Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzykowisko. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzykowisko. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 7 stycznia 2016

Wielu czytelnikom może powoli zaczynać przejadać się kryminał jako gatunek. Tematy się zapętlają, a wiodącym prym skandynawskim autorom coraz trudniej znaleźć nową drogę. Sprawy społeczne zaczynają dominować nad wątkami sensacyjno-detektywistycznymi - z rasowych opowieści o zabójcach i policjantach pozostaje tylko historyjka obyczajowa. 

Utrata świeżości spojrzenia na ten gatunek literatury dopadł z pewnością nie tylko Czarną Owcę i na pewno nie dotyczy to tylko kryminału. Ukazujące się na fali sukcesu pierwowzorów klony sagi Zmierzch Meyer czy Pięćdziesięciu twarzy Greya E.L. James przez pewien czas mogły się podobać czytelnikom. Ale powstające później kopie kopii, które znów doczekały się swoich kalk, nawet tych mniej doświadczonych czytelników mogły w końcu zmęczyć. Osobiście nie czuję przesytu kryminałami od Czarnej Owcy (choć kompletnym rozczarowaniem było dla mnie Na spokojnych wodach Viveki Sten), ale zawsze miło sięgnąć po autora, który nie boi się eksperymentować z ramami gatunku. Widać, że Olivierowi Trukowi ciasno było w tej nordyckiej szufladce i postanowił się w niej trochę bardziej rozepchać i poszerzyć jej granice o kilka całkiem zaskakujących obszarów.

Olivier Truc jest francuskim dziennikarzem i od ponad 30 lat mieszka w Sztokholmie. Pracuje tam jako korespondent Le Monde i Le Point, zajmuje się krajami skandynawskimi i bałtyckimi. Nakręcił kilka filmów dokumentalnych na potrzeby telewizji. Jego debiut, L'Imposteur, jest historią Francuza, który przeszedł przez piekło II wojny światowej, obozy NKWD na Syberii, aż w końcu trafił do Tallina. Ostatni Lapończyk to zupełnie inna historia. Czy całkiem zmyślona? Kto wie...

Laponia. W czasie nocy polarnej zostaje zamordowany jeden z hodowców reniferów. Na społeczność lapońską pada strach, gdyż ofiara ma odcięte uszy - w ten sposób znakuje się renifery. Gdyby tego było mało, to z okolicznego muzeum ginie prawdziwy rarytas, jeden z niewielu ocalałych oryginalnych bębnów szamańskich. Czy to przypadek, że zamordowanym jest jedyna osoba, która znała historię tego instrumentu? A może za tą śmiercią stoi klątwa przodków, którzy go stworzyli? W rozwikłanie sprawy zostaje włączonych dwoje policjantów: on - doświadczony pracownik straży reniferów i ona - młoda, początkująca, z miasta. Dochodzeniu nie pomaga to, że śledczy przeciwko sobie mają lokalnego polityka, część społeczności Lapończyków, a także wielu policjantów.

Truc ukazuje czytelnikowi wewnętrzną niespójność saamskiej społeczności. Część z nich, już bardzo niewielka, żyje zgodnie z tradycją, tak jak żyli ich dziadowie przed stu laty - ubiera się w skóry, nadal mieszka w namiotach, do poruszania się po śniegu używa nart i stara się unikać kontaktu z cywilizacją i białym człowiekiem. Ci Lapończycy nadal kontaktują się z przodkami i za wszelką cenę pragną, aby ich tradycja i religia nie umarły. Po drugiej stronie bariery lokuje się biały człowiek, który trochę się miota. Bardziej lub mniej, czują się odpowiedzialni za zepchnięcie Saamów na margines - w końcu zajęli terytoria, które kiedyś były rdzennie lapońskie. Wprowadzili chrześcijaństwo, narzucili swoje prawo i są żądni pieniędzy. Ale do tej grupy coraz częściej zaczynają przechodzić także sami Saamowie. Na tym bazuje jądro książki, czyli na konflikcie pomiędzy swoimi, kultywującymi kulturę przodków, a tymi, którzy ją porzucili. Nie wszyscy chcą się pogodzić z tym, że odchodzi ona w zapomnienie i że pieniądz zaczyna rządzić sercami Lapończyków. Na tyle mocno, że niektórzy są gotowi zabić.

Ostatni Lapończyk Truca to kawał solidnie napisanej literatury. Postacie są barwne, a przy tym tajemnicze. Każdy ma jakieś stare, niewyleczone rany, które w powieści zostają na nowo otwarte. Wszechstronne naciski, żądza pieniądza i pragnienie władzy sprawiają, że inaczej patrzymy nie tylko na Saamów, ale również na inne małe społeczności etniczne, którym grozi zagłada. Zauważyć też można jaskrawy kontrast między tradycją a nowoczesnością. Jak przystało na skandynawski kryminał w powieści kwestie społeczne, mimo iż pojawiają się tylko między wierszami, nadają ton książce (czyli muszę odszczekać upadek skandynawskiego kryminału w moich oczach opisany tutaj, w ostatnim akapicie).

Polecam zwłaszcza tym, którzy są zmęczeni czytaniem kopii kopii kryminałów.

Czarna Owca 2014
Przekład: Ewa Kaniowska
Tytuł oryginału : Le Dernier Lapon
Seria: Czarna Seria

wtorek, 5 stycznia 2016

Niepokorna policjantka i nieporadna matka - taką pozostaje detektyw Krawiec w Rajskich ptakach, kontynuacji Uśpienia, debiutanckiej powieści Marty Zaborowskiej. Jednak aby główna bohaterka nie narzekała na brak zajęcia, autorka postanowiła nie tylko zająć ją kolejną sprawą zabójstw, ale również dołożyła jej jeszcze kilka problemów w życiu osobistym oraz skomplikowała sprawy zawodowe.

Powabna pani detektyw, mimo tęsknoty za wielkim miastem, postanowiła pozostać na podwarszawskiej prowincji i stamtąd prowadzić kolejną sprawę. Tym razem przedmiotem śledztwa jest trup dziewczyny z ubogiego domu, a na dokładkę autorka zaserwowała ciężko pobitą przyszłą synową lokalnego polityka. Co łączy te dwa wydarzenia? W rozwikłanie zagadki tym razem prócz Julii Krawiec zostaje włączony policyjny żółtodziób - Michalina Bodnar, dziewczyna łamiąca wszelkie obyczaje, nie mająca taktu, ale za to w nadmiarze obdarzona niską samooceną i myślami samobójczymi. Wzajemne tarcia i dogryzanie obu pań jest na tyle angażujące czytelnika, że w kolejnej części autorka z pewnością nie zrezygnuje ze słownych potyczek tego duetu. W śledztwo zaangażowany jest także Zasępa - techniczny, a zarazem przystojniak z posterunku - który okaże się bardzo przydatny w dochodzeniu.

