Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czarne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czarne. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 17 lipca 2016

Ostatnio coraz mniej czasu poświęcam na pisanie recenzji, bo pochłania mnie przyroda - porzucona pasja z dzieciństwa, do której wróciłam po wielu latach. Również lektury coraz częściej dobieram pod tym kątem, dlatego z entuzjazmem sięgnęłam po Chrapiącego ptaka. Początkowo nie mogłam wciągnąć się w historię rodziny Heinrichów, ale nawet nie zauważyłam kiedy zostałam pochłonięta bez reszty. Kolejne nazwiska zaczęły być rozpoznawalne, a poszczególne elementy opowieści zaczęły się układać w jedną całość.

Gerd Heinrich, ojciec autora, był uznanym przyrodnikiem i badaczem gąsieniczników. W celach badawczych wyprawiał się na Bliski Wschód, do Azji Południowo-Wschodniej i Afryki, a trzeba pamiętać, że w pierwszej połowie XX wieku egzotyczne podróże nie były czymś powszechnym. Dla swoich ukochanych gąsieniczników - a oficjalnie w celu pozyskiwania eksponatów dla muzeów przyrodniczych - był w stanie znosić miesiące niewygód i porażek. Na ołtarzu swojej pasji w pewnym sensie złożył również swoje dzieci, które na kilka lat oddał do szkoły z internatem, żeby móc wyruszyć na kolejną wyprawę. W Domu Dobrej Woli Bernd przez długi czas nie mógł się zaaklimatyzować i jedynie ucieczki w świat przyrody pomogły mu zachować równowagę w miejscu, które było dla niego obce i w którym nie czuł wsparcia najbliższych (zwłaszcza uderzyło mnie wspomnienie o tym jak chłopak poprosił ojca o przysłanie na gwiazdkę "pasa, ołówków i pasty do zębów" i nie otrzymał ich). 

Gerd miał serce jedynie do kobiet (był bardzo kochliwy, a prawdziwym darem od losu była tolerancyjna żona, która kochance męża potrafiła zrobić awanturę o porzucenie go, podczas gdy ten powinien skupiać się na pracy badawczej, a nie na przeżywaniu zawodu miłosnego) i do swoich gąsieniczników. Bernd wielokrotnie był dla niego powodem zawodu, bo realizował się w bieganiu i w nowoczesnym nurcie biologii, co ojciec poczytywał niemal za świętokradztwo i odwrócenie się od tradycji rodzinnej. Niełatwo było młodemu Berndowi, ale - jak wspomina - to właśnie spory z papą ukształtowały go i pomogły mu skrystalizować własne poglądy pozostające w zgodzie z zaszczepionymi przez ojca wartościami. 

Chrapiący ptak to książka trudna do sklasyfikowania. Jest to zarówno autobiografia Bernda, jak i biografia Gerda Heinricha, a przy tym saga (choć jednotomowa, ale jakże obszerna) rodu Heinrichów, książka popularnonaukowa, pełna nazw gatunkowych i opisów przyrody, a po części również powieść przygodowa z dość licznymi elementami komizmu sytuacyjnego. Wspomnę choćby o przygodzie Gerda, który podczas zawieruchy wojennej ukrywał się w lesie i mimowolnie był świadkiem dezercji żołnierzy niemieckich. W efekcie zbiegu okoliczności został obdarowany przez sprzyjający los nie tylko zapasami żywności, ale również maszyną do pisania i skrzynką Krzyży Żelaznych, których użył później jako waluty. Trzeba przyznać, że Gerd zdecydowanie urodził się pod szczęśliwą gwiazdą, bo takich szczęśliwych zrządzeń losu doświadczył w swoim barwnym życiu wiele razy.

Zakochałam się w tej książce, w jej autorze - jego sposobie snucia opowieści, osobowości, uporze i podejściu do przyrody. Z zafascynowaniem czytałam o jego udanej próbie przedzierzgnięcia się z "konusa z lasu" w sportowca, a w rozbawienie wprawił mnie pomysł pomalowania wieży ciśnień na terenie znienawidzonej szkoły na pamiątkę swojej w niej obecności oraz - iście "psychologiczne" - podejście do wypełniania formularzy aplikacyjnych na studia, w wyniku czego prawie wszystkie uczelnie nie były zainteresowane jego kandydaturą na studenta. W kwestii podejścia do przyrody poczułam niesamowitą nić porozumienia, mimo iż autor w latach młodzieńczych wybierał jaja i pisklęta z gniazd, a także uśmiercał ptaki. Jak jednak napisał po latach, w parze z zapędami myśliwskimi szło uwielbienie dla nieszczęsnych stworzeń i świadomość, że "wiedza jest ważna, a nie da się jej zdobyć tanim kosztem"*. 

Jedno jest pewne - chcę więcej! Na mojej półce czeka zachwalane przez wszystkich Wieczne życie, ale wiem, że na tej książce nie poprzestanę. Dla Bernda Heinricha jestem nawet w stanie mozolnie przedzierać się przez oryginalne wydania! Wam jego książki gorąco polecam, choć dla kogoś nie zainteresowanego przyrodą Chrapiący ptak może być niełatwą lekturą.

Na koniec przytoczę jedną z licznych mądrych myśli zawartych na kartach książki:

Myślę, że dzieci samorzutnie interesują się światem naturalnym, tyle że często skłonność ta więdnie z powodu braku kontaktu z nim. Inne rzeczy wypełniają pustkę, kiedy chłonne umysły dzieci łakną poznania świata.**

Warto wziąć te słowa pod rozwagę i zamiast smartfona czy tableta podarować dziecku swój czas i zaszczepić w nim ciekawość świata tak, jak Gerd Heinrich zaszczepił w swoim synu.

Czarne 2016
Tytuł oryginału: The Snoring Bird: My Family's Journey Through a Century of Biology
Seria: Menażeria
Przekład: Michał Szczubiałka

* B. Heinrich, Chrapiący ptak. Rodzinna podróż przez stulecie biologii, Wołowiec 2016, s. 405.
** Jw., s. 256.

czwartek, 28 kwietnia 2016


Dla wielu naszych rodaków Afryka zaczyna się i kończy na północy. Interesują nas Egipt, Maroko i Tunezja, bo tam można niedrogo, a przy tym w egzotycznej scenerii i przy pewnej aurze, spędzić urlop. Gdyby zapytać przypadkową osobę o problemy Czarnego Kontynentu, prędzej usłyszelibyśmy o epidemii eboli, głodzie, akcjach budowania studni czy atakach terrorystycznych niż o ostatniej kolonii. Sahara Zachodnia nie istnieje w świadomości większości Polaków, ba! nawet sam autor reportażu Wszystkie ziarna piasku dowiedział się o jej istnieniu dopiero podczas poszukiwań tematu na kolejną książkę. 

Bartek Sabela, znany ze świetnego reportażu Może (morze) wróci, zainteresował się Saharą Zachodnią, ponieważ - jak mówił na spotkaniu autorskim w Krakowie - lubi przeglądać Google Maps i podczas jednej ze swoich wirtualnych podróży zobaczył marokański mur oraz trafił do obozu dla uchodźców. To go zaintrygowało do tego stopnia, że postanowił zająć się tym tematem, a z czasem zaangażować się w tę sprawę osobiście. Nawiązał kontakty z Saharyjczykami i pojechał szukać informacji u samych źródeł. A sprawa to niełatwa, biorąc pod uwagę niechęć marokańskich władz do dziennikarzy. Sabeli udało się jednak dotrzeć do okupowanego przez Maroko El Aaiun oraz do obozów dla uchodźców w Algierii. 

Rozmowy z bojownikami o niepodległość Sahary Zachodniej oraz ze zwykłymi mieszkańcami jest pretekstem do przedstawienia nie tylko kultury, ale przede wszystkim bolesnej historii tego kraju. Gdyby nie bogactwa naturalne, z których słynie, być może Saharyjczycy do dziś doczekaliby się wolnego kraju, jednak na chwilę obecną wiele państw ma swój interes w tym, żeby złoża i łowiska należały do Maroko. Co niezrozumiałe, za Saharą Zachodnią nie wstawia się ani ONZ, ani Unia Europejska czy Stany Zjednoczone, co jest wyrazem szczególnej obłudy, bo oficjalnie występują jako obrońcy demokracji i praw człowieka, podczas gdy współpracują z okupantem i przymykają oko na deptanie wartości, którym hołdują. Saharyjczycy od lat czekają na referendum i możliwość zamieszkania w wolnym kraju, kolejnymi szklaneczkami herbaty jak klepsydrą odmierzając upływający czas...

