Pokazywanie postów oznaczonych etykietą beletrystyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą beletrystyka. Pokaż wszystkie posty

piątek, 21 sierpnia 2015

Polski rynek książkowy wydaje się być przesycony, część wydawców narzeka na monopolistę, bez którego wsparcia książki się nie sprzedadzą, a który stawia zbyt wysokie wymagania finansowe. Polacy czytają podobno coraz mniej, a mimo to powstają nowe wydawnictwa. Czyżbyśmy mieli do czynienia z szalonymi wydawcami, którzy nie zwracając uwagi na zapotrzebowania czytelnicze, postanawiają rozpocząć swoją przygodę z wydawaniem książek? Coraz więcej jest oficyn, które zamykając się w swojej niszy, potrafią wycisnąć z niej tyle soków, że są w stanie nasycić swoje portfele (chociaż może nie zawsze) i zyskać motywację do dalszego podążania obraną ścieżką. Takim nowym wydawnictwem, które w moim odczuciu zasługuje na docenienie i zwrócenie nań uwagi (o co samo już zabiega, promując inną książkę w Programie Polskim Trzeciego Radia, popularnej "Trójce") jest Od Deski Do Deski Tomasza Sekielskiego.

Większość z nas pewnie kojarzy właściciela wydawnictwa z programu Teraz My!, ale dał się on poznać również jako autor książek sensacyjnych. A teraz podjął się wyzwania wydawania literatury. Do sprawy podszedł konkretnie, z przytupem. Stworzył Serię Na F/Aktach - książki są pisane w oparciu o akta spraw, które faktycznie toczyły się przed sądami w Polsce, zaś fabuła została wpisana w ówcześnie panujące realia. Autorów Sekielski wybiera spośród tych z dorobkiem, z ugruntowaną pozycją, z nominacjami do krajowych nagród. Listę otwierają Hubert Klimko-Dobrzaniecki, Łukasz Orbitowski i Janusz Leon Wiśniewski. Dwa ostatnie nazwiska są większości czytelników raczej znane: o otwierającym serię można było usłyszeć przy okazji nominacji do nagrody Nike i Paszportów Polityki. Nie bez znaczenia dla treści książki jest to, że Klimko-Dobrzaniecki ma za sobą studia filozoficzne i teologiczne oraz nowicjat u palotynów.

Wracając do książki, główny bohater, tytułowy preparator, to człowiek w wieku około 40 lat. Jego dzieciństwo miało nieszczęście wypaść za czasów PRL-u. A nieszczęśliwe było nie z powodów politycznych, lecz z powodu leworęczności, która wtedy była uznawane za coś niewłaściwego, chorobę, którą siłą i przemocą próbowano tępić. Chłodne stosunki panujące między rodzicami - ojciec rozlazły, zobojętniały na świat, matka wiecznie mająca pretensje do wszystkich i siostra, ulubienica i pupilka matki - koktajl to zaiste wybuchowy dla dziecka zaczynającego szkołę. Dopełniają go brak zrozumienia i miłości ze strony rodziców, poczucie braku własnej wartości, zainteresowanie śmiercią, rozkładem, pierwsza miłość i niepowtarzalne doznania płynące z pierwszego seksu. Małżeństwo, które początkowo jest spełnieniem marzeń o pełnej i kochającej rodzinie, w miarę upływu czasu i przybieraniu kolejnych kilogramów przez żonę ulega powolnemu, lecz systematycznemu rozkładowi jak ludzkie ciało, którym na co dzień zajmuje się preparator. Sytuacja wydaje się taka jaką można spotkać w wielu polskich domach. I dlatego ta książka jest przerażająca - uświadamia, że w każdym z nas może czaić się mimowolny zabójca. Przez lata zbierają się w nas żale, urazy, kłopoty, kumulują się w czarze goryczy, która w pewnym momencie może przepełnić się i rozlać. Hubert Klimko-Dobrzaniecki ukazał najbardziej skrajny z możliwych scenariuszy przelania się tego ogromu zaszłych pretensji.

Forma książki została tak pomyślana, że miejsce i głównych bohaterów biorących udział w akcji poznajemy w zasadzie na ostatniej stronie powieści. Ma ona też jeszcze co najmniej jedną mocną stronę  - jest nią zakończenie. Trafiło się wam takie, w którym autor trafnie podsumowuje całą książkę w kilku ostatnich zdaniach? Mnie od długiego już czasu nie. A tu właśnie tak jest - Hubert Klimko-Dobrzaniecki Preparatora zamknął mistrzowsko!

Powieść, mimo iż wybrzmiewa w niej niewątpliwie nuta smutku i zawodu rzeczywistością, miejscami potrafi rozbawić. Choć nie da się ukryć, że nie jest to komedia, a rozkładem przesiąknięty jest dosłownie każdy skrawek kartek książki. Wizyta u fryzjera staje się pretekstem do poruszenia przez autora zagadnienia feminizmu, chomik staje się przedmiotem oswojenia dzieci ze śmiercią, a wyprawa chłopaka z ojcem po robaki na cmentarz doprowadza do zwierzeń najgłębszych, jakich dziecięce uszy nie powinny słyszeć. W pamięci pozostaje mi obraz zawiedzionych i zaskoczonych dziadków bohatera, kiedy dowiadują się, że cała rodzina porzuciła ich religię, katolicyzm, na rzecz Świadków Jehowy. W ogóle wiele w książce jest scen, które stawały się bardzo plastyczne, namacalne. Może to zasługa zainteresowania preparatora fotografią, jego dużego talentu w tym kierunku. Bliska stała mi się ta książka, z wieloma przemyśleniami bohatera się zgadzam, ba, zdarzało mi się odnajdywać wspólne zainteresowania i młodzieńcze fascynacje (choćby śmiercią). Ale czy to czyni mnie już wysoce prawdopodobnym mordercą?

redakcja i korekta: poczytajka :)

Od Deski Do Deski 2015

sobota, 23 maja 2015

Matka Makryna to jedna z tych książek, które od pierwszych stron czarują czytelnika słowem i przenoszą go w czasie do XIX wieku... i do czasów szkolnych i studenckich lektur. Jacek Dehnel przywołał czar języka polskiego, tę niepowtarzalną aurę zapomnianych słów, której wielokrotnie doświadczałam, a która gdzieś uleciała w natłoku potocznej polszczyzny serwowanej w większości współczesnych powieści. 

Ale Jacek Dehnel czaruje nie tylko słowem, lecz zwodzi także historią, wyprowadzając czytelnika na manowce. Podczas lektury pierwszych stron jest on świadkiem wyznania Makryny Mieczysławskiej, przeoryszy klasztoru unickich zakonnic w Mińsku, która skarży się na prześladowania spowodowane odmówieniem Rosji przejścia na prawosławie. Te sugestywne opisy siedmioletniej katorgi przeplatane są opowieścią Ireny Wińczowej, wdowy po rosyjskim wojskowym, dla której los również nie był łaskawy. Bita i pogardzana przez męża-alkoholika, po śmierci swojego oprawcy nie zaznała jednak ukojenia, gdyż w ówczesnym społeczeństwie kobiety w jej wieku uznawane były za bezużyteczne. Wnikliwy czytelnik zapewne znajdzie analogie w losach tych dwóch kobiet, i słusznie. Wraz z upływem stron te dwie historie coraz bardziej się zazębiają, przenikają, by w końcu spleść się w jedną całość... 

Wińczowa okazała się kobietą przebiegłą, świadomą tego, że albo zwycięży, albo przegra wolność, być może nawet życie. Stawka w tej grze była wysoka, ale rozgrywka toczyła się również o najwyższą wartość - przywrócenie zdeptanej godności. Gdy tylko nadarzyła się okazja, wdowa ruszyła przed siebie ze swoją historią i była w tym wszystkim tak wiarygodna, że zyskała nie tylko uwielbienie tłumów, ale i przychylność samego papieża.

Jak już wspomniałam, Matka Makryna została napisana fenomenalną polszczyzną! Rozsmakowywałam się w każdym zdaniu, nasyconym archaizmami i regionalizmami (na końcu powieści znajduje się słowniczek). Trafionym zabiegiem jest taka a nie inna konstrukcja powieści, w której monolog Mieczysławskiej przeplata się z monologiem Wińczowej - ja sama początkowo czułam się zwiedziona i nie potrafiłam odróżnić prawdy od kłamstwa. Co jest więc prawdą? 

