Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poczytajka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poczytajka. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 17 lipca 2016

Ostatnio coraz mniej czasu poświęcam na pisanie recenzji, bo pochłania mnie przyroda - porzucona pasja z dzieciństwa, do której wróciłam po wielu latach. Również lektury coraz częściej dobieram pod tym kątem, dlatego z entuzjazmem sięgnęłam po Chrapiącego ptaka. Początkowo nie mogłam wciągnąć się w historię rodziny Heinrichów, ale nawet nie zauważyłam kiedy zostałam pochłonięta bez reszty. Kolejne nazwiska zaczęły być rozpoznawalne, a poszczególne elementy opowieści zaczęły się układać w jedną całość.

Gerd Heinrich, ojciec autora, był uznanym przyrodnikiem i badaczem gąsieniczników. W celach badawczych wyprawiał się na Bliski Wschód, do Azji Południowo-Wschodniej i Afryki, a trzeba pamiętać, że w pierwszej połowie XX wieku egzotyczne podróże nie były czymś powszechnym. Dla swoich ukochanych gąsieniczników - a oficjalnie w celu pozyskiwania eksponatów dla muzeów przyrodniczych - był w stanie znosić miesiące niewygód i porażek. Na ołtarzu swojej pasji w pewnym sensie złożył również swoje dzieci, które na kilka lat oddał do szkoły z internatem, żeby móc wyruszyć na kolejną wyprawę. W Domu Dobrej Woli Bernd przez długi czas nie mógł się zaaklimatyzować i jedynie ucieczki w świat przyrody pomogły mu zachować równowagę w miejscu, które było dla niego obce i w którym nie czuł wsparcia najbliższych (zwłaszcza uderzyło mnie wspomnienie o tym jak chłopak poprosił ojca o przysłanie na gwiazdkę "pasa, ołówków i pasty do zębów" i nie otrzymał ich). 

Gerd miał serce jedynie do kobiet (był bardzo kochliwy, a prawdziwym darem od losu była tolerancyjna żona, która kochance męża potrafiła zrobić awanturę o porzucenie go, podczas gdy ten powinien skupiać się na pracy badawczej, a nie na przeżywaniu zawodu miłosnego) i do swoich gąsieniczników. Bernd wielokrotnie był dla niego powodem zawodu, bo realizował się w bieganiu i w nowoczesnym nurcie biologii, co ojciec poczytywał niemal za świętokradztwo i odwrócenie się od tradycji rodzinnej. Niełatwo było młodemu Berndowi, ale - jak wspomina - to właśnie spory z papą ukształtowały go i pomogły mu skrystalizować własne poglądy pozostające w zgodzie z zaszczepionymi przez ojca wartościami. 

Chrapiący ptak to książka trudna do sklasyfikowania. Jest to zarówno autobiografia Bernda, jak i biografia Gerda Heinricha, a przy tym saga (choć jednotomowa, ale jakże obszerna) rodu Heinrichów, książka popularnonaukowa, pełna nazw gatunkowych i opisów przyrody, a po części również powieść przygodowa z dość licznymi elementami komizmu sytuacyjnego. Wspomnę choćby o przygodzie Gerda, który podczas zawieruchy wojennej ukrywał się w lesie i mimowolnie był świadkiem dezercji żołnierzy niemieckich. W efekcie zbiegu okoliczności został obdarowany przez sprzyjający los nie tylko zapasami żywności, ale również maszyną do pisania i skrzynką Krzyży Żelaznych, których użył później jako waluty. Trzeba przyznać, że Gerd zdecydowanie urodził się pod szczęśliwą gwiazdą, bo takich szczęśliwych zrządzeń losu doświadczył w swoim barwnym życiu wiele razy.

Zakochałam się w tej książce, w jej autorze - jego sposobie snucia opowieści, osobowości, uporze i podejściu do przyrody. Z zafascynowaniem czytałam o jego udanej próbie przedzierzgnięcia się z "konusa z lasu" w sportowca, a w rozbawienie wprawił mnie pomysł pomalowania wieży ciśnień na terenie znienawidzonej szkoły na pamiątkę swojej w niej obecności oraz - iście "psychologiczne" - podejście do wypełniania formularzy aplikacyjnych na studia, w wyniku czego prawie wszystkie uczelnie nie były zainteresowane jego kandydaturą na studenta. W kwestii podejścia do przyrody poczułam niesamowitą nić porozumienia, mimo iż autor w latach młodzieńczych wybierał jaja i pisklęta z gniazd, a także uśmiercał ptaki. Jak jednak napisał po latach, w parze z zapędami myśliwskimi szło uwielbienie dla nieszczęsnych stworzeń i świadomość, że "wiedza jest ważna, a nie da się jej zdobyć tanim kosztem"*. 

Jedno jest pewne - chcę więcej! Na mojej półce czeka zachwalane przez wszystkich Wieczne życie, ale wiem, że na tej książce nie poprzestanę. Dla Bernda Heinricha jestem nawet w stanie mozolnie przedzierać się przez oryginalne wydania! Wam jego książki gorąco polecam, choć dla kogoś nie zainteresowanego przyrodą Chrapiący ptak może być niełatwą lekturą.

Na koniec przytoczę jedną z licznych mądrych myśli zawartych na kartach książki:

Myślę, że dzieci samorzutnie interesują się światem naturalnym, tyle że często skłonność ta więdnie z powodu braku kontaktu z nim. Inne rzeczy wypełniają pustkę, kiedy chłonne umysły dzieci łakną poznania świata.**

Warto wziąć te słowa pod rozwagę i zamiast smartfona czy tableta podarować dziecku swój czas i zaszczepić w nim ciekawość świata tak, jak Gerd Heinrich zaszczepił w swoim synu.

Czarne 2016
Tytuł oryginału: The Snoring Bird: My Family's Journey Through a Century of Biology
Seria: Menażeria
Przekład: Michał Szczubiałka

* B. Heinrich, Chrapiący ptak. Rodzinna podróż przez stulecie biologii, Wołowiec 2016, s. 405.
** Jw., s. 256.

poniedziałek, 30 maja 2016


Lepiej żyć jeden dzień jak tygrys niż sto lat jak owca.*


Aleksandra Doby chyba nie trzeba nikomu przedstawiać, zwłaszcza że ostatnio - w związku z jego nowym wyzwaniem - znów zrobiło się o nim głośno. Nieustraszony kajakarz wczoraj wypłynął z New Jersey w Stanach Zjednoczonych, aby po przebyciu Atlantyku, za około cztery miesiące - w swoje siedemdziesiąte urodziny! - zameldować się w porcie w Lizbonie. Co sprawia, że po dwóch wyprawach transatlantyckich nadal odczuwa niedosyt? Co wciąż gna go na morza i oceany?

Aleksander Doba od zawsze był niespokojnym duchem, który nie potrafi usiedzieć w miejscu. Nad spotkania rodzinne przedkładał obcowanie z żywiołami wody, powietrza i ziemi. Uprawiał kolarstwo górskie, latał na szybowcach, skakał ze spadochronem, ale najwierniejszy pozostał pływaniu. Zaczynał od mniejszych wyzwań - najpierw na wodach polskich, później europejskich, ale z czasem jego umysł zaczęła zaprzątać myśl o Atlantyku. A że jest osobą ambitną i szalenie upartą, nie poprzestał na marzeniach, lecz zaczął pracować nad ich spełnieniem. Jak sam mówi, każda kolejna wyprawa jest wyprawą życia, dlatego nie chce osiąść w jednym miejscu i napawać się wspomnieniami. W takim przekonaniu tkwi wiara, że najważniejsze dopiero przed nim. 