Wszystkie ziarna piasku to przykład dziennikarstwa zaangażowanego. Bartek Sabela nie tylko był na miejscu i wysłuchał tego, czym chciano się z nim podzielić, ale oddał się tej sprawie całym sercem. Warto wspomnieć, że z bohaterem książki, Hamzą Lakhalem, utrzymuje stały kontakt (a przecież po napisaniu książki mógł zamknąć ten rozdział, by zająć się nowym tematem), nawet zaprosił go do uczestnictwa w spotkaniu autorskim w Krakowie! Sam reportaż, jak na Sabelę przystało, jest napisany rzetelnie i bardzo przystępnie, nie brak mu również liryzmu (zwłaszcza jeśli chodzi o otwierające rozdziały scenki parzenia herbaty). Całość okraszona jest pięknymi zdjęciami i bardzo żałuję, że wydawnictwo nie zdecydowało się wydać tej książki w kolorze (kolorowe fotografie były wyświetlane na spotkaniu i są przepiękne!).

Warto sięgnąć.

Czarne 2015
Seria: Reportaż

Bartek Sabela i Hamza Lakhal na spotkaniu autorskim w Krakowie
©poczytajka

środa, 9 grudnia 2015

Kiedy książka ukazała się w 2013 roku, moja ekscytacja nie miała granic. Świetne recenzje na jakie natrafiałem tylko podsycały apetyt na lekturę. Minęły dwa lata i oto trafiła w moje ręce, w pełni potwierdzając entuzjastyczne opinie o książce.

Książka Bracia Sisters Patricka deWitta z początku wydawała się być zwyczajnym westernem. Akcja rozgrywa się w latach pięćdziesiątych XIX wieku, kiedy to za wielką wodą zapanowała specyficzna epidemia - gorączka złota. Ludzie rzucali całe dotychczasowe życie, porzucali rodziny, pewne posady, spokojną przyszłość, aby szybko się wzbogacić. Dwaj bracia Sisters, pracownicy niejakiego Komandora - człowieka, który prowadzi interesy w niemal całej Ameryce, od wschodu aż po zachód - wyruszają, aby wykonać kolejne zlecenie. A fach mają w rękach nie byle jaki - są rewolwerowcami. Mają zlikwidować pewną osobę, która... No właśnie, dlaczego mają ją zabić? Sami tego nie wiedzą, ale szefa o takie sprawy się nie pyta. Wyruszają w podróż. Kilka miesięcy spędzonych na koniach obfituje w moc przygód i kontaktów z barwnymi postaciami.

Mimo tego, że Charlie i Eli są braćmi, mają ze sobą niewiele wspólnego - łączy ich nazwisko, zawód i cel, czyli wykonanie zlecenia. Dla Eliego ma to być ostatnia praca dla Komandora, Charlie chce ją kontynuować. Pierwszego nachodzą wątpliwości czy to, co robią jest moralne, czy zabijając ludzi na zlecenie zawsze postępują słusznie - czym innym jest zastrzelić niegodziwca, a inaczej gdy ofiarą jest ktoś sprawiedliwy czy uczciwy. Drugi z nich sięga po rewolwer, bo tak się umówił ze swoim pracodawcą, żyje z dnia na dzień, nie roztrząsając kwestii moralnych swojego postępowania i fachu. Ta często nieujawniana odmienność postaw prowadzi do wielu tarć. Inną przyczyną niesnasek są wady, które są wywlekane w najmniej odpowiednich momentach, tak, żeby ukłuły jak najmocniej. Sprzeczki, wzajemne docinki, obrazy, szturchańce - ot, szara codzienność, jak to u rodzeństwa. Ale z czasem, gdy podróż przez Amerykę zbliża się do finału, widać, że postawa braci się zmienia - wspólne spędzanie całego życia w końcu pociąga za sobą, może wymuszoną, ale jednak jakąś formę tolerancji dla drugiej osoby. Poza tym, że główni bohaterowie mają bardzo, jak na rewolwerowców, rozbudowane życie wewnętrzne, to są do bólu stereotypowi. Bez mrugnięcia okiem wyciągają swoje giwery i zabijają nie tylko tych, na których otrzymali zlecenie, ale także tych, którzy nieopatrznie stanęli im na drodze. Zatrzymują się w małomiasteczkowych saloonach, przejeżdżają przez zapadłe dziury. 

Wydawałoby się, że to zwykły western - deWitt odkopał z czeluści zapomnienia Dziki Zachód jaki pamiętam z Bonanzy i filmów z Clintem Eastwoodem: miasteczka bez utwardzonych dróg, wiecznie zabłocone albo całe zapylone, z obowiązkowym barem, hotelem i burdelem. Przypomniał też obszarpańców z obłędem w oczach, którzy z nieustającą nadzieją płukali piasek w poszukiwaniu płatków złota. Ale oprócz tła, które buduje cały świat książki, mamy do czynienia z czarnym humorem, ironią, absurdem i mocno zarysowanymi postaciami. Tytułowi bohaterowie przechodzą wewnętrzne przeobrażenie, sami wywracają sobie świat do góry nogami. I chyba wcale nie jest im z tym źle. 

Patrick deWitt stworzył powieść drogi żywcem wyjętą z filmów braci Coen (na przykład z Prawdziwego męstwa). I chętnie bym obejrzał Braci Sisters w ich wydaniu.

Czarne 2013
Przełożył: Paweł Schreiber
Tytuł oryginału: The Sisters Brothers

piątek, 5 czerwca 2015


Jak ja lubię podróżować z Thubronem! Niespiesznie i dogłębnie odkrywać nieznane mi zakątki świata, przemierzać szlaki zwykłych ludzi i wsłuchiwać się w rytm ich życia. Po Jedwabnym Szlaku i Tybecie przyszła więc pora na kolejną podróż - do Chin, do których udałam się z niekłamaną ekscytacją i ciekawością, mimo iż o Państwie Środka mogłam już trochę poczytać. Wiedziałam jednak, że Colin Thubron odkryje przede mną inną, nieznaną twarz tego kraju. 

Ten nastrój podniecenia towarzyszył również podróżnikowi gdy otwarto granice Chin. Jeszcze kilka lat temu niedostępny kraj jawił się jako terra incognita gwarantująca jeśli nie przygodę - bo powściągliwy Brytyjczyk nie należy do awanturników - to zbliżenie do tego, co nieznane, inne i co za kilka lat być może odejdzie w przeszłość. Jak się okazało, Thubron nie tylko miał poznać ową inność, on miał tę inność uosabiać. Podszczypywano go w policzki, badano wzrokiem, ale również chętnie z nim rozmawiano - w kraju, w którym partia narzuca myślenie i karze za odmienne poglądy nie ma miejsca na indywidualność i szczere dyskusje, brytyjski podróżnik dawał więc szansę na wymianę opinii czy choćby niezobowiązującą pogawędkę, podczas której można "dotknąć" diabelskiego Zachodu, będącego narzędziem terroru władzy. Jeden z rozmówców opowiadał Brytyjczykowi jak podczas wojny koreańskiej straszono ich Amerykanami, jadąc do Stanów Zjednoczonych spodziewał się więc spotkać w fabrykach kapitalistów z batogami. Gdy prawda okazała się inna, zorientował się, że wszystko co wpajano obywatelom było kłamstwem. Ale ta świadomość nie pomagała - wolność gwarantowana przez konstytucję była pustym frazesem, bo nie dało się z niej skorzystać, myśląc czy działając po swojemu. Za kwestionowanie prymatu partii groziły sankcje karne, a w najlepszym wypadku uznawano odstępcę za wariata. Bezpieczniej było więc poddać się władzy partii i zatracić swój indywidualizm. Mao Zedong zasiał w tych pokornych umysłach Chińczyków ziarno szkodliwej ideologii znanej nam pod pojęciem rewolucji kulturalnej. Walka z antysocjalistami przerodziła się w tępienie wszelkich przejawów burżuazyjności. Niszczono wszystko, co piękne, niepospolite, a ofiarą czystek padali nie tylko ludzie, ale nawet zwierzęta domowe. 