Zaborowska w Rajskich ptakach równie mocny nacisk co na wątek kryminalny kładzie na kwestie prywatne pani komisarz. Dziecko wiecznie pozostające bez matki, wychowywane przez babcię, staje się coraz bardziej łakomym kąskiem dla ojca dziecka, który dąży do przejęcia pełni praw rodzicielskich nad córką. Wieczne obietnice wspólnego wypadu jak zwykle muszą przegrać z niepowstrzymywanym pracoholizmem matki. Gdyby tego było mało, powraca demon, który miał być duchem przeszłości - alkoholizm. Już na początku książki widać, że na linii komisariat-dom nic się nie zmieniło. Krawiec nadal zdecydowanie lepiej odnajduje się w roli policjantki - lepiej radzi sobie z zimnymi trupami i zabójcami, niż z córką, która potrzebuje matczynego ciepła popołudniami i w weekendy, a nie tylko ciemną nocą, kiedy komisarz wreszcie ściąga do domu, żeby odpocząć przed kolejnym dniem spędzonym na posterunku.

Inspiracje kryminałem skandynawskim w Rajskich ptakach widać jak na dłoni. Tak jak w Uśpieniu, pojawia się tutaj wiele wątków związanych z życiem prywatnym samotnej matki-policjantki, ale równie wiele miejsca zajmuje wątek kryminalny. Zaborowska na tyle umiejętnie dawkuje wszystkie składniki budujące historię, że trudno zarzucić jej skupianie się jedynie na życiu wewnętrznym bohaterów, jak miało to miejsce w Na spokojnych wodach Viveki Sten, gdzie kryminału musiałem szukać z lupą. Kontynuacja przygód detektyw Krawiec wypadła równie udanie jak pierwsza część. Kolejny tom również ujrzał już światło dzienne. Ja już wiem jak wypadł. Niedługo podzielę się z Wami moją opinią na jej temat. Tymczasem serdecznie zachęcam po sięgnięcia po literaturę Zaborowskiej, naprawdę warto!

Czarna Owca 2014
Seria: Czarna Seria

środa, 9 grudnia 2015

Kiedy książka ukazała się w 2013 roku, moja ekscytacja nie miała granic. Świetne recenzje na jakie natrafiałem tylko podsycały apetyt na lekturę. Minęły dwa lata i oto trafiła w moje ręce, w pełni potwierdzając entuzjastyczne opinie o książce.

Książka Bracia Sisters Patricka deWitta z początku wydawała się być zwyczajnym westernem. Akcja rozgrywa się w latach pięćdziesiątych XIX wieku, kiedy to za wielką wodą zapanowała specyficzna epidemia - gorączka złota. Ludzie rzucali całe dotychczasowe życie, porzucali rodziny, pewne posady, spokojną przyszłość, aby szybko się wzbogacić. Dwaj bracia Sisters, pracownicy niejakiego Komandora - człowieka, który prowadzi interesy w niemal całej Ameryce, od wschodu aż po zachód - wyruszają, aby wykonać kolejne zlecenie. A fach mają w rękach nie byle jaki - są rewolwerowcami. Mają zlikwidować pewną osobę, która... No właśnie, dlaczego mają ją zabić? Sami tego nie wiedzą, ale szefa o takie sprawy się nie pyta. Wyruszają w podróż. Kilka miesięcy spędzonych na koniach obfituje w moc przygód i kontaktów z barwnymi postaciami.

Mimo tego, że Charlie i Eli są braćmi, mają ze sobą niewiele wspólnego - łączy ich nazwisko, zawód i cel, czyli wykonanie zlecenia. Dla Eliego ma to być ostatnia praca dla Komandora, Charlie chce ją kontynuować. Pierwszego nachodzą wątpliwości czy to, co robią jest moralne, czy zabijając ludzi na zlecenie zawsze postępują słusznie - czym innym jest zastrzelić niegodziwca, a inaczej gdy ofiarą jest ktoś sprawiedliwy czy uczciwy. Drugi z nich sięga po rewolwer, bo tak się umówił ze swoim pracodawcą, żyje z dnia na dzień, nie roztrząsając kwestii moralnych swojego postępowania i fachu. Ta często nieujawniana odmienność postaw prowadzi do wielu tarć. Inną przyczyną niesnasek są wady, które są wywlekane w najmniej odpowiednich momentach, tak, żeby ukłuły jak najmocniej. Sprzeczki, wzajemne docinki, obrazy, szturchańce - ot, szara codzienność, jak to u rodzeństwa. Ale z czasem, gdy podróż przez Amerykę zbliża się do finału, widać, że postawa braci się zmienia - wspólne spędzanie całego życia w końcu pociąga za sobą, może wymuszoną, ale jednak jakąś formę tolerancji dla drugiej osoby. Poza tym, że główni bohaterowie mają bardzo, jak na rewolwerowców, rozbudowane życie wewnętrzne, to są do bólu stereotypowi. Bez mrugnięcia okiem wyciągają swoje giwery i zabijają nie tylko tych, na których otrzymali zlecenie, ale także tych, którzy nieopatrznie stanęli im na drodze. Zatrzymują się w małomiasteczkowych saloonach, przejeżdżają przez zapadłe dziury. 

Wydawałoby się, że to zwykły western - deWitt odkopał z czeluści zapomnienia Dziki Zachód jaki pamiętam z Bonanzy i filmów z Clintem Eastwoodem: miasteczka bez utwardzonych dróg, wiecznie zabłocone albo całe zapylone, z obowiązkowym barem, hotelem i burdelem. Przypomniał też obszarpańców z obłędem w oczach, którzy z nieustającą nadzieją płukali piasek w poszukiwaniu płatków złota. Ale oprócz tła, które buduje cały świat książki, mamy do czynienia z czarnym humorem, ironią, absurdem i mocno zarysowanymi postaciami. Tytułowi bohaterowie przechodzą wewnętrzne przeobrażenie, sami wywracają sobie świat do góry nogami. I chyba wcale nie jest im z tym źle. 