Dehnel w powieści porusza wiele problemów społecznych XIX wieku, z których najmocniejszym akcentem wydaje się być sytuacja kobiet. Ze wspomnień Wińczowej wyłania się ogromny głód książek, do których kobiety nie były dopuszczane, jako tajemniczych, wręcz świętych przedmiotów. Jedynie przypadek - jak często w jej życiu - sprawił, że Irena nauczyła się czytać. Ówczesna kobieta nie była bytem autonomicznym, żyła w cieniu mężczyzny. Bohaterka powieści miała to nieszczęście, że nie mogła mieć dzieci i w jej odczuciu ten fakt zaważył na tym, jak była traktowana przez męża. To właśnie jej osobiste krzywdy były kanwą, na której powstały szczegółowe opowieści o torturach, którym poddawane były zakonnice z "jej" klasztoru.

Matkę Makrynę oczywiście gorąco polecam. Wprawdzie zdarzały się momenty, gdy przyłapywałam się na znużeniu, jednak w ogólnym rozrachunku jest to świetna powieść, której autor zadał sobie spory trud aby wiarygodnie przedstawić realia, w których żyła wielka mistyfikatorka: prześledził korespondencję, zapisy zeznań oszustki, notki prasowe, a także badania nad jej fenomenem, szperał w słownikach ówczesnej polszczyzny... 

Jeżeli pozostałe powieści Dehnela reprezentują ten sam poziom, "kupuję je" w ciemno.

W.A.B. 2014

środa, 17 grudnia 2014

Moja przygoda z rosyjską literaturą zaczęła się od fascynacji współczesnymi topowymi antykremlowskimi pisarzami, a biorąc pod uwagę moje jeszcze niedawne zainteresowanie fantastyką powinienem był rozpocząć od Dmitry'a Glukhovsky'ego albo braci Strugackich. Ale zaczęło się od Sorokina, następny był Pielewin, później Strelnikoff, a ostatnio usiłowałem zaprzyjaźnić się z prozą Prilepina. Zdecydowanie najlżej czyta się z nich tego pierwszego, co nie odbiera mu powagi poruszanych kwestii, choć robi to często w zabawny sposób. Najcięższy wydaje się być Pielewin (z prozą Prilepina jak na razie tylko raz miałem okazję obcować), dlatego też obawiałem się Batmana Apollo, mając w pamięci niedawne wspomnienie o jego Generation P. Najnowsza książka Pielewina okazała się jednak bardziej przystępna niż poprzednia lektura.

Akcja Batmana Apollo rozgrywa się wśród rosyjskiej społeczności wampirów. Może to smutna konstatacja, ale ich życie (he he, życie!) niewiele różni się od życia przeciętnego człowieka, poza tym, że wampiry są długowieczne (o nieśmiertelności nie mogą marzyć nawet te będące na samym szczycie ich hierarchii) i żyją zdecydowanie w większym dostatku niż śmiertelnicy (cóż, przepych tłumaczony jest koniecznością wywołania porażającego wrażenia ogromu, bezkresu i bezmiaru władzy nad światem żywych). O ich randze w społeczności decyduje pełniona funkcja i staż na danym stanowisku, zupełnie jak u nas. I tak jak w świecie ludzkim, kochankowie władców posiadają możliwość wpływania na ich decyzje. Więc czym różni się ta książka, a właściwie jej bohaterowie, od bohaterów ludzkich?

Cóż, została ona napisana z perspektywy wampira, więc i występują w niej zwroty związane z tym środowiskiem. I choć bez problemu odnajdujemy w używanych przezeń wymyślonych - i wymyślnych - terminach odpowiedniki w naszym języku, to radość sprawia odkrywanie co oznacza bablos, czarny szum czy krzyk Wielkiej Myszy. Wprawdzie na początku, dla ułatwienia, otrzymujemy słownik z tymi najważniejszymi hasłami, ale kto czyta instrukcję obsługi przed użyciem sprzętu? Ja zwykle czytam, ale i tak miałem niezłą zabawę w trakcie lektury odkrywając złożoność znaczeń poszczególnych terminów. Zresztą, Batman Apollo wydawał się być wręcz przesycony analogiami odnajdywanymi w świecie realnym. I tak jak pisze wydawca na okładce, jest to satyra na Rosję i Putina, ale ja dorzuciłbym jeszcze Stany Zjednoczone i generalnie świat zachodni.

Pielewin krytycznie patrzy na świat i ojczyznę, a także sięga do tak wielu zagadnień związanych z życiem człowieczym takich jak śmierć, życie po niej, religia czy konsumpcjonizm, że dużym problemem jest zgłębienie ich wszystkich. W moim odczuciu powieść jest jednak przede wszystkim przewodnikiem po relacjach zachodzących na wielu płaszczyznach: władza-jednostka, relacje damsko-męskie, nauczyciel/mistrz-uczeń, zwierzchnik-podwładny. Indywiduum, któremu przyszło oprowadzać czytelnika po miejscami smutnym, a miejscami bardzo wesołym i zabawnym świecie, został Rama II - poznajemy go jako wampirzego żółtodzioba, który zostaje wmanewrowany w naukę zawodu niewdzięcznego i nielubianego - fachu nurka. W szkoleniu, prowadzonym w zamku hrabiego Drakuli w Transylwanii, prócz ucznia z Rosji uczestniczą również Francuzi (troje teletubisiów - jak zabawnie nazwano homoseksualistów) oraz wampirzyca ze Stanów Zjednoczonych. Pełen żądz Rosjanin bezproblemowo ulega wdziękom Amerykanki i choć średnio zdaje sobie z tego sprawę (lub nie chce, aby dotarło to do jego świadomości) zostaje przez nią bezwzględnie wykorzystany. W tej scenie można doszukiwać się ukrytego podtekstu - czy Rosja, jej władze specjalnie ogłupiają, oszukują, ukrywają ważne informacje, czy to społeczność Zachodu jest tak inteligentna, świetnie poinformowana, ale zarazem przebiegła i potrafiąca wykorzystać swoje zalety, aby pozyskać interesujące przedmioty czy wiadomości? Czy kampanie reklamowe oraz emitowane przez telewizję programy nie służą do wywołania wśród mieszkańców Rosji określonych reakcji na pewne czynniki? Czy obywatele nie są sterowani przez Kreml? Taką rolę telewizji wydaje się prezentować Enlil Maratowicz, początkowo pełniący rolę opiekuna, bezpośredniego przełożonego i swoistego guru wprowadzającego młodego wampira Ramę w tajniki zawodu, który składa zlecenie na kampanię medialną mającą na celu zmianę postrzegania świata przez rosyjskiego obywatela na taki jaki odpowiada jemu - zleceniodawcy, a w domyśle władzy (Kremlowi).

Co z całego ogromu przemyśleń i refleksji, które udało się wyłowić z przekazu Pielewina, najbardziej zapadło mi w pamięć? Zdecydowanie obraz zderzenia mentalności rosyjskiej i Zachodniego człowieka-wampira oraz wszechogarniające świat powieści cierpienie. Autor mocno podkreśla swego rodzaju zacofanie w postrzeganiu świata, łatwowierność, brak zainteresowania światem, brak ambicji. I to może nie tyle chodzi o wszystkie wampiry z Rosji, bardziej dotyczy to tych młodych, takich jak Rama - jego dużo starszy i bardziej doświadczony przyjaciel Enlil Maratowicz nie wykazuje naiwności, wie jak rządzić ludźmi, jakie sztuczki PR stosować wobec nich, aby uzyskać pożądane cele. Podstawą działania zdają się być słowa bardzo często powtarzane w książce: normalny wampir nie stara się wiedzieć więcej, niż wymagają tego okoliczności. Stara się wiedzieć jak najmniej1. Ci starsi bezceremonialnie wykorzystują swoją wiedzę i bez zmrużenia oka zabawiają się kosztem nowicjuszy. A że niekiedy jest na co "popatrzeć" i z czego się pośmiać, to i undead (najwyższy stopień wampirzego wtajemniczenia), i czytelnik są kontenci. 

Jeśli chodzi o cierpienie, to jest ono zarówno źródłem całego nieszczęścia ludzkiego, jak i dostarczycielem upragnionego bablosu, swego rodzaju nektaru bogów, narkotyku pozwalającego wampirom osiągnąć odprężenie. W końcu staje się ono również udziałem Ramy, który nie potrafi albo nie chce poddać się zaleceniom Enlila. Zdobywa wiedzę, która tylko pogłębia jego niezadowolenie ze świata. Zrywając coraz więcej owoców z drzewa poznania dobra i zła tylko obniża swoje poczucie własnej wartości i odkrywa, że świat, w którym żyje, jest wielką mistyfikacją zorganizowaną dla przyjemności jego zarządcy - Batmana Apollo (Putin?). Trudno nie odnieść się również do bezpośrednich aluzji Pielewina do ustroju Rosji i Putina. Kwiatki takie jak: Mamy gości z Francji. Nie kompromituj Rosji. Bo jeszcze pomyślą, że mamy tu ustrój niewolniczy.2 Kodeks, Rama, kodeks. Złożyliśmy przysięgę. Myślisz, że to dla nas puste słowa? Chociaż u was w Rosji wszystko jest inaczej.3 Rosyjskie wampiry podlizują się zachodnim i w związku z tym niekiedy okazują sobie życzliwość. Ale tylko wówczas kiedy my [tu: francuskie wampiry - przyp. mój] to widzimy.4

Na koniec warto zaznaczyć, że okładka nie tylko cieszy oko, ale również jest ściśle powiązana z fabułą, zarówno w tej powierzchownej warstwie, jak i tej ukrytej między słowami. Zdecydowanie nie jest to pozycja rozrywkowa, którą można przeczytać i natychmiast odstawić na półkę, aby kurzyła się. W mojej głowie może nie wprowadziła zawieruchy, ale zmusiła do zastanowienia się nad kilkoma kwestiami. A problemów, które Pielewin porusza w powieści, jest całe mnóstwo. Dla mnie Batman Apollo to połączenie Matrixa i Incepcji Nolana w rosyjskich realiach, nie tylko okresu rządów Putina. I to chyba najlepsza rekomendacja.