Thubron co rusz spotykał na swojej drodze kogoś, kto pamiętał ten czas chaosu i terroru a czasem był także jego ofiarą. Według jednego z jego rozmówców to właśnie rewolucja kulturalna odpowiada za brak ideologii i egoizm ówczesnego młodego pokolenia, które jeśli czegoś pragnęło, to tylko dla siebie. Ktoś inny zauważył, że Chińczycy są narodem przywykłym do ofiar i mimo, iż nam, ludziom Zachodu, ich los wydaje się niegodny pozazdroszczenia, oni przyzwyczajeni są do takiego a nie innego życia. Być może - pisarz próbował usprawiedliwić Chińczyków - to nie bezlitosność popychała ich do okrucieństwa lecz brak złudzeń: córki sprzedawane były odległym wioskom jako tanie narzeczone, a gdy miały mniej szczęścia, wyrzucano je na śmietnik na pastwę psów... Same czworonogi również nie miały łatwo, gdyż Chińczycy cierpiący niedostatek i głód jedli wszystko, co żyje. W pewnym momencie Brytyjczyk zaczął się zastanawiać czy i on nie jest potencjalnym kandydatem do konsumpcji.

Colin Thubron pokazał Chiny jako kraj kontrastów. Z jednej strony zatłoczone i zaplute ulice, wszechobecna szarość i nijakość oraz woń uryny i smażonego oleju, z drugiej sterylne aleje i interesujący rozmówcy, z których każdy miał do przekazania ciekawą historię. Na jednej szali wpływy kultury Zachodu, na drugiej - niemożność wydostania się z pancerza nijakości i spod jarzma partii, choć ze szczerych rozmów wyłania się rosnący sprzeciw wobec ówczesnej polityki: Nasz slogan mówi, że partia jest naszym ojcem, ojczyzna zaś naszą matką. Co za ojciec! Wolałbym być sierotą! Uuuch! (...) Jak można kochać ojca, który stale cię bije?*. Thubron prowokuje do zwierzeń, być może dlatego, że nie wytwarza bariery między sobą a tubylcami, lecz podróżuje najniższą klasą, stołuje się tam, gdzie miejscowi. Brytyjczyk posiada cenny dar słuchania i docierania do sedna sprawy, czasami zadziwiając samego siebie swoimi nieprzemyślanymi wypowiedziami (kilkakrotnie w tekście pojawia się stwierdzenie typu: usłyszałem swój głos mówiący [...]), co było miłym akcentem humorystycznym w tej niewesołej książce. 

Za murem polecam, a sama czekam na kolejną podróż z Thubronem. Czas pokaże dokąd tym razem poprowadzi nasza droga.

* Colin Thubron, Za murem. Podróż po Chinach, Czarne, Wołowiec 2015, s. 430.

Czarne 2015
Seria: Orient Express
Tytuł oryginału: Behind the Wall. A Journey Through China
Przekład: Paweł Lipszyc

czwartek, 12 lutego 2015

Cóż, człowiek jest istotą niezastygłą - głosi motto książki Motory rewolucji, zaczerpnięte z Traktatu o łuskaniu fasoli Wiesława Myśliwskiego. Czytając reportaże Grzegorza Szymanika trudno się z tą tezą nie zgodzić. Ich bohaterowie to osoby niegodzące się na realia panujące w ich kraju, nie potrafiące przejść obojętnie wobec bezprawia, przemocy czy niesprawiedliwości. Są motorami rewolucji...

Historie zawarte w książce, podobnie jak w przypadku innych publikacji autorów związanych z "Gazetą Wyborczą", były już wcześniej publikowane (w "Dużym Formacie", "Odrze" oraz "Polityce"). Zostały one podzielone według tematyki, mamy więc część ukraińską, arabską oraz postsowiecką. Motory rewolucji otwierają teksty na temat kijowskiego Majdanu oraz obecnej sytuacji na Ukrainie, którą od roku żyją media. Protesty o proweniencji prounijnej przerodziły się w rewolucję przeciwko korupcji i niesprawiedliwości oraz w obronie dumy narodowej, w której transparenty zamieniono na koktajle mołotowa... Szczególnie poruszył mnie tekst Pomarańczowo-czarne popołudnie o tragicznych wydarzeniach po meczu Odessa-Charków, ale najbardziej wstrząsającym - i najlepszym z całego zbioru - jest reportaż Koniec świata w słonecznikach. Sypali się z nieba jak grad1, jak kolorowe wstążki; sukienki, walizki, czekolady spadały na pola kukurydzy, a świadkami tego tragicznego confetti byli mieszkańcy wiosek, na które spadł zestrzelony malezyjski samolot wraz z towarzyszącym mu deszczem ciał. Reportaż ten najlepiej z całego zbioru uwypukla warsztat pisarski Grzegorza Szymanika: zwięzły, oszczędny w formie tekst z intrygującym wstępem (celowo przywołałam pierwsze zdanie reportażu) oraz zwrócenie uwagi na detal jak nagość spadających ciał czy pomalowane paznokcie u nogi (drugiej rozmówca dziennikarza nie mógł odnaleźć)... 

W kolejnej części Motorów rewolucji znalazły się teksty o Bliskim Wschodzie - Kairze, Syrii, Libii, Mauretanii. Poznajemy Ahmeda Hararę, który stał się bohaterem po tym jak stracił oboje oczu podczas protestów przeciwko Husni Mubarakowi. W Mauretanii Jakub uld Dahud podpala się, ale policja skutecznie gasi nie tylko ogień, ale także rewolucję, która miała wybuchnąć. Ale to reportaże z Syrii najtrafniej obrazują uwikłanie zwykłego człowieka w tryby machiny rewolucyjnej. Jeden z rozmówców mówi, że aby móc spokojnie uprawiać dalej ziemię czy świętować trzeba było zamienić motykę na kałasznikowa2. W dzień rolnicy zajmują się więc swoimi uprawami, a w nocy idą walczyć. 

Postsowiecka rzeczywistość jest nieco inna. Na Białorusi Łukaszenka krwawo tłumi wszelkie przejawy opozycji (bez pardonu pozbywając się przeciwnika) i choć niektórzy po cichu liczą na to, iż jak każdy reżim, i ten kiedyś upadnie, jawnie boją się krytykować jego rządy: (...) za Łukaszenki jest porządek w kraju. Dyscyplinę trzyma. Nie potrzeba tu opozycji. Chaosu jak na Ukrainie3. Z drugiej strony część Białorusinów szczerze wierzy w "swojego" prezydenta i traktuje go jak Tatkę całego narodu. Podobnie jest w Czeczenii. Na zewnątrz kraj bez skazy: zakłamywana historia w podręcznikach (dzieje zaczynają się od legend i przypowieści, a kończą na ojcu, synu i duchu świętym. A pośrodku nie ma nic4) i nowoczesne budownictwo przysłaniają prawdziwe oblicze kraju rządzonego przez Kadyrowa, w którym niewinni ludzie są torturowani lub zabijani z powodu rzekomego przyłączenia się do szahidów. I na koniec Azerbejdżan, budki uchodźców w porcie, typowa dla krajów byłego Sojuza korupcja istniejąca legalnie pod szyldem pomocy oraz ludzie, którzy czują się odpadami ZSRR...

Bohaterowie reportaży Grzegorza Szymanika są rozżaleni na system, w którym przyszło im żyć, a ich gniew przeradza się w energię do walki. Nie boją się porażki, nawet jeśli wzniecony pożar ma zostać ugaszony - działają. Choć tytuł książki bezpośrednio nawiązuje do Automajdanu, zmotoryzowanego ugrupowania ukraińskich rewolucjonistów, w moim odczuciu to miano pasuje do wszystkich sportretowanych przez dziennikarza osób. To ich niezastygłe serca są prawdziwymi motorami rewolucji i dopóki będą bić, dopóty będzie trwał bunt.

1 Grzegorz Szymanik, Motory rewolucji, Czarne, Wołowiec 2015, s. 60.
2 Jw., s. 95.
3 Jw., s. 134.
4 Jw., s. 149. 

Czarne 2015
Seria: Reportaż

wtorek, 20 stycznia 2015

Czytam sporo reportaży, ale wśród nich stosunkowo rzadko zdarzają się teksty o Polsce. Nie dlatego, że nie interesuje mnie ta tematyka, ale - jak mi się wydaje - o naszym kraju nie pisze się zbyt wiele. Tym większy był mój entuzjazm, gdy ujrzałam zapowiedź Najlepszych butów na świecie Michała Olszewskiego; podsyciła go znajoma, którą spotkałam na spotkaniu autorskim (udałam się na nie przed lekturą: miało być dla mnie wprowadzeniem w tematykę), wypowiadająca się o pisarstwie Olszewskiego w samych superlatywach.