Patrick deWitt stworzył powieść drogi żywcem wyjętą z filmów braci Coen (na przykład z Prawdziwego męstwa). I chętnie bym obejrzał Braci Sisters w ich wydaniu.

Czarne 2013
Przełożył: Paweł Schreiber
Tytuł oryginału: The Sisters Brothers

czwartek, 19 listopada 2015

Tematyka islamu jest obecnie na topie. Zasłanianie twarzy przez muzułmańskie kobiety, karykatury Mahometa, podejście do religii nieislamskich i ich wyznawców, a także do Zachodu i zachodniego rozumienia demokracji - przez pryzmat tych zagadnień postrzegany jest dziś islam. Swoją cegiełkę dokładają też terroryści islamscy, którzy pojawiają się regularnie w mediach co najmniej od zamachów w Nowym Jorku w 2001 roku. Obraz jaki budują w nas środki masowego przekazu często jest spłycony, aby łatwiej był zrozumiany przez masy, do których kierowana jest treść. Wydaje się, że o obiektywny obraz religii trudno. Tym ciężej spodziewać się go, gdy za temat islamu zabiera się osoba wychowana w tej religii i kulturze i która postanowiła ją porzucić.



Ibn Warraq, ów apostata, przemierzając sury Koranu i hadisy (przekazy mówiące o słowach i czynach Mahometa), stara się przekonać czytelnika do swoich racji. Jego punkt widzenia wydaje się być typowo zachodni - muzułmanie to hołota będąca mentalnie w okresie chrześcijańskiego ciemnego średniowiecza. To ludzie wierzący i kierujący się zapisami absurdalnej księgi, jaką jest Koran, i jeszcze bardziej niedorzecznymi hadisami. Autor wielokrotnie udowadnia sprzeczności pojawiające się w świętej księdze islamu. Pisze, że wiele z hadisów, tworzących prawo islamskie, wchodzi ze sobą w konflikt. Taki stan rzeczy wynika między innymi z tego, że w początkowej fazie formowania się religii miały być one pisane na zlecenie walczących ze sobą o władzę klanów - hadisy miały szkalować przeciwników, a zleceniodawców wybielać. Na takich fałszywych fundamentach zbudowano prawo - skomplikowane, często pełne sprzeczności i kompletnie nie przystające do obecnych (książka została napisana w 1995 roku) czasów i realiów.



Zarzuty wobec islamu nie mają końca. Oprócz niezgodności pojawiających się w nauce proroka głównym zarzutem jest ten, że Mahomet stworzył religię opartą na chrześcijańskich i żydowskich naukach, zmienił tylko imiona biblijnych bohaterów i dorzucił do tego tradycyjnie arabskie wierzenia. Powstały w ten sposób zbiór historii i zasad dopasował do swoich potrzeb, a jeśli obowiązujące zasady wchodziły w konflikt z działaniem proroka wtedy ten doznawał objawienia i na polecenie Allaha dokonywał zmian w obowiązującym prawie. Oczywiście te zmiany dotyczyły tylko Mahometa. Dalej pojawiają się przytyki między innymi dotyczące tego jak Arabowie traktowali innowierców, czyli niewierzących, na podbijanych przez siebie terenach i jaki był ich stosunek do heretyków, ateistów i naukowców badających Koran. Opisuje nierówności w przestrzeganiu zakazów przez biednych i bogatych (między innymi zakaz spożywania alkoholu, wieprzowiny oraz niedopuszczalność stosunków homoseksualnych). Gwoździem do trumny wydaje się być sytuacja kobiet w muzułmańskim społeczeństwie i niemożność pogodzenia islamu i demokracji.



Autor został wychowany w rodzinie muzułmańskiej. Jak sam pisze we wstępie, zanim nauczył się czytać i pisać w ojczystym języku był uczony na pamięć wersetów Koranu, których i tak nie rozumiał. Gdy dorósł i zrozumiał, że religia jego dzieciństwa i młodości jest tylko narzędziem niewolenia umysłów, postanowił od niej odejść. Czy słusznie porzucił ją dla świeckiego humanizmu, dla którego wszystkie religie są urojeniami chorych ludzi, w sposób oczywisty nieprawdziwymi i szkodliwymi*? Każdy z nas musi sobie sam odpowiedzieć na to pytanie. Moim zdaniem tytułowe słowo "muzułmanin" można by zastąpić dowolnym wyrazem nazywającym religię i wyszłaby tak samo prawdziwa i oskarżająca tyrada. We mnie nieraz budził się lęk przed islamem, bo to religia wojująca, niosąca swój przekaz na pasach z ładunkami wybuchowymi samobójców gotowych zginąć w imię... czego? Raczej nie religii, która może i jest opresyjna, autorytarna, a może nawet despotyczna i absolutystyczna, ale w imię zręcznie wykorzystujących ją terrorystów, którzy w swoich działaniach podpierają się nią do legitymizowania swoich zamachów.


Czy powinniśmy ustępować pod naporem oburzonych głosów zarzucających nam, ludziom reprezentującym wartości zachodniej kultury, demokracji, że szkalujemy ich proroka, ich boga, ich religię? Ibn Warraq mówi, że nie. Przed przeczytaniem tej książki, bezkrytycznie zgadzałem się z sądem autora. Dziś już takiej pewności nie mam. Czy ludzie, którzy od wieków wychowywani są w tej antydemokratycznej religii czują się gorsi? Oni po prostu nigdy nie poznali innego świata, nie wiedzą jak to jest żyć w państwie zachodnim, demokratycznym. Nie dziwi mnie to, że mężczyźni, Europejczycy, przechodzą na islam i wstępują w szeregi Państwa Islamskiego, wszak muzułmanin-mężczyzna jest panem wszystkiego co do niego należy. Ale to, że znajdują się kobiety, które zmieniają wiarę na islam i podążają do tegoż państwa, napawa mnie trwogą - kobieta w islamie jest nieomal nikim, przedmiotem w rękach mężczyzn. Ale tak pozycję kobiet postrzegamy my, mieszkańcy Starego Kontynentu. Może jednak one wcale nie mają tam tak źle?