Olek Doba to arcyciekawa postać, niesamowicie inspirująca i z ogromnym poczuciem humoru (podczas jednego z festiwali podróżniczych miałam okazję uczestniczyć w spotkaniu z nim, któremu towarzyszyły liczne salwy śmiechu z sali**). Mimo siwych włosów jest to mężczyzna pełen krzepy i wewnętrznej siły, który przeciwności losu potrafi przekuć w dar losu (tak było m.in. w przypadku złamania się pałąka w kajaku). O tym wszystkim - o jego życiu, historii pasji, kulisach wypraw, a także podejściu jego najbliższych do niebezpiecznej pasji męża, ojca i dziadka - przeczytacie w książce Dominika Szczepańskiego (?) Na oceanie nie ma ciszy. Spostrzegawcze oko zapewne wychwyciło znak zapytania przy osobie autora książki. Może czegoś nie doczytałam, ale w moim odczuciu autorstwo należałoby przypisać Aleksandrowi Dobie, którego wspomnienia zajmują około 280 z 330 stron książki. A może część wspomnieniowa, mimo iż pisana w pierwszej osobie, została spisana (a więc również przesiana przez umysł osoby postronnej) przez Dominika Szczepańskiego? Przyznam, że ta niewyjaśniona kwestia do dziś - a minęło trochę czasu od lektury - nie daje mi spokoju. Do samej treści książki nie mam zastrzeżeń - wspomnienia Doby są gęsto przetykane sms-ami od dobrych duchów wyprawy i bliskich, historiami innych żeglarzy (np. Shackleton), wycinkami prasowymi na temat katastrof morskich oraz oczywiście - czego nie mogło zabraknąć w takiej publikacji - kolorowymi fotografiami z archiwum autora. 

Jeśli chcecie dowiedzieć się jak wygląda życie pełne pasji czy samotna żegluga, sięgnijcie po książkę. I nie zapomnijcie trzymać kciuków za pomyślne wiatry dla Olka! 

Agora 2015

* Dominik Szczepański, Na oceanie nie ma ciszy. Biografia Aleksandra Doby, który przepłynął kajakiem Atlantyk, Agora, Warszawa 2015, s. 329.
** Polecam rozmowę z Aleksandrem Dobą w Trójce (do posłuchania): http://www.polskieradio.pl/9/735/Artykul/1611339,Aleksander-Doba-w-Biurze-Mysli-Znalezionych

czwartek, 28 kwietnia 2016


Dla wielu naszych rodaków Afryka zaczyna się i kończy na północy. Interesują nas Egipt, Maroko i Tunezja, bo tam można niedrogo, a przy tym w egzotycznej scenerii i przy pewnej aurze, spędzić urlop. Gdyby zapytać przypadkową osobę o problemy Czarnego Kontynentu, prędzej usłyszelibyśmy o epidemii eboli, głodzie, akcjach budowania studni czy atakach terrorystycznych niż o ostatniej kolonii. Sahara Zachodnia nie istnieje w świadomości większości Polaków, ba! nawet sam autor reportażu Wszystkie ziarna piasku dowiedział się o jej istnieniu dopiero podczas poszukiwań tematu na kolejną książkę. 

Bartek Sabela, znany ze świetnego reportażu Może (morze) wróci, zainteresował się Saharą Zachodnią, ponieważ - jak mówił na spotkaniu autorskim w Krakowie - lubi przeglądać Google Maps i podczas jednej ze swoich wirtualnych podróży zobaczył marokański mur oraz trafił do obozu dla uchodźców. To go zaintrygowało do tego stopnia, że postanowił zająć się tym tematem, a z czasem zaangażować się w tę sprawę osobiście. Nawiązał kontakty z Saharyjczykami i pojechał szukać informacji u samych źródeł. A sprawa to niełatwa, biorąc pod uwagę niechęć marokańskich władz do dziennikarzy. Sabeli udało się jednak dotrzeć do okupowanego przez Maroko El Aaiun oraz do obozów dla uchodźców w Algierii. 

Rozmowy z bojownikami o niepodległość Sahary Zachodniej oraz ze zwykłymi mieszkańcami jest pretekstem do przedstawienia nie tylko kultury, ale przede wszystkim bolesnej historii tego kraju. Gdyby nie bogactwa naturalne, z których słynie, być może Saharyjczycy do dziś doczekaliby się wolnego kraju, jednak na chwilę obecną wiele państw ma swój interes w tym, żeby złoża i łowiska należały do Maroko. Co niezrozumiałe, za Saharą Zachodnią nie wstawia się ani ONZ, ani Unia Europejska czy Stany Zjednoczone, co jest wyrazem szczególnej obłudy, bo oficjalnie występują jako obrońcy demokracji i praw człowieka, podczas gdy współpracują z okupantem i przymykają oko na deptanie wartości, którym hołdują. Saharyjczycy od lat czekają na referendum i możliwość zamieszkania w wolnym kraju, kolejnymi szklaneczkami herbaty jak klepsydrą odmierzając upływający czas...

Wszystkie ziarna piasku to przykład dziennikarstwa zaangażowanego. Bartek Sabela nie tylko był na miejscu i wysłuchał tego, czym chciano się z nim podzielić, ale oddał się tej sprawie całym sercem. Warto wspomnieć, że z bohaterem książki, Hamzą Lakhalem, utrzymuje stały kontakt (a przecież po napisaniu książki mógł zamknąć ten rozdział, by zająć się nowym tematem), nawet zaprosił go do uczestnictwa w spotkaniu autorskim w Krakowie! Sam reportaż, jak na Sabelę przystało, jest napisany rzetelnie i bardzo przystępnie, nie brak mu również liryzmu (zwłaszcza jeśli chodzi o otwierające rozdziały scenki parzenia herbaty). Całość okraszona jest pięknymi zdjęciami i bardzo żałuję, że wydawnictwo nie zdecydowało się wydać tej książki w kolorze (kolorowe fotografie były wyświetlane na spotkaniu i są przepiękne!).

Warto sięgnąć.

Czarne 2015
Seria: Reportaż

Bartek Sabela i Hamza Lakhal na spotkaniu autorskim w Krakowie
©poczytajka

środa, 20 kwietnia 2016

Pamiętam mój pierwszy wypad do Puszczy Augustowskiej i ten strach, gdy ja i mój towarzysz usłyszeliśmy w oddali jakby ujadanie i wycie, a gdy podzieliłam się z nim swoimi obawami, usłyszałam w odpowiedzi: Jakby co, to umiesz szybko wspiąć się na drzewo? Gdybyśmy byli w sadzie, a nie w puszczy, zapewne rozbawiłoby mnie to pytanie, ale w tamtej sytuacji nie miałam ochoty na żarty; wiedziałam, że mogę zdać się jedynie na bieg ułatwiony przez wysoki poziom adrenaliny we krwi. Dziś wiem, że to moja wyobraźnia spłatała mi figla i sprawcami zamieszania były psy, ale nawet jeśli słyszałabym wilki, spotkanie z nimi byłoby bardzo mało prawdopodobne, co uświadomił mi Adam Wajrak zapytany na spotkaniu autorskim w Krakowie o to jak należy zachować się w takim wypadku. Co poradził? Zachwycić się, póki widzimy wilka, bo ten zwykle czmycha prędzej niż zdołamy pomyśleć nad tym jak się zachować. Podobno nawet w chwili zagrożenia wilcząt wilczyca, w przeciwieństwie np. do niedźwiedzia, nie będzie ich bronić, tylko będzie obserwować wszystko z ukrycia...

Póki co, mnie dane było zachwycić się wyłącznie książką (no, i może odrobinę osobą autora, choć słowo zachwyt to ciut za mocne określenie). Lektura Wilków uzmysłowiła mi jak mało wiem o tych zwierzętach i - mimo iż interesuję się przyrodą (sporo czytam, a co weekend bywam w terenie) - moja dotychczasowa wiedza była szczątkowa i naznaczona stereotypami. Teraz już wiem jak wygląda hierarchia w watasze, jak przebiega konfrontacja wilków z psem oraz jakie zwierzęta najczęściej padają ich ofiarą. Wilcze menu było przedmiotem szczegółowych badań Nurii (żony autora książki), w których to nieocenionym kompanem był... kundelek-przybłęda noszący wdzięczne imię Antonia. Suczka była mistrzem w tropieniu pozostałości po wilczych ucztach i zapewne skradła serce nie tylko swoich opiekunów, ale również czytelników. 

Adam Wajrak sporo miejsca poświęca również trudnym relacjom: wilk-człowiek. Odwieczny strach przed tymi tajemniczymi zwierzętami pokutował i nadal pokutuje bezmyślnym tępieniem tego gatunku. Nie tak dawno głośna była sprawa skórowania wilka przez myśliwych, a o ilu konających w cierpieniu w kłusowniczych wnykach zwierzętach nie wiemy? Do tego dochodzi wybieranie wilkom szczeniąt, by trzymać je potem na łańcuchach koło domu lub w piwnicy... Straszny to los dla dzikiego zwierzęcia, w dodatku będącego ucieleśnieniem wolności i niezależności. Takie historie zwykle nie kończą się dobrze, czego dowodem jest opowieść o Kazanie, najsłynniejszym polskim wilku.