Jego najnowsza publikacja (autor ma na koncie kilka książek: Do Amsterdamu, Chwalcie łąki umajone, Low-tech, Zapiski na biletach) jest zbiorem tekstów opublikowanych wcześniej w "Gazecie Wyborczej" i jej dodatkach oraz w "Tygodniku Powszechnym". Ich wspólnym mianownikiem są mniejsze i większe tragedie: jednostek, rodzin, małych społeczności i całego narodu. W pierwszej części Najlepszych butów na świecie znalazły się teksty o księżach: proboszczu z Hłudna, któremu nastoletni Bartek w swoim liście pożegnalnym postawił poważne zarzuty, oskarżając go tym samym o swoją śmierć, oraz oskarżonym o pedofilię Andrzeju Z. Najbardziej uderza w tych tekstach postawa społeczeństwa, które nie przyjmuje do wiadomości faktów, zeznania ofiar traktując jak pomówienia, wytwory dziecięcej fantazji lub wręcz daje ciche przyzwolenie na tego typu praktyki, bo przecież księdzu "wolno więcej". Niejako po drugiej stronie barykady stoi bohater trzeciego tekstu, ksiądz Dzedzej, który podjął się napisania książki o byłych duchownych. 

Drugą część zbioru zajmują reportaże o problemach wynikających ze współczesnego postępu. Znalazło się tutaj toksyczne miasto Szczucin, w którym powietrze przesycone jest śmiercionośnym pyłem, w lasach i na brzegu Wisły zalegają hałdy eternitu, a we wspomnieniach pracowników Zakładów Azbestowych przewijają się obrazy rodem z Czarnobyla. Pracownicy wspominają o braku BHP, ubrań ochronnych i jakichkolwiek informacji wskazujących na to, iż ich praca niesie ryzyko. Jak się okazuje, takich skażonych miejsc jest w Polsce więcej... Rabka, Zakopane czy Szczawnica niczym nie ustępują owianemu złą sławą Krakowowi - mimo statusu uzdrowiska i taksy klimatycznej pobieranej od przyjezdnych miasta te mogą "poszczycić się" smogiem o "stężeniach pekińskich". Ostatni temat w tej części Olszewski poświęcił Skawcom, a zwłaszcza jednemu z ostatnich mieszkańców wsi, który nie chce godzi się z przeprowadzką jaka go czeka ze względu na budowę zbiornika Świnna Poręba.

Michał Olszewski na spotkaniu autorskim, Kraków 27.11.2014
©poczytajka
Trzecia część antologii to dwa teksty z wątkiem niemieckim: w Berlińskim safari Olszewski dokumentuje polowania rodaków na targach za Odrą, natomiast bohaterką Bociany już tu nie przylecą jest Agnes Trawny, niegdysiejsza właścicielka posiadłości w Nartach, o której odzyskanie się teraz stara (czyt. walczy w sądzie z obecnymi mieszkańcami)*. Kolejna, czwarta część Najlepszych butów na świecie poświęcona została ludziom wykluczonym - narkomanom, samotnym matkom oraz osadzonym w zakładach karnych, którzy w ramach programów resocjalizacyjnych zajmują się nie tylko owcami i pszczołami, ale również upośledzonymi dziećmi. Niesamowite jest to, że osoby wcześniej stojące na granicy prawa potrafią zamienić się w rzetelnych, troskliwych opiekunów. To w tym reportażu padły najbardziej przejmujące słowa w całym zbiorze: Ja jestem w celi i Patryk jest w celi, tyle że ja zasłużyłam sobie i wiem, za co siedzę. A on? (...) Ja wrócę do normalnego życia. A on ma dożywocie.** Ale programy resocjalizacyjne to jedna strona medalu... Zakłady karne to nadal miejsca, które nie sprzyjają ucieczce od nałogów - handel używkami jest tam powszechny i odbywa się za cichym przyzwoleniem służb więziennych.

W ostatniej, najobszerniejszej części antologii przeszłość zderza się z teraźniejszością, a odradzające się po wojennej traumie Oświęcim i Brzezinka buntują się przeciwko życiu w cieniu obozu Auschwitz-Birkenau. To tutaj przeczytamy o kontrowersyjnych planach budowy kopca (z salami koncertowymi i wystawienniczymi wewnątrz!) na polach pomiędzy dwoma częściami byłego obozu koncentracyjnego oraz budzącej podobne emocje kwestii hymnu szkoły w Brzezince, a także o pracownikach muzeum zajmujących się konserwacją obozowego obuwia, poszukiwaniach zaginionego podczas wojny brata czy mrocznych sekretach Rabczańskiej Willi Tereska. Na teksty te pada cień bolesnej dla Polski historii, w której tragedia jednostki stała się tragedią całego narodu, inaczej niż to ma miejsce w społecznych reportażach z pierwszej części antologii. Nie bardzo potrafiłam znaleźć wspólny mianownik tych historii i paradoksalnie bardziej poruszyły mnie wcześniej zaprezentowane tematy.

Ryszard Kozik rozmawia z Michałem Olszewskim, Kraków 27.11.2014
©poczytajka

Znajoma miała rację - Michał Olszewski świetnie włada piórem: pisze oszczędnym językiem, dba o konkret, przez co nie ślizga się po temacie lecz celnie trafia w sedno sprawy. Ale sztuka pisania to nie wszystko. Świetne teksty nie powstałyby bez zmysłu wnikliwej obserwacji i wyczucia tematu. Olszewski potrafi go bowiem znaleźć tam, gdzie inni już go nie dostrzegali po ustaniu medialnej zawieruchy, wręcz upodobał sobie tematy, których nie znajdziemy na czołówkach gazet. I tym mnie "kupił".  

Czarne 2014

* Teksty nie zostały zaktualizowane, mimo iż przedstawione w nich sprawy znalazły już swój finał. Zamysłem autora było jednak ukazanie ludzkich dramatów i zmagań z losem.
** Michał Olszewski, Najlepsze buty na świecie, Czarne, Wołowiec 2014, s. 104.

wtorek, 11 listopada 2014

Słowa starzeją się podobnie jak ludzie. Najpierw są tylko trochę archaiczne, nabierają dostojeństwa, budzą szacunek, ale zaraz potem robią się nieprzydatne, często śmieszne, stają się cieniami siebie sprzed lat, po kolei trafiają do umieralni dla słów. Mało kto o nich pamięta, bo tyle się rodzi nowych uroczych słówek, które domagają się uwagi: toster, interfejs, hospicjum, spam...* 

Trudno nie zgodzić się z Jackiem Podsiadłą - język jest żywą tkanką, która stale ewoluuje. Nowe słowa wypierają stare równolegle z zachodzącymi zmianami otaczających nas realiów. Kiedy bowiem znika desygnat, oznaczający go wyraz "wypada z obiegu". Umarły kalkomania i kukuruźnik wespół z plerezą. Takt i ogłada zanikają w wyniku brutalizacji życia, a w masowej wyobraźni karmionej nowinkami ze świata celebrytów nobliwość utożsamiana jest częściej z frajerstwem niż szlachetnością. Jak zauważył Marek Bieńczyk, jesteśmy dziś społeczeństwem chamów**, współczesne słownictwo swoją dosadnością osłabiło więc wyrazy niegdyś obelżywe, które dziś można by wręcz traktować jak komplement.

Skoro czasy się zmieniają, po co przywoływać słowa z przeszłości, odgrywać te małe ceremonie, celebracje i rytuały pamięci***? Redaktorce tego osobliwego słownika zależało zapewne na stworzeniu obrazu świata, który przeminął, a który żyje w zakamarkach naszej pamięci. Każde z przywołanych przez grono kilkudziesięciu ludzi kultury, pisarzy i poetów słów ma swoją historię, wspominaną nierzadko z rozrzewnieniem i melancholią. Mimo, iż należę do pokolenia lat 80., niektóre ze słów nadal funkcjonują w moim języku lub przywołują osobiste wspomnienia. Nakastlik babci, VHS, kalkomania, gra w gumę, której towarzyszyły liczne skuchy, w przeciwieństwie do - o dziwo! - gry w kapsle, której oddawałam się z lubością! 

Podobne uczucie towarzyszyło mi podczas lektury słownika - Zapomniane słowa nie tylko obudziły wspomnienia oraz poszerzyły mój zasób słownictwa, ale również rozśmieszały do łez. Niedowiarków odsyłam do hasła: beresić, opracowanego przez - nomen omen! - Stanisława Beresia.

* Jacek Podsiadło, Kobiałka, [w:] Zapomniane słowa, red. Magdalena Budzińska, Wołowiec 2014, s. 76.
** Zapomniane słowa, red. Magdalena Budzińska, Wołowiec 2014, s. 140.
*** Jw., s. 108.

