanałów. To właśnie tam, pod ziemią, działają poszukiwacze zagubionych przez przechodniów monet oraz innych wartościowych przedmiotów. Jednym ze zbieraczy jest tytułowy bohater, doskonale znany w swoich kręgach, natomiast dla osób z zewnątrz - niewidzialny. 

Pewnego dnia, wskutek zbiegu okoliczności, Dodger traci swoją anonimowość. Oto w burzową noc zostaje świadkiem przestępstwa. Widząc, że w opresji jest młoda dziewczyna, interweniuje. Przypadek ten jest dopiero zaczątkiem całej serii wydarzeń, jest jak pierwsza kostka domina, która pchnięta wpływa na cały ciąg płytek. Ponieważ uratowana kobieta okazuje się mężatką wysoko postawionej persony, Dodger staje w obliczu zagrożenia. Jak na złość kolejne wydarzenia przynoszą mu rozgłos, w związku z czym zachowanie anonimowości czy ukrycie się nie są w tej sytuacji łatwe. Mężczyzna okazuje się jednak nie lada spryciarzem i układa misterny plan...

Sięgając po Spryciarza z Londynu nie wiedziałam czego się spodziewać. Wprawdzie nie czytałam flagowego dzieła Pratchetta jakim jest seria Świat dysku, jednak jej autor kojarzył mi się z fantastyką, za którą nie przepadam. Okazało się jednak, że powieść jest mocno osadzona w realiach wiktoriańskiego Londynu, do tego stopnia, iż autor wskrzesił wiele znanych czytelnikowi rzeczywistych postaci. Na kartach powieści spotkamy więc m.in. Karola Dickensa, Roberta Peela, Benjamina Disraelego, a nawet samą królową Wiktorię! Nie brak tu i legendarnych postaci takich jak golibroda Sweeney Todd, któremu Dodgerowi przyjdzie stawić czoła.

Mimo szarości przezierającej z kart książki, Spryciarz z Londynu jest barwną powieścią, pełną dynamiki, absurdów oraz humoru, w czym przypominała mi nieco Przygodą fryzjera damskiegoo. Zwłaszcza sposób opisywania postaci (sformułowanie stara kobieta o obliczu będącym placem zabaw dla zmarszczek* przywodzi mi na myśl opis przedstawicielki płci pięknej zacytowany w podlinkowanej recenzji) oraz kreacja głównego bohatera wywołały we mnie skojarzenie z powieścią Mendozy. Pratchett zdecydowanie mnie zaskoczył, nie tylko zmianą konwencji, ale również podjęciem tematyki społecznej i sugestywnym odmalowaniem tła powieści.

*Terry Pratchett, Spryciarz z Londynu, Rebis 2013, s. 165.

Rebis 2013
Tytuł oryginału: Dodger
Przekład: Maciej Szymański

sobota, 16 marca 2013

W ostatnim czasie za sprawą kilku poważnych wpadek polskiej służby zdrowia zrobiło się o niej głośno. Postanowiłam więc zajrzeć za kulisy pracy służb medycznych, wprawdzie nie w naszym kraju, ale myślę, że pewne (nie)prawidłowości mogą zachodzić niezależnie od szerokości geograficznej.

Szpital Babylon powstał w wyniku współpracy Imogen Edwards-Jones (autorka m.in. Plaży Babylon) z anonimowym pracownikiem londyńskiego szpitala. Na podstawie danych zebranych od przedstawiciela służb medycznych autorka przedstawiła raport z dwudziestoczterogodzinnego dyżuru, który obfituje w liczne, często dramatyczne wypadki. Poznajemy staruszkę, która po upadku zgłasza się na oddział ratunkowy ze złamanym biodrem (wbrew pozorom jest to bardzo poważny uraz), nastolatkę, która trafia do szpitala z silnym bólem brzucha, a opuszcza go ze swoim nowo narodzonym dzieckiem oraz mężczyznę, który miłosne igraszki z kochanką niefortunnie zakończył na stole operacyjnym. Jesteśmy również świadkami ratowania ofiar wypadku samochodowego oraz mężczyzn ranionych maczetą. Przedstawione działania ratunkowe są pretekstem do ukazania specyfiki pracy na szpitalnym oddziale i zdemaskowania jej niedostatków. Pacjenci oczekują na konsultację nawet kilka godzin, a gdy zostają już przyjęci, często podrzucani są innemu lekarzowi jak kukułcze jaja. Atrakcyjne kobiety bywają traktowane jak egzemplarze okazowe, badane kolejno przez wszystkich mężczyzn na dyżurze, podczas gdy inni pacjenci nadal czekają na swoją kolej. Anonimowy informator nie szczędzi również innych pikantnych szczegółów z życia personelu medycznego - kontakty seksualne między lekarzami i pielęgniarkami nie należą do rzadkości, zdarzają się także gwałty na pacjentkach oczekujących pod narkozą na operację.