Wilki przez bardzo długi czas nie schodziły z list bestsellerów, co nie jest dla mnie zaskoczeniem. Książka, podobnie jak poprzednie tytuły Adama Wajraka, została napisana w iście gawędziarskim stylu, bez zadęcia i naukowej terminologii, a sama tematyka jest bardzo nośna. W końcu większość z nas nie wie o wilku nic ponad to, że jest bardzo groźny, bo przecież pożarł Czerwonego Kapturka i jego babcię. 

Agora 2015

czwartek, 28 stycznia 2016


Ponieważ ostatnio moje zainteresowania skupiły się wokół wizażu i stylizacji, po lekturze Szefowej swojej szafy postanowiłam zafundować sobie podróż w czasie. O dawnej modzie i kanonach urody miałam bardzo mgliste pojęcie, na dodatek ta szczątkowa wiedza dotyczyła czasów współczesnych. Książka Doroty Golińskiej rozjaśniła mi mroki przeszłości, w których powiewały jedynie jakieś zwiewne tuniki i bliżej nieokreślone suknie.

Autorka Kanonów kobiecej urody podeszła do tematu chronologicznie. Omówiła epokę po epoce pod kątem kanonów piękna, stosowanych zabiegów upiększających, ówczesnych kosmetyków, a każdy rozdział zamknęła lekcją makijażu nawiązującego do omawianych czasów. Muszę przyznać, że tutaj sporo kwestii mnie zaskoczyło. Urozmaicanie fryzury przywiązywanymi do włosów cykadami, moda na różowe i niebieskie włosy (i to bynajmniej nie w ubiegłym stuleciu!), wyrównywanie cery za pomocą białka jaja, przez co twarz stawała się sztywną maską, a kobiety musiały panować nad swoją mimiką, aby ta nie popękała... W celu nadania puszystości włosom wcierano w nie... pomyje, a szczypczyki i młoteczki do zabijania wszy czy pluskiew były nieodzownym atrybutem każdej eleganckiej damy. Kolejnym, jednak nie mniejszym zaskoczeniem był fakt, iż twórcą kosmetycznego imperium znanego pod nazwą Max Factor jest Polak, Maksymilian Faktorowicz!

Wydawałoby się, że książka na temat zmian w kanonach piękna musi być arcyciekawa, a albumowe wydanie gwarantuje wysoką jakość publikacji, ale tak niestety nie jest. Owszem, tematyka jest bardzo interesująca, ale sposób podania pozostawia wiele do życzenia. Czytając Kanony kobiecej urody często odnosiłam wrażenie, że czytam nie wydaną książkę, a czyjąś pracę zaliczeniową, nie do końca dopracowaną: zauważyłam brak konsekwencji (jedne rozdziały zostały opracowane dokładniej, inne mniej, a pewne aspekty były omawiane w nieoczekiwanych miejscach), powtórzenia (np. irokez został objaśniony w dwóch miejscach w obrębie jednego rozdziału, ba! dwóch stron, jeśli nie liczyć przedzielającej je fotografii), wpadki edytorskie (dwie różne czcionki w jednym akapicie, światło w części wersu), interpunkcyjne i całe morze literówek (żółta kartka dla Doliny Literek). Teoretycznie całość powinny ratować piękne zdjęcia - publikacja jest bardzo bogato ilustrowana, a do sesji zostały zaangażowane modelki z profesjonalnych agencji - i po części tak jest, ale nie do końca... Niektóre z nich nie zostały poddane obróbce właściwej dla fotografii portretowej, w efekcie czego niektóre kobiety mimo swego piękna wyglądają mało atrakcyjnie z bujnym meszkiem na brodzie i dookoła ust. 

Książka ze względu na interesujące zagadnienia z pewnością jest warta przeczytania, jednak poleciłabym ją tylko osobom tolerancyjnym wobec niedopracowanej formy. Wiem, że pracownie edytorskie przepuszczają błędy (sprawdzam teksty po redakcji i korektach, a przed oddaniem ich do druku), ale mimo wszystko to nie powinno mieć miejsca, zwłaszcza w takim "stężeniu". Co dziwne, z podobnym poziomem redaktorskim i korektorskim zetknęłam się w przypadku innych albumów (seria "Ocalić od zapomnienia"). Tam, gdzie powinno się szczególnie zadbać o staranne wydanie, ktoś chyba doszedł do wniosku, że szata graficzna zatuszuje wszystkie niedociągnięcia.

Buchmann 2014 

niedziela, 10 stycznia 2016

Nie mam się w co ubrać! Brzmi znajomo? Ja sama często powtarzam te słowa, nie mogąc się nadziwić jak to możliwe skoro do mojej szafy trudno wcisnąć coś nadprogramowego... Problem pojawia się najczęściej przed oficjalnymi spotkaniami lub mniej formalnymi wyjściami, dlatego o sposób zapanowania nad zawartością garderoby postanowiłam "zapytać" profesjonalną stylistkę.

Monikę Jurczyk miałam okazję poznać podczas spotkania promującego jej poprzednią książkę Bądź boska. Osobista stylistka radzi. Wówczas spodobały mi się przedstawione przez nią proste triki na poprawienie swojego wyglądu oraz piramida prawidłowego ubierania się, która pozwala uporządkować swoją garderobę i może być hamulcem podczas zakupowego szału (jej znajomość przydaje się zwłaszcza w okresie wyprzedaży). Stylistka proponuje, aby ubrania zgodne z aktualnymi trendami nie stanowiły więcej niż 10% naszej garderoby, znacznie więcej uwagi (20%) należy poświęcić dodatkom, a największy udział procentowy (30%) przypada na podstawy wielu stylizacji takie jak biała koszula czy dżinsy oraz klasykę (40%), czyli żakiet czy sukienki na różne okazje. Temat wspomnianej piramidy powraca również w Szefowej swojej szafy, jednak tym razem w odniesieniu konkretnie do stylizacji biznesowych. Monika Jurczyk ponownie omawia różne typy sylwetek, natomiast z nowości pojawiają się typy pracobowości, czyli naszej osobowości w połączeniu z zajmowanym przez nas stanowiskiem. To, czy jesteśmy niebieską analityczką, zieloną realizatorką, żółtą inspiratorką czy czerwoną wojowniczką, odzwierciedlamy w swoim stylu ubierania - stylistka omawia każdy z tych typów i radzi jak dostosować swój ubiór do narzuconego nam dress code'u bez rezygnowania z własnej osobowości. A jeśli któraś z nas jest nieco bardziej elastyczna, może pokusić się o zapożyczenie elementów garderoby czy całych stylizacji właściwych dla innych typów pracobowości by nieco pomanipulować swoim wizerunkiem: wyglądać poważniej, bardziej profesjonalnie czy po prostu ocieplić swój chłodny wizerunek. I osiągnąć zamierzony cel. 

Bodaj najciekawszą częścią Szefowej swojej szafy jest rozdział poświęcony sesjom z kilkoma kobietami reprezentującymi różne typy sylwetki oraz pracobowości (o analizie kolorystycznej nie wspominam, bo to dla mnie czarna magia). Stylistka omawia zestawy, w których panie przyszły na spotkanie i przedstawia własne propozycje stylizacji. Wiele z nich jest inspirujących i udowadnia, że dress code wcale nie musi być sztywny i nudny. Oprócz wyżej wymienionych tematów, w książce pojawiają się również zagadnienia ubioru w podróży czy odpowiedniej stylizacji na rozmowę kwalifikacyjną, a także właściwego makijażu oraz ogólnych zasad rządzących stylem biznesowym. Niektóre kwestie, choć oczywiste, czasami gdzieś umykają, inne z kolei stanowiły dla mnie całkowite novum. Właściwie jedynym minusem tej książki jest niekonsekwencja (choć nie wiem na ile autorka miała możliwość decyzji w tej kwestii): inicjał rozdziału "zasady stworzone po to, by ich nie łamać" - podobnie jak pozostałe - zapisany został z małej litery. To jak jest z tymi zasadami? Chyba jednak łamać?

Choć nie przepadam za poradnikami, po ten sięgnęłam bardzo chętnie i nie zawiodłam się. Jestem pewna, że lektura Szefowej swojej szafy zainspiruje jeszcze niejedną kobietę.

