Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poradnik. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poradnik. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 28 stycznia 2016


Ponieważ ostatnio moje zainteresowania skupiły się wokół wizażu i stylizacji, po lekturze Szefowej swojej szafy postanowiłam zafundować sobie podróż w czasie. O dawnej modzie i kanonach urody miałam bardzo mgliste pojęcie, na dodatek ta szczątkowa wiedza dotyczyła czasów współczesnych. Książka Doroty Golińskiej rozjaśniła mi mroki przeszłości, w których powiewały jedynie jakieś zwiewne tuniki i bliżej nieokreślone suknie.

Autorka Kanonów kobiecej urody podeszła do tematu chronologicznie. Omówiła epokę po epoce pod kątem kanonów piękna, stosowanych zabiegów upiększających, ówczesnych kosmetyków, a każdy rozdział zamknęła lekcją makijażu nawiązującego do omawianych czasów. Muszę przyznać, że tutaj sporo kwestii mnie zaskoczyło. Urozmaicanie fryzury przywiązywanymi do włosów cykadami, moda na różowe i niebieskie włosy (i to bynajmniej nie w ubiegłym stuleciu!), wyrównywanie cery za pomocą białka jaja, przez co twarz stawała się sztywną maską, a kobiety musiały panować nad swoją mimiką, aby ta nie popękała... W celu nadania puszystości włosom wcierano w nie... pomyje, a szczypczyki i młoteczki do zabijania wszy czy pluskiew były nieodzownym atrybutem każdej eleganckiej damy. Kolejnym, jednak nie mniejszym zaskoczeniem był fakt, iż twórcą kosmetycznego imperium znanego pod nazwą Max Factor jest Polak, Maksymilian Faktorowicz!

Wydawałoby się, że książka na temat zmian w kanonach piękna musi być arcyciekawa, a albumowe wydanie gwarantuje wysoką jakość publikacji, ale tak niestety nie jest. Owszem, tematyka jest bardzo interesująca, ale sposób podania pozostawia wiele do życzenia. Czytając Kanony kobiecej urody często odnosiłam wrażenie, że czytam nie wydaną książkę, a czyjąś pracę zaliczeniową, nie do końca dopracowaną: zauważyłam brak konsekwencji (jedne rozdziały zostały opracowane dokładniej, inne mniej, a pewne aspekty były omawiane w nieoczekiwanych miejscach), powtórzenia (np. irokez został objaśniony w dwóch miejscach w obrębie jednego rozdziału, ba! dwóch stron, jeśli nie liczyć przedzielającej je fotografii), wpadki edytorskie (dwie różne czcionki w jednym akapicie, światło w części wersu), interpunkcyjne i całe morze literówek (żółta kartka dla Doliny Literek). Teoretycznie całość powinny ratować piękne zdjęcia - publikacja jest bardzo bogato ilustrowana, a do sesji zostały zaangażowane modelki z profesjonalnych agencji - i po części tak jest, ale nie do końca... Niektóre z nich nie zostały poddane obróbce właściwej dla fotografii portretowej, w efekcie czego niektóre kobiety mimo swego piękna wyglądają mało atrakcyjnie z bujnym meszkiem na brodzie i dookoła ust. 

Książka ze względu na interesujące zagadnienia z pewnością jest warta przeczytania, jednak poleciłabym ją tylko osobom tolerancyjnym wobec niedopracowanej formy. Wiem, że pracownie edytorskie przepuszczają błędy (sprawdzam teksty po redakcji i korektach, a przed oddaniem ich do druku), ale mimo wszystko to nie powinno mieć miejsca, zwłaszcza w takim "stężeniu". Co dziwne, z podobnym poziomem redaktorskim i korektorskim zetknęłam się w przypadku innych albumów (seria "Ocalić od zapomnienia"). Tam, gdzie powinno się szczególnie zadbać o staranne wydanie, ktoś chyba doszedł do wniosku, że szata graficzna zatuszuje wszystkie niedociągnięcia.

Buchmann 2014 

niedziela, 10 stycznia 2016

Nie mam się w co ubrać! Brzmi znajomo? Ja sama często powtarzam te słowa, nie mogąc się nadziwić jak to możliwe skoro do mojej szafy trudno wcisnąć coś nadprogramowego... Problem pojawia się najczęściej przed oficjalnymi spotkaniami lub mniej formalnymi wyjściami, dlatego o sposób zapanowania nad zawartością garderoby postanowiłam "zapytać" profesjonalną stylistkę.

Monikę Jurczyk miałam okazję poznać podczas spotkania promującego jej poprzednią książkę Bądź boska. Osobista stylistka radzi. Wówczas spodobały mi się przedstawione przez nią proste triki na poprawienie swojego wyglądu oraz piramida prawidłowego ubierania się, która pozwala uporządkować swoją garderobę i może być hamulcem podczas zakupowego szału (jej znajomość przydaje się zwłaszcza w okresie wyprzedaży). Stylistka proponuje, aby ubrania zgodne z aktualnymi trendami nie stanowiły więcej niż 10% naszej garderoby, znacznie więcej uwagi (20%) należy poświęcić dodatkom, a największy udział procentowy (30%) przypada na podstawy wielu stylizacji takie jak biała koszula czy dżinsy oraz klasykę (40%), czyli żakiet czy sukienki na różne okazje. Temat wspomnianej piramidy powraca również w Szefowej swojej szafy, jednak tym razem w odniesieniu konkretnie do stylizacji biznesowych. Monika Jurczyk ponownie omawia różne typy sylwetek, natomiast z nowości pojawiają się typy pracobowości, czyli naszej osobowości w połączeniu z zajmowanym przez nas stanowiskiem. To, czy jesteśmy niebieską analityczką, zieloną realizatorką, żółtą inspiratorką czy czerwoną wojowniczką, odzwierciedlamy w swoim stylu ubierania - stylistka omawia każdy z tych typów i radzi jak dostosować swój ubiór do narzuconego nam dress code'u bez rezygnowania z własnej osobowości. A jeśli któraś z nas jest nieco bardziej elastyczna, może pokusić się o zapożyczenie elementów garderoby czy całych stylizacji właściwych dla innych typów pracobowości by nieco pomanipulować swoim wizerunkiem: wyglądać poważniej, bardziej profesjonalnie czy po prostu ocieplić swój chłodny wizerunek. I osiągnąć zamierzony cel. 

Bodaj najciekawszą częścią Szefowej swojej szafy jest rozdział poświęcony sesjom z kilkoma kobietami reprezentującymi różne typy sylwetki oraz pracobowości (o analizie kolorystycznej nie wspominam, bo to dla mnie czarna magia). Stylistka omawia zestawy, w których panie przyszły na spotkanie i przedstawia własne propozycje stylizacji. Wiele z nich jest inspirujących i udowadnia, że dress code wcale nie musi być sztywny i nudny. Oprócz wyżej wymienionych tematów, w książce pojawiają się również zagadnienia ubioru w podróży czy odpowiedniej stylizacji na rozmowę kwalifikacyjną, a także właściwego makijażu oraz ogólnych zasad rządzących stylem biznesowym. Niektóre kwestie, choć oczywiste, czasami gdzieś umykają, inne z kolei stanowiły dla mnie całkowite novum. Właściwie jedynym minusem tej książki jest niekonsekwencja (choć nie wiem na ile autorka miała możliwość decyzji w tej kwestii): inicjał rozdziału "zasady stworzone po to, by ich nie łamać" - podobnie jak pozostałe - zapisany został z małej litery. To jak jest z tymi zasadami? Chyba jednak łamać?