Czarne 2014

czwartek, 25 września 2014

Odkąd pamiętam w moim umyśle toczyła się walka. Świat przyrody konkurował z zamiłowaniem do literatury i nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że te dwie sfery nijak do siebie nie przystają, zwłaszcza że ślęczenie w książkach niczym renesansowy humanista pochłaniało czas, który mogłabym spędzić w terenie na kontemplacji żywych tworów natury, a zwłaszcza moich ukochanych ptaków. 

Sprzeczność podobnej natury targała nie tylko moim umysłem, lecz zaprzątała także myśli Roberta Pucka, tłumacza i filozofa, a także wnikliwego obserwatora przyrody i rządzących nią praw. Humanistyka domagała się jego uwagi na równi z przyrodnictwem - owocem tych starć jest książka Pająki pana Roberta, która - jak wyjaśnia autor - miała być próbą zasypania rowu oddzielającego te dwie dyscypliny. Przyczynkiem do jej powstania był niewątpliwie fakt odkrycia pomyłki Zbigniewa Herberta, który w Martwej naturze z wędzidłem jętkę pomylił z łątką, a niefortunne metafory nieobeznanych z przyrodą literatów tylko przypieczętowały ideę zbliżenia do siebie dwóch nauk. Pająki wydały się idealnym materiałem na bohaterów - po przeprowadzce do chatki w lesie Robert Pucek nie musiał ich szukać, one same odnalazły jego, a właściwie to jego dom oraz ogródek, które obrały sobie za lokum. 

Pan Robert, bo tak autor nazywa siebie, stając niejako z boku, poświęcił sporo czasu na obserwacje swoich oryginalnych sąsiadów. Z ogromnym zaciekawieniem odnotowywał szczegóły ich fizjonomii, sposób żerowania, wytwarzania pajęczyny czy wreszcie zachowanie. Jak się bowiem okazuje, również pająki, którymi większość z nas pogardza i którymi się brzydzi, mają bardzo interesujące życie, zwłaszcza jeśli chodzi o zwyczaje związane z prokreacją. Zachowaniom godowym Pucek poświęcił sporo miejsca, podobnie jak opisom aktów kopulacji czy opiece nad potomstwem. Swoje spostrzeżenia na bieżąco weryfikował z literaturą XVII-wiecznych przyrodników oraz filozofów (pan Robert cytuje m.in. Swammerdama, Listera, Arystotelesa, Leibniza i Malebranche'a), co pozwoliło mu formułować osądy o naturze człowieka i jego egzystencji.

Pająki pana Roberta to książka wymykająca się sztywnym ramom - jest to po trochu esej, po trochu traktat filozoficzny i wreszcie książka przyrodnicza, o czym świadczą bogate opisy licznych gatunków pająków. Robert Pucek niczym Cogitowski pan od przyrody z czułością - co wielokrotnie podkreślał - pochylił się nad tymi pogardzanymi, a często w ogóle nie zauważanymi stworzeniami, by na ich przykładzie ukazać prawa rządzące nie tylko światem zwierząt, ale i człowieka. Tym samym udowodnił, że warto się zatrzymać w biegu, by zacząć dostrzegać to, co tak łatwo przeoczyć w codziennej gonitwie. 

Pozorna nieprzystawalność nauk humanistycznych i przyrodniczych, o której pisałam we wstępie, okazała się mitem, z którym Robert Pucek rozprawił się po mistrzowsku, wprowadzając czytelnika w atmosferę leniwie toczących się dni, wypełnionych prowadzeniem obserwacji oraz studiowaniem uczonych ksiąg. Liczę na to, że seria Menażeria kryje kolejne perełki, które podobnie jak Pająki pana Roberta zaspokoją moją potrzebę obcowania z przyrodą za pośrednictwem literatury z najwyższej półki. 

Czarne 2014
Seria: Menażeria

środa, 11 czerwca 2014


W ostatnich latach Gruzja cieszy się niesłabnącą popularnością wśród turystów oraz podróżników. Sława Gruzinów, niezwykle otwartych i gościnnych, piękne krajobrazy oraz tanie połączenia lotnicze zachęcają do odwiedzenia tego niezwykłego kraju leżącego na styku dwóch kontynentów. Turyści wybierają przede wszystkim stolicę oraz nadmorskie kurorty, natomiast prawdziwi podróżnicy ruszają mniej utartym szlakiem, tak jak Tony Anderson, autor Chleba i prochu.

Autor wyruszył w podróż po górach Gruzji w latach 90. ubiegłego wieku, a więc w czasie dla kraju szczególnym. W niespełna dekadę po upadku Związku Radzieckiego państwo jeszcze się kształtowało i przechodziło przemiany. Podróż Tony'ego Andersona nie była jednak podyktowana chęcią rejestrowania tych zmian, lecz pragnieniem dotarcia do kaukaskich plemion: Chewsurów, Tuszynów, Raczów, Megrelów i Swanów. Zainteresowanie kulturą z jej licznymi aspektami zaowocowało obszerną i gęsto przetykaną dygresjami relacją z przeprawy przez niedostępny Kaukaz. Gruzińską mozaikę tworzą zatem geografia, etnografia, wierzenia, architektura, historia, polityka oraz literatura. Tony Anderson cytuje nie tylko klasyków ale także brytyjskie opracowania na temat Gruzji, które prowokują go do podjęcia polemiki.

Spodziewałam się solidnej lektury i taką też otrzymałam. Tony Anderson przedstawia Gruzję w szerokim kontekście historyczno-kulturowym - Chleb i proch to swoiste kompendium na temat tego kraju, które z powodzeniem może posłużyć jako przewodnik po niektórych jego zakątkach. Mnie szczególnie zaintrygowały klasztory z należącego dziś do Turcji regionu Tao-Klardżeti, ale takich urokliwych miejsc znalazłam w tekście dużo więcej. Na uwagę zasługuje również fakt, iż książka została wzbogacona pięknymi czarno-białymi fotografiami autorstwa towarzysza podróży Andersona, Chrisa Willoughby'ego, co w serii Orient Express nie jest częstym zjawiskiem. Wkładka ze zdjęciami wydaje się jednak nie do końca dopracowana - portret mężczyzny podpisany jest jako "Produkcja sera", a na dwóch stronach zamieszczono po jednej fotografii, drugą połowę strony pozostawiając pustą. Mam również zastrzeżenie co do użycia słowa "ukaże" w kontekście nałożenia kary*. Co ciekawe, w jednej z książek Jerzego Bralczyka znalazłam niegdyś niemal analogiczny błąd. Wiem, że istnieją normy określające dopuszczalną ilość błędów w publikacji, ale łatwiej zaakceptować literówkę niż błąd ortograficzny. Jest to jednak jedyne uchybienie ze strony korektorów, poza nim nie znalazłam ani jednego zabłąkanego znaku.

Chleb i proch to lektura obowiązkowa dla każdego, kto interesuje się Gruzją. Trzeba się jednak liczyć z tym, iż jest to lektura czasochłonna oraz wymagająca koncentracji - liczne dygresje powodują niekiedy gubienie właściwego wątku. Warto jednak poświęcić trochę czasu by zatopić się w lekturze i zafascynować się Gruzją.

* Tony Anderson, Chleb i proch. Wędrówka przez góry Gruzji, przeł. Marta Höffner, Wołowiec 2014, s. 363.

Czarne 2014
Seria: Orient Express
Tytuł oryginału: Bread And Ashes. A Walk Through The Mountains Of Georgia
Przekład: Marta Höffner

sobota, 5 kwietnia 2014

Góra Kajlas jest jedną z najświętszych gór Ziemi. Przez jedną piątą ludzkości świata uznawana jest za oś wszechświata, początek stworzenia. To tutaj mają swoje źródło cztery wielkie indyjskie rzeki oraz kontynenty, wyłaniające się ze świętej góry promieniście niczym płatki lotosu. Wnosząc się na wysokość 6714 m n.p.m., Kajlas łączy niebo, ziemię i piekło. Jednak to nie w podziemiach, a na samym szczycie góry swoją siedzibę ma Bóg Śmierci. 