Burda Książki 2015

środa, 11 listopada 2015

Statystyki mówiące o zastraszająco niskim poziomie czytelnictwa w Polsce co jakiś czas powracają jak bumerang, by zaraz zniknąć w fali bardziej szokujących newsów. Faktem jest, że temat jest niechwytliwy - raczej nie ma szans na pozyskanie rzeszy wyborców ten, kto obiecuje wyższe dotacje dla bibliotek czy niższy VAT na e-booki. Ale może nie tutaj pies jest pogrzebany. Czytelnictwo na wysokim poziomie prowadzi do rozwoju świadomości społecznej obywateli, a to może być nie po myśli władzy, której łatwiej sterować nieoświeconą masą... 

W dużym uproszczeniu można powiedzieć: Polska nie czyta. Nowinki technologiczne wypierają słowo pisane, a jeśli już sięgamy po dłuższy tekst (3-stronicowy), nie czytamy go, lecz jedynie skanujemy wzrokiem. Z rozmów ze znajomymi wiem, że sporo ludzi chce czytać, ale nie ma na to czasu, choć często odnoszę wrażenie, że jest to łatwa wymówka, bo podróż środkami komunikacji miejskiej jest świetnym pretekstem do czytania, a jeśli nie mamy takiej możliwości, zawsze można zrezygnować z oglądania serialu, buszowania po sieci czy bezsensownego snucia się po sklepach. Ktoś jednak powie: mam czas, chcę czytać, ale książki są takie drogie! Trudno się nie zgodzić z takim argumentem, choć w gruncie rzeczy to nie książki są drogie, lecz nasze zarobki są zbyt niskie (we Francji przeciętna książka kosztuje tyle samo co w Polsce, ale my zarabiamy o 2/3 mniej niż Francuzi*). W tym kontekście forsowana przez Polską Izbę Książki ustawa o książce (a raczej o cenie książki) nie poprawi sytuacji na rynku księgarskim, lecz go pogrzebie. 

"Polskiej" książce potrzebne jest realne wsparcie, tak jak ma to miejsce w Szwecji, o czym można przeczytać w książce pod redakcją Katarzyny Tubylewicz i Agaty Diduszko-Zyglewskiej Szwecja czyta. Polska czyta. Owszem, rynek książki zmienił się - minęły czasy gdy krytyk mógł utrzymać się z pisania recenzji (wystarczały 2-3 teksty miesięcznie!**), ale pozycja słowa pisanego, które ma głębokie podwaliny w szwedzkiej kulturze, jest nieustannie wzmacniana. W Polsce książki nie są modne do tego stopnia, że trudno znaleźć w polskim serialu czy książce czytającego bohatera, podczas gdy w Szwecji takie "lokowanie produktu" jest na porządku dziennym. W prasie w dniu premiery nowości pojawia się kilka recenzji, przez co potencjalny czytelnik może nie tylko zauważyć dany tytuł, ale również poznać różne opinie, śledzić dyskurs wokół książki. W oswajaniu z literaturą duży udział mają biblioteki, które nie są jedynie wypożyczalniami książek, ale także realizują sporo ciekawych programów, w dodatku nie tylko czytelniczych. Najważniejszą kwestią jest przyciągnięcie ludzi do siebie, a gdy przynęta zostanie złapana, jest szansa na ukształtowanie postaw czytelniczych. 

Wśród szwedzkich rozmówców nie brakuje ludzi z misją, którzy nie gonią za bestsellerami, ale chcą wydawać dobrą, wartościową literaturę, która przyniesie czytelnikom coś więcej niż chwilę relaksu. Promuje się więc nie tylko potencjalne hity, ale całą ofertę. Co wydaje się szczególnie interesujące to fakt, iż szczególnie wspierani są debiutanci oraz autorzy nowatorscy czy też starsi wiekiem. U nas w Polsce zauważalny jest strach przed wydawaniem debiutów oraz kompleks polskości, brak wiary w polską literaturę (poza kilkoma-kilkunastoma najgłośniejszymi nazwiskami).

Lektura rozmów zawartych w książce Szwecja czyta. Polska czyta każe pochylić się głębiej nad problemem niskiego poziomu czytelnictwa w naszym kraju. Trudno nie odnieść wrażenia, że u nas potrafi się tylko pięknie mówić i nic z tego nie wynika. To Szwecja jest krajem, w którym się działa i w którym wieloletnia praca na rzecz książki przynosi efekty. Czy Polska ocknie się w porę i również podąży tą drogą? Czas pokaże. 

Wydawnictwo Krytyki Politycznej 2015

* Szwecja czyta. Polska czyta pod red. Katarzyny Tubylewicz i Agaty Diduszko-Zyglewskiej, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2015, s. 284-285. 
** Jw., s. 139.

sobota, 31 października 2015


Macieja Jastrzębskiego od strony literackiej - autor jest również korespondentem Polskiego Radia - miałam okazję poznać przy okazji lektury Matrioszki Rosji i Jastrzębia. Spotkanie było bardzo udane, dlatego po cichu marzyłam, by jego kolejna książka dotyczyła Gruzji. Minął rok z okładem i proszę - w moje ręce trafiła Klątwa gruzińskiego tortu! 

Gdy sięgałam po książkę mój entuzjazm był ogromny. Nie mogłabym odmówić sobie lektury jakiejkolwiek książki o Gruzji, a dodatkową zachętą była znacznie poprawiona w stosunku do poprzedniej książki Jastrzębskiego jakość wydania. Moje zdziwienie było równie wielkie, gdy okazało się, że przez kolejne strony książki brnęłam z mozołem niczym przez zaśnieżony górski szlak i ani piękne widoki, ani sprzyjająca pogoda nie rekompensowały trudu! Do pewnego momentu było ciekawie: Jastrzębski pisał i o herbacianych polach Batumi, i o wojnie rosyjsko-gruzińskiej (w końcu zaczynałam rozumieć, jak do niej doszło), ale z czasem zaczęłam zauważać, że im dalej w las, tym więcej drzew - coraz ciężej było mi przedzierać się przez kolejne strony politycznej "korespondencji". Lektura zaczęła nużyć gdy zdałam sobie sprawę, że i tak niewiele zapamiętam z tego korowodu nazwisk i faktów, i tylko zagadka dziewczyny o fiołkowych oczach, która powoli dążyła ku wyjaśnieniu, mobilizowała mnie do przewracania kolejnych kartek... Owa tajemnicza postać była przyjaciółką kierowcy (i przyjaciela) korespondenta, która przed laty w tajemniczy sposób zniknęła z jego życia. Jastrzębski dał Dżabie nadzieję, że przez swoje "dojścia" pomoże mu odnaleźć Nino, bo dziewczyna była zamieszana w politykę... Po takiej intrygującej zapowiedzi nagle: trach! kolejne rozczarowanie! Historia ta nie zyskała wyrazistego rozwiązania. Sam zabieg wprowadzenia postaci przewodnika - tak jak w Matrioszce Rosji... - był trafiony. Zarówno wujek Borka jak i Dżaba to postaci na poły fantasmagoryczne i intrygujące; wielka szkoda, że ten wątek w Klątwie gruzińskiego tortu nie został należycie doprowadzony do końca.

Niestety, w ostatecznym rozrachunku - i na tle Matrioszki Rosji... - Klątwa gruzińskiego tortu nie wypada korzystnie. Książka zmęczyła mnie natłokiem faktów, nazwisk, informacji, a że wrodzona przyzwoitość nie pozwoliła na przeskakiwanie tych mniej interesujących stron, lektura dłużyła się niemiłosiernie (2 miesiące to naprawdę kawał czasu jak na książkę objętości 350 stron!). Ten gruziński tort okazał się dla mnie zbyt ciężkostrawny... Przecież kraj to nie tylko wojny, rewolucje i kolejne przetasowania na stołkach! A gdzie problemy szarych obywateli, tradycje, wspaniała kuchnia? Z niecierpliwością czekam na Pestki winorośli i trzy jabłka Marcina Sawickiego oraz Toast za przodków Wojciecha Góreckiego - być może Klątwa gruzińskiego tortu świetnie uzupełni się z nimi? Tymczasem czekam na Krym: miłość i nienawiść, bo że po niego sięgnę, jest pewne. 

Editio 2014

piątek, 16 października 2015

Do Gruzji wybieram się od kilku lat i za każdym razem bezskutecznie. Nie pomogło nawet zapisanie się na kurs języka gruzińskiego i zaopatrzenie w przewodnik (w przypadku Krymu było to bardzo skuteczne posunięcie) – za każdym razem moja wola przegrywa w starciu z kwestią finansową (może Gruzja nie jest drogim krajem, ale kiedy policzy się loty dla dwóch osób, dojazdy na lotnisko i wynajęcie samochodu – po moim wymarzonym Waszlowani trudno poruszać się w inny sposób – to już zbierze się pokaźna sumka). Mam jednak nadzieję, że w końcu będę mogła spełnić jedno z moich podróżniczych marzeń, póki co musiała mi jednak wystarczyć lektura przewodnika.