Choć wiele przypadków opisanych w Szpitalu Babylon należy do ekstremalnych, nie ma powodu by nie wierzyć w ich wiarygodność. Mimo, iż materiał do napisania książki Imogen Edwards-Jones otrzymała od lekarza, wiele sytuacji ukazuje działanie służby zdrowia w bardzo niekorzystnym świetle - począwszy od pomyłek lekarskich, w wyniku których pacjenci ponoszą śmierć, przez niedostatki kadrowe na lukach w systemie kończąc. Brzmi znajomo? 

Wprawdzie Szpital Babylon systemu nie uzdrowi, ale hipochondrykowi może pomóc poczuć się znacznie lepiej - na tyle, że przed wizytą na oddziale ratunkowym lub w szpitalu poważnie się zastanowi nad tym, czy jest to koniecznie.

Pascal 2012
Tytuł oryginału: Hospital Babylon
Przekład: Zuzanna Szwed

poniedziałek, 4 lutego 2013

Po Obce dziecko sięgałam z ogromną ciekawością. Zachęcały hasła zamieszczone - jak mniemałam nie bez kozery - na okładce: najważniejsze wydarzenie literackie ostatnich lat w Wielkiej Brytanii, klasa mistrzowska w sztuce powieściopisarstwa, kusiła okładka, przekonywały przychylne recenzje. Łyżką dziegciu w beczce miodu był jeden zaledwie niepochlebny artykuł, który odnosił się nie tyle do treści, co do jakości przekładu*. Nie zniechęcona, a wręcz przeciwnie - zachęcona i zaintrygowana, sięgnęłam po książkę. I klapa. Książka wymęczyła mnie i przytłamsiła wiejącą z kart książki nudą.

Obce dziecko jest historią krótkiego życia poety Cecila Valance'a oraz jego pośmiertnej sławy. Mężczyznę poznajemy w chwili, gdy ten przyjeżdża do Dwóch Akrów, posiadłości rodzinnej swojego partnera George'a Sawle'a. Ta krótka wizyta owocuje jednym z najsłynniejszych wierszy poety oraz trwałym spleceniem losów jego rodziny z rodziną przyjaciela. Po latach twórczość Cecila oraz jego życie stają się obiektem zainteresowań wielu biografów, którzy próbują dotrzeć do najbardziej pikantnych aspektów jego życia.

Jak już wspomniałam, nie znalazłam przyjemności w obcowaniu z powieścią Hollinghursta. Niecierpliwiłam się z powodu rozwlekłości historii, która nie potrafiła mnie wciągnąć i sprawiała wrażenie chaotycznej, a bohaterowie po prostu mnie irytowali. Występowania wątku homoseksualnego w powieści byłam świadoma i sam w sobie nie budził mojego sprzeciwu, powinien on być jednak bardziej wyważony. Niestety, Hollinghurst zostawił mnie z dziwnym wrażeniem, że co drugi mężczyzna jest gejem... 

Być może nie dotarłam do ukrytego sensu tkwiącego pod płaszczykiem opowieści o Cecilu - nie wiem, kto był tytułowym "obcym dzieckiem", ale chwilami miałam wrażenie, że chodzi o mnie. Chyba znalazłam się nie w tym towarzystwie, w którym powinnam.