Wydawnictwo Literackie 2014

Tytuł oryginału: Betman Apołło
Przekład: Ewa Rojewska-Olejarczuk

1 Wiktor Pielewin, Batman Apollo, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2014, s. 233.
2 Ibidem, s. 234.
3 Ibidem, s. 236.
4 Ibidem, s. 240.

niedziela, 14 grudnia 2014


Czasem jedno słowo wypowiedziane w chwili wzburzenia potrafi nieodwracalnie zmienić nasze życie... Pamiętna kłótnia podczas wizyty u rodziny kładzie się długim cieniem na losach Eapenów. Jedenastoletnia wówczas Amina i jej starszy brat Akhil mimowolnie stają się świadkami bolesnej rozmowy rodziców z babką, która nie była w stanie pogodzić się z opuszczeniem domu rodzinnego oraz Indii przez jej syna Thomasa. Winą za taki stan rzeczy obwinia synową Kamalę, która nie dość, że nie może się poszczycić jasną cerą, to jeszcze nie wniosła tak wysokiego posagu, jak rzekomo oferowały inne rodziny. Atmosfera zagęszcza się, gdy syn postanawia nagle przerwać przykre spotkanie... Wykrzyczane przez wzburzoną starszą panią inwektywy pod adresem Kamali oraz Thomasa są pożegnaniem, ciążącym na rodzinie Aminy jak klątwa.

Mimo upływu dziewiętnastu lat od "wyklęcia", czas nie zaleczył ran. Choć wiele słów zostaje niewypowiedzianych, w domu Eapenów panuje specyficzna atmosfera: Thomas ucieka w pracę, a będąc w domu szuka kontaktu ze zmarłą matką; Kamala wypiera rzeczywistość, znajdując ukojenie w religii i gotowaniu, którym stara się przywołać miniony czas kiedy wspólne, tradycyjne posiłki były celebrowane przez całą rodzinę. Z tą wypieraną przez wszystkich przeszłością musi się zmierzyć trzydziestoletnia Amina, gdy na prośbę rodzicielki przyjeżdża z Seattle do domu w Albequerque. Dziwne rozmowy jej ojca Thomasa z jego nieżyjącą matką niepokoją Kamalę nie tylko ze względu na to, że mogą być one sygnałem poważnych zaburzeń, ale głównie dlatego, że przywołują dawny ból niezabliźnionych ran. 

Wizyta Aminy w Nowym Meksyku wywołuje sporo wspomnień: czas nauki, pierwsza miłość, rozmowy z Akhilem, a także stosunkowo świeżą sprawę zdjęcia Bobby'ego McClouda, która spowodowała zadrę na sumieniu dziewczyny. Fotografia samobójcy wykonana przypadkiem podczas pełnienia obowiązków zawodowych na imprezie Microsoftu szybko obiegła czołówki gazet. Skok z mostu na oczach rozbawionego tłumu był konsekwencją podpisania przez Indian ugody o zrzeczeniu się zamieszkiwanej dotychczas ziemi w zamian za rekompensaty finansowe, która to decyzja okazała się fatalna w skutkach nie tylko dla plemienia Puyallup, ale w ostatecznym rozrachunku przyniosła zgubę również McCloudowi. Śmierć Bobby'ego wstrząsnęła Aminą; dziewczyna po osiągnięciu niechcianego rozgłosu wycofała się z fotografii reportażowej i poświęciła się "lżejszej" gatunkowo fotografii ślubnej, choć nadal czuła pociąg do utrwalania bolesnych czy wręcz kompromitujących scen. 

Wracając do kwestii Indian, Mira Jacob nie bez przyczyny postawiła na drodze Aminy Bobby'ego McClouda. Oddanie przez Indian ziemi będącej w ich posiadaniu od pokoleń, będące dla nich tożsame z wyrzeczeniem się swoich korzeni, przywołuje na myśl emigrację rodziny Eapenów z Indii, którzy podobnie jak plemię Puyallup musieli zadomowić się w nowym miejscu - jakże odmiennym od ich rodzinnego kraju! - a także ponieść bolesne w skutkach konsekwencje zerwania więzi z przodkami. Wyobcowani na nowej ziemi, wkraczali w nowe życie z poczuciem "wdzięczności służącego", które definiuje nadzwyczaj dojrzały w swoich osądach Akhil: (...) całe to gięcie się w ukłonach i zadowalanie się ochłapami, ponieważ jesteśmy nieskończenie wdzięczni za samą możliwość życia w tym kraju. Zachowywanie się tak, jakby samo odezwanie się do nas było niezwykłym zaszczytem*.

Obok problemu zakorzeniania się w nowym miejscu, w Tangu lunatyków - co sugeruje tytuł - mocnym motywem jest również sen. Już na pierwszych kartach powieści dowiadujemy się o niepokojących nocnych rozmowach Thomasa oraz skłonnościach jego brata Sunila do lunatykowania, a nieco później u jednego z członków najbliższej rodziny Aminy zostaje zdiagnozowana narkolepsja. Ciotka Sanji sygnalizuje również problemy jej męża Raja z bezsennością i hałaśliwymi rozmowami z nieobecnymi członkami rodziny, wątek ten jednak nie został rozwinięty, podobnie jak przypadłość Sunila. Zwraca jednak uwagę fakt, że nad kilkoma członkami rodziny ciąży widmo dyssomni. Ta, choć z medycznego punktu widzenia o różnej proweniencji, zdaje się mieć korzenie w sumieniach, które trawione są przez wyrzuty - wobec siebie, swoich bliskich i wreszcie swojego kraju. 

Choć Tango lunatyków jest debiutem Miry Jacob, jest to bardzo udana powieść. Oczywiście nie jest wolna od wad - niekiedy drażniły mnie dłużyzny (zwłaszcza rozwlekanie partii dialogowych) - ale jest to czytadło z wyższej półki, poruszające ważne kwestie wpływu imigracji na tożsamość człowieka oraz zmagań rodziny z przeszłością... oraz przyszłością. Pisarka odkrywa karty stopniowo - w powieści przeszłość przeplatana jest teraźniejszością, przez co zazębianie się czasu jest mocno zaakcentowane. Konstrukcja bohaterów również nie pozostawia wiele do życzenia - każda z ważnych dla fabuły postaci została wyposażona w arsenał indywidualnych cech, przez co zyskała wyrazistość i realność. Bardzo łatwo przyszło mi utożsamienie się z bohaterką, która nie tylko jest zwykłą dziewczyną, mimowolnie uwikłaną w problemy rodzinne, ale jest również moją rówieśnicą i - podobnie jak ja - zajmuje się fotografią i nie pije kawy. A co z tytułem? Na sześciuset stronach powieści taniec pojawia się bodajże dwa razy, jednak lunatycy przewijają się przez jej karty często i nie chodzi tutaj o motyw snu, o którym pisałam wcześniej, ale o stan zawieszenia między rzeczywistością a światem wyimaginowanym, w którym tkwią bohaterowie powieści Miry Jacob.

Okładka Tanga lunatyków przywodzi na myśl święta Bożego Narodzenia i choć podczas lektury okazuje się, że przedstawiona na zdjęciu sceneria nie ma z nimi nic wspólnego, polecam tę książkę zwłaszcza na długie zimowe wieczory.

* Mira Jacob, Tango lunatyków, przeł. Agnieszka Labisko, Imprint, Warszawa 2014, s. 174.

Imprint 2014
Tytuł oryginału: The Sleepwalker's Guide to Dancing
Przekład: Agnieszka Labisko

piątek, 3 października 2014


Szybkie tempo życia to znak naszych czasów. Pięcie się po szczeblach kariery, a czasem sama walka o utrzymanie pracy, często nie pozwala nam na "bycie". Obiecujemy sobie, że zwolnimy tempo gdy tylko osiągniemy satysfakcjonujący nas poziom życia, ale stale podnosząc poprzeczkę pędzimy donikąd. Ten szaleńczy bieg rzadko zostaje przerwany, a jeśli już - to zwykle nieoczekiwanie i wbrew naszym planom.