O przewodnikach Bezdroży pisałam już dwukrotnie, recenzując pozycje dotyczące Krymu oraz Bułgarii. Publikacje te miałam okazję przetestować w terenie, podróżowanie z "Gruzją..." miało nieco inny, kanapowy charakter (choć wówczas czytałam go pod kątem planowania podróży). Moją wymarzoną podróż zaczęłam od rozdziału zatytułowanego "Zaproszenie na Zakaukazie", gdzie autorzy proponują kilka tras wycieczek. Następnie przeniosłam się kolejno do Gruzji, Armenii oraz Azerbejdżanu, gdzie zapoznałam się ze specyfiką tych krajów. Jak w każdej niebiesko-pomarańczowej książeczce, tak i w tym przewodniku znalazłam garść informacji praktycznych i krajoznawczych oraz charakterystykę najciekawszych atrakcji zilustrowaną rycinami i mapkami. O Armenii i Azerbejdżanie niewiele wiem, więc nie jestem w stanie odnieść się do rzetelności informacji, natomiast w przypadku Gruzji ubolewam, że niektóre miejsca zostały potraktowane po macoszemu, np. wspomniany wyżej Park Narodowy Waszlowani (w przeciwieństwie do Parków Narodowych Borżomi-Karagauli i Lagodechi, co świadczy o tym, że brak ten nie wynika z braku zainteresowania autora naturą). Zdaję sobie sprawę z tego, że każda książka ma ograniczoną objętość, ale wolałabym trzy oddzielne tomiki, ale bardziej szczegółowe niż jeden pobieżnie traktujący dany kraj. Zapewne dla większości turystów taka ilość informacji będzie wystarczająca, ja jednak cenię sobie nie tylko zabytki, ale także – a właściwie: przede wszystkim – przyrodę. 

Mimo wszystko przewodnika Bezdroży nie zamieniłabym na żaden inny z polskojęzycznych wydawnictw. Przemawiają za nim nie tylko treść, ale również poręczność (format jest idealny), lekkość i atrakcyjna szata graficzna. Wspomniane wcześniej przewodniki po Krymie i Bułgarii idealnie sprawdziły się w podróży, mam nadzieję, że kiedyś uda mi się w ten sam sposób przetestować Gruzję i Armenię oraz Azerbejdżan.

Bezdroża 2013

wtorek, 21 lipca 2015


Monikę Witkowską poznałam jako pasjonatkę gór przy okazji lektury książki Everest. Góra Gór. Wówczas autorka dała się poznać jako osoba pisząca w sposób ciekawy i bez zadęcia, więc chętnie sięgnęłam po Góry z duszą.

Książka ta jest zbiorem opowieści o siedmiu górskich wyprawach: na Kilimandżaro, Mont Blanc, Ararat, Aconcaguę, Rysy, Grossglockner oraz Kala Pattar wraz z Lobuche East. Wspomnienia przybrały formę dziennika, przez co czytelnik ma nie tylko okazję poczuć się jak zdobywca opisanych szczytów, ale również poznać od podszewki istotę wypraw wysokogórskich. Kto odpowiada za organizację? Ile dni trwa taka wyprawa? Jak wygląda życie w obozie i samo szczytowanie? Wiele informacji z pewnością nie tylko zaspokoi ciekawość fotelowych podróżników (to ten gatunek, który rzadko wciela swoją pasję w czyn, najczęściej jeżdżąc palcem po mapie siedząc w wygodnym i bezpiecznym fotelu), do których i ja się zaliczam, ale również będzie nieocenioną pomocą podczas planowania własnej wyprawy.

Karty z dziennika - a raczej kilku, bo poszczególne szczyty Witkowska zdobywała na przestrzeni piętnastu lat (1999-2014) - przeplatają się z ciekawostkami dotyczącymi pierwszych lub nietypowych wejść, przyrody czy legend. To z nich czytelnik ma okazję dowiedzieć się czy Arka rzeczywiście osiadła na zboczach Araratu, na którym szlaku można zobaczyć ślady stóp Lenina i co symbolizują kolorowe chorągiewki znane z fotografii Himalajów. Szkoda tylko, że informacje te nie zostały zebrane w jednym miejscu, np. przed informacjami praktycznymi na końcu każdego z rozdziałów - przeskakiwanie między tekstem właściwym, a okienkami nie służyło koncentracji na głównym wątku. 

Na koniec warto wspomnieć o szacie graficznej, gdyż książka została pięknie wydana: właściwy dla albumów kredowy papier (o idealnej gramaturze!) i mnóstwo kolorowych fotografii. Niemalże do ostatniej strony zachwycałam się starannością, z jaką publikacja została przygotowana, gdyż rzetelna korekta nie jest dziś niestety rzeczą powszechną, a ja nie dostrzegłam ani jednej literówki, ani jednego zabłąkanego przecinka, aż nagle - trach! "Rzucie koki"* zdecydowanie osłabiło mój zachwyt... 

Góry z duszą to lektura obowiązkowa dla miłośników gór - od tych "fotelowych", przez "swojskich", tatrzańskich, po planujących własne wyprawy wysokogórskie.

* Monika Witkowska, Góry z duszą, Burda NG Polska, Warszawa 2015, s. 380.

Burda NG Polska 2015

piątek, 5 czerwca 2015


Jak ja lubię podróżować z Thubronem! Niespiesznie i dogłębnie odkrywać nieznane mi zakątki świata, przemierzać szlaki zwykłych ludzi i wsłuchiwać się w rytm ich życia. Po Jedwabnym Szlaku i Tybecie przyszła więc pora na kolejną podróż - do Chin, do których udałam się z niekłamaną ekscytacją i ciekawością, mimo iż o Państwie Środka mogłam już trochę poczytać. Wiedziałam jednak, że Colin Thubron odkryje przede mną inną, nieznaną twarz tego kraju. 

Ten nastrój podniecenia towarzyszył również podróżnikowi gdy otwarto granice Chin. Jeszcze kilka lat temu niedostępny kraj jawił się jako terra incognita gwarantująca jeśli nie przygodę - bo powściągliwy Brytyjczyk nie należy do awanturników - to zbliżenie do tego, co nieznane, inne i co za kilka lat być może odejdzie w przeszłość. Jak się okazało, Thubron nie tylko miał poznać ową inność, on miał tę inność uosabiać. Podszczypywano go w policzki, badano wzrokiem, ale również chętnie z nim rozmawiano - w kraju, w którym partia narzuca myślenie i karze za odmienne poglądy nie ma miejsca na indywidualność i szczere dyskusje, brytyjski podróżnik dawał więc szansę na wymianę opinii czy choćby niezobowiązującą pogawędkę, podczas której można "dotknąć" diabelskiego Zachodu, będącego narzędziem terroru władzy. Jeden z rozmówców opowiadał Brytyjczykowi jak podczas wojny koreańskiej straszono ich Amerykanami, jadąc do Stanów Zjednoczonych spodziewał się więc spotkać w fabrykach kapitalistów z batogami. Gdy prawda okazała się inna, zorientował się, że wszystko co wpajano obywatelom było kłamstwem. Ale ta świadomość nie pomagała - wolność gwarantowana przez konstytucję była pustym frazesem, bo nie dało się z niej skorzystać, myśląc czy działając po swojemu. Za kwestionowanie prymatu partii groziły sankcje karne, a w najlepszym wypadku uznawano odstępcę za wariata. Bezpieczniej było więc poddać się władzy partii i zatracić swój indywidualizm. Mao Zedong zasiał w tych pokornych umysłach Chińczyków ziarno szkodliwej ideologii znanej nam pod pojęciem rewolucji kulturalnej. Walka z antysocjalistami przerodziła się w tępienie wszelkich przejawów burżuazyjności. Niszczono wszystko, co piękne, niepospolite, a ofiarą czystek padali nie tylko ludzie, ale nawet zwierzęta domowe. 