Do Kajlas pielgrzymują liczni pątnicy, gdyż jej okrążenie wymazuje grzechy całego życia. Inny zgoła cel przyświecał Colinowi Thubronowi. Brytyjski pisarz podróżnik wyruszył na świętą górę nie tylko po to, by reporterskim okiem spojrzeć na owo pielgrzymowanie, ale głównie po to, by rozliczyć się z przeszłością i przeniknąć tajemnicę śmierci. Góra Kajlas była dla niego łącznikiem z przeszłością oraz z bliskimi, którzy odeszli. Myśli pątnika często zwracały się ku zmarłym bliskim - ku ojcu, który będąc oficerem armii brytyjskiej, przebywał w Himalajach, oraz matce i siostrze. 

Śmierć stale towarzyszyła podróżnikowi nie tylko we wspomnieniach, ale również w rozmowach czy wydarzeniach. Podczas pielgrzymki Thubrona pod górą Kajlas zmarł indyjski pątnik. Ale silniejsze emocje wywołało w nim dotarcie do miejsca podniebnego pochówku. Rytuał ten ma na celu oddanie doczesnych szczątków zmarłego sępom, mistrz nieba oraz krajacze zwłok przygotowują więc ciało, które po poćwiartowaniu pozostawiane jest na platformie pogrzebowej. Dla człowieka szeroko pojętego Zachodu takie postępowanie wyda się drastyczne i bliskie bezczeszczeniu zwłok, ale dla Tybetańczyków taka forma pochówku jest głęboko osadzona w wierze. Brak ciała uniemożliwia demonom wejście w nie i przejęcie duszy oraz umożliwia jej szybsze odrodzenie się. Na obrazie Tybetu przesiąkniętego duchowością i mistycyzmem pojawiają się jednak rysy spowodowane zmianami cywilizacyjnymi, które wkraczają nawet do klasztorów, gdzie mnisi w czasie przeznaczonym na wieczorną modlitwę oglądają w telewizji kobiety lub emocjonują się rozgrywkami piłkarskimi klubu Manchester United.

Colin Thubron Górą w Tybecie po raz kolejny dowodzi swego mistrzostwa. Książka utkana jest z pięknych zdań, a na jej kształt niebagatelny wpływ miały zmysł wnikliwej obserwacji, oczytanie autora oraz jego zdolność sterowania konwersacją w ten sposób, by wniosła jak najwięcej wartościowej treści - jakże pożądany to dar w czasach atakującej nas zewsząd papki pozbawionej treści!

Czarne 2014
Tytuł oryginału: To a Mountain in Tibet
Przekład: Paweł Lipszyc
Seria: Orient Express

piątek, 7 marca 2014

Gdy media epatują obrazami wojny, w końcu przychodzi "zmęczenie współczuciem". Odbiorcy poruszających czy przerażających materiałów stają się zobojętniali na to, co przecież nie dotyka ich samych, lecz dzieje się daleko, w bliżej nieznanym kraju. Ciężkie zadanie czeka wówczas korespondenta, który musi przebić się przez pancerz zobojętnienia i nieczułości opinii publicznej. Ale jest to możliwe.

Barbara Demick jadąc do Sarajewa wiedziała, że czeka ją nie lada wyzwanie. Pomijając oczywiste kwestie stałego narażania życia, dziennikarka miała przekazywać czytelnikom gazety, dla której pracowała, materiał poruszający nieczułe umysły i serca. Postanowiono, że zajmie się małym wycinkiem miasta, jedną zaledwie ulicą, co pozwoli jej głębiej wniknąć w tkankę społeczności zamieszkującej oblężone Sarajewo. Barbara Demick zamieszkała na ulicy Logavinej i nie tylko bacznie obserwowała życie codzienne jej mieszkańców, ale także uczestniczyła w ich codziennym życiu. Przyglądała się zmaganiom ze strachem, relacjom między przedstawicielami różnych kultur, wyznań i narodowości oraz sposobom na przeżycie w tym trudnym czasie. 

Pomysł na przedstawienie życia w oblężonym mieście przez opowiedzenie historii mieszkańców jednej ulicy jest niezwykle trafiony. Ulica Logavina to przecięta pięcioma przecznicami lekcja historii. Poznać Logaviną to poznać Sarajewo, zrozumieć, co to było kiedyś za miasto i co się z nim stało*. W gruz obracały się nie tylko budynki, ale również życie jego mieszkańców oraz stosunki międzyludzkie, miasto zasiedlali bowiem zarówno Bośniacy, jak i Serbowie czy Chorwaci, a Muzułmanie sąsiadowali z katolikami i wyznawcami prawosławia.

W oblężeniu... to jeden z najlepszych reportaży, które miałam okazję przeczytać. Poruszający, świetnie napisany - pozostaję pod ogromnym wrażeniem.

* Barbara Demick, W oblężeniu. Życie pod ostrzałem na sarajewskiej ulicy, Czarne, Wołowiec 2014, s. 19.

Czarne 2014
Seria Reportaż
Tytuł oryginalu: Besieged: Life Under Fire On A Sarajevo Streer
Przekład: Hanna Pustuła-Lewicka

czwartek, 30 stycznia 2014

Czasem daję się złapać na opis książki - Czarna małpa trafiła w moje ręce właśnie za sprawą notki z tylnej okładki. Autora nie znam - do sięgnięcia po książkę wystarczyło mi, że jest Rosjaninem, jednym z tych, z którymi ostatnio mam dobre układy (Pielewin, Sorokin, Strelnikoff). Z Prilepinem po lekturze nie mam ochoty nawiązywać bliższej znajomości, Czarna małpa jest zbyt poplątana, zagmatwana, zakręcona i niezrozumiała.

Akcja zapowiada się ciekawie - dziennikarz, któremu sypie się życie prywatne, podejmuje się poprowadzenia śledztwa dotyczącego zbiorowego zabójstwa dokonanego przez nieletnich - a apetyt podsyca wizyta w podziemnym laboratorium, w którym przetrzymywane są dzieci-zabójcy. Na dokładkę otrzymujemy ni to prawdziwe historie, ni to przypowieści, ni to wyssane z palca bajki: pierwszą o średniowiecznej armii dzieci, które we krwi mają nienawiść i dosłownie dążą do osiągnięcia celu (podbijania kolejnych terytoriów) po trupach, jednakowo przeciwników jak i ziomków, oraz drugą o podobnym wojsku nastolatków podejmujących w dżungli działania zaczepne przeciwko miejscowym. Czy mają one tylko podsycić ciekawość naszą oraz głównego bohatera, czy służą czemuś więcej? - to pytanie do autora.

Czy poszatkowanie powieści, rozerwanie jej na strzępy, ukazanie rozpadu życia bohatera, jego zagubienia we współczesnych rosyjskich realiach jest alegorią Rosji i Rosjan oraz ich życia codziennego? Po lekturze czuję się skołowany i głupi, wielokrotnie skopany przez autora, odstawiony do lamusa, osamotniony, zagubiony. Jeśli miałem czuć się tak jak bohater Prilepina, to autorowi udało się to osiągnąć. 

Czarne 2013
Tytuł oryginału: Чёрная обезьяна
Przekład: Ewa Rojewska-Olejarczuk

środa, 29 stycznia 2014


Mój problem z tą książką był problemem, z jakim borykałem się kiedyś jako recenzent, gdy przychodziło mi pisać o dobrych książkach, które mimo to budziły mój sprzeciw. O takich książkach trudno się pisało; zanim człowiek oddał im sprawiedliwość, musiał zwykle bardzo się ze sobą zmagać.* - tymi słowy autor Indii. Milionów zbuntowanych odnosi się do książki Dziennik indyjski, z lat 1858-1859 Williama Howarda Russella, z którą wielokrotnie konfrontował swoje przemyślenia na temat tego kraju. Nieprzypadkowo przywołuję ten cytat, doznałam bowiem podobnych odczuć w kwestii książki Naipaula. Wielokrotnie nagradzany, m.in. Nagrodą Bookera, Nagrodą im. T.S. Eliota oraz Nagrodą Nobla, niewątpliwie jest nieprzeciętnym pisarzem, o czym świadczy ogromna popularność jego książek - Indie... w samej Wielkiej Brytanii doczekały się aż trzydziestu pięciu wydań, mimo to lektura wywoływała u mnie pewien dyskomfort...

V.S. Naipaul urodził się w Trynidadzie, jednak jego drzewo genealogiczne wyrosło na indyjskim gruncie. Wiedział, że aby poznać prawdziwe oblicze Indii, a tym samym zmierzyć się ze swoim wyobrażeniem o tym kraju, będzie musiał wniknąć w delikatną tkankę tamtejszego społeczeństwa, by w nim szukać potwierdzenia swojej tezy o milionie zbuntowanych, napędzających zmiany w kraju i prowadzących go "naprzód". Wśród jego rozmówców znaleźli się przedstawiciele wielu zawodów i stanów (m.in. maharadża, poeta, nauczyciel, przywódca polityczny, scenarzysta filmowy, dziennikarz), których historie pomagają Naipaulowi dotrzeć do serca Indii. Indii coraz bardziej nowoczesnych, ale równocześnie trwale zespolonych z tradycją oraz religią.