O ile w momencie wydania książki w 2011 roku można było powiedzieć, że islam jest w Europie tylko nic nie znaczącą religią, to obecnie zdecydowanie silniej wpływa na nasze nastroje. Fala uchodźców z Bliskiego Wschodu zalewająca Stary Kontynent wydaje się nie mieć końca. Dobrobyt i państwo socjalne, które Europejczycy mają na co dzień, dla muzułmanów (bo jednak zdecydowana większość przybyszów jest tego wyznania) wydaje się być świętym Graalem. Aby choć po części zrozumieć tych ludzi, którzy tak chętnie zmierzają do ziemi obiecanej oraz zamachowców z Paryża warto zapoznać się z Dlaczego nie jestem muzułmaninem.



*I. Warraq, Dlaczego nie jestem muzułmaninem, Europa Przyszłości, Warszawa 2013, s.15.

 

Stowarzyszenie Europa Przyszłości 2011

Przekład: Karolina M. Wielgat, Gwidon Kuśmierek

Tytuł oryginału: Why I am not a muslim



wtorek, 17 listopada 2015

Natura zawsze stawiała przed człowiekiem jakieś bariery nie do przezwyciężenia. Rzeki, ich zakola, góry i morza wyznaczały naturalne granice. Jaskinie dawały schronienie przed wrogami i siłami natury. Ludzie z czasem przekroczyli rzeki budując mosty, zbudowali statki i samoloty, aby przebyć morza i oceany, wydrążyli tunele i wyznaczyli bezpieczne szlaki przez góry. Nauczyli się konstruować narzędzia, dzięki którym pokonali w zasadzie wszystkie przeciwności. Jest jednak granica, której człowiekowi do dzisiejszego dnia nie udało się sforsować - jest to dziesiąty równoleżnik dzielący afrykańskie i azjatyckie kraje.

W średniowieczu dziesiąty równoleżnik szerokości geograficznej północnej wyznaczał w Afryce granicę między obszarami pustyni i sawanny a wilgotnym lasem równikowym. Dla Arabów mających chrapkę na te tereny granica ta okazała się nie do przebycia. Wilgotny klimat oraz śmiercionośne muchy i komary zdołali pokonać jedynie czarnoskórzy chrześcijanie, którzy do dziś w Nigerii zamieszkują tereny na południe od dziesiątego równoleżnika. Granica geograficzna stała się również granicą pomiędzy religiami. Ale z czasem ta linia stała się również strefą podziału ekonomicznego - po jednej z jej stron są bogactwa naturalne, urodzajna ziemia, a po drugiej panuje bieda i wieczny niedostatek dóbr. W takich kategoriach dziesiąty równoleżnik dzieli wiele państw w Afryce i Azji.

Eliza Griswold podjęła się zadania ukazania realiów życia ludzi na pograniczu chrześcijańsko-muzułmańskim i próby wyjaśnienia przyczyn takiego stanu rzeczy. Autorka pokazuje, że tytułowy równoleżnik to granica, na której ścierają się nie tylko kwestie religijne - te najłatwiej wychwycić, bo wydają się najbardziej oczywiste w świecie, w którym wszyscy krzyczą o ekspansywnym islamie. Często te konflikty mają również inne podłoże: walki o ropę, wodę, lepsze pastwiska; religia jest wtedy tylko elementem wtórnym. Rozmowy z lokalnymi watażkami, przywódcami terrorystów, misjonarzami i zwykłymi ludźmi, mieszkańcami tych niebezpiecznych terenów przedstawiają dość obszernie problemy z jakimi muszą się borykać na co dzień. Czy jest nadzieja dla podzielonych wewnętrznie państw na powrót do normalności, na lepszą przyszłość? Wydaje się, że nie - każda ze stron chce pokoju. Ale pokoju na własnych warunkach. Pokoju, który faworyzuje tylko jedną ze stron.

Kilkuletnie zbieranie materiałów na miejscu, wśród tubylców, zarówno chrześcijan jak i muzułmanów, z pewnością wpływa korzystnie na zawartość merytoryczną książki. Czytelnik otrzymuje rzetelnie napisaną publikację, zgłębiającą problemy dotykające dane społeczności. Z pewnością nie jest to jednak książka poruszająca w sposób uniwersalny zagadnienie konfliktów pojawiających się na styku obu wyznań w innych rejonach świata. Dlaczego? Bo animozje zawsze mają głębszą podbudowę, uzależnioną od doświadczeń historycznych danego państwa. I taki jest też Dziesiąty równoleżnik - sięgający głębiej, a nie tylko ślizgający się po powierzchni.

Muza 2013
Przekład: Hanna Jankowska
Tytuł oryginału: The Tenth Parallel
Seria: Spectrum

piątek, 6 listopada 2015

Bydgoszcz połowy lat dziewięćdziesiątych wyglądała zapewne jak wiele polskich miast po upadku PRL-u i przejściu huraganu wczesnego kapitalizmu. Odrapane kamienice, wszechobecny brud, szarość i nijakość, pustka, przygnębienie i poczucie utraty czegoś nienamacalnego, co gwarantowało w poprzednim ustroju spokój i pewną przyszłość. W tych realiach jednym się powiodło, a innym życie dało w kość.

Tacy też są główni bohaterowie powieści Łukasza Orbitowskiego. Rodzina Jędrka należy do klasy średniej - ojciec geodeta to nie byle kto w latach dziewięćdziesiątych. Wszystko w życiu jego najbliższych jest uporządkowane - ustalony harmonogram przygotowywania obiadów, sprzątania, słuchania muzyki, wspólnego czytania książek i oglądania telewizji jest przestrzegany wręcz z przesadą. Krzysiek ze swoimi rodzicami jest na drugim biegunie życia społecznego - ojciec alkoholik, matka w depresji. Wieczne długi i nieustanny brak pieniędzy - tak wygląda ich szara codzienność. Droga tych dwóch chłopaków (pierwszy szesnastolatek, drugi o 3 lata młodszy) zbiega się całkiem przypadkiem. Ale mimo, że pochodzą z dwóch całkowicie odmiennych światów, to znakomicie się rozumieją. Wspólnie chodzą na rowery, grają w piłkę, flipery, gry na konsoli. Razem odbywają wyprawę do domu, w którym straszy. Tym kiedyś żyły dzieciaki: wspólnym wyjściem na plac zabaw, na boisko czy gdzieś dalej, w rejony zakazane przez rodziców. Tak też żyli głowni bohaterowie Innej duszy. Przyjaźń była najważniejszą rzeczą, zwłaszcza dla Krzyśka. I nie zrywa jej nawet brutalne morderstwo dokonane przez Jędrka na swoim kuzynie, choć Krzysiek wie, że to jego przyjaciel dopuścił się tego czynu.