Thubron co rusz spotykał na swojej drodze kogoś, kto pamiętał ten czas chaosu i terroru a czasem był także jego ofiarą. Według jednego z jego rozmówców to właśnie rewolucja kulturalna odpowiada za brak ideologii i egoizm ówczesnego młodego pokolenia, które jeśli czegoś pragnęło, to tylko dla siebie. Ktoś inny zauważył, że Chińczycy są narodem przywykłym do ofiar i mimo, iż nam, ludziom Zachodu, ich los wydaje się niegodny pozazdroszczenia, oni przyzwyczajeni są do takiego a nie innego życia. Być może - pisarz próbował usprawiedliwić Chińczyków - to nie bezlitosność popychała ich do okrucieństwa lecz brak złudzeń: córki sprzedawane były odległym wioskom jako tanie narzeczone, a gdy miały mniej szczęścia, wyrzucano je na śmietnik na pastwę psów... Same czworonogi również nie miały łatwo, gdyż Chińczycy cierpiący niedostatek i głód jedli wszystko, co żyje. W pewnym momencie Brytyjczyk zaczął się zastanawiać czy i on nie jest potencjalnym kandydatem do konsumpcji.

Colin Thubron pokazał Chiny jako kraj kontrastów. Z jednej strony zatłoczone i zaplute ulice, wszechobecna szarość i nijakość oraz woń uryny i smażonego oleju, z drugiej sterylne aleje i interesujący rozmówcy, z których każdy miał do przekazania ciekawą historię. Na jednej szali wpływy kultury Zachodu, na drugiej - niemożność wydostania się z pancerza nijakości i spod jarzma partii, choć ze szczerych rozmów wyłania się rosnący sprzeciw wobec ówczesnej polityki: Nasz slogan mówi, że partia jest naszym ojcem, ojczyzna zaś naszą matką. Co za ojciec! Wolałbym być sierotą! Uuuch! (...) Jak można kochać ojca, który stale cię bije?*. Thubron prowokuje do zwierzeń, być może dlatego, że nie wytwarza bariery między sobą a tubylcami, lecz podróżuje najniższą klasą, stołuje się tam, gdzie miejscowi. Brytyjczyk posiada cenny dar słuchania i docierania do sedna sprawy, czasami zadziwiając samego siebie swoimi nieprzemyślanymi wypowiedziami (kilkakrotnie w tekście pojawia się stwierdzenie typu: usłyszałem swój głos mówiący [...]), co było miłym akcentem humorystycznym w tej niewesołej książce. 

Za murem polecam, a sama czekam na kolejną podróż z Thubronem. Czas pokaże dokąd tym razem poprowadzi nasza droga.

* Colin Thubron, Za murem. Podróż po Chinach, Czarne, Wołowiec 2015, s. 430.

Czarne 2015
Seria: Orient Express
Tytuł oryginału: Behind the Wall. A Journey Through China
Przekład: Paweł Lipszyc

sobota, 23 maja 2015

Matka Makryna to jedna z tych książek, które od pierwszych stron czarują czytelnika słowem i przenoszą go w czasie do XIX wieku... i do czasów szkolnych i studenckich lektur. Jacek Dehnel przywołał czar języka polskiego, tę niepowtarzalną aurę zapomnianych słów, której wielokrotnie doświadczałam, a która gdzieś uleciała w natłoku potocznej polszczyzny serwowanej w większości współczesnych powieści. 

Ale Jacek Dehnel czaruje nie tylko słowem, lecz zwodzi także historią, wyprowadzając czytelnika na manowce. Podczas lektury pierwszych stron jest on świadkiem wyznania Makryny Mieczysławskiej, przeoryszy klasztoru unickich zakonnic w Mińsku, która skarży się na prześladowania spowodowane odmówieniem Rosji przejścia na prawosławie. Te sugestywne opisy siedmioletniej katorgi przeplatane są opowieścią Ireny Wińczowej, wdowy po rosyjskim wojskowym, dla której los również nie był łaskawy. Bita i pogardzana przez męża-alkoholika, po śmierci swojego oprawcy nie zaznała jednak ukojenia, gdyż w ówczesnym społeczeństwie kobiety w jej wieku uznawane były za bezużyteczne. Wnikliwy czytelnik zapewne znajdzie analogie w losach tych dwóch kobiet, i słusznie. Wraz z upływem stron te dwie historie coraz bardziej się zazębiają, przenikają, by w końcu spleść się w jedną całość... 

Wińczowa okazała się kobietą przebiegłą, świadomą tego, że albo zwycięży, albo przegra wolność, być może nawet życie. Stawka w tej grze była wysoka, ale rozgrywka toczyła się również o najwyższą wartość - przywrócenie zdeptanej godności. Gdy tylko nadarzyła się okazja, wdowa ruszyła przed siebie ze swoją historią i była w tym wszystkim tak wiarygodna, że zyskała nie tylko uwielbienie tłumów, ale i przychylność samego papieża.

Jak już wspomniałam, Matka Makryna została napisana fenomenalną polszczyzną! Rozsmakowywałam się w każdym zdaniu, nasyconym archaizmami i regionalizmami (na końcu powieści znajduje się słowniczek). Trafionym zabiegiem jest taka a nie inna konstrukcja powieści, w której monolog Mieczysławskiej przeplata się z monologiem Wińczowej - ja sama początkowo czułam się zwiedziona i nie potrafiłam odróżnić prawdy od kłamstwa. Co jest więc prawdą? 

Dehnel w powieści porusza wiele problemów społecznych XIX wieku, z których najmocniejszym akcentem wydaje się być sytuacja kobiet. Ze wspomnień Wińczowej wyłania się ogromny głód książek, do których kobiety nie były dopuszczane, jako tajemniczych, wręcz świętych przedmiotów. Jedynie przypadek - jak często w jej życiu - sprawił, że Irena nauczyła się czytać. Ówczesna kobieta nie była bytem autonomicznym, żyła w cieniu mężczyzny. Bohaterka powieści miała to nieszczęście, że nie mogła mieć dzieci i w jej odczuciu ten fakt zaważył na tym, jak była traktowana przez męża. To właśnie jej osobiste krzywdy były kanwą, na której powstały szczegółowe opowieści o torturach, którym poddawane były zakonnice z "jej" klasztoru.

Matkę Makrynę oczywiście gorąco polecam. Wprawdzie zdarzały się momenty, gdy przyłapywałam się na znużeniu, jednak w ogólnym rozrachunku jest to świetna powieść, której autor zadał sobie spory trud aby wiarygodnie przedstawić realia, w których żyła wielka mistyfikatorka: prześledził korespondencję, zapisy zeznań oszustki, notki prasowe, a także badania nad jej fenomenem, szperał w słownikach ówczesnej polszczyzny... 

Jeżeli pozostałe powieści Dehnela reprezentują ten sam poziom, "kupuję je" w ciemno.

W.A.B. 2014

środa, 13 maja 2015

Po lekturze Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd Kazimierz Nowak w moich oczach urósł do rangi bohatera. Niemal sto lat temu, bez żadnych udogodnień, jedynie z rowerem i kilkoma sakwami, przemierzał Afrykę z północy na południe i z powrotem, by po pięciu latach tułaczki wrócić do Polski. Taki wyczyn również dziś byłby nie lada sztuką - w pojedynkę, z ograniczonym miejscem w bagażu, co redukowało zasoby wody zabieranej na poszczególne etapy podróży do niezbędnego minimum, a początkowo również bez broni... Śmierć nie raz zaglądnęła w oczy niezłomnemu tułaczowi, jednak z każdej opresji udawało mu się wyjść obronną ręką. Kiedy ochoczo sięgnęłam po zbiór jego listów do żony, nie wiedziałam jeszcze ile ta książka namiesza w nieskazitelnym obrazie polskiego podróżnika, jaki stworzył mój umysł. Sięgając po listy Nowaka spodziewałam się szczerej, bo pisanej do najbliższej osoby, relacji z podróży, nasyconej emocjami, nastrojami, przemyśleniami. I takie właśnie są jego korespondencje, a ponieważ Kazimierz był nie tylko niestrudzonym wędrowcem, ale i epistolografem, płodzącym dziennie co najmniej jeden list, materiału jest naprawdę sporo. 