Choć nie przepadam za poradnikami, po ten sięgnęłam bardzo chętnie i nie zawiodłam się. Jestem pewna, że lektura Szefowej swojej szafy zainspiruje jeszcze niejedną kobietę.

Burda Książki 2015

niedziela, 23 sierpnia 2015

Najciemniej pod latarnią, mówi porzekadło. Pod latarnią widniejącą na okładce Etnologa w Mieście Grzechu jest rzeczywiście ciemno, mimo iż Mariusz Czubaj napisał książkę o kryminale jako gatunku literackim, aby te ciemne obszary rozjaśnić, usystematyzować i podać czytelnikowi w przystępny sposób.

Mariusz Czubaj jest laureatem Nagrody Wielkiego Kalibru dla najlepszej polskiej powieści kryminalnej i sensacyjnej 2008 roku. Od czasu do czasu pisze powieści kryminalne, a na co dzień jest profesorem antropologii w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie. I to z pozycji naukowca zabrał się do napisania Etnologa... Prócz tytułów naukowych oraz tytułów książkowych, których ma już kilka na koncie, profesor Czubaj jest oczytaną osobą na swoim kryminalnym poletku - ilość książek jaką przytacza w publikacji jest dla mnie przytłaczający. Ten ogrom literatury podmiotu wywołał u mnie poczucie wstydu, że w ogóle sięgnąłem po Etnologa... Jeżeli czytelnik chciałby w pełni zrozumieć poruszaną w niej problematykę i zagadnienia związane z literaturą kryminalną to raczej nie jest to książka dla nich. Autor odwołuje się głównie do klasyków gatunku - Agathy Christie, Raymonda Chandlera, Jeffrey'a Archera. Napomyka też o Mankellu oraz Larssonie.

W czasie lektury książka okazała się męcząca i przeczytałem ją z poczucia obowiązku - jak zacznę to staram się skończyć. Język okazał się być hermetyczny, zrozumiały raczej dla osób interesujących się kryminałem na podobnym poziomie co autor. Z pewnością taka książka może być pomocna dla początkujących pisarzy literatury z trupem w szafie w roli głównej - jest to bardzo dobry przewodnik po mnogości podgatunków, które zostały wyodrębnione ze względu między innymi na postać osoby prowadzącej śledztwo czy na rolę przedmiotu zbrodni.

Oficynka 2010

piątek, 6 lutego 2015

Ileż to razy na wieść o czyjejś zagranicznej podróży wzdychałam: mnie na to nie stać (przecież nie pójdę za radą Cejrowskiego i nie sprzedam lodówki, żeby jechać w świat!)! Gdy zaczęłam uczestniczyć w podróżniczych festiwalach, uwierzyłam, że da się podróżować z mocno ograniczonym budżetem, jednak to jak takie wyjazdy wyglądają "od kuchni", pozostawało jedynie w sferze moich mglistych domysłów. Wiedziałam o istnieniu tanich lotów, ale jakoś nigdy nie mogłam trafić na dobre ceny, podobnie jak w przypadku popularnego polskiego czerwonego autobusu... Autostop? Odpada! Przecież mnie okradną, zgwałcą, pobiją i wyrzucą w lesie! Z ogromną ilością pytań i rozterek sięgnęłam po Paragon z podróży. Poradnik taniego podróżowania, licząc na to, że Bartek i Patryk rozwieją moje wszelkie wątpliwości dotyczące budżetowych wyjazdów.

Przede wszystkim jak? Autorzy poradnika omawiają nie tylko bodaj najczęściej wybierany przez nich autostop, ale również samolot, kolej, autobus, a także rower i wspólne przejazdy. Podpowiadają jak zakupić bilet i zwracają uwagę na problemy, które mogą się pojawić w związku z dokonanym wyborem (np. w przypadku zmiany terminu wylotu). Ponieważ w podróży trzeba gdzieś spać, kolejny rozdział poświęcony został noclegom: na dziko, w kwaterze prywatnej, hostelu lub u kogoś oferującego swoją kanapę w ramach couchsurfingu. W kwestii wyżywienia Bartek i Patryk podpowiadają gdzie się stołować w krajach biednych i jak przetrwać w krajach bogatych, nie rujnując swojego - zwykle mocno ograniczonego - budżetu. Zwłaszcza w przypadku tej drugiej opcji radzą zabrać solidne zapasy z Polski. 

I tu dochodzimy do problematycznej dla wielu osób kwestii pakowania się na wyjazd: co zabrać, a co lepiej zostawić w domu? Mnie osobiście ta kwestia zawsze przerasta, ale na szczęście mam u swego boku swoistego moderatora bagażu, który bezlitośnie ocenia wątpliwą przydatność niektórych z pakowanych przedmiotów. Jeśli nie macie takiego pomocnika, autorzy Paragonu z podróży przygotowali zestawienie, z którego dowiecie się co z pewnością przyda się podczas podróży. A jeśli się okaże, że coś musicie dokupić, pomocne będą rady Bartka i Patryka o wyborze odpowiedniego - i budżetowego - ekwipunku (namiot, śpiwór, obuwie itp.). W tym dziale znalazły się również wskazówki odnośnie szczepień oraz ubezpieczeń.

Najobszerniejszą część książki stanowią tytułowe paragony z podróży, czyli krótkie relacje z wypadów bliższych, europejskich i tych dalszych, międzykontynentalnych, nadesłane na konkurs. W tej części poradnika odwiedzimy m.in. Maltę, Szwajcarię, Gruzję, Indie, Chiny, Burkina Faso, a nawet Wenezuelę, Peru czy Boliwię. Każdy z paragonów zawiera wyszczególnione koszty z podziałem na kategorie (przejazdy, noclegi, wyżywienie itp.) oraz liczne podpowiedzi jak można zminimalizować koszty pobytu bez rezygnacji z przyjemności takich jak np. zwiedzanie, które w niektórych krajach jest bardzo kosztowne.  

Po Paragon z podróży warto sięgnąć z kilku powodów. Poradnik jest nie tylko inspiracją do podróżowania, to także dowód na to, że tanie podróżowanie nie jest mitem - kluczem do poznania świata nie jest zasobny portfel lecz pasja. Książka jest również nieocenioną pomocą podczas planowania własnego wyjazdu: wyboru środka transportu czy pakowania się. Sama już zdążyłam skorzystać z rad Bartka i Patryka gdy przygotowywałam się do pierwszego w życiu lotu samolotem i zapewne sięgnę po Paragon z podróży jeszcze niejeden raz. Wam również tę książkę polecam!

Bezdroża 2014
Wydanie 2

sobota, 26 lipca 2014

Doskonale pamiętam szkolne wycieczki do muzeów i rodzinne, wakacyjne zwiedzanie skansenów czy innych zabytków. Ich wspólnym mianownikiem były nuda i niekończące się rozmowy na tematy niezwiązane ze zwiedzanymi obiektami. Dziś z przyjemnością poznaję wszelkie aspekty szeroko rozumianej kultury i gdybym miała dziecko, zapewne - podobnie jak niegdyś moi rodzice - sama również zabierałabym je do muzeów czy zamków, denerwując się, że interesuje je tylko to, kiedy zwiedzanie się w końcu skończy.