W ten schemat idealnie wpisuje się Teo, główny bohater debiutanckiej książki Mateusza Czarneckiego. Jego życie jest pozornie poukładane: dobrze prosperująca firma, własne mieszkanie, samochód, atrakcyjna kobieta u boku. Na tym idealnym obrazku pojawia się jednak rysa... Pod koniec urlopu spędzanego w Indiach Teo poznaje Amirę. Podczas rozmów dziewczyna sporo mówi o systemie wartości, światopoglądzie; mężczyzna uświadamia sobie wówczas, że jego świat ograniczał się dotąd do pracy. Fascynacja Amirą przeradza się w zakochanie - Teodor wraca wprawdzie do Warszawy, ale zaczyna się dusić, wkrótce wraca więc do Indii z planem rozpoczęcia wspólnego życia z dziewczyną. Rzeczywistość zaskakuje go, ale Teo podejmuje wyzwanie losu, bo już nie wyobraża sobie powrotu do dawnej egzystencji, która miała niewiele wspólnego z życiem. Udaje się w podróż po Indiach oraz... w głąb siebie. 

Książka Otwórz oczy, zaraz świt była dla mnie zaskoczeniem. Nie ufam debiutantom, a motyw poszukiwania swojej drogi kojarzy mi się z twórczością Coelho. Bałam się, że pod tą piękną okładką, która skusiła mnie do sięgnięcia po tę lekturę, będzie ukryta miałka treść. Książka okazała się jednak zmuszającą do refleksji, a przez to piękną (choć napisaną reporterskim, dość oszczędnym stylem) opowieścią o poszukiwaniu siebie. Zmiany zachodzące w Teo, wręcz rodzenie się w nim innego człowieka, Czarnecki ukazał za pomocą motywu lustra, w którym wielokrotnie, mimochodem kazał przeglądać się swojemu bohaterowi. Odbicie twarzy początkowo wywoływało w mężczyźnie konsternację, Teodor niechętnie patrzył sobie w oczy. Z czasem jego oblicze zaczęło się zmieniać - pojawiła się ciekawość świata, oczy nabrały głębi, a on sam nauczył się nie tylko patrzeć na siebie bez zażenowania, ale również uśmiechać się do siebie.

Choć ja sama nie muszę szukać swojego ja, ta książka jest dla mnie ważna. Wytypowałam trzy najbliższe mi osoby, którym chętnie podsunęłabym tę lekturę, sama natomiast wypisałam z niej sporo cytatów, żeby nigdy nie zapomnieć, że najważniejsze jest to, żeby podążać za marzeniami oraz żyć w zgodzie ze sobą i własnymi przekonaniami, a nie oczekiwaniami innych, do których się nie przystaje. Życie w zbyt ciasnej foremce jest możliwe, ale przypomina półsen, pozbawiony głębszych doznań i świadomości. Otwórz więc oczy... nie prześpij swojego życia.

Al Revés 2014

wtorek, 20 maja 2014

A gdybyśmy tak mogli przeżywać nasze życie raz za razem, żeby wreszcie zrobić to jak należy?* - pytanie to, zadane na ostatniej stronie okładki, wywołało u mnie skojarzenie z Podwójnym życiem Weroniki Krzysztofa Kieślowskiego. Bałam się kalki filmowego motywu, jednak w książce Kate Atkinson zamiast dwóch bohaterek żyjących równolegle mamy jedną, która ma możliwość przeżywania swojego życia wielokrotnie. Ursula nie wpada w pętlę czasu jak Keiji Kiriya z Na skraju jutra Hiroshiego Sakurazakiego - choć ona także wielokrotnie umiera, odradza się po to, by - wracając do przywołanego wcześniej cytatu - przeżyć wreszcie swoje życie jak należy.

Już początek życia Ursuli nie był łatwy - dziewczynka rodziła się kilkakrotnie, by w końcu móc zostać na świecie i... umierać. Wyrywana śmierci ponownie trafiała w jej objęcia wskutek nieszczęśliwych wypadków i chorób. Z czasem dziewczynka dostrzegła mechanizm rządzący jej życiem i nauczyła się eliminować czynniki, które wiodły ją w ciemność. Ingerując w rzeczywistość musiała być jednak ostrożna, zmiany dotyczyły bowiem również jej bliskich, a z czasem również kraju czy Europy pogrążonej w wojennej zawierusze. 

Kate Atkinson miała świetny pomysł, który udało jej się przekuć na rewelacyjną powieść. Wprawdzie początki lektury nie były łatwe ze względu na styl wypowiedzi, zapewne będący zasługą tłumaczki, szybko jednak dałam się porwać fabule. Pisarka doskonale poradziła sobie z nakreśleniem realiów panujących w pierwszej połowie XX wieku i nadaniem powieści odpowiedniego klimatu. Kreacja bohaterów również nie pozostawia nic do życzenia, zostali oni bowiem obdarzeni indywidualnymi cechami oraz zdolnością myślenia i przeżywania. Wartością książki są również poruszane przez Kate Atkinson problemy społeczne takie jak np. brak edukacji seksualnej, który zaowocował ciążą bohaterki, a później decyzją o aborcji, która - o naiwności! - jawiła się Ursuli jako zrzeczenie się dziecka na rzecz kogoś, kto otoczy go opieką i miłością... 

Co jednak najważniejsze, książka pobudza do refleksji na tematy egzystencjalne i wprowadza pewien niepokój, prowokując pytanie: a co by było, gdyby...? Czy gdybyśmy mieli możliwość wielokrotnego przeżywania życia, skorzystalibyśmy z niej czy też traktowali tę zdolność jako niewygodny ciężar? Z tym pytaniem oraz gorącą rekomendacją książki zostawiam Was, Drodzy Czytelnicy.  

*Kate Atkinson, Jej wszystkie życia, przeł. Aleksandra Wolnicka, Warszawa 2014, okładka.

Czarna Owca 2014
Tytuł oryginału: Life After Life
Przekład: Aleksandra Wolnicka

czwartek, 13 lutego 2014

Ileż kobiet marzy o szalonej miłości - uczuciu intensywnym, mącącym zmysły i nieskończonym! Kochaj mnie jak wariat,/Kochaj mnie jak świr śpiewa Renata Przemyk i pod takim życzeniem zapewne podpisałaby się większość przedstawicielek płci pięknej... A co jeśli to pragnienie by się ziściło i uczucie zaczęłoby się wymykać spod kontroli?

David miał siedemnaście lat, gdy się zakochał. Nie była to jednak romantyczna miłość właściwa dla tego wieku*, lecz uczucie gwałtowne i namiętne, łączące nie tylko dusze, lecz również ciała. Jednak pewnego dnia coś się zmieniło. Jade przeraziła siła tego uczucia, które kazało jej balansować na krawędzi dzieciństwa i dorosłości. Po naradzie rodzinnej Davidowi zabroniono przez miesiąc pojawiać się w domu Butterfieldów. Chłopak, oszołomiony miłością jak środkiem odurzającym, był jak narkoman na głodzie - nie myślał racjonalnie, a jedyne czego pragnął, to być znów obok Jade. Wydawało mu się, że podpalenie jej domu zbliży ich do siebie. Pomysł absurdalny, ale David był dosłownie chory z miłości i kolejne wydarzenia, których był inicjatorem, coraz bardziej przybliżały go do dna... Był jak kula na równi pochyłej - gdy wydawało się, iż w końcu zaczyna układać swoje życie, nie opuszczało mnie przeświadczenie o nieuchronnej katastrofie, którą w pewnym momencie zaczął przeczuwać również sam bohater... 

Miłość bez końca nie jest książką porywającą, ale ma w sobie "to coś". Wspomnienia Davida, bo na nich opiera się fabuła, z początku mnie męczyły, aż nie wiadomo kiedy zaczęłam nerwowo przerzucać kolejne kartki powieści w oczekiwaniu na finał tej smutnej historii. Choć sposób budowania zdań, często wielokrotnie złożonych, nie ułatwiał mi odbioru lektury, nie można odmówić autorowi umiejętności precyzyjnego wyrażania pewnych złożonych zjawisk, emocji; o miłości nie jest łatwo pisać tak, by nie otrzeć się o banał, Spencerowi się to jednak udało. I o ile we wcześniejszych partiach tekstu trudno mi było się zatracić, o tyle zakończenie jest po prostu piękne i wzruszające. 