W pierwszym tomie listów z lat 1931-1933* można wyczuć spore rozgoryczenie Nowaka, który liczył na to, iż podróż przyniesie dochód jego rodzinie. Niestety, materiały wysyłane do prasy rzadko przynosiły zarobek, podobnie jak zdjęcia, których jednak niejednokrotnie mógł użyć jako środek płatniczy. Kolejnym źródłem rozczarowania były spotkania z katolickimi duchownymi, które prowadziły do głębszej - i gorzkiej - refleksji na temat kościoła. Polska również dostarcza zawodu - podróżnik chwilami żałuje, że jest Polakiem, gdyż w jego mniemaniu ten kraj potrafi tylko brać, nie dając obywatelom nic w zamian. Jakby dla przeciwwagi w kolejnych listach Nowak pisze o dumie z bycia obywatelem Polski i wyraża pragnienie przyniesienia chwały swojej ojczyźnie. Ale to uczucie również nie jest pozbawione żalu, jak bowiem podróżnik zauważa, jest podziwiany przez obce narody, a przez jego rodaków nie jest doceniony. Jego gorycz niejednokrotnie przeradza się w drażniące przechwalstwo i narzekanie, że pisze ciekawiej od Perkitnego, Maniury czy Ossendowskiego, którzy w dodatku albo podróżują wygodnie, albo piszą na podstawie materiałów zebranych w bibliotece.

Choć listy pisane są tylko przez Kazimierza (nie znamy odpowiedzi adresatki), wyłania się z nich obraz życia jego najbliższej rodziny. Wiadomo, że wieś "szczeka", choć nie wiemy dokładnie dlaczego. Można się domyślić, że chodziło o to, że mąż i ojciec zostawia rodzinę na pastwę losu i jedzie w świat, spełniając swoje ambicje. Wprawdzie oficjalnym powodem wyjazdu był brak pracy w Polsce, ale widząc biedę i szykany, na jakie w zamian naraził Maryśkę i dzieci, trudno mi w to uwierzyć. Fakt, że w jednym z pierwszych listów wspomina o tym, jakoby w rodzinie był "tym najgorszym", znienawidzonym, każe się zastanowić czy Nowak nie chciał udowodnić innym (a może i sobie?), że jest w stanie dokonać czegoś wielkiego. I to mu się udało. Wielokrotnie przezwyciężał własne słabości - zmęczenie, strach, samotność... Bywał głodny, spragniony, gdy brakowało tytoniu palił herbatę, a ubrania nosił dopóki te się na nim nie rozpadały. Tylko raz wspomina o tym, iż ubrania zdjął do prania, ale o dziwo nie zajął się tym sam, lecz zlecił siostrom zakonnym, narzekając później, że sam by to lepiej zrobił... Tylko Maryśce udało się umknąć ciętemu językowi krytyki, mimo iż Kazimierz powierzył jej wszystkie kontakty "biznesowe" z redakcjami czasopism oraz potencjalnymi nabywcami fotografii. 

Jak już wspomniałam, książka Kochana Maryś zmieniła moje postrzeganie Kazimierza Nowaka. Owszem, nie ma ludzi bez wad i o ile jestem w stanie zrozumieć przechwalstwo, o tyle nie potrafię zrozumieć pozostawienia rodziny w trudnej sytuacji materialnej oraz "duchowej" (jak wynika z listów, dzieci przysparzały Maryśce sporych problemów). Biorąc pod uwagę fakt, iż Nowak wyruszył za chlebem i miał świadomość tego, że nie zapewnia go rodzinie, nie potrafię pojąć, jak mógł prosić żonę o przesłanie pieniędzy na materiały fotograficzne czy wizy, stosując niezbyt chwalebne metody (Maryśkę "brał pod włos", pochylając się nad jej biedą: głodem, zimnem w mieszkaniu, a jednocześnie pisząc jakiego rodzaju papieru lub kwoty mu brakuje). Gdyby listy Kazimierza nadal pozostały w domowych archiwach, w moich oczach nadal byłby nieskazitelnym bohaterem, ja jednak cieszę się, że mogłam spojrzeć za kulisy "podróży życia" Kazimierza Nowaka. Szkoda tylko, że w książce nie znalazło się więcej przedruków oryginalnych listów czy pocztówek, które nieco urozmaiciłyby lekturę niemal pięciuset stron listów.

* 4.11.1931-13.01.1933

Sorus 2015

środa, 29 kwietnia 2015


Pamiętam jak po lekturze Podręcznika przygody rowerowej i udziale w licznych slajdowiskach zapragnęłam swój kolejny dwutygodniowy urlop spędzić na rowerowym siodełku, nie od dziś bowiem wiadomo, że tak jest i taniej, i bliżej mijanych "atrakcji". Mój zapał, który i tak okazał się bardzo słaby, dobiła moja koleżanka z lubością roztaczająca przede mną wizje obtartego siedzenia i znużenia wielodniową jazdą. Musiałam przyznać jej rację, a ponieważ nie posiadam jednośladu, chętnie zmieniłam plany wakacyjne. Przywołane wspomnienie powróciło do mnie gdy sięgnęłam, po raz drugi zresztą, po książkę Kazimierza Nowaka, który przez 5 lat, głównie na rowerze, podróżował po Afryce. 

W czasach Nowaka był to wyczyn ogromny zważywszy na dostęp do map Czarnego Lądu czy stopień wiedzy o tej części świata. Wprawdzie w prasie pojawiały się korespondencje z dalekich podróży, ale Nowak krytykował je jako niewiarygodne między innymi ze względu na wygodę, w jakiej podróżowali korespondenci, a która uniemożliwiała "dotknięcie" sedna sprawy. Fakt, że w tym względzie polski podróżnik nie należał do osób skromnych, ale z drugiej strony czyż nie dokonał rzeczy na swoje czasy bezprecedensowej? W wielu miejscach był pierwszym białym człowiekiem widzianym przez tubylców, a jego dumę potęgowała świadomość zwycięstwa nad własnymi słabościami, przekraczania swoich granic. Bywały chwile zwątpienia, momenty w których śmierć oraz głód zaglądały mu w oczy, ale Nowak - może dzięki ufności Bogu - z wszystkich opresji wychodził obronną ręką.

Przez 5 lat niespiesznej podróży nasz rodak uważnie przyglądał się zarówno rdzennym mieszkańcom Czarnego Lądu, jak i kolonizatorom. Dostrzegł rozdźwięk między tym, jak w Europie przedstawiano Afrykę - jej prawdziwe oblicze przesłaniała etykietka kraju złota, polowań i kobiet*. Biały człowiek w istocie wykorzystywał dobra naturalne afrykańskiego lądu: wystrzeliwał zwierzynę, anektował sobie tereny należące do rdzennych mieszkańców kontynentu, ich samych spędzając do ciasnych rezerwatów (podobnie jak Indian) i przyczyniając się do ich demoralizacji. Ale ostrze krytyki - choć już nie tak ostre - dosięgło również tubylców, których niechęć do pracy niejednokrotnie irytowała podróżnika gdy potrzebował ich pomocy. Inne zgoła refleksje wywoływała obserwacja kobiet, których młodość podróżnik trafnie porównał do snu krótkiego, niczym wiosna tutejszych lasów**. W tym miejscu warto wspomnieć, że Kazimierz Nowak, mimo iż bez wyższego wykształcenia, posługiwał się pięknym, poetyckim językiem. 

Jak już wspomniałam, w ciągu pięciu lat tułaczki pojawiały się chwile zwątpienia i poczucie osamotnienia. Wątpliwość czy uda mu się powrócić do Polski pojawia się bodaj raz, ale - być może właśnie dlatego - wybrzmiewa bardzo głośno. Być może to, że Nowak pisał o swoich emocjach, pozwalało mu uporządkować myśli i "nie zwariować" gdy setki kilometrów pchał rower i przed oczami widział tylko piasek, piasek, piasek... Poprzez lekturę Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd mogłam niejako uczestniczyć w tej niezwykłej podróży i posmakować ówczesnej Afryki, nie tylko poprzez słowa, ale i obrazy, książka jest bowiem obficie ilustrowana fotografiami wykonanymi przez tego wielkiego Polaka. Szkoda tylko, że podpisy do zdjęć nie zawsze są trafione - do każdego obrazu przyporządkowano krótki cytat z książki, jednak niekiedy efekt takich zabiegów ociera się o groteskę (przykładowo: opisem Czasem zaledwie dojrzeć można kilka antylop opatrzono zdjęcie... autora dumnie prezentującego ustrzeloną zwierzynę***). Na szczęście tego typu "mankamenty" są bardzo nieliczne.

Czy polecam? Po stokroć! 

* Kazimierz Nowak, Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd. Listy z podróży afrykańskiej z lat 1931-1936, Sorus, Poznań 2013, s. 180.
** Jw., s. 255.
*** Jw., s. 338.