Gdzie zatem zabrać dziecko, aby było zaciekawione tym, co zobaczy, a rodzice byli usatysfakcjonowani tym, że ich pociecha chłonie wiedzę o świecie, doskonale się przy tym bawiąc? Z pomocą przychodzą Anna i Krzysztof Kobusowie ze swoją najnowszą książką Polska pełna przygód. Autorzy są doświadczonymi podróżnikami, których szczególnie cenię wśród całej rzeszy podobnych im miłośników świata. Anna i Krzysztof Kobusowie łączą pasję poznawania z pracą oraz rodzicielstwem, a przy okazji udowadniają, że nie trzeba wyjeżdżać za granicę, aby odkryć fascynujący i często egzotyczny, aczkolwiek nieznany nam, świat. 

Polska pełna przygód jest katalogiem najciekawszych miejsc w naszym kraju, które z pewnością przypadną do gustu najmłodszym odkrywcom świata. Skąd takie przekonanie? Autorzy książki wszystkie opisane miejsca odwiedzili ze swoimi dziećmi, synami Stasiem i Michałkiem. Wśród propozycji znalazły się zarówno miejsca typowe, takie jak kopalnie złota i soli czy "bajkowe" muzea, jak i niekonwencjonalne: Muzeum Strachów Polnych, Muzeum Produkcji Zapałek, Muzeum Chleba, Park Drogowskazów i Słupów Milowych Cywilizacji. Miejsca, w których dzieci sporo się nauczą (Centrum Nauki Kopernik, Ogród Doświadczeń im. Stanisława Lema) są rekomendowane na równi z tymi, które powstały w celu stricte rozrywkowym (Farma Iluzji, Kraina Westernu, szlak krasnali we Wrocławiu). Ale jaka to rozrywka! Gęsto przetykana przygodą, bo jak inaczej nazwać poszukiwania małych skrzatów na ulicach miasta, rodzinny trekking w Beskidzie Niskim, spływ tratwą po Biebrzy czy przejazd Bieszczadzką Kolejką Leśną? A jeśli przygoda Was znuży i zechcecie nieco odpocząć, za radą autorów będziecie mogli wykąpać się... w czekoladzie! Gdzie? Tego dowiecie się z książki!

Jestem przekonana, że niektóre propozycje autorów zafascynują nie tylko dzieci, ale i dorosłych czytelników - tak było w moim przypadku. Zachęcona lekturą Polski pełnej przygód z pewnością sama odwiedzę kilka opisanych miejsc. Wam również polecam sięgnięcie po przewodnik - mapa na wewnętrznej stronie okładki oraz informacje praktyczne na temat każdego z opisanych miejsc z pewnością pomogą w planowaniu Waszych przygód. A więc - książka w rękę i... Ahoj, przygodo!

Burda Książki 2014

piątek, 28 lutego 2014

Po Survivalu. Czyli jak zachować maniery w czasach fejsbuka spodziewałam się podręcznika dobrych obyczajów w uwspółcześnionej wersji, a raczej - zgodnie z sugestią tytułu - sztuki przetrwania w dzisiejszych czasach. Zgodnie z informacją na okładce czytelnik miał się z książki dowiedzieć jak z klasą wybrnąć z krępujących sytuacji takich jak przypominanie dłużnikowi o zwrocie pożyczki, pozbywanie się nietrafionego prezentu czy chęć opuszczenia imprezy po angielsku. Kwestie te zostały poruszone w książce, ale w zgoła odmienny sposób niż się tego spodziewałam. 

Już początkowe teksty w Survivalu... wzbudziły we mnie wątpliwość co do możliwości wykorzystania zamieszczonych w książce informacji w życiu codziennym. Możemy chcieć uciec od niewygodnych pytań czy próbować zabłysnąć przed znajomymi, ale kto z nas zostaje zaproszony do telewizji śniadaniowej? Celowo napisałam "informacje", a nie "porady", bo tych raczej tutaj nie znajdziemy. Survival... bardziej niż poradnik przypomina zbiór przetykanych satyrą felietonów opartych na źródłach historycznych, poradniku dobrych manier baronowej de Rothschild oraz doniesieniach rodem z Pudelka. Ten swoisty miks uwypukla zderzenie dawnej tradycji z epoką fejsbuka.

Nie byłam pozytywnie nastawiona do tej książki. Gdy zapoznałam się ze spisem treści, gdzie figurował m.in. wspomniany przeze mnie tekst o zaproszeniu do telewizji śniadaniowej, zaczęłam się zastanawiać co to za poradnik, w którym omówione zostały tak odrealnione sytuacje. Nie spodziewałam się tego, że autorzy Survivalu... traktują otaczającą nas fejsbukową rzeczywistość z przymrużeniem oka i że lektura sprawi mi taką przyjemność i tak często wywoła uśmiech na mojej twarzy.

Dom Wydawniczy PWN 2013

sobota, 23 listopada 2013

Światło jest najważniejszym elementem fotografii, której nazwa właśnie od niego się wywodzi i znaczy dosłownie rysowanie światłem. Aby wykonywać dobre fotografie trzeba poznać jego właściwości i nauczyć się dostosowywać parametry ekspozycji tak, aby odpowiednio je wykorzystać. Współczesne aparaty cyfrowe są na tyle zaawansowane, że fotografując w trybie automatycznym w większości przypadków otrzymamy poprawnie naświetlone zdjęcie, ale... no, właśnie - ale...! Aparat nie zna naszych zamysłów i nie jest w stanie odzwierciedlić naszej wizji, musimy go wspomóc. Jak?

Przede wszystkim trzeba poznać kilka podstawowych dla fotografii pojęć. Ekspozycja, przesłona, czas otwarcia migawki, ISO, szum - bez znajomości tych zagadnień nasze fotografie będą przypadkowymi, losowymi kadrami wyprodukowanymi przez aparat. Są sytuacje, w których automatyka zawodzi - na ciemnym tle czy śniegu aparat może dobrać parametry ekspozycji błędnie, w wyniku czego nasze zdjęcia będą niedoświetlone bądź prześwietlone. Znając trochę teorii można to łatwo skompensować już na etapie robienia zdjęć. Wszystkie ustawienia determinują wygląd zdjęcia, dlatego należy się zastanowić jaki efekt chcemy osiągnąć. Czy strugi wody w wodospadzie czy strumieniu mają być ostre, zamrożone, czy mają być rozmyte, delikatne? Czy chcemy aby cały plan był w równym stopniu ostry, czy też chcemy zawęzić punkt ostrości by "wyłowić" kogoś z chaosu tła? 

Harold Davis w swojej książce podsuwa czytelnikowi garść informacji, dzięki którym fotografowanie będzie aktem przemyślanym, a co za tym idzie - przynoszącym satysfakcję. Każde zagadnienie zostało omówione oraz zilustrowane fotografiami autora, które opatrzono informacjami o dokładnych parametrami ekspozycji oraz modelem obiektywu, którym wykonano zdjęcie. Czytelnik na podstawie tych wiadomości oraz zdobytej w trakcie lektury wiedzy może samodzielnie przeanalizować, dlaczego zdjęcie zyskało taki wyraz i w jaki sposób można byłoby uzyskać inny efekt. 