Na koniec warto wspomnieć również o barwnym tle powieści - lata 60. i 70. w Stanach Zjednoczonych to czas przemian obyczajowych oraz postępującego wyzwolenia, a także powstawania związków zawodowych, strajków pracowniczych oraz widocznych podziałów klasowych. Realia te zostały bardzo zgrabnie wplecione w fabułę, nadając powieści niepowtarzalną atmosferę i przydając jej autentyczności.

Miłość bez końca gorąco polecam, nie tylko na Walentynki!

* W odniesieniu do końcówki lat 70. XX wieku (Miłość bez końca "narodziła się" w 1979 roku)

Muza 2014
Tytuł oryginału: Endless Love
Przekład: Julita Wroniak-Mirkowicz

czwartek, 23 stycznia 2014


Moje dotychczasowe spotkania z twórczością japońskiego pisarza wyzwalały we mnie skrajne emocje. Po zachwycie Sputnikiem Sweetheart sięgnęłam po niestrawną wówczas Przygodę z owcą, by w końcu zanurzyć się w 1Q84, trylogię, której lekturę zakończyłam na drugim tomie. Nie wiedziałam czego spodziewać się po najnowszej powieści Murakamiego, dlatego sięgałam po nią bez wielkich oczekiwań, za to z dużą dozą niepewności. Ta jednak szybko gdzieś uleciała, gdy zatopiłam się w historię Tsukuru Tazakiego.

Tytułowy bohater ma 36 lat i jest kawalerem. Od szesnastu lat zadaje sobie pytanie dlaczego pewnego dnia czwórka jego przyjaciół odwróciła się od niego bez słowa wyjaśnienia. Mimo upływu czasu Tsukuru nadal nie potrafi się z tym pogodzić - niezamknięty rozdział w jego życiu rzutuje na jego relacje z kobietami - mężczyzna nie umie się otworzyć przed drugą osobą. Przeszłości nie da się wymazać, ale można, a wręcz należy, wyjaśnić to, co wydarzyło się niegdyś w Nagoi. Za namową partnerki bezbarwny Tsukuru Tazaki wyrusza szlakiem przeszłości, by spotkać się kolejno ze swoimi dawnymi przyjaciółmi. To, czego się dowie będzie zaskakujące...

Czytając Bezbarwnego Tsukuru Tazakiego i lata jego pielgrzymstwa przepadłam bez reszty. Ta niezbyt obszerna powieść jest niezwykle bogata w treść, skondensowaną, nasyconą symboliką oraz metafizyką. Sen wielokrotnie przenika się tutaj z jawą, pojawiają się również niepokojące wizje erotyczne, w których występują dwie dawne przyjaciółki Tazakiego, Biała i Czarna, a następnie jego przyjaciel Haida, Mister Grey odzwierciedlający mieszaninę tych dwóch kolorów. Jak przystało na Murakamiego, historię Tsukuru Tazakiego japoński pisarz również obudował wyrazistą muzyką, w tym wypadku "Latami pielgrzymstwa" Franza Liszta. Tytuł nieprzypadkowy, główny bohater powieści jest bowiem pielgrzymem poszukującym swojej tożsamości oraz odpowiedzi na dręczące go przez kilkanaście lat pytanie. 

Bezbarwny Tsukuru Tazaki i lata jego pielgrzymstwa to powieść przemyślana i uporządkowana, wręcz skondensowana, by nie powiedzieć: minimalistyczna; każde zdanie wydaje się ważne, na swoim miejscu. Mimo iż nieco rozczarowało mnie zakończenie, książka wędruje na półkę z ulubionymi, obok Sputnika Sweetheart.

Muza 2013
Tytuł oryginału: 色彩を持たない多崎つくると、彼の巡礼の年/Shikisai o motanai Tazaki Tsukuru to, kare no junrei no toshi
Przekład: Anna Zielińska-Elliott

poniedziałek, 14 października 2013

Był sobie chłopiec-daltonista, który wszystko widział w szarych barwach. Jego rodzice byli cyrkowymi klaunami i chłopiec wiedział, że kiedyś nadejdzie chwila, w której przyjdzie mu wyjść z nimi na arenę. Obawiał się jej, gdyż wiedział, że aby występować jako klaun musi posiadać umiejętność rozróżniania kolorów, której nie posiadał. Przypadkowe spotkanie tajemniczego staruszka dało mu jednak nadzieję. Mimo iż siwy pan był ślepcem, jego kalectwo nie przeszkadzało mu w pełnym postrzeganiu świata. Mężczyzna stał się duchowym przewodnikiem chłopca - uczył go postrzegania kolorów innymi niż wzrok zmysłami oraz dociekania prawdy poprzez odpowiednie stawianie pytań. 

Z czasem nauki staruszka zaczęły przynosić rezultaty i chłopiec powoli uczył się rozpoznawać kolejne kolory. Stał się również uważniejszym obserwatorem świata i rządzących nim praw. Po swojej porażce na scenie próbował zrozumieć, dlaczego widzowie śmiali się z niego, gdy płakał. W rzeczywistości ich reakcja nie była podyktowana komizmem sytuacji, lecz niepewnością co do tego, jak się zachować. Słowa wypowiedziane przez matkę chłopca są przygnębiające: (...) tata i ja całe życie chcieliśmy rozśmieszać ludzi, zawsze chcieliśmy być śmieszni, zawsze pilnowaliśmy się, żeby nie okazać smutku, a dziś ty byłeś właśnie taki, jacy my jesteśmy z dala od cyrkowej areny. Smutni i... nieporadni... i... samotni... A ludzie się śmiali... Widzisz, jakie to dziwne... bardzo dziwne...*. Teraz już wiedział, co oznaczały słowa staruszka, który powtarzał, że prawdziwy klaun jest smutny...

Gdy chłopiec odkrył tajemnicę zniknął zarówno staruszek-przewodnik, jak i smok, który regularnie nawiedzał go we śnie i prowokował zaczepkami oraz groźbami porwania jego księżniczki. Najpierw bestia złagodniała - sen chłopca okazał się dla niej bezpieczną przystanią we wszechświecie snów ludzi, którzy nikogo nie kochali - by w końcu zniknąć na zawsze. Chłopiec wiedział, o jakich ludziach mówił smok, gdyż miał okazję ich "poznać" podczas spaceru po miasteczku. Gdy jeden z przechodniów potknął się i upadł, nikt z obecnych na ulicy osób nie zainteresował się jego losem. Każdy pędził w swoją stronę, bez cienia współczucia wobec krzywdy drugiego człowieka. 

Biały klaun Damira Miloša nie jest typową książką dla dzieci. Pod warstwą baśniowości kryją się problemy egzystencjalne, podobnie jak w Małym księciu Antoine de Saint-Exupery'ego. Książka chorwackiego pisarza jest opowieścią o poszukiwaniu siebie i pokonywaniu swoich słabości, choć daltonizm chłopca odczytywałabym również jako metaforę niezdolności do odczuwania świata zmysłami i dostrzegania jego piękna w ulotnych chwilach czy w drugim człowieku. Życie spędzone w biegu jest niczym więcej niż egzystencją. Szarą.

* Damir Miloš, Biały klaun, przeł. Barbara Kramar, Poznań 2013, s. 108.

Media Rodzina 2013
Tytuł oryginału: Bijeli klaun
Przekład: Barbara Kramar
Ilustracje: Lovro Artuković

środa, 26 czerwca 2013


Wiktoriański Londyn to miasto ponure i... śmierdzące. Znad Tamizy ciągnie fetor, a deszcz, jeszcze zanim zetknie się z ziemią, już jest brudny od wyziewów z kominów. Ten przygnębiający wizerunek miasta dopełnia obraz realiów życia w Londynie, których wyznacznikami są nierówność społeczna oraz bieda, często prowadzące swoje ofiary w nurt rzeki lub... do kanałów. To właśnie tam, pod ziemią, działają poszukiwacze zagubionych przez przechodniów monet oraz innych wartościowych przedmiotów. Jednym ze zbieraczy jest tytułowy bohater, doskonale znany w swoich kręgach, natomiast dla osób z zewnątrz - niewidzialny. 

Pewnego dnia, wskutek zbiegu okoliczności, Dodger traci swoją anonimowość. Oto w burzową noc zostaje świadkiem przestępstwa. Widząc, że w opresji jest młoda dziewczyna, interweniuje. Przypadek ten jest dopiero zaczątkiem całej serii wydarzeń, jest jak pierwsza kostka domina, która pchnięta wpływa na cały ciąg płytek. Ponieważ uratowana kobieta okazuje się mężatką wysoko postawionej persony, Dodger staje w obliczu zagrożenia. Jak na złość kolejne wydarzenia przynoszą mu rozgłos, w związku z czym zachowanie anonimowości czy ukrycie się nie są w tej sytuacji łatwe. Mężczyzna okazuje się jednak nie lada spryciarzem i układa misterny plan...