Muza 2012
Tytuł oryginału: The Stranger's Child
Przekład: Hanna Pawlikowska-Gannon oraz Katarzyna Bieńkowska (poezja)

*http://wyborcza.pl/1,75475,12633873,_Obce_dziecko__Hollinghursta__potega__zlego__przekladu.html

wtorek, 1 stycznia 2013

Wakacje na rajskiej wyspie kojarzą się z idealnym wypoczynkiem pod znakiem luksusu. Piękne plaże, czysta woda, wspaniała pogoda i komfortowe warunki zakwaterowania wydają się wszystkim, czego potrzeba do szczęścia tym, którzy wypoczywają w takim miejscu. Imogen Edwards-Jones w Plaży Babylon, książce napisanej we współpracy z menadżerem jednego z wyspiarskich kurortów, przeczy temu przekonaniu - wbrew pozorom urlopowicze, mimo iż są w raju, często kapryszą jak dzieci i odczuwają dyskomfort. Zaczęło padać? - pewne, że telefon menadżera zaraz się rozdzwoni z licznymi skargami gości. Dziecko się poparzyło na słońcu? - kolejna awantura gotowa, bo przecież nigdzie nie wywieszono tabliczki z ostrzeżeniem! (Zdawać by się mogło, że ludzie na urlopie mają wolne nie tylko od codziennych spraw, ale i myślenia...) Ponieważ za wszystko odpowiedzialny jest menadżer kurortu, to jego obowiązkiem jest odbieranie wzburzonych telefonów i łagodzenie konfliktów na linii kurort-gość. Na skinienie klienta czeka sztab ludzi, gotowych wybudować basen, odstrzelić ptactwo na wyspie (przecież krakanie kruków przeszkadza w wypoczynku!) czy usunąć żywopłot, by po wyjeździe klienta zasadzić go w tym samym miejscu. Jak mówi powiedzenie: "klient nasz pan", i trudno się z tym nie zgodzić w świetle faktu, iż za noc w hotelu płaci, w zależności od wybranego standardu, od 1500$ do 6000$.

Wydarzenia opisane w Plaży Babylon, choć są wycinkami z dłuższego odcinka czasu, zostały skumulowane w jednym reprezentacyjnym tygodniu. Nagromadzenie wielu wydarzeń w tak krótkim czasie potęguje wrażenie natłoku problemów, z którymi przychodzi się mierzyć menadżerowi zarządzającemu kurortem. Liczne śluby, których udzielanie należy do jego obowiązków, awantury wszczynane przez niezadowolonych gości, bunt pracowników, awaria systemu zasilania, niedobory żywności - niekończąca się lista zadań i problemów do rozwiązania wyklucza nudę, a na dłuższą metę zapewne także zachowanie zdrowia psychicznego i życia prywatnego na zadowalającym poziomie.

Książka zaspokaja tkwiącą w człowieku potrzebę, która wyraża się chęcią podglądania życia innych, zwłaszcza osób sławnych i bogatych. Mnie jednak bardziej zainteresowały realia panujące w hotelu, niejako na jego zapleczu, niedostępnym dla gości. Plażę Babylon polecam - książka, lekka w formie, przyniosła mi chwile wytchnienia i refleksji. 

Pascal 2012
Tytuł oryginału: Beach Babylon
Przekład: Zuzanna Szwed

sobota, 29 grudnia 2012

Mimo ogromnej miłości do ptaków nie miałam zamiaru czytać tej książki. Okładka nie trafiła w mój gust, przez co książka "zginęła" w natłoku innych, z pozoru atrakcyjniejszych lektur. Gdy w końcu po nią sięgnęłam, przepadłam w zachwycie! Przecież to książka o mnie, o moim uczuciu, którego - jak mi się wydawało - nikt nie rozumie. Jakże się myliłam! Jak bliskie jest mi to, o czym napisała Esther Woolfson! 