Mimo iż zagadnienia poruszane w książce w większości nie były dla mnie novum, Światło i ekspozycja. Warsztaty artystyczne dla fotografów były dla mnie cenną lekcją. Zdecydowanie polecam, zwłaszcza tym, którzy stawiają w fotografii swoje pierwsze świadome kroki.

Helion 2011
Tłumaczenie: Radosław Brzozowski

poniedziałek, 23 września 2013


Zabawne, że sięgając po Mężczyznę na kozetce spodziewałam się uzyskać odpowiedź na pytanie o powód awersji płci brzydkiej do wizyt u lekarza. Oryginalny podtytuł nie został jednak wiernie przetłumaczony, w związku z czym prawdziwa zawartość lektury okazała się dla mnie niespodzianką.

Brandy Engler jest seksuologiem. Gdy otwierała prywatną praktykę, spodziewała się wizyt kobiet z zaburzeniami libido (w tym się specjalizowała), okazało się jednak, że do drzwi jej gabinetu pukają głównie mężczyźni. Ich niepokoje i pragnienia zainspirowały doktor Engler do napisania książki, która - paradoksalnie - miała być adresowana do kobiet. Przypadki zaburzeń, z którymi terapeutka zetknęła się w swoim gabinecie, choć różnorodne, wiele mówiły o naturze mężczyzn - ich lękach, uczuciach i pragnieniach. Taka wiedza mogła być pomocna w zrozumieniu odmienności potrzeb partnera oraz budowaniu głębszej relacji opartej na akceptacji. 

Pacjenci zgłaszający się do doktor Engler to często mężczyźni dobrze sytuowani, odnoszący sukcesy zawodowe, natomiast w kwestii własnej seksualności zagubieni, zakompleksieni. Terapeutka powoli skłania ich do otworzenia się i na oczach czytelniczek szuka właściwych rozwiązań ich problemów. Jak się okazuje, wiele z nich ma podłoże w przeszłości, a traumatyczne wydarzenia zwykle są wypierane ze świadomości. Brandy Engler musi jednak dotrzeć do takich bolesnych wspomnień pacjentów, jest to bowiem jedyna droga do zrozumienia i skorygowania zaburzeń, z którymi się zgłaszają.

Ciekawym zabiegiem jest wprowadzenie czytelniczek książki Brandy Engler w jej własne życie, które zdaje się potwierdzać znane powiedzenie: szewc bez butów chodzi. Pani seksuolog pomaga innym uporządkować problemy w ich relacjach uczuciowych, sama natomiast tkwi w beznadziejnym związku. Co ważne, swojego przypadku nie analizuje tak jak robi to w przypadku historii swoich pacjentów. Jej historia pokazuje jednak, że bardzo trudno wypracować skuteczny przepis na udany związek, a czasem jest to wręcz niemożliwe.

Mimo iż Brandy Engler zaadresowała Mężczyznę na kozetce do kobiet, książkę polecam również mężczyznom. Być może któraś z historii pomoże otworzyć się przed partnerką albo pokonać kompleksy, bez konieczności kładzenia się na tytułowej lekarskiej kozetce.

Dom Wydawniczy PWN 2013
Tytuł oryginału: The Men On My Couch. True Stories of Sex, Love and Psychoterapy
Tłumaczenie: Ewa Kleszcz

środa, 5 czerwca 2013


Jeszcze kilka lat temu, kiedy podróżowanie z dziećmi nie było tak rozpowszechnione jak dziś, rodzinne wojaże wydawały mi się czymś abstrakcyjnym. Maluch kojarzył mi się z nieustającymi obowiązkami i wyrzeczeniami (takie przekonanie wpoiła mi rodzina hołdująca kultowi powinności i nieustannej pracy), i gdyby wtedy ktoś mi powiedział, że z niemowlęciem rusza w podróż popukałabym się w czoło. Gdy trafiłam na książki Aldony Urbankiewicz o podróżach z rocznym, a potem dwuletnim synem, poczułam niemalże objawienie. Pojawienie się dziecka nie musi przekreślać naszej ciekawości świata! Potem na jednym z festiwali podróżniczych poznałam Annę i Krzysztofa Kobusów, i oni już ostatecznie przegonili resztki sceptycyzmu goszczącego w moim umyśle. Bo jak można nie wierzyć w powodzenie takiego przedsięwzięcia widząc parę dziennikarzy i fotografów z dwójką maluchów w egzotycznej podróży podczas której realizują materiał zdjęciowy? 

Podczas ostatnich warsztatów na temat podróżowania z dziećmi prowadzonych przez Annę i Krzysztofa Kobusów w Krakowie ogromna sala kina Kijów Centrum była wypełniona po brzegi, co świadczy o tym, że zainteresowanie tematem jest ogromne. Tym bardziej cieszy fakt, iż na rynku wydawniczym niedawno ukazała się książka Podróżuj z dzieckiem. Poradnik praktyczny. Anna i Krzysztof Kobusowie  zebrali w niej cenne rady dla wszystkich, którzy planują wyjazd z małym kompanem, choć część wskazówek będzie przydatna również dla osób podróżujących bez dzieci. Autorzy omówili przygotowania do podróży od podstawowych kwestii takich jak wybór kierunku i wymagane dokumenty po kwestie praktyczne - co zabrać w podróż i o co zadbać przed wyjazdem, by uniknąć przykrych niespodzianek na miejscu np. w postaci tropikalnych chorób. Wiele miejsca poświęcone zostało sposobom spędzania czasu z dzieckiem, gdyż priorytety małego podróżnika są inne niż nasze i trzeba je uwzględnić w naszych planach, gdyż z pewnością nie uszczęśliwimy malucha spędzając z nim kilka godzin przed muzealnymi gablotami czy oglądając kolejne zabytki znajdujące się na liście UNESCO. 

Największą zaletą poradnika Podróżuj z dzieckiem jest to, że został napisany przez praktyków, którzy zdobywali wiedzę na podstawie własnych doświadczeń. Aby czytelnik miał okazję poznać również inne punkty widzenia w książce znalazły się również wypowiedzi i rady zaprzyjaźnionych z Anną i Krzysztofem Kobusami podróżujących rodziców. 

Ta książka udowadnia, że dziecko może być idealnym kompanem podróży, musimy tylko dać mu szansę i otworzyć się na nowy sposób podróżowania.

G+J 2013

czwartek, 30 maja 2013

Do pewnego czasu nie zastanawiałam się nad poziomem mojego bezpieczeństwa. Owszem, nie udostępniałam w sieci prywatnych informacji na swój temat, a podczas późnych powrotów do domu zachowywałam czujność, ale na tym kończyła się moja zapobiegliwość, po prostu czułam się bezpieczna. I żyłam w tym błogim poczuciu póki w jednym dniu nie runęło nagle jak domek z kart, zostawiając po sobie spustoszenie w mojej psychice. Wprawdzie zdarzają się gorsze rzeczy niż włamanie do mieszkania, ale sama kradzież nie była w mojej sytuacji najgorsza. Wpadłam w dół wielkości leja po bombie i długo nie mogłam się pozbierać - oto moja oaza bezpieczeństwa została naruszona, a moja prywatność pogwałcona. Mimo upływu kilku lat trauma nie opuściła mnie i myślę, że rozgościła się w moim życiu na dobre. Stałam się przewrażliwiona i nadal boję się powrotów do domu, bo nigdy nie wiem co w nim zastanę. 