Sięgając po Spryciarza z Londynu nie wiedziałam czego się spodziewać. Wprawdzie nie czytałam flagowego dzieła Pratchetta jakim jest seria Świat dysku, jednak jej autor kojarzył mi się z fantastyką, za którą nie przepadam. Okazało się jednak, że powieść jest mocno osadzona w realiach wiktoriańskiego Londynu, do tego stopnia, iż autor wskrzesił wiele znanych czytelnikowi rzeczywistych postaci. Na kartach powieści spotkamy więc m.in. Karola Dickensa, Roberta Peela, Benjamina Disraelego, a nawet samą królową Wiktorię! Nie brak tu i legendarnych postaci takich jak golibroda Sweeney Todd, któremu Dodgerowi przyjdzie stawić czoła.

Mimo szarości przezierającej z kart książki, Spryciarz z Londynu jest barwną powieścią, pełną dynamiki, absurdów oraz humoru, w czym przypominała mi nieco Przygodą fryzjera damskiegoo. Zwłaszcza sposób opisywania postaci (sformułowanie stara kobieta o obliczu będącym placem zabaw dla zmarszczek* przywodzi mi na myśl opis przedstawicielki płci pięknej zacytowany w podlinkowanej recenzji) oraz kreacja głównego bohatera wywołały we mnie skojarzenie z powieścią Mendozy. Pratchett zdecydowanie mnie zaskoczył, nie tylko zmianą konwencji, ale również podjęciem tematyki społecznej i sugestywnym odmalowaniem tła powieści.

*Terry Pratchett, Spryciarz z Londynu, Rebis 2013, s. 165.

Rebis 2013
Tytuł oryginału: Dodger
Przekład: Maciej Szymański

czwartek, 28 marca 2013


Bogactwo wreszcie ujrzało światło dzienne! Niemal dwa lata temu zapowiedź publikacji pojawiła się na stronie jednej z księgarń internetowych. Wydawcą miał być W.A.B., jednak z jakichś powodów umowa między wydawnictwem a autorką nie doszła do skutku. Lampa i Iskra Boża przejęła sprawy w swoje ręce i tak oto książka nareszcie pojawiła się na rynku wydawniczym.

Bogactwo jest drugą po Zapleczu powieścią Marty Syrwid i nie sposób nie dopatrzeć się pewnych podobieństw między ich głównymi bohaterkami, młodymi dziewczynami cierpiącymi na zaburzenia emocjonalne. Klara zmagała się ze swoim ciałem i dążeniem do "manekinowatości", podczas gdy podłożem problemów Pat jest upokorzenie doznane w klubie. Po traumatycznych przeżyciach dziewczyna zamknęła się w swoim mieszkaniu, oddając się kompulsywnemu sprzątaniu i bogactwu wspomnień, które złożyła na stosach pamięci. Ta miesza wspomnienia starsze z tymi bolesnymi, świeżymi, więc numery - wspomnienia Pat są ponumerowane - nie są w żaden sposób uporządkowane, a tam, gdzie brak wspomnień, występują tylko numer i biała plama... Wnikając w umysł Pat ma się wrażenie oglądania filmu, który przesuwa się przed oczami w postaci kolejnych kadrów. Czytelnik jest widzem, a narrator jego przewodnikiem, który uwypukla pewne fakty, nakazując zwrócenie na nie szczególnej uwagi. 

Ze wspomnień Pat wyłania się obraz dziwnych, czasami wręcz patologicznych relacji między nią a mężczyznami, którzy pojawili się w jej życiu. Oprócz Pablo, któremu dziewczyna zawdzięcza swój obecny stan emocjonalny, poznajemy galerię osobowości takich jak Grzegorz Dusza, domorosły ciastkarz-homeopata produkujący ciastka ze spermy z dodatkiem ziół i z lubością pozbywający się włosków porastających skórę Pat, Juliusz Kwiatek, Mikołaj Nikin czy Karol Złoty, którego łóżko jest niemal relikwią i samo jego dotknięcie jest dla Pat niezwykłym aktem obcowania z czymś doskonałym. Dziewczyna godzi się na chore relacje, bezgranicznie podporządkowując się mężczyznom. 

Niemym świadkiem lipcowego upokorzenia Pat było Miasto, przedstawione na podobieństwo bezdusznej maszynki do mięsa. Miasto wchłania ludzi, wspomnienia i zdarzenia i wyrzuca z siebie bezkształtną masę, z której jak z ciasta można upiec, stworzyć coś nowego. Tak jak nowe życie Pat.

Druga powieść Marty Syrwid to książka odważna w wymowie, oryginalna w formie i wymagająca od czytelnika maksimum zaangażowania, w zamian oferująca jednak sporo emocji. Bogactwo niepokoi, zmusza do wysiłku intelektualnego i... fascynuje. Czekam na kolejną odsłonę młodej polskiej prozy sygnowanej nazwiskiem Syrwid, zastanawiając się czym jeszcze mnie zaskoczy. 

Lampa i Iskra Boża 2013

poniedziałek, 4 lutego 2013

Po Obce dziecko sięgałam z ogromną ciekawością. Zachęcały hasła zamieszczone - jak mniemałam nie bez kozery - na okładce: najważniejsze wydarzenie literackie ostatnich lat w Wielkiej Brytanii, klasa mistrzowska w sztuce powieściopisarstwa, kusiła okładka, przekonywały przychylne recenzje. Łyżką dziegciu w beczce miodu był jeden zaledwie niepochlebny artykuł, który odnosił się nie tyle do treści, co do jakości przekładu*. Nie zniechęcona, a wręcz przeciwnie - zachęcona i zaintrygowana, sięgnęłam po książkę. I klapa. Książka wymęczyła mnie i przytłamsiła wiejącą z kart książki nudą.

Obce dziecko jest historią krótkiego życia poety Cecila Valance'a oraz jego pośmiertnej sławy. Mężczyznę poznajemy w chwili, gdy ten przyjeżdża do Dwóch Akrów, posiadłości rodzinnej swojego partnera George'a Sawle'a. Ta krótka wizyta owocuje jednym z najsłynniejszych wierszy poety oraz trwałym spleceniem losów jego rodziny z rodziną przyjaciela. Po latach twórczość Cecila oraz jego życie stają się obiektem zainteresowań wielu biografów, którzy próbują dotrzeć do najbardziej pikantnych aspektów jego życia.

Jak już wspomniałam, nie znalazłam przyjemności w obcowaniu z powieścią Hollinghursta. Niecierpliwiłam się z powodu rozwlekłości historii, która nie potrafiła mnie wciągnąć i sprawiała wrażenie chaotycznej, a bohaterowie po prostu mnie irytowali. Występowania wątku homoseksualnego w powieści byłam świadoma i sam w sobie nie budził mojego sprzeciwu, powinien on być jednak bardziej wyważony. Niestety, Hollinghurst zostawił mnie z dziwnym wrażeniem, że co drugi mężczyzna jest gejem... 

Być może nie dotarłam do ukrytego sensu tkwiącego pod płaszczykiem opowieści o Cecilu - nie wiem, kto był tytułowym "obcym dzieckiem", ale chwilami miałam wrażenie, że chodzi o mnie. Chyba znalazłam się nie w tym towarzystwie, w którym powinnam.

Muza 2012
Tytuł oryginału: The Stranger's Child
Przekład: Hanna Pawlikowska-Gannon oraz Katarzyna Bieńkowska (poezja)

*http://wyborcza.pl/1,75475,12633873,_Obce_dziecko__Hollinghursta__potega__zlego__przekladu.html

niedziela, 20 stycznia 2013

Wybacz, ale chcę się z tobą ożenić to kontynuacja losów Niki i Alexa, bohaterów książki Wybacz, ale będę ci mówiła skarbie. Poprzednia część nie spełniła moich oczekiwań, mimo to sięgnęłam po kolejną - po części z ciekawości, po części dlatego, że nie lubię pozostawiać niedokończonych spraw (to się tyczy również książek i ich serii). Okazało się, że słusznie dałam szansę włoskiemu pisarzowi, gdyż Wybacz, ale chcę się z tobą ożenić czytałam z zainteresowaniem i przyjemnością. 

Mimo, iż głównymi bohaterami nadal są Niki i Alex wraz z ich przyjaciółmi, niektórzy z nich są innymi ludźmi, niż ci, których poznałam w Wybacz, ale będę mówiła ci skarbie. Dziewczyny spoważniały, dojrzały, ale - mimo wielu zajęć - nadal znajdują dla siebie czas, by pielęgnować swoją przyjaźń i wspierać się w potrzebie, niektóre z nich zostaną bowiem wystawione przez los i swoich bliskich na ciężką próbę... Również przyjaciół Alexa czeka wiele życiowych zmian, które zachwieją nie tylko ich prywatnym światem, ale odbiją się także na jego związku z Niki, zmuszając parę do ponownego przemyślenia podjętej niedawno decyzji o ślubie. 