Świat, w którym toczy się akcja, został wiernie odwzorowany przez Orbitowskiego - flipery, faceci nic nie noszący pod płaszczami i lubiący towarzystwo młodych chłopców, podejrzane interesiki. Jest wspomnienie o zbieraniu puszek po piwie w celach kolekcjonerskich oraz proporczyków wszelkiej maści (których i u mnie pałętało się kilka po szafach) oraz muzyka z tamtego okresu. Na śniadanie je się mortadelę, a dorabia się myjąc samochody. Te szczegóły, które oddają realia lat 90., stanowią mocną stronę powieści i sprawiają, że czytelnik znający ten okres z autopsji bez problemu odnajduje się w świecie książki. Oczywiście wszystkie te smaczki są ważne, ale najważniejszą kwestią jest poszukiwanie odpowiedzi na podstawowe pytanie, które stawia sobie każdy człowiek, gdy ktoś zostaje zamordowany: dlaczego? Z jakiej przyczyny? Jędrek jest osobą lubianą, zdolną, zaradną, samodzielną i żądną sukcesu i sławy, bycia rozpoznawalnym. Mięśniak będący najlepszym cukiernikiem w mieście? Kuriozum nie mające racji bytu. A jednak... Jędrek to perfekcjonista we wszystkim co robił: w gotowaniu, pieczeniu, sprzątaniu. No i w zabijaniu. Człowiek bez emocji, z zanikiem kory mózgowej odpowiedzialnej za uczucia wyższe. Postać chwytająca ojca za gardło, ukręcająca głowy kociętom i pomagająca rodzinie zamordowanego przez siebie kuzyna, starająca się zastąpić nieobecnego syna i brata. Zimny morderca, a zarazem utalentowany spec od ciast i deserów.

Wydawnictwu Od Deski Do Deski towarzyszy myśl Marka Twaina: Prawda jest dziwniejsza od fikcji, a to dlatego, że fikcja musi być prawdopodobna i seria Na F/Aktach w pełni realizuje to motto. Hubert Klimko-Dobrzaniecki w Preparatorze opisywał historię mężczyzny, który siekierą zabił siostrę i matkę. Orbitowski wybrał pozbawionego uczuć młodego byczka szlachtującego dwójkę nastolatków ze swojego otoczenia. Przerażające jest dla mnie to, że pierwszoplanowi bohaterowie obu powieści zostali przedstawieni jako osoby interesujące, takie, które chciałoby się poznać. Straszne jest również to, że tacy ludzie żyją pośród nas, są naszymi sąsiadami - na co dzień normalnymi ludźmi, którzy tylko potrzebują impulsu. Taka Bydgoszcz może być w każdym miejscu Polski.

Na spotkaniu Sekielskiego z autorami serii Na F/Aktach w czasie Targów Książki w Krakowie Łukasz Orbitowski powiedział, że stworzył w swojej powieści monstrum totalne. Jędrkowy wirus zła zainfekował całkiem zapatrzonego weń Krzyśka. Tyle tylko, że ten nie posunął się do czynów. Poprzestał na marzeniach.

Od Deski Do Deski 2015
Seria Na F/Aktach

wtorek, 13 października 2015

W serii Spectrum zdarzało mi się trafiać zarówno na książki napisane językiem bardzo ciężkim, hermetycznym, naukowym, jak i napisane ze swadą, lżej podchodzące do tematyki i naszpikowane przykładami oscylującymi wokół przedmiotu publikacji. Po Dzieciństwie w oblężeniu – patrząc przez pryzmat poczynań zawodowych Bakana, profesora prawa, asystenta prezesa Sądu Najwyższego Kanady, autorytetu w dziedzinie prawa o międzynarodowej renomie – można było spodziewać się książki topornej, wręcz prawniczego bełkotu z licznymi odwołaniami do przepisów prawa. Kanadyjczyk zaskoczył mnie nie tylko lekkością języka, ale i prostotą opisywania skomplikowanych zjawisk zachodzących pomiędzy elementami życia społecznego.

Każdy z nas był kiedyś dzieckiem. Moje dzieciństwo przypadło na przełom lat 80. i 90., ważny dla Polski czas, kiedy rodziła się demokracja, a kapitalizm nieustępliwie zaczął wciskać się pod strzechy. I choć dziś ówczesne przejście od gospodarki centralnie sterowanej do wolnego rynku jest nazywane "dzikim kapitalizmem", to ta dzikość była bardziej etyczna niż dziś, bo wszelki biznes był ukierunkowany na robienie pieniędzy na dorosłych - to oni byli głównymi, w zasadzie jedynymi, odbiorcami prymitywnych reklam. Kto wtedy myślał o dziecku jako uczestniku rynku z dużym potencjałem nabywczym? Papier toaletowy, który reklamowało dziecko, to jeden z pierwszych spotów, który pamiętam z ówczesnych pionierskich czasów. Ale czy dzieci wtedy wpływały na rodziców, aby wybrali papier tej firmy, a nie innej, bo tata Marcina kupił właśnie taki? Dziś niestety to się ogromnie w Polsce zmieniło, dziecko jest równorzędnym lub nawet nadrzędnym odbiorcą reklam. Czasami mam wrażenie, że przy półce sklepowej to dziecko jest głównym decydentem w sprawie produktów, które wędrują do wózka. A przecież w supermarketach wcale nie wydajemy najwięcej. Sektor bankowy, motoryzacja, wczasy, czy elektronika to obszary, gdzie zostawiamy większe sumy. Są to również branże, w których każdy stara się poszerzyć grono swoich klientów, adresując przekazy reklamowe do coraz młodszych i coraz bardziej wpływowych odbiorców – dzieci już nie pójdą do szkoły jeśli nie dostaną tableta!