Przez te kilka lat wielokrotnie zastanawiałam się gdzie popełniłam błąd. A może tej sytuacji nie dało się uniknąć? Z entuzjazmem przyjęłam więc zapowiedź o Dżungli miasta Jacka Pałkiewicza, podróżnika oraz specjalisty od sztuki przetrwania. Liczyłam na to, że książka nie tylko odpowie na moje pytania, ale również pomoże przezwyciężyć moje lęki. Tak sformułowane oczekiwania zostały zaspokojone tylko połowicznie, okazało się bowiem, że to nie ja jestem przewrażliwiona - w dżungli miasta czyha więcej niebezpieczeństw niż w lesie tropikalnym (w ubiegłym roku co 37. dorosły Polak padł ofiarą przestępstwa) i od naszej znajomości zagrożeń zależy nasze bezpieczeństwo.

Jacek Pałkiewicz omówił zagrożenia, na które powinniśmy zwrócić uwagę w mieszkaniu, na ulicy, w podróży oraz w sieci, a także sposoby zachowania podczas klęsk żywiołowych, pożaru, zagrożeń nuklearnych oraz aktów terroru. W niektórych przypadkach są to informacje, które teoretycznie są powszechnie znane, dla mnie jednak - mimo iż w szkole miałam zajęcia z przysposobienia obronnego - większość kwestii stanowiła całkowite novum. Co ciekawe, część materiału została opracowana z pomocą samych przestępców, przez co czytelnik ma okazję poznać sposoby działania oraz mentalność złodziei czy włamywaczy, a co za tym idzie - zwiększyć swoją czujność. Tylko jedna kwestia zawarta w kompendium wywołała u mnie dysonans poznawczy, gdyż w dwóch miejscach podane są kolory flag wywieszanych podczas ewakuacji i ich znaczenie (niektóre informacje pojawiają się przy okazji omawiania dwóch zagadnień) i informacje te są rozbieżne, można się jednak łatwo domyślić, która wersja jest poprawna. 

Choć Dżungla miasta nie jest książką, która odegnała moje lęki (wręcz przeciwnie!), uważam ją za cenną lekturę, która nie tylko wzbogaciła moja wiedzę, ale również utwierdziła mnie w przekonaniu, że moja ostrożność nie jest wynikiem zaburzeń psychicznych, co niektórzy próbują mi wmówić, lecz rozwagi. Na koniec dodam, że Pałkiewicz pozytywnie mnie zaskoczył, gdyż nigdy nie przepadałam za jego stylem pisania, z którego wyzierały pretensjonalność i megalomania, w Dżungli miasta jednak autor schował się w cieniu i dał mówić faktom. 

Zysk i s-ka 2013

czwartek, 23 maja 2013

Co jakiś czas media bombardują nas coraz to nowymi doniesieniami na temat (rzekomych?) badań na temat żywności. Spożywanie masła i jajek uważane jest za niezdrowe ze względu na cholesterol, z kolei żywność modyfikowana genetycznie (GMO) budzi spore kontrowersje. Słuchamy tych wszystkich mądrych informacji odkorkowując kolejne butelki wody mineralnej - czujemy się mądrzejsi i... zdrowsi. Czy słusznie?

Krystyna Naszkowska zaprosiła do rozmowy naukowców oraz specjalistów od żywienia, którzy obalają mity nagromadzone wokół żywności. Nie jest prawdą, że margaryna jest zdrowsza od masła (mało kto wie, że podając ją naszym dzieciom wyrządzamy im ogromną krzywdę), jest ona po prostu dużo tańsza w produkcji (choć w sklepie już nie jest to aż tak odczuwalne), dzięki czemu można na niej więcej zarobić. Za kampanią "przeciwcholesterolową" stoi więc nie troska o zdrowie konsumenta lecz ogromne pieniądze. Nie jest też prawdą, że przyjmowanie pewnych pokarmów sprzyja odkładaniu cholesterolu - gdy nie dostarczymy go z pokarmem, nasz organizm sam go produkuje i to własnie ten wytworzony przez nas ma skłonność do gromadzenia się w naczyniach krwionośnych.

Bardzo ciekawe były rozmowy na temat żywności modyfikowanej genetycznie oraz ekologicznej. W kwestii GMO sporo się dowiedziałam i uświadomiłam sobie, że protesty przeciw tego typu żywności wynikają głównie z niewiedzy. Sama miałam wcześniej bardzo mgliste pojęcie na jej temat, wyobrażałam sobie wstrzykiwanie nie wiadomo jakich substancji do tego co później jemy - nic bardziej mylnego! GMO okazuje się dobrodziejstwem, zwłaszcza tam, gdzie panuje bieda i potrzebne są większe ilości żywności. W Azji wykorzystano je również w inny sposób. Ludzie, którzy w wyniku niedożywienia tracili wzrok, otrzymali nową odmianę ryżu, wzbogaconą o witaminę A. Przeciwnicy GMO powinni mieć świadomość, że modyfikowanie genetycznie już ma miejsce i to od wielu lat. Nasze "zwykłe" krowy są modyfikowane genetycznie (czy ktoś widział krasule w stanie dzikim?). A żywność ekologiczna? Okazuje się, że to niestety tylko pięknie brzmiąca etykietka...

Jedz co chcesz to tytuł nieco przewrotny, ale i dwuznaczny. Przewrotny - bo wcale nie powinniśmy jeść wszystkiego, co oferują nam producenci żywności i na co mamy ochotę, ale z drugiej strony mamy wybór. Naszkowska oprócz przeprowadzonych rozmów (na tematy wspomniane powyżej oraz inne, nie mniej ciekawe takie jak skuteczność diet czy jedzenie mięsa) przygotowała kilka zestawień, np. piwo czy wino, woda butelkowana czy z kranu, smażone czy pieczone. Tylko od nas zależy czy wybierzemy to co zdrowe, czy to do czego jesteśmy namawiani w imię rzekomej troski o nasze zdrowie. Z tej niewielkiej książeczki wyniosłam nieproporcjonalnie dużo w stosunku do jej gabarytów, a wiele kwestii było dla mnie totalnym zaskoczeniem. Nie wiedziałam, że tłuszcz roślinny nie jest taki zdrowy jak się powszechnie uważa oraz że soja nie jest wskazana dla mężczyzn. Dlaczego? - odpowiedzi znajdziesz w Jedz co chcesz. 

Agora 2013

środa, 24 kwietnia 2013

Internet zrewolucjonizował wiele dziedzin naszego życia. Ludzie przyzwyczaili się do szeregu udogodnień jakie oferuje sieć - zakupy online czy bankowość internetowa są nie tylko wygodniejszymi, ale często i tańszymi rozwiązaniami niż ich tradycyjne odpowiedniki. Internet ułatwił również komunikację, która oprócz generowania mniejszych kosztów dała więcej możliwości niż jej dotychczasowe formy. Zamiast dzwonić do kogoś na drugi koniec świata można porozmawiać z nim na żywo za pośrednictwem Skype'a lub przesłać mu maila czy wiadomość na Facebooku. No, właśnie - Facebook. Kolejna rewolucja, której nie spodziewałam się w moich najśmielszych wyobrażeniach. Gdy Nasza Klasa przestała być atrakcyjna dla swoich użytkowników, zarejestrowałam się na Facebooku, przewidując jednak, że z czasem portal podzieli los naszego rodzimego serwisu. Tak się jednak nie stało. Portal społecznościowy, który początkowo adresowany był głównie do uczniów szkół średnich i studentów wydostał się poza te ramy i zyskał niebywałą popularność na całym świecie. Co ciekawe, Facebook największym powodzeniem cieszy się nie w grupie młodych dorosłych, lecz wśród ludzi między 35 a 49 rokiem życia. Być może dlatego, iż szeroki wachlarz możliwości oferowanych przez serwis obejmuje także zastosowania biznesowe takie jak pozyskiwanie klientów oraz utrzymywanie dobrych relacji z obecnymi, a także przeprowadzanie rekrutacji. Właśnie na tych zastosowaniach oparła swoją książkę Clara Shih. Era Facebooka ma pomóc wykorzystać portale społecznościowe (pisze bowiem również o Twitterze oraz LinkedIn) w biznesie.