Wybacz, ale chcę się z tobą ożenić to książka o przyjaźni, która pomaga przetrwać najcięższe chwile oraz o miłości, pięknym uczuciu, które - gdy już zostanie odwzajemnione - często zostaje zepchnięte na margines życia, ginie w rutynie codzienności i bywa, że umiera, nawet nie wiadomo kiedy. Choćby dla tego przesłania warto przeczytać tę książkę. Mimo, iż wydaje się banalne, otwiera oczy na to, czego na co dzień się nie dostrzega.

Muza 2011
Tytuł oryginału: Scusa ma ti voglio sposare
Przekład: Karolina Stańczyk

sobota, 24 listopada 2012

Po niezbyt udanym spotkaniu z Wybacz, ale będę ci mówiła skarbie po Mężczyznę, którego nie chciała pokochać sięgnęłam z pewną obawą. Zarówno Wybacz..., jak i Trzy metry nad niebem to powieści raczej dla młodszych czytelniczek, a ja nie miałam ochoty na kolejną opowieść o nastolatkach... Jak się okazało, w swojej najnowszej powieści włoski pisarz poruszył dojrzalszą tematykę.

Mężczyzna, którego nie chciała pokochać to historia dwóch "dryfujących dusz". Sofia, utalentowana pianistka, w chwili gdy jej życiowy partner uległ groźnemu wypadkowi postawiła na szali całe swoje życie - aby przebłagać Boga o darowanie drugiej szansy Andrei kobieta ślubowała nie usiąść już nigdy przy fortepianie. Mężczyzna przeżył ale mimo iż się pobrali, Sofia żyła w ogromnym poczuciu winy i... pustki - niegdyś muzyka była dla niej wszystkim. Gdy w jej życiu pojawił się Tancredi, kobieta zaczęła myśleć o tym, co straciła. Również na Tancrediego to przypadkowe spotkanie wywarło niesamowity wpływ. Cyniczny bogacz, który stale zmieniał partnerki i wskutek traumatycznego wydarzenia sprzed lat uciekał przed szczęściem, nagle sobie uświadomił, że Sofia jest pierwszą kobietą, do której coś czuje - nie potrzebuje jej po to, by dała mu przyjemność, lecz żeby z nim była i go kochała.

Mężczyzna, którego nie chciała pokochać to książka zupełnie inna niż dwie poprzednie, które miałam okazję poznać. Moccia opuścił świat nastolatków, zostawił ich zauroczenia i niedojrzałe miłości na rzecz świata dorosłych, w którym dryfuje wiele niespełnionych dusz. Lubię takie smutne i poruszające książki, które przypominają, że łatwo przeoczyć to, co naprawdę ważne. Czasem za niepotrzebną sprzeczką czy brakiem czasu dla drugiej osoby czają się tragedie, które tylko czekają na dogodny moment... Na zachętę dodam, że zakończenie potrafi zaskoczyć!

Muza 2012
Tytuł oryginału: L'uomo che non voleva amare
Przekład: Karolina Stańczyk

wtorek, 16 października 2012

Sielskie życie nadbużańskiej wioski przerywa śmierć 97-letniej Makryni, najstarszej mieszkanki Dobratycz. Od początku było jasne, że to nie ona miała wypić zatrutą kawę pozostawioną pechowego dnia na werandzie, nie wiadomo jednak, dla kogo była przeznaczona. Ale otrucie staruszki to tylko wierzchołek góry lodowej. Kolejnym ciosem dla mieszkańców wioski jest przybycie nieznanego mężczyzny, który chce wykupić okoliczne grunty pod swoje inwestycje. Babyłowa popada z nim w konflikt, przysparzając sobie kolejnych problemów, których przysparza sobie od najmłodszych lat. Już samo przyjcie na świat Ały było dla wszystkich niespodzianką, nikt nie domyślał się, że dopiero co narodzona Uljanka ma siostrę bliźniaczkę. Małżeństwo Babylowej rozpadło się po śmierci dziecka. Kobieta popadła w alkoholizm i została wciągnięta w handel narkotykami. Jakiś czas po wyjściu z więzienia Ała znów trafia do aresztu - przez swoje podobieństwo do siostry opozycjonistki tuż przed wyborami prezydenckimi jest osobą niewygodną. Kobieta znajduje jednak drogę ucieczki od licznych problemów - dziury w czasie, przez które przenosi się do Miasta Ryb.

Dawno nie czytałam tak udanej powieści! W Mieście ryb współczesność przeplata się z czasem minionym, nowoczesność z zabobonami i wierzeniami. Tylko tu czort może dostać zakrwawioną podpaską po łbie - ale nie tą ze skrzydełkami, lecz zrobioną z kawałka prześcieradła, bo te z reklam może i są skuteczne, ale nie na czorty. Wszystkie wydarzenia poznajemy przez pryzmat Ały Babylowej - pierwszoosobowa narracja pozwala nam podążać za tokiem jej myśli, których ścieżki są mocno poskręcane... Przetworzona rzeczywistość nabiera przez to specyficznego kolorytu z nutą goryczy, odrobiną czarnego humoru i szczyptą nostalgii. 

Miasto ryb wędruje na półkę z ulubionymi książkami!

Rebis 2010
Tytuł oryginału: Рыбiн горад
Przekład: Małgorzata Buchalik

wtorek, 25 września 2012

Agnieszka Podolecka urodziła się na Sri Lance, w Pakistanie chodziła do przedszkola, w Polsce studiowała orientalistykę, a w RPA spędziła kilka lat. Z jej fascynacji egzotyką i magią powstały dwie książki - Za głosem sangomy oraz przeczytany przeze mnie Żar Sahelu. 

Anna jest żoną polskiego dyplomaty, Marka, i matką nastoletniej Belli. Los rzucił jej rodzinę do Mali, o którym ostatnio dużo się słyszy... Kraj opanowała susza, a do jego mieszkańców docierają pogłoski o serii rytualnych morderstw. Rodzina dyplomaty nie ma jednak wyboru i musi opuścić bezpieczny Senegal. Początkowo ich życie toczy się normalnym rytmem - Marek oddaje się pracy i romansowi, Bella idzie do szkoły, a w życiu Anny pojawia się przystojny David. Normalność burzy jednak zdarzenie na wycieczce szkolnej - Bella zostaje porwana przez Dogonów. Dziewczyna była bowiem naznaczona charakterystycznym znamieniem na ramieniu, który był dla tego plemienia ważnym znakiem. W ten sposób historia Belli splotła się z losem Elizabeth, której pamiętnik nastolatka znalazła wcześniej w swoim domu, a która - jak wynikało z kart dziennika - również została porwana przez Dogonów. Kobieta zdołała jednak uciec, choć niedługo dane jej było zaznać wolności - Elizabeth została ukąszona przez skorpiona i zmarła. Czy w tym aspekcie losy Belli i Elizabeth także się zapętlą? 

Żar Sahelu to książka, która długo czekała na swoją kolej. Rzadko sięgam po literaturę polską, a opis zamieszczony na skrzydełku książki nie potrafił mnie zachęcić do wcześniejszej lektury (skutecznym odstraszaczem było zawarte w nim pojęcie "New Age"). Powieść była tymczasem miłym zaskoczeniem - czytałam ją z zainteresowaniem. Wprawdzie fragmenty o medytacjach i rozmowach ze światłem były według mnie zbędne, a warsztat pisarski czy redaktorski pozostawiał wiele do życzenia, spotkanie z Żarem Sahelu uznaję jednak za udane.

Poradnia K 2010

niedziela, 23 września 2012

Mając za sobą udane spotkanie z Trzema metrami nad niebem sięgnęłam po kolejną książkę autorstwa Federico Mocci. Wybacz, ale będę mówiła ci skarbie to historia Alexa, powoli zbliżającego się do czterdziestki dyrektora kreatywnego pracującego w agencji reklamowej oraz Niki, szalonej siedemnastolatki. Losy tych dwojga zostały splecione ze sobą w jednym momencie - wystarczyła chwila nieuwagi, by bohaterowie nagle znaleźli się w innych światach - mężczyzna w tym, który opuścił już dawno temu, a dziewczyna w tym, do którego jeszcze nie dorosła - do tej pory jej jedynymi problemami wydaje się być wiecznie kontrolująca ją matka i zbliżająca się matura. 

Wybacz, ale będę mówiła ci skarbie to książka, która trochę mnie rozczarowała. Podczas lektury Trzech metrów nad niebem odczuwałam bliskość bohaterów, ich emocje; ta książka nie wzbudziła we mnie takich uczuć. Wręcz przeciwnie - denerwował mnie sposób, w jaki wypowiadają się nastoletni bohaterowie, a sama Niki nie zaskarbiła sobie mojej sympatii (o co, oczywiście, nie mam żalu do autora). Jako osoba do bólu dosłowna zauważyłam także pewną nieścisłość - dziewczyna w książce jest blondynką, podczas gdy na okładce ma niemal czarne włosy (podobnie jak w filmie). 