Jak wspomniałam we wstępie, ciężko było mi dojść do momentu, w którym "oddam sprawiedliwość" Indiom... Naipaula. Świadomość monumentalności dzieła wcale nie pomagała mi w mozolnym brnięciu przez kolejne strony upakowane historiami i pojęciami. Dla kogoś kto tak jak ja nie zgłębiał dziejów czy religii Indii brak przypisów był sporym utrudnieniem w odbiorze lektury. Indie. Miliony zbuntowanych to pozycja zdecydowanie dla ambitnych czytelników (sam autor nazwał tę książkę trudną i ambitną**), chcących wykroczyć poza stereotypowe - i bardzo kontrastowe - postrzeganie tego kraju, kreowane przez kolorowe produkcje Bollywood i ponure obrazy slumsów pokazywane w filmach dokumentalnych. 

* V.S. Naipaul, Indie. Miliony zbuntowanych, przeł. Agnieszka Nowakowska i Maryna Ochab, Wołowiec 2013, ss. 452-453.
** Tamże, s. 11.

Czarne 2013
Seria: Reportaż
Tytuł oryginału: A Million Mutinies Now
Przekład: Agnieszka Nowakowska i Maryna Ochab

poniedziałek, 21 października 2013

Jakucja jest krainą przestrzeni. Mimo, iż powierzchniowo jest dziesięć razy większa od Polski, jest słabiej zaludniona aż czterdziestokrotnie. Jakuci skupieni są w miastach i w ich okolicy, a ogromne połacie Republiki Sacha znajdujące się daleko od miast pozostają niezamieszkane. Zatem - pustka. I mróz, dochodzący do pięćdziesięciu stopni poniżej zera. Do tego mgła, pluskwy, niepokojący wskaźnik samobójstw wśród dzieci (co roku pięćdziesięcioro z nich odbiera sobie życie) i zamarznięte psy na ulicach Jaucka. Przygnębiający to obraz, jednak jest w nim coś fascynującego, magnetyzującego, zapraszającego do zgłębienia realiów życia w tak nieprzyjaznym środowisku.

Michał Książek podążył śladem dwóch rodaków zesłanych na Syberię - pisarza i etnografa Wacława Sieroszewskiego oraz Edwarda Piekarskiego, lingwisty. Dwanaście lat w kraju Jakutów Sieroszewskiego było dla Książka inspiracją do napisania Jakucka, ale o ostatecznym kształcie książki zadecydował Słownik Jakuckiego Języka Piekarskiego. Reportaż Michała Książka przeplatany jest tematycznym słownikiem, który wiele mówi o mentalności i realiach życia mieszkańców Republiki Sacha. W ich języku słowo "tam" określane jest za pomocą trzech różnych zaimków, jest też wiele słów, które dotyczą przestrzeni. Najciekawsze z nich wszystkich są jednak te pełne dwuznaczności, a odnoszące się do srogości klimatu. Słowo przebiśnieg (podśnieżnik), będące nazwą kwiatu-zwiastuna wiosny, oznacza trupa wyłaniającego się z rozmarzających zasp (w istocie będącego symptomem nadejścia łagodniejszej pory roku), natomiast wyrażeniem taksi z pieriewałką określa się usługę transportową z przesiadką - pasażerowie muszą bowiem przebyć ledwo zamarznięty odcinek rzeki pieszo. Owa pieriewałka to jednak nie tylko przesiadka, ale również upadek w przerębel czy pod lód. W Jakucji nie ma miejsca na łagodność, dlatego też Dziadka Mroza zastąpił Byk Zimy.

Jakuck Michała Książka przypomina różnobarwną plecionkę, która łączy elementy pozornie niepasujące do siebie. Na jednym biegunie są historia, etnografia i lingwistyka, na drugim - ornitologia. Ponieważ również tę pasję dzielę z autorem, z fascynacją czytałam o śniegułach czy skośnookiej (!) czeczotce. Poprzez wielopłaszczyznowe ujęcie tematu oraz spojrzenie na Republikę Sacha przez pryzmat języka jakuckiego Książkowi udało się stworzyć reportaż wnikliwy i barwny, mimo wszechobecnej szarości mgły i smogu. 

Czarne 2013
Seria: Reportaż

wtorek, 20 sierpnia 2013

W ostatnich latach dał się zauważyć spadek spożycia fast foodów wraz ze zwiększonym zainteresowaniem zdrowym odżywaniem. Posiłki w barach szybkiej obsługi wielu konsumentów zamieniło na zdrowe, samodzielnie przyrządzone dania, etykiety na produktach są wreszcie przez nas czytane, a niektórzy nawet próbują swoich sił w samodzielnym pieczeniu chleba. Sposób odżywania wielu z nas uległ poprawie - jemy zdrowiej niż jeszcze kilka lat temu, ale... nadal nieprzyzwoicie!

Przyznam, że tytuł książki Karen Duve początkowo zbił mnie z tropu. Jeść przyzwoicie - czyli jak? Niemal równolegle z ukazaniem się na polskim rynku Zjadania zwierząt a Foera oraz pracami nad regulacją prawną kwestii uboju rytualnego w naszym kraju, pojawił się kolejny głos w dyskusji na temat mariażu konsumpcji z etyką i człowieczeństwem. Dlaczego uważamy się za najmądrzejszych? Dlaczego rościmy sobie prawo do rozporządzania innymi gatunkami zwierząt (wszak my także do nich należymy!) i skazujemy je na cierpienie? 

Zapewnianie jedynie minimum przestrzeni życiowej, niewygodne klatki, brak wybiegów czy niedostateczne lub nieprawidłowe ogłuszanie przed ubojem to zaledwie kilka zarzutów wobec hodowców zwierząt na masową skalę, których wspieramy, kupując pochodzące z ich hodowli produkty. Jak w ogóle do tego doszło, że mięso, tak niewydajne w produkcji (By wyprodukować jedną kalorię kurczaka, steku czy innego kotleta, trzeba zużyć od sześciu do dwudziestu sześciu kalorii roślinnych. Jedzenie mięsa oznacza niszczenie ogromnych zasobów pożywienia, którymi można by nakarmić sześć do dwudziestu sześciu razy tyle głodnych ludzi*), stało się jednym z podstawowych składników naszej diety?

Jak nietrudno się domyślić, nie tylko jedzenie mięsa przysparza zwierzętom cierpień.Oprócz jajek czy mleka, dostarczają one także swoich pokryć, które człowiek wykorzystuje w produkcji artykułów codziennego użytku (odzież, galanteria skórzana, kołdry itp.). Tutaj również dochodzi do ogromnych nadużyć wobec zwierząt będących producentami surowców. Jeśli gęś zostanie zabita, da pióra tylko raz, dlatego nierzadką praktyką jest oskubywanie zwierząt żywcem - gdy ptak przeżyje, jego pióra odrosną i będzie można powtórzyć procedurę. 

Karen Duve nie chcąc przyczyniać się do tego typu drastycznych praktyk poddała się trwającemu rok autoeksperymentowi, w ramach którego odrzuciła swój dotychczasowy styl życia, by przetestować kilka innych. Po etapie konsumowania żywności ekologicznej kolejno przeszła na diety: wegetariańską, wegańską i frutariańską. Każdy etap przynosił zmianę nie tylko w menu pisarki, lecz również w jej garderobie. Podobnie jak skórzane paski czy buty opuściły szafę Karen Duve, tak samo wyrugowała ona ze swojego życia jajka czy miód (pozyskiwany poprzez okradanie pszczół). Nie wiem, czy zamierzonym efektem było przerysowanie, ale czasami odnosiłam wrażenie przesady oraz pewnej niekonsekwencji w jej podejściu do eksperymentu. Testerka diet wyrzucała jajka zniesione przez jej wolno biegające kury oraz próbowała przesterować koty na weganizm (!), podczas gdy w jej mieszkaniu nadal panoszyły się wypchane zwierzęta, z którymi nie mogła się rozstać.