Clara Shin omówiła takie zagadnienia jak sprzedaż, obsługa klienta, marketing, innowacja i współpraca oraz rekrutacja. Swój wywód oparła na licznych statystykach oraz doświadczeniach osób wykorzystujących potencjał Facebooka oraz pozostałych portali społecznościowych. Wiedza zawarta w książce nie jest zatem czystą teorią, którą trudno odnieść do naszej sytuacji, przeciwnie - informacje praktyczne oraz wskazówki pomagają znaleźć praktyczne rozwiązania najodpowiedniejsze dla osiągnięcia naszych celów biznesowych takich jak wykreowanie marki, utrzymanie zainteresowania społeczeństwa produktem czy promocja własnego wizerunku w celu zdobycia satysfakcjonującej oferty pracy. 

Potężny mechanizm Facebooka napędzany jest przez 800 milionów ludzi z całego świata, z których ponad połowa loguje się na stronie codziennie - warto wiedzieć jak to wykorzystać! Era Facebooka jest więc obowiązkową lekturą każdego, kto zajmuje się zagadnieniami social media - czy to hobbystycznie, czy profesjonalnie. 

Helion 2012

sobota, 19 stycznia 2013

Ralph A. Clevenger jest wykładowcą fotografii przyrodniczej w szkole fotograficznej Brooks Institute oraz autorem wielu zdjęć, które możemy podziwiać w czasopiśmie "National Geographic". Po Bezkrwawe łowy jego autorstwa sięgnęłam z nadzieją na wzbogacenie mojej wiedzy z zakresu fotografii zwierząt, zwłaszcza ptaków. Taką zawartość sugerowała - prześliczna zresztą - okładka oraz tytuł nawiązujący do pojęcia ukutego przez Włodzimierza Puchalskiego, mistrza fotografii przyrodniczej. Jakie było moje zdziwienie, gdy okazało się, że hasło "łowy" zostało tu potraktowane bardzo szeroko i fotograficzne safari w znacznej mierze będzie miało na celu ustrzelenie... krajobrazu! Nie wiem, czym kierowali się tłumacz oraz polski wydawca - niefortunny tytuł wprowadza czytelnika w błąd (jego oryginalny odpowiednik jest bardziej adekwatny do treści książki).

Bezkrwawe łowy to poradnik, na który składa się 14 rozdziałów. Clevenger omawia elementy, bez których nie byłoby fotografii, a więc sprzęt, światło oraz przykładowe tematy szeroko rozumianej fotografii przyrodniczej. Autor porusza kwestię wyposażenia fotografa, jednak w sposób dość oryginalny jak na poradnik. Nie pomaga bowiem w konfiguracji własnego zestawu, lecz omawia posiadane przez siebie akcesoria, często wyjaśniając, w jaki sposób ich używa. Całkowitym novum były dla mnie klamry, którymi delikatnie można przypiąć chwiejącą się łodyżkę kwiatka do czegoś bardziej stabilnego, np. statywu oraz... drabina, która - jak się okazuje - jest całkiem przydatnym narzędziem pracy fotografa. 

Jak wspomniałam wcześniej, autor stworzył katalog tematów, w ramach których omówił makrofotografię, fotografowanie w ogrodach i parkach, dziką przyrodę oraz krajobrazy, przybliżając nie tylko kwestie techniczne wykonywania ujęć, ale w kilku przypadkach zwracając uwagę również na etykę. Przyznam, iż zdziwiło mnie przyzwolenie na o s t r o ż n e fotografowanie gniazd - ptaków nie powinno się niepokoić, zwłaszcza w sezonie lęgowym. Owszem, można fotografować bez ingerencji w ptasi świat, ale wymaga to dobrego sprzętu, umożliwiającego dogodne fotografowanie z dużych odległości, oraz dużego doświadczenia fotografa, którego ważnym elementem jest znajomość behawioru ptaków. W większości przypadków jest to domeną profesjonalistów (np. bracia Kłosowscy), a poradnik adresowany jest do amatorów, którym dla dobra ptaków odradzałabym fotografowanie gniazd w ogóle. Pozostając w temacie etyki, Clevenger zamieścił zestawienie etycznego zachowania w świecie przyrody; pozostaje mieć nadzieję, że zostanie ono zauważone (znajduje się między zestawieniem przydatnych stron internetowych a spisem treści) i że czytelnicy wezmą sobie do serca jego założenia. Warto podkreślić, iż autor zachęca do fotografowania zwierząt trzymanych w niewoli - tak powstało wiele jego zdjęć, które wyglądają na wykonane w naturze. Zwraca jednak uwagę, by nie ukrywać rzeczywistego miejsca wykonania fotografii, gdyż ten fakt nie umniejsza wartości zdjęcia, a świadczy o uczciwości fotografa.

Bezkrwawe łowy to książka inna niż się spodziewałam. Nie podejrzewałam, iż tematyka publikacji zostanie rozszerzona na szeroko rozumianą naturę, nie mogę jednak powiedzieć, że nie była interesująca. Ciekawym rozwiązaniem było ujawnienie wnętrza walizki ze sprzętem autora publikacji; często oglądając profesjonalnie wykonane zdjęcia zastanawiałam się, na jakim sprzęcie pracuje i jak dobrał parametry - na to pytanie odpowiedź można znaleźć przy każdym ze zdjęć autora. A te są naprawdę warte uwagi! Jedyne, do czego mam zastrzeżenia, to warstwa edytorska: pojawiająca się w niektórych przypadkach nieadekwatność opisu do zdjęcia jest dezorientująca, a skrót "rys.", który znajduje się przy każdej fotografii, zastąpiłabym odpowiedniejszym skrótem "fot.". 

Helion 2010
Tytuł oryginału: Photographing Nature: A photo workshop from Brooks Institute's top nature photography instructor
Przekład: Michał Lipa

niedziela, 2 grudnia 2012

Wydawałoby się, że fotografowanie z lampą błyskową nie jest na tyle trudną sztuką, aby poświęcać jej odrębną książkę, jednak na rynku wydawniczym pojawiają się takie pozycje jak wydany niedawno Świat błysku. To opasłe tomiszcze (ponad 400 stron sporego formatu, wprawdzie bogato ilustrowane, ale zawierające też sporo tekstu) zdaje się przeczyć śmiało wysuniętej przeze mnie teorii - okazuje się, że nie wystarczy zewnętrzna lampa błyskowa i dyfuzor aby uzyskać korzystnie doświetlone zdjęcia (poprawnie - owszem). Za pięknymi zdjęciami, które z zachwytem oglądamy w magazynach takich jak National Geographic, mimo ogromnego doświadczenia fotografa często stoi szereg prób z rozmaitego typu oświetleniem (to był dla mnie niemały szok - wiedziałam, że zdjęcia w plenerze doświetla się fleszem, ale po niektórych ujęciach nie spodziewałabym się ingerencji dodatkowego światła!). Bo wsparciem dla światła zastanego nie są tylko lampy błyskowe umieszczone na stopkach aparatów, ale także lampy zewnętrzne kierowane z pewnej odległości i pod pewnym kątem w stosunku do fotografa i uwiecznianej sceny, softboxy, blendy, parasole... Ale sprzęt to nie wszystko - potrzebny jest nauczyciel, który ujawni adeptowi tajniki tej dziedziny fotografii. W tym kontekście książka jest świetnym rozwiązaniem. 