Mimo licznych krytycznych uwag z pewnością sięgnę po kolejną część, choćby po to, by dowiedzieć się, czy ten związek mógł przetrwać. 

Muza 2012
Tytuł oryginału: Scusa ma ti chiamo amore
Przekład: Anna Niewęgłowska

poniedziałek, 9 lipca 2012

Kto w Polsce usłyszałby o Prawdziwym męstwie Portisa, gdyby nie bracia Coen? Może Ci z zapaleńców westernów, którzy znają adaptację z 1969 roku w reżyserii Henry'ego Hathaway'a, ale i tak to dopiero dzięki filmowi z 2011 roku książka została wydana na polskim rynku.

Fabuła jest dość prosta: 14-letnia dziewczyna z prowincji rusza do miasta, aby znaleźć w nim szeryfa (któremu zdarza się czasami stanąć poza prawem), z pomocą którego chce pomścić zamordowanego ojca. Nie ma tu wielu okazji do wymiany strzałów, choć trup ściele się dość gęsto (nawet jak na spokojnego szeryfa Cogburna), nie ma nieoczekiwanych zwrotów akcji. Ale uważni czytelnicy znajdą wiele ironii w wypowiedziach Roostera - starego, doświadczonego stróża prawa, któremu nie przeszkadza brak jednego oka w podejmowaniu szarży przeciwko siedmiu przeciwnikom. Co zaskakuje, to uczynienie główną bohaterką dziewczyny - przecież western to działka wyłącznie dla facetów! I faceci-bohaterowie powieści zdają się tak uważać, ale widząc upór, wytrwałość, niezłomność w dążeniu do osiągnięcia zadośćuczynienia uznają ją za pełnoprawnego członka ekipy pościgowej i zabierają na poszukiwania. Jest jeszcze ten trzeci, trochę nieproszony gość, z początku arogancki i pewny siebie strażnik Teksasu - LaBoeuf. Podróż, w którą wyrusza trójka bohaterów nie pozostaje bez wpływu na ich charaktery - Cogburn, postrzegany przeze mnie jako introwertyk potrafi otworzyć się przed Mattie Ross, dziewczyną, której zamordowano ojca, i opowiadać jej o swoim nieudanym małżeństwie oraz niekochającym synu. LaBoeuf, Teksańczyk podążający własnymi ścieżkami, unoszący się honorem, podporządkowuje się komendzie szeryfa. Tylko Mattie pozostaje cały czas taka sama - harda, niepokorna, zawsze mająca swoje zdanie, przemądrzała, znająca się na finansach i w kółko opowiadająca, dlaczego uczestniczy w wyprawie.

Książka, która zebrała pozytywne recenzje w amerykańskiej prasie, nieszczególnie wywarła na mnie takie wrażenie jak na recenzencie z "The New York Times Book Review", który uważa Prawdziwe męstwo za majstersztyk komizmu - mi bliżej do opinii dziennikarza "Newsday": Przeczytajcie, a sprawi wam tyle radości, ile żadna inna powieść w ostatnich latach, może nawet dekadach". Tak... Książkę czyta się z zapartym tchem, dawno nie miałem w rękach tak mistrzowsko skonstruowanej fabuły - wszystko płynie swoim rytmem - powolnym, bez fajerwerków, ale pomimo tego pozornego braku akcji dzieje się tam tak wiele! Niestety, nie dane było mi wyczuć humoru i ironii, którymi przepełniona jest książka, ale które świetnie widać w kreacji Johna Wayne'a z 1969 roku - jest on o wiele bardziej wyrazisty i przekonujący niż Jeff Bridges!

Sonia Draga 2011
Tytuł oryginału:True grit
Przekład: Robert J. Szmidt

sobota, 16 czerwca 2012


Biały gołąbek z Kordoby długo czekał na swoją kolej, sama nie wiem dlaczego, wszak Pismo Leonarda urzekło mnie bez reszty. Może wyczułam, że książka nie w pełni spełni moje oczekiwania? Nie twierdzę, że książka nie jest dobrze napisana - po prostu nie do końca trafiła w moje literackie gusta. 

Biały gołąbek z Kordoby to historia życia Zachara Kordobina, profesora Uniwersytetu Jerozolimskiego oraz uznanego eksperta w dziedzinie malarstwa. Za tą fasadą kryje się jednak drugie, ciemne oblicze Kordobina, jest on bowiem także... fałszerzem obrazów. Obdarzony ogromną wiedzą i niespotykanym talentem jest niedościgniony w tym co robi - i jest to jego przekleństwem... W latach studenckich zostaje nieopatrznie wciągnięty w niebezpieczną grę i musi zapłacić najwyższą cenę. Od tej pory jego życiu przyświeca jeden cel - odnaleźć zabójców przyjaciela i pomścić jego śmierć. 

Książka jest ciekawie skonstruowana. Bieżące wydarzenia co rusz przeplatane są retrospekcjami, w wyniku czego poznajemy całe życie Zachara Kordobina oraz jego najbliższej rodziny. To właśnie we wspomnieniach pobrzmiewał ten specyficzny ton opowieści Diny Rubiny, który tak mnie oczarował w Piśmie Leonarda. Spodziewałam się, że cała powieść będzie utrzymana w nostalgicznym nastroju, w Białym gołąbku... nie było jednak miejsca na melancholię czy ckliwości. Dina Rubina tym razem postawiła na dynamikę powieści, każąc swojemu bohaterowi przez cały czas przemieszczać się z miejsca na miejsce. 

Biały gołąbek z Kordoby jest jak tygiel, w którym wymieszano wątki sensacyjno-kryminalne z elementami sagi rodzinnej oraz romansu. W kwestii konstrukcji warto wspomnieć także o niezwykle udanym, pięknym zakończeniu, nawiązującym do tytułowego motywu, przewijającego się wcześniej na kartach książki. Choć momentami powieść wydawała się dość chaotyczna, w ogólnym rozrachunku wypada bardzo dobrze. 

Muza 2012
Tytuł oryginału: Белая голубка Кордовы
Tłumaczenie: Margarita Bartosik

sobota, 12 maja 2012

O Dziennikach gwiazdowych mogę powiedzieć z całą pewnością, że jest to zbiór zapisów kosmicznych (i nie tylko) podróży Ijona Tichego, które nie znudzą mi się nigdy! To już trzeci raz, gdy je czytam i na pewno wrócę do nich jeszcze nie raz. Czym mnie tak przyciągnęły? Lekkością, z jaką Lem bawi się symbolami, postaciami i wydarzeniami historycznymi. Jak łatwo przychodzi mu budowanie neologizmów, czasem niezrozumiałych, a czasem czytelnych bez żadnych wysiłków. Roztrząsa problem pętli czasowej, kwestię następstw użycia maszyny przenoszącej w czasie czy fizycznej ingerencji w przeszłość. Ijon staje przed trybunałem i musi wysłuchać wszystkich zbrodni jakich dopuściła się ludzkość. Trafia na planetę robotów, gdzie swoim sprytem rozwiązuje zagadkę, której nie potrafiły rozwikłać asy wywiadu. Przeżywa też wiele innych ciekawych przygód, do których zgłębienia, jako fan Lema, serdecznie zachęcam.

Co jest takiego wyjątkowego w postaci Tichego? Może to, że nie jest superbohaterem, jest takim samym zwyczajnym człowiekiem jak i my. Niejednokrotnie łapie się na błędzie, na nietakcie; jest porywczy, ma skłonności pieniacze - taki nasz polski szlachcic :) Ale jest też osobą ciekawą świata, odważną, nie raz zapuszczał się w niezbadane lub niebezpieczne rejony przestrzeni kosmicznej. Tolerancji też bym mu nie odmówił - niejednokrotnie starał się nie zauważać inności/dziwności mieszkańców planet, dziwi się, ale nie okazuje tego, przyjmuje, że w danym miejscu dane zachowanie jest normą.

Jest to jedna z najprzystępniejszych pozycji w dorobku Lema, która za moich czasów nie była lekturą w szkołach - w szóstej klasie męczyliśmy Opowieści o pilocie Pirxie, moim zdaniem zbiór bardziej wymagający, dzięki któremu wielu moich kolegów znienawidziło autora. Mając już za sobą Bajki robotów, przygody Pirxa jeszcze bardziej utwierdziły mnie w atencji dla powieści Stanisława Lema i dobrze by było, gdyby młodzieży umożliwiono start w jego twórczość od swojskiego Tichego.

Czytelnik 1971