Corvus. Życie wśród ptaków jest opowieścią o ptakach, które pojawiły się w życiu autorki - gawronie Kurczaku, sroce Pyskaczu, wronie Ziki i wielu innych - oraz o tym, co wniosły w jej życie, jak zmieniły jej postrzeganie świata. Doskonale rozumiem podział życia na etap "przed ptakami", kiedy nie zauważało się przedstawicieli awifauny w swoim najbliższym otoczeniu, oraz obecne życie wśród ptaków, które przynosi zadziwienie: jak można było żyć inaczej? Z podobnym zrozumieniem spotkało się wiele spostrzeżeń czy dylematów autorki. Ja również mam trudności z nazwaniem swojej relacji ze skrzydlatym przyjacielem (nie jest to posiadanie, może więc współlokatorstwo?), a ptaki, które oglądam w sklepach zoologicznych, wywołują w nas to samo uczucie - chęć natychmiastowego zabrania ich do domu (mam wrażenie, że jest to jakaś nietypowa odmiana instynktu macierzyńskiego). Ale przedstawiciele awifauny pojawili się w życiu Esther Woolfson w inny, nie tak prozaiczny jak zakup, sposób. Wiele z nich było podrzutkami - ktoś rezygnował ze swojego towarzysza lub znalazł pisklę i przyniósł je do kobiety, która słynęła w okolicy z opieki nad ptakami wszelkiej maści. Jak bywa w takich przypadkach, ptaki wykarmione przez człowieka nie zostały zwrócone naturze, lecz zostały z człowiekiem, stając się pełnoprawnymi członkami rodziny. 

Jak wspominałam na początku, książka zachwyciła mnie bez reszty! Zbieżność poglądów i podobnie czułe podejście do ptaków zbliżyło mnie do autorki w sposób, jakiego dotąd nie doświadczyłam. Lekturę uprzyjemniała spora dawka humoru, choć w Corvusie nie brakuje również wzruszających momentów. Na koniec dodam, iż tak zżyłam się z bohaterami książki, że teraz widząc gawrona nie potrafię nie myśleć o Kurczaku, który w szkockim Aberdeen upycha w zakamarkach gabinetu smakołyki na później...

W.A.B. 2012
Seria: Biosfera
Tytuł oryginału: Corvus
Tłumaczenie: Adam Pluszka i Joanna Wajs

PS. Prowincjonalna nauczycielko, dziękuję za polecenie tak fantastycznej książki!

sobota, 18 sierpnia 2012

Tequila Oil... jest zapisem brawurowej wyprawy do Meksyku. Hugh Thomson ma osiemnaście lat, niewiele pieniędzy, odrobinę szaleństwa i ogromną wyobraźnię. Wystarczy krótka rozmowa z nieznajomym spotkanym w samolocie, by jego umysł rozpaliła wizja przygody i... dużego zarobku. Jak mu poradzono, tak też zrobił - bez zastanowienia kupił w Stanach Zjednoczonych oldsmobila 98 i ruszył do Ameryki Środkowej, by tam sprzedać samochód, oczywiście z zyskiem. Thomsona, pełnego młodzieńczej fantazji i ufności w powodzenie przedsięwzięcia, nie zrażają problemy, które pojawiają się w drodze. Nie ważne, że chłopak nie ma prawa jazdy czy dokumentów pojazdu - inteligencja i spryt pomagają mu przekroczyć granicę Stanów Zjednoczonych z Meksykiem oraz dostać się do Belize. Również brak pieniędzy okazuje się nie być aż tak dotkliwym problemem - Hugh dzięki świetnej znajomości języka hiszpańskiego często znajdował zatrudnienie jako tłumacz, co owocowało ciekawymi znajomościami i doświadczeniami. 

Tequila Oil... to książka napisana ze swadą i humorem. Thomson ma talent do niespiesznej opowieści, przesyconej odwołaniami do literatury (Hugh był świeżo przed rozpoczęciem studiów anglistycznych). Jest oczytany - wspomina Lawrence'a, Huxleya, Waugha i Greena, polemizując z nimi oraz uzupełniając ich przemyślenia własnymi spostrzeżeniami. Literaturze w ogóle Thomson przypisuje ogromną wagę, traktując ją jako bodziec do wyruszenia przed siebie:
(...) książki są ważne, ponieważ prowadzą swoich czytelników w miejsca, o których inaczej by im się nie śniło - chodzi przy tym nie tylko o podróże w konkretne miejsca na mapie, ale tez o podróże duchowe i emocjonalne.
Konkwistadorzy nigdy by nie wyjechali z Hiszpanii do Nowego Świata, gdyby nie przesiąkli wcześniej romantycznymi historiami o dzikich przygodach, rycerstwie i starciach z dziwacznymi wrogami - nawet jeśli ich konfrontacja z Aztekami okazała się mieć nieco inny charakter (...). Opowieści, nawet całkiem fikcyjne, dużo bardziej pociągają podróżników niż zwykłe przewodniki. 
Refleksje na temat literatury przeplatają się z wyrazami fascynacji kulturami Azteków oraz Majów, po których pozostały tylko ślady w postaci znalezisk w jaskiniach czy ruin świątyń, które Thomson namiętnie eksploruje.