Mimo niekonsekwencji w działaniu Karen Duve, nie mogę odmówić jej rzetelności w przygotowaniu do eksperymentu. Pisarka zapoznała się z bibliografią przedmiotową oraz starała się dotrzeć do osób, które żyją i konsumują w sposób świadomy i etyczny. Czy jej samej udało się zostać człowiekiem przyzwoitym? I czy rzeczywiście nieetycznym jest spożywanie mięsa, gdy nawet w Biblii można wyczytać taką oto zachętę: Tak więc wszystko, cokolwiek w jatce sprzedają, spożywajcie, niczego nie dociekając - dla spokoju sumienia**? Moje sumienie po lekturze Jeść przyzwoicie z pewnością nie jest już spokojne, a kotlet schabowy czy poduszka wypchana pierzem stały się dla mnie synonimem cierpienia naszych braci mniejszych. Lekturę polecam - nawet, jeśli nie będzie bodźcem do diametralnej zmiany w Waszym życiu, z pewnością skłoni do refleksji, która z czasem może zaowocować niewielkimi, lecz konkretnymi działaniami.

* Karen Duve, Jeść przyzwoicie. Autoeksperyment, przeł. Karolina Kuszyk, Czarne 2013, s.79.
** 1 Kor 10,25, cyt. za: jw., s. 240.

Czarne 2013
Tytuł oryginału: Anständig essen: Ein Selbstversuch
Przekład: Karolina Kuszyk

środa, 10 lipca 2013


Kto śledzi nowości literackie o tematyce podróżniczej zapewne zauważył okresową modę na niektóre części świata. Wojciech Cejrowski zwrócił uwagę szerokiego grona odbiorców (wszak nie tylko pisze książki, ale i prowadzi emitowany w telewizji publicznej program "Boso przez świat") na Amerykę Południową, a zwłaszcza terytoria znajdujące się na terenie amazońskiej dżungli. Po jakimś czasie piszący podróżnicy (pan Wojtek w swoim programie również) zainteresowali się Azją: Chinami, Japonią, Tajlandią, Wietnamem, dokąd częściej niż dotychczas zaczęli udawać się także zwykli turyści, dla których wcześniej rejony te nie były tak dostępne jak dzisiaj. Ostatnie lata to także zwrot w kierunku Azji mniej znanej - tutaj wyobraźnię wielu podróżników (i moją również!) rozpalają byłe republiki ZSRR oraz Jedwabny Szlak. A Stany Zjednoczone? Wprawdzie marzeniem wielu jest przebycie legendarnej Route 66, ale podróż po USA nie jest tematem często podejmowanym w literaturze (wyjątkiem jest książka Doroty Warakomskiej Droga 66). Wobec tego faktu książka Wolfganga Büschera, który nie tylko podjął się podróży przez Amerykę oraz jej opisania, ale... drogę przebył pieszo, nabiera niezwykłości! Wiedząc, że z North Portal, przejścia granicznego między Stanami Zjednoczonymi a Kanadą, oraz Matamoros w Meksyku, gdzie zakończyła się podróż mężczyzny, w linii prostej jest ponad 3000 km odległości, i to często trudnego terenu (miejsca słabo zaludnione, prerie, pustynie), wyprawa taka budzi podziw. Ale nie tylko nieprzyjazny teren był czynnikiem zagrożenia. Zarówno przed podjęciem wyprawy, jak i już w jej trakcie, Büscher słyszał wiele ostrzeżeń. Obawę napotkanych osób budziły nie tyko dzikie zwierzęta jak lew górski czy kujoty, ale również ludzie, którzy nie wszędzie są przyjaźnie nastawieni do drugiego człowieka. Mimo to podróżnik nie zniechęcił się i brnął naprzód, czasami odnosiłam wrażenie, że wszystko robi na przekór, za nic mając rady innych. 

Oczywiście, nie całą drogę przebył pieszo, korzystał czasami z propozycji podwiezienia i nawet w rejonach, przed którymi go ostrzegano, okazywało się, że spotykał się z ogromną życzliwością. Widziałem Amerykę, królestwo naszych czasów. Ja, ten naiwniak, przeszedłem przez nią całą jak namaszczony, niedotykalny, nikt nie podniósł na mnie ręki, zabierano mnie po drodze, wyciągano spod deszczu i z upału, pojono mnie, kiedy doskwierało mi pragnienie, i chętnie dzielono się wspomnieniami - amerykańską niekończącą się pieśnią, do której ciągle dodawano są nowe zwrotki.* Taką jak opowieść o tytułowym mieście-widmie, wyrosłym z pogoni za marzeniami i ucieleśniającym serce i ból, dwa bieguny amerykańskiej paraboli**. 

Wolfgang Büscher i jego Hartland są dowodem na to, iż świat nie jest tak niebezpiecznym miejscem, jak się uważa, trzeba tylko mu zaufać i otworzyć się na nowe doświadczenia. Tylko wówczas kraj, do którego zawitamy, pokaże nam swoją prawdziwą, nieznaną twarz. Inną niż znamy z mediów, daleką od wielkiej polityki, spokojną, nostalgiczną. 

*Wolfgang Büscher, Hartland. Pieszo przez Amerykę, Czarne 2013, s. 270.
**Jw., s. 35.

Czarne 2013
Seria: Orient Express
Tytuł oryginału: Hartland: Zu Fuss durch Amerika
Przekład: Katarzyna Weintraub

środa, 12 czerwca 2013


Jedwabny Szlak biegnący przez serce Azji od pewnego czasu rozpala moją wyobraźnię. Chciałabym przemierzyć choć część starożytnego traktu, oczami wyobraźni zobaczyć ciągnące karawany i choć na chwilę przywołać do życia przeszłość. To byłaby niezwykła podróż, jakże inna od turystycznego wypadu nastawionego na zaliczanie kolejnych zabytków na trasie, co uświadomił mi Colin Thubron, brytyjski pisarz podróżniczy, porównując przemierzanie Jedwabnego Szlaku - fałszywych granic i wielu rozwidlających się dróg - do pogoni za duchem. Jego podróż to bowiem coś więcej niż bicie kilometrów (a tych na trasie pisarza uzbierało się aż 11000!) i wykreślanie kolejnych państw z listy krajów, przez które przebiegał niegdyś trakt handlowy.

Colin Thubron wkroczył na Jedwabny Szlak w dawnej stolicy Chin Xi'an i przemierzał kolejno byłe republiki radzieckie, Afganistan oraz Iran by swoją wędrówkę zakończyć w tureckiej Antiochii. Drogę pokonywał środkami transportu zbiorowego, autostopem, na wielbłądzie, a nawet wozem ciągniętym przez osła. Nie dbał o swoją wygodę, najważniejsze były bowiem przeżycia i rozmowa z ludźmi napotkanymi na swojej drodze, z którymi nie bał się poruszać kontrowersyjnych tematów takich jak religia czy polityka. 

Thubron podczas spotkania z czytelnikami w Krakowie
(16.05.2012)        

©poczytajka
Thubron dał się poznać jako wnikliwy obserwator, uważny słuchacz i cenny rozmówca. W swojej ciekawości, a wręcz dociekliwości, potrafił przekraczać granicę strachu, jak było np. w przypadku wspinaczki do jaskini położonej kilka metrów nad ziemią. Nie była to jednak jedyna sytuacja, w której czuł obawę. Podczas podróży zdarzały się nieprzyjemne sytuacje, ale zawsze udawało mu się wybrnąć z nich obronna ręką, czasami wręcz brawurowo. Thubron wychodził bowiem z dość zuchwałego założenia, że jako cudzoziemiec jest chroniony. Nie wahał się więc naginać prawa i ryzykować - w Iranie wszedł do meczetu Goharshad zamkniętego dla innowierców, a w pociągu do Samarkandy nie bał sprzeciwić się służbom mundurowym i odmówić wręczenia oczekiwanej łapówki.

Swoją relację z niezwykłej wędrówki szlakiem starożytnych kupców brytyjski podróżnik przelał na papier w dość niespodziewanej dla mnie formie. W Cieniu Jedwabnego Szlaku nie ma śladu suchego, reportażowego stylu, niemal każde zdanie jest dopracowane i nacechowane poetyką. Wprawdzie taka forma w połączeniu z dość dużą ilością kontekstów historycznych chwilami utrudniała mi sprawny odbiór czytanych treści, jednak poetyckiego stylu autora zdecydowanie nie zaliczam do wad książki. Wiem, że do Cienia Jedwabnego Szlaku jeszcze niejednokrotnie wrócę.

Czarne 2013
Seria: Orient Express
Tytuł oryginału: Shadow of the Silk Road
Przekład: Paweł Lipszyc