Sorus 2013 (wydanie VII)

czwartek, 16 kwietnia 2015

Azja Środkowa to teren, przez który przebiegał niegdyś Jedwabny Szlak, a zarazem granica między Europą a Azją. To także tygiel, w którym wielokrotnie wrzało i zapewne zawrze jeszcze nie raz. Idea połączenia Uzbekistanu, Tadżykistanu, Kirgistanu, Turkmenistanu i Kazachstanu pod egidą Związku Radzieckiego godziła w pragnienie niepodległości i wyrażania własnej tożsamości narodowej. Obecnie ZSRR przeszedł do historii, a obywatele z homo sovieticus na powrót stali się Tadżykami, Uzbekami, Kazachami, mimo to nadal pojawiają się konflikty owocujące zamieszkami czy wręcz krwawymi starciami...

Ludwika Włodek zabiera czytelnika w podróż przez Azję Środkową, ukazując ją przez pryzmat historii kilkunastu kobiet, co jest nieco zaskakujące ,zważywszy na to, iż ta część świata jest zdominowana przez mężczyzn. Losy Nadii, Zajtuny, Umidy, Bołat czy Rozy są pretekstem do przedstawienia realiów życia w byłych republikach ZSRR, nad którym mocno ciąży widmo bolesnej historii - pojawiają się tutaj historie prześladowań etnicznych, krzywd wyrządzanych kobietom podczas konfliktów zbrojnych, nigdy zresztą nie odpokutowanych przez oprawców... To także współczesność z dyktaturą i ogromnymi wpływami Rosji w tle, naznaczona wszechobecną korupcją oraz zabobonem i skostniałą tradycją (porwania przyszłej panny młodej czy sposoby na sprawdzanie dziewictwa). 

Jak już wspomniałam, losy kobiet są pretekstem do ukazania szerszego kontekstu geograficznego, politycznego i historycznego - opowieści o bohaterkach są jak wykład (autorka jest wszak adiunktem na Uniwersytecie Warszawskim), mocno nasycony faktami i przesiąknięty literaturą (pojawiają się cytaty z książek Marco Polo czy naszego rodaka Bronisława Grąbczewskiego), ale mimo to podany w bardzo przystępny sposób. Sama konstrukcja książki jest przemyślana - każdy rozdział zatytułowany jest imieniem bohaterki i mimo, iż mamy trzynaście opowieści z pięciu krajów, niemal wszystkie splatają się ze sobą tak, że nowy rozdział zaczyna się wątkiem urwanym na końcu poprzedniego, przez co dodatkowo podkreślone jest zazębianie się historii opisywanych państw. Idealny odbiór książki psuły jedynie bardzo osobiste wtręty autorki takie jak historia biegunki dziecka czy nic nie wnoszące do książki rozmowy z matką. Jest to jednak jedynie niewielka rysa na bardzo udanym obrazie.

Polecam!

Wydawnictwo Literackie 2014 

środa, 18 lutego 2015


Jakiś czas temu pisałam o moim odkryciu czasopism językowych wydawnictwa Colorful Media. Postanowiłam kontynuować tę przyjemną naukę i sięgnęłam po kolejne, zimowe numery. Co w nich znalazłam?

Na okładce "English Matters" 50/2015 gości William z Kate oraz małym księciem Georgem i to im poświęcony został interesujący - i aktualny - artykuł otwierający numer. Na czasie jest również tekst na temat ekranizacji "Pięćdziesięciu twarzy Greya". Co książka E.L. James ma wspólnego ze "Zmierzchem" i kto miał początkowo zagrać w filmie? Przyznam, że okazałam się bardzo podatna na sugestie, a raczej lokowanie produktu, bo zachęt - nawet ukrytych - nie zarejestrowałam; chętnie obejrzałabym film, który, podobnie jak książki, zamierzałam omijać szerokim łukiem. W ramach przybliżania kultury krajów anglojęzycznych w "English Matters" znalazły się także tekst o brytyjskich uniwersytetach "z duszą" oraz wywiad z Adele Ruppe pracującą w Departamencie Stanu. Ze Stanów przeniosłam się do Amsterdamu, który zawsze wydawał mi się nieciekawym miastem, jednak artykuł zmienił moje nastawienie. Chcących odetchnąć od miasta, Ken Brewer zaprasza w zimowe góry (i serwuje rozmówki, które mogą się przydać w hotelu czy wypożyczalni nart), natomiast Roberto Galea do wspólnego celebrowania. 

Bardzo ucieszyło mnie omówienie bardzo znanego utworu Dona McLeana "American Pie" pod kątem kontekstów kulturowych i konstrukcji gramatycznych oraz kącik językowy poświęcony związkom frazeologicznym. Jeśli już jestem przy gramatyce, na środkowych stronach znalazła się rozkładówka poświęcona phrasal verbs, która ma ułatwić przyswojenie sobie zasady ruchomości poszczególnych cząstek składających się na wyrażenie. Kto nie lubi się uczyć, może skorzystać z podpowiedzi zawartych w artykule na temat ułatwiania sobie tego często żmudnego procesu. 

W "Deutsch Aktuell" 68/2015 oprócz stałych kolumn otwierających numer (ciekawostki, przegląd kulturalny, kalendarium i komiks, którego koncepcję udało mi się wreszcie rozgryźć) znajdziemy szereg bardziej i mniej interesujących tekstów. Gwiazdy Hollywood z niemieckimi korzeniami? Przyznam, że kilka postaci było dla mnie kompletnym zaskoczeniem (zdradzę jedną: Leonardo Di Caprio!). Z gwiazd pora przenieść się na ziemię, a konkretnie na boisko - o ile piłką nożną się nie interesuję, o tyle artykuł o katalogu kar nałożonych na FC Bayern Monachium za przewinienia był dla mnie bardzo ciekawy, podobnie jak tekst poświęcony słynnemu producentowi słodyczy, firmie Storck. W "Deutsch Aktuell" znalazł się również artykuł poświęcony świętu zwanemu Weiberfastnacht, czyli ostatniemu czwartkowi karnawału, podczas którego panie... obcinają panom krawaty! Do atmosfery żartu i zabawy nawiązuje również artykuł poświęcony poczuciu humoru naszych zachodnich sąsiadów. 

A jak się żyje na co dzień w Niemczech? Ile kosztuje wynajęcie pokoju w mieszkaniu studenckim? Podobnie jak w "English Matters", i tutaj znalazł się zimowy akcent w postaci artykułu na temat śnieżnych szaleństw na stoku oraz zaproszenie na wycieczkę po Hamburgu. Niestety, artykuł o Donaldzie Tusku był dla mnie rozczarowaniem - nie spodziewałam się, że polityka dopadnie mnie podczas nauki języka. 

I na koniec "Ostanowka: Rossija!" 13/2015 - tutaj nie ma tekstów słabszych (w sensie: mniej interesujących). Na początek zabawny artykuł o teorii profesora Żdanowa mającej wesprzeć prohibicję w Rosji (!), po której pojawiają się poważniejsze teksty o emigracji, postapokalipsie w rosyjskim wydaniu oraz dyktatorach-ludobójcach. Do tego ostatniego została zaprojektowana tabela z szacowaną ilością ofiar przypadającą na odpowiedzialnych za ten stan rzeczy Pol Pota, Mao, Adolfa Hitlera, Stalina i wielu innych, mniej znanych "tyranów"... przerażające.

W numerze znalazł się również artykuł o Smoleńsku, na szczęście jedynie w kontekście podróżowania, bez choćby cienia polityki. Jego autorka na podstawie częstych podróży na odcinku Warszawa-Smoleńsk przedstawiła specyfikę przemieszczania się po krajach naszych wschodnich sąsiadów i radzi jak kupować bilety, żeby nieco zaoszczędzić. Zimowe wydanie "Ostanowki: Rosiija" to także artykuły o najtrudniejszych językach świata (deklinacja w języku rosyjskim czy łacińskim wydaje się nie do przejścia? to bułka z masłem w porównaniu z węgierskim, w którym jest 35 przypadków!), pociągu do wysokości i latania oraz balansowaniu na krawędzi śmierci, a także - skoro już wspomniałam o pieczywie - o serach: sposobach ich powstawania i rodzajach. Z zagadnień gramatycznych omówiono odmianę liczebników.
- - - - -
Numery te jeszcze przez kilka dni ("Ostanowkę..." jeszcze przez miesiąc) można zakupić w salonikach prasowych, potem będzie to możliwe jedynie wysyłkowo na stronie wydawcy. 

Polecam!