Lektura przebiega płynnie, choć niespiesznie, czym przywodzi na myśl tytułową tequilę o oleistej konsystencji sączoną w dusznym klimacie. 

Czarne 2012
Tytuł oryginału: Tequila Oil: Getting Lost in Mexico
Przekład: Agnieszka Wilga
Seria: Orient Express

środa, 20 czerwca 2012

Do zasypanej piachem Ameryki rusza ekspedycja z Europy - niczym Kolumb garstka ludzi ze Starego Kontynentu odbywa daleką podróż w nieznane. W XX wieku państwa rozwijające się zużywały w takim stopniu surowce dostarczające energię, że doprowadziło to do całkowitego wyczerpania paliw kopalnianych, co najbardziej odbiło się na USA. Masowa migracja Amerykanów do Europy doprowadziła do jej przeludnienia i wzrostu zapotrzebowania na żywność. Na wysokości zadania stanęli geoinżynierowie - tama wybudowana na Cieśninie Beringa i przepompowywanie zimnej, arktycznej wody na południe spowodowało ocieplenie klimatu na Syberii (zimą temperatura nie spadała poniżej zera!), na której z powodzeniem można było uprawiać ziemię, ale też doprowadziła do zlodowacenia Japonii i pustynnienia obszaru wschodniej części Stanów Zjednoczonych, podczas gdy na zachodzie szalały nieustające sztormy.

Naukowcy, którzy przybywają na ten nieprzyjazny ląd stają przed wieloma zagadkami (np. jakie jest źródło wysokiego promieniowania na środku pustyni), których rozwiązanie znajduje się w odległym Las Vegas - mieście migających neonów rządzonym przez samozwańczego prezydenta Charlesa Mansona. W czasie wędrówki napotykają wędrujące plemiona ludzi, którzy potrafili przetrwać w tych skrajnie niekorzystnych warunkach.

Akcja książki, napisanej w latach 80., toczy się miejscami niemrawo; choć jest to powieść nieobszerna, zajęło mi dość dużo czasu, aby dotrzeć wraz z bohaterami do jej końca. Ballard znakomicie przyspiesza akcję, gdy zbliżamy się do zakończenia, innym razem zwalnia ją, kiedy wycieńczeni wędrówką eksploratorzy są bliscy kresu życia w czasie wędrówki przez bezkres pustyni. Pewnym jest, że autor znalazł ciekawy sposób na zawiązanie akcji - pomysł budowy tamy i jej konsekwencje są całkiem realne w naszych czasach, choć póki co nie ma obaw o rychłe wyczerpanie się gazu czy ropy. Innym zjawiskiem, poruszonym w powieści jest obserwowany już dziś trend nadawania ludziom imion zapożyczonych z obcych kultur (w książce były to nazwy niegdyś znamienitych firm, jak Xerox, GM, Heinz). Powieść jednak, prócz podróży czysto przestrzennej ukazuje także wewnętrzną walkę potomków Amerykanów (ci, którzy przybyli z ekspedycją) z symbolami, legendą i obrazami zapamiętanymi z kolorowych czasopism - pierwszym, co spotykają na amerykańskiej ziemi, jest Statua Wolności, która zasypana piachem najlepiej oddaje stan ojczyzny ich przodków. I to właśnie, a nie sama wędrówka,stanowi główną wartość dzieła Ballarda.