Reklama będąca najłatwiej rozpoznawalnym wrogiem każdego rodzica, bo w najbardziej bezpośredni i naoczny sposób wpływa na konsumenckie decyzje dzieci i dorosłych, stanowi tylko jeden z tematów poruszanych przez Bakana. Kolejnym wyzwaniem jakie stawiają rodzicom krwiożerczy i żądni pieniędzy kapitaliści są gry. Mniejsza z tym, jeśli nie są to opływające krwią i nurzające się w sosie przemocy bezpłatne gry edukacyjne. Ale gdy w grę wchodzi manipulowanie dziecięcym poczuciem przywiązania, troski, miłości do jakiegoś wirtualnego zwierzątka czy innego potworka, gdy jego życie zależy od zasobności portfela opiekunów... Nie każdemu z nas musi się podobać taki mechanizm postępowania twórców gier. Pamiętam jak w czasie studiów kolega pospiesznie się ze mną żegnał, bo musiał biec do akademika podlać marchewki na działce, bo inaczej mu padną. Skoro chłop dwudziestoletni może aż tak zaangażować się w doglądanie wirtualnych grządek, to jak wielkie spustoszenie w kilkuletniej kształtującej się psychice może spowodować ta sama gra?

Im dłużej czytałem tę skromną objętościowo (300 stron, mały format) książkę, tym włos coraz bardziej jeżył mi się na głowie. Firmy farmaceutyczne, lekarze i naukowcy - wszystkie te elementy wpłynęły na utworzenie liberalnego prawa dla rynku zbytu leków. Trudno znaleźć początek łańcucha kłamstw, który zaciskał się na szyjach dzieci pochopnie diagnozowanych jako chore psychicznie. Ameryka to państwo, w którym rządzi pieniądz i nic tej władzy nie jest w stanie powstrzymać. Do ustawy traktującej o chorobach psychicznych dzieci dopisywano coraz więcej schorzeń, aby poszerzać rynek zbytu farmaceutyków. Aby leki danego producenta lepiej się sprzedawały lekarze byli zapraszani na konferencje, na wystawne kolacje, luksusowe wycieczki. Większa ilość wypisanych przez nich recept to większe przychody producentów, a że czasem jakieś dziecko umrze z powodu przepisania zbyt dużej dawki lub okaże się, że dany medykament zamiast pomagać szkodzi? To wszystko jest wliczone w koszta - zapłaci się odszkodowanie, pobije się w piersi. I dalej będzie się robiło swoje. W tej żonglerce zdrowiem psychicznym najmłodszych najbardziej wstrząsająca jest postawa naukowców - zdarza się, że fałszują badania lub ukrywają działania uboczne preparatów, nad którymi pracują. Ekspertyzy, które pisze się, aby potwierdzić tezę jaką złożył zleceniodawca - oto jak działają z założenia prawdomówni naukowcy.

Ameryka, kraj wolności, kraj gdzie powstała pierwsza konstytucja, państwo niosące demokrację "ciemnym ludom" krajów muzułmańskich. Mimo to tutaj w takim samym stopniu jak u tych "ciemnych" narodów nie zwraca się uwagi na zdrowie dziecka. Zanieczyszczenia powstałe w wyniku eksploatacji złóż naturalnych, katastrofy ekologiczne - firmy chętnie zapłacą kary (wszak są one nikłymi wydatkami), aby zamknąć gęby tym, którzy krzyczą zbyt głośno. Tylko kilkaset spośród ponad 80 tysięcy związków chemicznych będących w obrocie na rynku amerykańskim (wiele z nich wchodzi w skład zabawek dla dzieci) zostało przebadanych pod względem szkodliwości dla organizmu ludzkiego. Jeśli ktoś podnosi larum, że te nieprzebadane powinno się zbadać lub wycofać, podnoszą się głosy, że to ograniczenie wolności. A praca dzieci? Co prawda często są to emigranci z Meksyku czy Ameryki Południowej, ale czy to dzieci gorsze? Czy o taką wolność walczyli twórcy konstytucji? Czy chcieli, żeby dzieci, czyli dorośli, pełnoprawni Amerykanie, tylko o kilkanaście/kilkadziesiąt lat młodsi, były wykorzystywane jako ten najsłabszy, najbardziej podatny na wpływy element wolnego rynku? Śmiem wątpić. W czasie lektury nachodziły mnie myśli, że obecny świat powinien się zawalić, ludzie powinni wymrzeć, żeby Ziemia się odrodziła, odetchnęła chwilę, odsapnęła. Jeśli człowiek nie potrafi poszanować samego siebie, nie ma szacunku dla dzieci, to dla kogo będzie miał?

Muza 2013
Seria: Spectrum
Tytuł oryginału: Childhood under siege: how big business targets children
Przekład: Hanna Jankowska

wtorek, 25 sierpnia 2015

Cokolwiek bym napisał o tej książce, to i tak nie odda to jej tematyki nawet w nikłym ułamku. Pierony. Górny Śląsk po polsku i niemiecku. Antologia porusza zagadnienie śląskości, częściowo - trochę na uboczu, mimo woli - ją definiując. Ale aby ją wyłapać, trzeba nieźle się nagłowić i nagimnastykować, aby znaleźć jej składniki porozrzucane po całym zbiorze w reportażach, opowieściach, opowiadaniach, wycinkach z gazet. A i tak, podejmując ten trud, nie otrzymamy jednego spójnego obrazu Ślązaka, bo żaden z fragmentów nie podaje nam na tacy cech charakterystycznych zarówno dla mieszkańców, jak i tego wyjątkowego regionu Polski. Więc może za skomplikowana i zawiła jest ta książka? Za trudna?

Owszem, nie było lekko przebić się przez nudne wycinki z gazet końca XIX i początku XX wieku dotyczące zarobków i wydatków górników. Ale dzięki tym nużącym przykładom dosadniej zrozumiałem powiedzenie: w miarę jedzenia apetyt rośnie. Apetyt górników-Polaków, którzy pod zaborami byli gnębieni i wykorzystywani do pracy ponad normę czasową i ponad siły, za komuny zaczął powoli rosnąć, każąc im domagać się coraz liczniejszych przywilejów. Kiedy towarzysz Gierek częściowo wykorzystał górników do celów politycznych (dzięki czemu doczłapał się funkcji I Sekretarza KC PZPR), obsypując ich "górami złota" (mięso dostępne w sklepach bez większych ograniczeń, wódka i inne towary "luksusowe" wypełniające półki), nie zwracał uwagi na to, że rozpieści jedną grupę społeczną kosztem innych. Z tej rozpusty wynikły same problemy dla rządzących, które nie są echem przeszłości, ale dziś uderzają ze zdwojoną siłą; okazało się również, że każdy kij ma dwa końce: coraz częstsze niezadowolenie z powodu braku artykułów żywnościowych oraz podwyżek ich cen prowadziły do strajków. Niektóre z nich, jak ten w kopalni Wujek, tłumiono używając wojska, MO i ZOMO.