Joe McNally zabiera czytelnika za kulisy sesji fotograficznych swojego autorstwa. Omawia sprzęt używany podczas swojej pracy i wyjaśnia, w jaki sposób powstawały poszczególne zdjęcia - komentarzowi towarzyszy schemat rozmieszczenia sprzętu oraz omówienie poprawnie, aczkolwiek nie do końca atrakcyjnie oświetlonych kadrów. 

Świat błysku to pozycja obowiązkowa dla każdego, kto chce się rozwijać w kierunku fotografii portretowej. Prace autora nie tylko uczą, ale i inspirują do przeprowadzania własnych prób oświetleniowych, a styl jego wypowiedzi sprawia, iż chwilami poradnik czyta się jak pasjonującą (i dowcipną) opowieść. Niektórzy pewnie zarzucą McNally'emu zasobny portfel, a co za tym idzie - łatwy dostęp do różnorakiego sprzętu, jednak nie wszystkie opisane przypadki wymagają ogromnych nakładów finansowych. 

Galaktyka 2012
Tytuł oryginału: Sketching Light: An Illustrated Tour of the Possibilities of Flash
Przekład: Piotr Cieślak

poniedziałek, 17 września 2012


Ziołami w botanice nazywane są rośliny o delikatnej łodydze, które po zakwitnieniu i wydaniu owoców zamierają w części nadziemnej. W atlasie rozszerzono jednak pojęcie na wszystkie rośliny lecznicze, a więc także na krzewy oraz drzewa.

Opisane rośliny zostały podzielone na rodziny. Aby ułatwić korzystanie z książki każda rodzina została oznaczona innym kolorem. Na charakterystyki poszczególnych gatunków składają się: ilustracja, wielkość i opis, występowanie oraz zastosowanie. Warto zaznaczyć, że nie wszystkie opisywane rośliny pochodzą z naszej strefy klimatycznej, są jednak u nas powszechnie znane (np. cynamonowce). Podobnie jak do opisywanych przeze mnie Grzybów, do Ziół i roślin leczniczych także załączono tablicę porównującą gatunki ziół według kolorów kwiatów i owoców. 

W porównaniu z Grzybami z tej samej serii książka prezentuje się lepiej. Podział na rodziny jest zastosowany konsekwentnie, a załączona rozkładówka jest praktyczniejsza. Atlasik jest również (dosłownie) kieszonkowych rozmiarów i także zawiera plastikową okładkę, która uchroni książeczkę od zniszczenia, gdy zabierzemy ją w teren. 

Muza 2012
Tytuł oryginału: Concise Herb Guide
Przekład: Cezary Franciszek Murawski

sobota, 15 września 2012

"Grzyby. Kieszonkowy atlas"

Sezon grzybowy w pełni, ale zanim wyruszymy do lasu warto zaopatrzyć się w atlas grzybów. Ten, który proponuje Wydawnictwo Muza, jest kieszonkowy w pełnym tego słowa znaczeniu. Niewielki, poręczny rozmiar sprawia, że książeczka z łatwością zmieści się w kieszeni kurtki, a nawet spodni! A co znajduje się w środku publikacji? Maleńki atlas opisuje niemalże 200 gatunków grzybów - od najpopularniejszych jak np. koźlarze czy borowiki po mniej znane jak np. jadalny lejkowniczek pełnotrzonowy czy także zaliczająca się do tej grupy, aczkolwiek mało znana, dzieżka pomarańczowa. Każdy gatunek został dokładnie scharakteryzowany pod kątem jego wyglądu oraz miejsca i czasu występowania. Do książeczki załączono także małą rozkładówkę, porównującą podobne gatunki grzybów. Niestety, zabrakło mi zestawienia gatunków jadalnych i ich trujących braci bliźniaków (np. czubajka kania i muchomor sromotnikowy). W książce brakowało mi także ikonek wskazujących na to, czy grzyb jest jadalny, czy nie (informacje zostały zawarte w opisach poszczególnych gatunków). Trudno jednak winić autora (autorów?) za te braki - jak dowiedziałam się z wprowadzenia publikacja nie miała być atlasem grzybów jadalnych, lecz przewodnikiem terenowym. Jedyne więc, co mogłabym zarzucić książeczce to lekki chaos w klasyfikacji - grzyby zostały podzielone na rodziny (np. borowikowate, gąskowate czy muchomorowate), z których każda na pasku u góry strony została oznaczona innym kolorem, jednak nie trzymano się tego podziału konsekwentnie, w wyniku czego np. borowikowate zostały rozdzielone maślakowatymi i piaskowcowatymi. Być może sugerowano się podobnym wyglądem grzybów, jednak wystarczające porównanie zostało przedstawione na omówionej już rozkładówce.

Mimo tych drobnych mankamentów książeczka przypadła mi do gustu. Dzięki jej niewielkim wymiarom oraz wadze, a także plastikowej okładce jest praktyczna - można zabrać ją do lasu bez dźwigania zbędnego ciężaru i bez obaw, że książka się zniszczy. A jej towarzystwo w terenie daje sporą szansę na rozpoznanie niejadalnego czy będącego pod ochroną gatunku. 

Muza 2012
Tytuł oryginału: Concise Mushroom Guide
Przekład: Ewa Zaraś-Januszkiewicz

czwartek, 23 sierpnia 2012

Wiele razy podczas robienia zakupów byłam świadkiem scen, urządzanych przez dzieci w sytuacji, gdy rodzice nie chcieli im czegoś kupić. Problem zapewne po części leży w wychowaniu, po części jednak - w nieznajomości "dorosłego" świata. Dziecku wydaje się, że pieniądze po prostu są. Wystarczy podejść do ściany - i gotowe (mowa oczywiście o bankomacie)! A ponieważ posiadanie pieniędzy jest czymś oczywistym, trudno dziecku zrozumieć, że nie może mieć wszystkiego. Paul Mason i Mike Gordon swoją książką Pieniądze nie rosną na drzewach z pewnością pomogą niejednemu rodzicowi w wychowaniu dziecka świadomego wartości pieniędzy i mądrze zarządzającego swoim kieszonkowym. Autorzy uczą oszczędności (ale nie skąpstwa!) i tworzenia planu finansowego oraz przestrzegają czytelnika przed pokusą pożyczania pieniędzy, podpowiadając jak w inny sposób zebrać fundusze na większy zakup (np. na wymarzony rower czy gitarę).