Książnica 2011
Tytuł oryginału: Hello America
Przekład: Piotr W. Cholewa

wtorek, 11 stycznia 2011

Stali czytelnicy Poczytajki zapewne zauważyli, że chętnie sięgam po literaturę dla dzieci i młodzieży. Nie zawsze byłam jej ciekawa. Dopiero studia uświadomiły mi, jakie mam braki w tej dziedzinie; nie znam klasyki, a może po prostu nie pamiętam? Teraz chętnie nadrabiam "stracony czas" i raz na jakiś czas czytam coś z literatury dla młodszych czytelników, zwłaszcza że cieszy ona nie tylko ducha, ale i oko! Tak też jest właśnie w przypadku lektury O czym szumią wierzby.

Bohaterami tej uroczej opowieści są cztery zwierzątka: Kret, Szczur, Borsuk oraz Ropuch. Kret jest osobnikiem ciekawym świata, energicznym, jego przyjaciel Szczur to z kolei ucieleśnienie mądrości. Borsuk to typ dojrzałego (a nawet starszego) pana, dystyngowanego i opiekuńczego niczym tata. Spiritus movens całej powieści stanowi jednak Ropuch - będący zawsze w dobrym humorze, ale zarozumiały i kapryśny - co rusz ma nową pasję, pochłaniającą jego majątek, nerwy przyjaciół... oraz wolność. Ropuch z takim zapałem oddaje się przyjemnościom, że nie zważając na możliwe konsekwencje dokonuje kradzieży i trafia do więzienia na, bagatelka!, 20 lat. Ale to dopiero początek jego przygód...

O czym szumią wierzby to wspaniała opowieść o sile przyjaźni. Bohaterowie często dają świadectwo trwania przy najbliższej osobie mimo jego słabości. Kret czuwa nad Szczurem, gdy ten pod wpływem obcego przybysza chce wyruszyć w świat, a wszyscy trzej przyjaciele murem stają za Ropuchem, mimo iż ten popełnił przestępstwo. Przyznam, że ze względu na komizm najbardziej podobał mi się wątek powiązany właśnie z jego osobą. Pozostała część opowieści płynęła niespiesznie i nastrojowo niczym szum tytułowych wierzb.

Wydanie ilustrowane przez Kingę Paździurkiewicz bardzo przypadło mi do gustu. Proste, czarno-białe ilustracje stylizowane są na klasyczne rysunki Ernesta H. Sheparda z oryginalnego wydania. Jedyną wadą publikacji jest używanie przez tłumaczkę niezrozumiałych wyrazów i brak przypisów do tychże. Nie znałam określeń takich jak wrzeciądza, kordegarda czy sztufada i zastanawiam się, jak ma je zrozumieć młodszy czytelnik, bo przecież w pierwszej kolejności do niego adresowana jest ta lektura. 

Nie bez przyczyny książka znalazła się w kanonie klasyki. Jest uniwersalna i ponadczasowa i mimo, iż po raz pierwszy opublikowana została ponad 100 lat temu nadal cieszy i wzrusza.  

Skrzat 2010
Tytuł oryginału: Wind in the Willows
Tłumaczenie: Maria Godlewska
Ilustracje: Kinga Paździurkiewicz

środa, 27 października 2010

Dopóki mamy twarze to ostatnia powieść Clive'a Staplesa Lewisa, brytyjskiego pisarza kojarzonego głównie z Opowieściami z Narnii. Ojciec fantasy, zainspirowany mitem o Erosie i Psyche, stworzył piękną opowieść o miłości, zazdrości i wierze.

Mieszkańcy królestwa Glome otaczają kultem boginię Ungit. Ta wymaga od nich ciągłych ofiar, w związku z czym jej świątynia przesiąknięta jest zapachem krwi... Tym razem Ungit pragnie ofiary z człowieka, gdyż tylko ona może odwrócić jej gniew. Oczy bogini zwrócone są ku pięknej córce króla Troma, Istrze (Psyche). To właśnie uroda dziewczyny spowodowała gniew bogini, gdyż lud zaczął czcić młodą piękność, zapominając o Ungit. Z ofiarowaniem Psyche nie może pogodzić się jej siostra, Orual, zwana przez Istrę Mają. Przeznaczenie musi się jednak wypełnić...