Pierony to nie tylko historia najnowsza, żyjąca w nas dziś, bo co roku jest przypominana przy okazji hucznych wspominek. Są tu pamiątki powstań śląskich, ocena Korfantego (zarówno pozytywna jak i negatywna, dokonana przez dwóch różnych autorów). Tak wędrujemy dalej przez okres Autonomii Śląskiej, II wojnę światową, wyzwalanie Śląska przez Rosjan, aż po dzień dzisiejszy. Kilka reportaży poświęconych jest życiu codziennemu i obyczajom. Można powiedzieć, że książka ukazuje życie w PRL-u na przykładzie Śląska. Ukazane są nadużycia władzy, korupcja, kolesiostwo. Ale też walka o sprawiedliwość, o dobro społeczne.

Autorami poszczególnych tekstów są w większości ludzie, których nazwiska niewiele mi mówią, ale wśród nich znajdują się też tuzy polskiego reportażu i nazwiska po prostu znane i poważane: Jarosław Iwaszkiewicz, Melchior Wańkowicz, Hanna Krall, Ryszard Kapuściński. Nigdy za nimi nie przepadałem, a ten zbiór nie sprawił, że moja niechęć do nich minęła. Do moich ulubionych fragmentów zbioru zaliczam teksty: Ołowica atakuje Heleny Kowalik, Zawał Janusza Roszki, Listy z Wehrmachtu Józefa Smyczka.

Choć Śląsk zawsze kojarzył mi się (pewnie zresztą nie mnie jedynemu) z jedną grupą zawodową - górnikami, to w Pieronach ukazano go jako różnorodną mieszankę społeczną i kulturową. Można wręcz pokusić się o stwierdzenie, że Śląsk widziany oczyma autorów tekstów tworzących ten zbiór to taka Polska w pigułce z jej wszelkimi zaletami i przywarami. A to, że głównymi bohaterami są górnicy? Może mają twardszy charakter - tak jak spracowane dłonie - niż przedstawiciele innych profesji, ale problemy, z którymi na co dzień musieli i muszą się stykać są podobne do tych jakie na co dzień dotykają większość Polaków.

redakcja i korekta: poczytajka :)

Agora 2015

niedziela, 23 sierpnia 2015

Najciemniej pod latarnią, mówi porzekadło. Pod latarnią widniejącą na okładce Etnologa w Mieście Grzechu jest rzeczywiście ciemno, mimo iż Mariusz Czubaj napisał książkę o kryminale jako gatunku literackim, aby te ciemne obszary rozjaśnić, usystematyzować i podać czytelnikowi w przystępny sposób.

Mariusz Czubaj jest laureatem Nagrody Wielkiego Kalibru dla najlepszej polskiej powieści kryminalnej i sensacyjnej 2008 roku. Od czasu do czasu pisze powieści kryminalne, a na co dzień jest profesorem antropologii w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie. I to z pozycji naukowca zabrał się do napisania Etnologa... Prócz tytułów naukowych oraz tytułów książkowych, których ma już kilka na koncie, profesor Czubaj jest oczytaną osobą na swoim kryminalnym poletku - ilość książek jaką przytacza w publikacji jest dla mnie przytłaczający. Ten ogrom literatury podmiotu wywołał u mnie poczucie wstydu, że w ogóle sięgnąłem po Etnologa... Jeżeli czytelnik chciałby w pełni zrozumieć poruszaną w niej problematykę i zagadnienia związane z literaturą kryminalną to raczej nie jest to książka dla nich. Autor odwołuje się głównie do klasyków gatunku - Agathy Christie, Raymonda Chandlera, Jeffrey'a Archera. Napomyka też o Mankellu oraz Larssonie.

W czasie lektury książka okazała się męcząca i przeczytałem ją z poczucia obowiązku - jak zacznę to staram się skończyć. Język okazał się być hermetyczny, zrozumiały raczej dla osób interesujących się kryminałem na podobnym poziomie co autor. Z pewnością taka książka może być pomocna dla początkujących pisarzy literatury z trupem w szafie w roli głównej - jest to bardzo dobry przewodnik po mnogości podgatunków, które zostały wyodrębnione ze względu między innymi na postać osoby prowadzącej śledztwo czy na rolę przedmiotu zbrodni.

Oficynka 2010

piątek, 21 sierpnia 2015

Polski rynek książkowy wydaje się być przesycony, część wydawców narzeka na monopolistę, bez którego wsparcia książki się nie sprzedadzą, a który stawia zbyt wysokie wymagania finansowe. Polacy czytają podobno coraz mniej, a mimo to powstają nowe wydawnictwa. Czyżbyśmy mieli do czynienia z szalonymi wydawcami, którzy nie zwracając uwagi na zapotrzebowania czytelnicze, postanawiają rozpocząć swoją przygodę z wydawaniem książek? Coraz więcej jest oficyn, które zamykając się w swojej niszy, potrafią wycisnąć z niej tyle soków, że są w stanie nasycić swoje portfele (chociaż może nie zawsze) i zyskać motywację do dalszego podążania obraną ścieżką. Takim nowym wydawnictwem, które w moim odczuciu zasługuje na docenienie i zwrócenie nań uwagi (o co samo już zabiega, promując inną książkę w Programie Polskim Trzeciego Radia, popularnej "Trójce") jest Od Deski Do Deski Tomasza Sekielskiego.

Większość z nas pewnie kojarzy właściciela wydawnictwa z programu Teraz My!, ale dał się on poznać również jako autor książek sensacyjnych. A teraz podjął się wyzwania wydawania literatury. Do sprawy podszedł konkretnie, z przytupem. Stworzył Serię Na F/Aktach - książki są pisane w oparciu o akta spraw, które faktycznie toczyły się przed sądami w Polsce, zaś fabuła została wpisana w ówcześnie panujące realia. Autorów Sekielski wybiera spośród tych z dorobkiem, z ugruntowaną pozycją, z nominacjami do krajowych nagród. Listę otwierają Hubert Klimko-Dobrzaniecki, Łukasz Orbitowski i Janusz Leon Wiśniewski. Dwa ostatnie nazwiska są większości czytelników raczej znane: o otwierającym serię można było usłyszeć przy okazji nominacji do nagrody Nike i Paszportów Polityki. Nie bez znaczenia dla treści książki jest to, że Klimko-Dobrzaniecki ma za sobą studia filozoficzne i teologiczne oraz nowicjat u palotynów.