Pieniądze nie rosną na drzewach to książka, która pomaga dziecku oswoić się ze światem finansów - podatków, rachunków bankowych czy kredytów. Mimo poważnej tematyki napisana jest w sposób przystępny i zrozumiały, a atrakcyjna szata graficzna umila obcowanie z publikacją. Jedyna wątpliwość, jaka nasunęła mi się po lekturze, dotyczy potencjalnego odbiorcy. Zmylona szatą graficzną myślałam, że jest to książka dla starszego przedszkolaka, treść jednak adresowana jest raczej do osoby od około ośmiu lat wzwyż.

Debit 2012
Tytuł oryginału: Money Doesn't Grow on Trees!
Przekład: Patrycja Zarawska
Ilustracje: Mike Gordon

piątek, 3 sierpnia 2012

Moje zamiłowanie do podróży to nie tylko realne wyprawy - to także wędrówki szlakami autorów książek podróżniczych oraz uczestnictwo w spotkaniach z wszelkiej maści podróżnikami podczas festiwali czy slajdowisk. Nietrudno zauważyć, że jedno z poczesnych miejsc zajmują wyprawy rowerowe. Niejednokrotnie zastanawiałam się, jak wygląda taki wyjazd od podszewki, a zwłaszcza jak wybrać odpowiedni rower i jak się spakować, żeby zmieścić w bagażu wszystko, co będzie nam potrzebne. W sukurs przyszła para zapalonych podróżników ze swoją najnowszą książką.

Wbrew tytułowi Podręcznik przygody rowerowej nie jest typowym poradnikiem. Wiele miejsca poświęcono w niej prezentacji wybranych tras rowerowych. Autorzy udzielają głosu swoim przyjaciołom, którzy na dwóch kołach przebyli Islandię, Tybet, Mongolię, Maroko, Turcję czy Polskę. Relacje to nie tylko opisy podróży, ale i wskazówki na temat stopnia trudności trasy oraz bezpieczeństwa w drodze, a także informacje na temat jednośladu, na którym podróżowano. Ale Podręcznik przygody rowerowej to nie tylko rowerowe opowieści. Sporo miejsca poświęcono przygotowaniom do wyprawy - od wyboru odpowiedniego roweru poprzez planowanie charakteru wyjazdu (w pojedynkę/we dwójkę/w grupie) po kwestie odpowiedniego spakowania się. Nie brakło też informacji przydatnych w drodze - gdzie spać, jak zorganizować sobie ciepłe posiłki, jak chronić swoje siedzenie przed otarciami czy... jak opędzić się od psów. 

Podręcznik przygody rowerowej to dowód na to, że nawet dalekie kraje są w zasięgu zwykłego, niezbyt zamożnego podróżnika. Nie trzeba mieć roweru z najwyższej półki cenowej, żeby przeżyć swoją własną przygodę. Ja już nabrałam ochoty na pedałowanie! Pozostaje kupić rower, wskoczyć na siodełko i ruszyć przed siebie!


Bezdroża 2012

środa, 1 sierpnia 2012

Trenuj swój umysł to książka dość rewolucyjna. Terry Horne i Simon Wootton udowadniają, że wiele przekonań na temat mózgu jest niczym nie popartymi mitami. Jak wynika z badań uwarunkowania intelektualne jednostki nie są tylko i wyłącznie cechą dziedziczną - wystarczy odpowiedni tryb życia czy sposób odżywiania, by znacznie usprawnić działanie mózgu. Podobnie sytuacja wygląda z kwestią kondycji umysłu u starszego człowieka. Faktem jest, że struktura neuronów w mózgu ulega zmianie, w związku z czym rozwiązywanie problemów czy zapamiętywanie nowych informacji trwa dłużej niż kiedyś, ale w zamian pojawiają się inne "sprawności" jak werbalne rozumowanie, refleksyjne uczenie się, umiejętność przewidywania czy kreatywność. 

W książce zawarto wiele ćwiczeń sprawdzających i usprawniających poszczególne typy myślenia, jak np. myślenie numeryczne czy logiczne. Niektóre z zadań były na bardzo wysokim poziomie i miałam spore problemy z ich rozwiązaniem (mąż, którego umysł jest logiczno-matematyczny, również nie rozwiązał wielu zadań). Mimo klucza odpowiedzi czuję niedosyt, gdyż w wielu przypadkach bardzo trudno odkryć, jak można dojść do takiego, a nie innego rozwiązania. Zauważyłam także, że nie wzięto pod uwagę istnienia kilku poprawnych rozwiązań (było co najmniej jedno takie zadanie). Oprócz testów na myślenie w książce znalazło się też kilka testów, które mają na celu bliższe poznanie naszego umysłu, jego predyspozycji i okoliczności, które są dla niego sprzyjające. Co ciekawe - zawodami, które pozwolą wykorzystać mój typ inteligencji, okazały się być profesje... redaktora i wydawcy. 

Jak najbardziej polecam - zarówno książkę, jak i rozwijanie swoich sprawności intelektualnych!

Samo Sedno/Edgard 2012
Tytuł oryginału: Train Your Brain
Przekład: Jacek Środa

poniedziałek, 16 lipca 2012


Diet coaching. Poradnik dla wiecznie odchudzających się to propozycja dla tych, którzy szukają skutecznego sposobu na zrzucenie zbędnych kilogramów. Jak wiadomo, dieta-cud nie istnieje. Efekty wszelkich kuracji odchudzających są krótkotrwałe, a efekt jo-jo tylko pogłębia naszą frustrację... Może warto spróbować poszukać innego sposobu?

Urszula Mijakoska, specjalistka od coachingu i żywienia człowieka, połączyła te dwie dziedziny i opracowała autorski program. Metoda diet coachingu, w przeciwieństwie do tradycyjnych diet, daje długotrwały efekt, gdyż zwraca uwagę na ważną kwestię - poznanie samego siebie, swoich potrzeb i nawyków. Autorka zachęca do analizy ilości i jakości spożywanych posiłków oraz sytuacji, gdy sięgamy po jedzenie. Okazuje się, że często nie potrafimy prawidłowo ocenić uczucia głodu i przejadamy się. Dla mnie ogromnym zaskoczeniem była informacja na temat jego symptomów - o głodzie nie świadczy ssanie w żołądku, lecz zwiększone wydzielanie śliny, wyostrzenie smaków i uczucie drapania w gardle! Na pewno nie tylko ja jestem zaskoczona. Autorka programu motywuje do zmian swoich przyzwyczajeń żywieniowych i uczy świadomego jedzenia, pozwalającego rozkoszować się smakiem potraw i dającego uczucie sytości mimo zmniejszenia porcji. Mijakoska w Diet coachingu omówiła składniki odżywcze, uwzględniając ich właściwe proporcje w naszej diecie, oraz grupy pokarmów, które powinniśmy włączyć do swojego jadłospisu lub je z niego usunąć (choć mnie, osobę średnio zamożną, przeraziła opcja rezygnacji z większości produktów na rzecz mięsa "dziko żyjących ryb i drobiu swobodnie żerującego", nabiału z mleka koziego etc.). Wsparciem we wprowadzeniu zmian w naszym menu są załączone przepisy z uwzględnieniem rekomendowanych składników (zupy, ryby, desery).

Diet coaching to ciekawa propozycja dla osób, które chcą zmienić swoją sylwetkę oraz swój sposób odżywiania się, a książka jest świetną alternatywą dla kosztownych sesji z diet coachem.

Samo Sedno/Edgard 2012