Miłość Orual i jej tęsknota za ukochaną siostrą, którą wychowywała wraz z greckim nauczycielem Lisem, każe jej podążyć w ślad za siostrą i sprawić jej godziwy pochówek. Ku jej zdziwieniu Istra żyje, wydaje jej się jednak opętana szaleństwem. Opowieści o jej pałacu oraz o bogu, który przychodzi do niej w nocy, wprowadza Maję w konsternację i wywołuje zazdrość - ktoś inny skradł uczucia siostry. Nie wierzy Istrze i doprowadza do tego, że ta sprzeciwia się ukochanemu, sprowadzając na siebie gniew bogów i potępienie. Orual rozumie swój błąd, jednak jest już za późno... Próbuje odkupić swoje winy będąc dobrą i waleczną władczynią Glome. Przywdziewa welon, który ukrywa jej szpetną twarz i próbuje zabić w sobie resztki Orual.

Dopóki mamy twarze to wspaniała opowieść o niszczącej sile złej miłości oraz o wierze, a raczej jej braku. Orual wychowała Psyche, w związku z czym rościła sobie do niej nieograniczone prawa. W imię "miłości" nie chciała pozwolić na to, by siostra opuściła ją. Nie dopuszczała do siebie myśli, że Istra jest szczęśliwa; wszystko, o czym mówiła siostra, wydawało jej się mrzonką. Takie zachowanie związane było także z brakiem wiary Orual. Kobieta nie wierzyła w Ungit, gdyż nigdy jej nie widziała. Wielokrotnie prosiła bogów o jakiś znak - bezskutecznie. Gdyby bezwarunkowo uwierzyła, nie ściągnęłaby na Psyche nieszczęścia. Podczas lektury jesteśmy świadkami przemiany Orual. A może zmienia się tylko nasz stosunek do niej w miarę, jak ta odkrywa przed nami swoją duszę i mroczne myśli?

Dopóki mamy twarze to opowieść ponadczasowa. Mimo iż akcja umiejscowiona została w starożytnym Glome, niesie z sobą prawdy uniwersalne i aktualne po dziś dzień. Stosunkowo rzadko można zgodzić się z notkami zamieszczonymi na okładkach książek, tutaj jednak określenie "arcydzieło", jakie widnieje przy opisie tej pozycji nie jest na wyrost. Książka mnie wprost oczarowała. Po stokroć polecam!

Esprit 2010
Tytuł oryginału: Till We Have Faces
Przekład: Albert Gorzkowski

środa, 30 czerwca 2010

Koralina jest rysunkową adaptacją powieści Neila Gaimana o tym samym tytule. Jej autorem  jest scenarzysta i rysownik P. Craig Russell, autor takich komiksów jak Batman czy Pierścień Nibelunga. 

Kwestię fabuły pominę, gdyż pisałam już o niej przy okazji recenzji pierwowzoru (link). Russell z powodzeniem przełożył treść powieści Gaimana na obraz. Rysunki są wykonane fachową ręką - są bardzo estetyczne, doskonale odwzorowują emocje bohaterów oraz panujący nastrój, cechuje je także szczegółowość. Pastelowa kolorystyka jest również trafnie dobrana, co jest jednak zasługą nie tyle autora, co Loverna Kindzierskiego. Wadą publikacji jest zbytnia szczegółowość podpisów pod rysunkami, które są według mnie zbędne (aczkolwiek ja jestem po lekturze powieści, być może dla czytelników, którzy nie znają fabuły, są one potrzebne). Na minus należy także zaliczyć cenę książki - za komiks trzeba wydać 69 zł. 

Forma, w jakiej przedstawiono przygody Koraliny, przypadła mi do gustu, nie znaczy to jednak, że zamieniłabym te lekturę na pierwowzór. Myślę, że komiks jest świetnym uzupełnieniem powieści Gaimana i dzięki niemu można jeszcze chwilę poobcować z bohaterką i skonfrontować własne wyobrażenia o Drugim Świecie z propozycją Craiga Russella. 

Egmont, 2009
Tytuł orginału: Coraline
Adaptacja i rysunki: P. Craig Russell
Kolory: Lovern Kindzierski