Wracając do książki, główny bohater, tytułowy preparator, to człowiek w wieku około 40 lat. Jego dzieciństwo miało nieszczęście wypaść za czasów PRL-u. A nieszczęśliwe było nie z powodów politycznych, lecz z powodu leworęczności, która wtedy była uznawane za coś niewłaściwego, chorobę, którą siłą i przemocą próbowano tępić. Chłodne stosunki panujące między rodzicami - ojciec rozlazły, zobojętniały na świat, matka wiecznie mająca pretensje do wszystkich i siostra, ulubienica i pupilka matki - koktajl to zaiste wybuchowy dla dziecka zaczynającego szkołę. Dopełniają go brak zrozumienia i miłości ze strony rodziców, poczucie braku własnej wartości, zainteresowanie śmiercią, rozkładem, pierwsza miłość i niepowtarzalne doznania płynące z pierwszego seksu. Małżeństwo, które początkowo jest spełnieniem marzeń o pełnej i kochającej rodzinie, w miarę upływu czasu i przybieraniu kolejnych kilogramów przez żonę ulega powolnemu, lecz systematycznemu rozkładowi jak ludzkie ciało, którym na co dzień zajmuje się preparator. Sytuacja wydaje się taka jaką można spotkać w wielu polskich domach. I dlatego ta książka jest przerażająca - uświadamia, że w każdym z nas może czaić się mimowolny zabójca. Przez lata zbierają się w nas żale, urazy, kłopoty, kumulują się w czarze goryczy, która w pewnym momencie może przepełnić się i rozlać. Hubert Klimko-Dobrzaniecki ukazał najbardziej skrajny z możliwych scenariuszy przelania się tego ogromu zaszłych pretensji.

Forma książki została tak pomyślana, że miejsce i głównych bohaterów biorących udział w akcji poznajemy w zasadzie na ostatniej stronie powieści. Ma ona też jeszcze co najmniej jedną mocną stronę  - jest nią zakończenie. Trafiło się wam takie, w którym autor trafnie podsumowuje całą książkę w kilku ostatnich zdaniach? Mnie od długiego już czasu nie. A tu właśnie tak jest - Hubert Klimko-Dobrzaniecki Preparatora zamknął mistrzowsko!

Powieść, mimo iż wybrzmiewa w niej niewątpliwie nuta smutku i zawodu rzeczywistością, miejscami potrafi rozbawić. Choć nie da się ukryć, że nie jest to komedia, a rozkładem przesiąknięty jest dosłownie każdy skrawek kartek książki. Wizyta u fryzjera staje się pretekstem do poruszenia przez autora zagadnienia feminizmu, chomik staje się przedmiotem oswojenia dzieci ze śmiercią, a wyprawa chłopaka z ojcem po robaki na cmentarz doprowadza do zwierzeń najgłębszych, jakich dziecięce uszy nie powinny słyszeć. W pamięci pozostaje mi obraz zawiedzionych i zaskoczonych dziadków bohatera, kiedy dowiadują się, że cała rodzina porzuciła ich religię, katolicyzm, na rzecz Świadków Jehowy. W ogóle wiele w książce jest scen, które stawały się bardzo plastyczne, namacalne. Może to zasługa zainteresowania preparatora fotografią, jego dużego talentu w tym kierunku. Bliska stała mi się ta książka, z wieloma przemyśleniami bohatera się zgadzam, ba, zdarzało mi się odnajdywać wspólne zainteresowania i młodzieńcze fascynacje (choćby śmiercią). Ale czy to czyni mnie już wysoce prawdopodobnym mordercą?

redakcja i korekta: poczytajka :)

Od Deski Do Deski 2015

niedziela, 15 marca 2015

Wygląda na to, że skandynawska kura znosząca złote jaja-kryminały nie zna granic swojej produktywności i, mimo iż jest już mocno wyeksploatowana, nadal wysiaduje, choć z okładek coraz częściej odchodzą pozłotka. Czy to oznacza, że kryminały z Północnej Europy przeżywają kryzys i ich dni są policzone? 

Można się spierać. Ci, którzy nie siedzą w temacie i szwedzkie czy norweskie kryminały czytają z doskoku, raczej nie zauważą powtarzających się schematów i tego, że akcja książki, mimo że zagadka została rozwiązana już w połowie jej objętości, nadal się "rozwija" a autor próbuje podtrzymać trupa przy życiu. Kolejne próby resuscytacji, które u doświadczonego czytelnika często wzbudzają uśmiech politowania, u przygodnego mogą wywołać zaciekawienie. Mnie coraz częściej skandynawskie kryminały rozczarowują - bo są proste, wręcz nudne, bo szybko wiem, kto zabił. Może to nie wina autorów, że piszą tak jak piszą - wszak wychodzę z założenia, że jeżeli ktoś decyduje się wydać wylane na papier swoje dzieło, to pragnie tego, nie aby się ośmieszyć przed czytelnikami, ale zakłada wręcz przeciwnie, że pokazuje światu najlepsze co mógł spłodzić jego umysł. I pewnie jest tak z większością książek, pewnie tylko nie wszystkie trafiają do czytelnika, któremu są przeznaczone. Tylko dlaczego coraz częściej czytam książki, które są przeznaczone dla innej osoby?

Akcja Na spokojnych wodach Viveki Sten rozgrywa się na wyspie, na której zamożni Szwedzi spędzają miesięczny urlop. W tej skandynawskiej sielance zostają popełnione morderstwa, jedno za drugim. Sprawę usiłuje wyjaśnić policjant Thomas Andreasson, którego wspiera koleżanka z lat dziecięcych, mieszkanka wyspy, Nora Linde. I gdyby potraktować tę książkę jako studium socjologiczne, to spełniłaby tę rolę dość dobrze. Ale niestety okazuje się, że jest to nowy szwedzki kryminał (...) pełen napięcia dramat*, którego głównym problemem jest położenie zbyt dużego nacisku na sferę emocjonalną - przeżycia głównych bohaterów związane nie ze śledztwem, ale z ich życiem osobistym. Ciągłe powracanie do perypetii Nory Linde, której mąż nie godzi się na jej rozwój zawodowy i stale ucieka przed rozmową w morze (czyli na uwielbiane wypady z kolegami na żagle), podczas gdy ona nieustannie to przeżywa, spłyca ciekawie zapowiadającą się fabułę kryminału. Moim zdaniem, choć może to zabrzmieć seksistowsko, problem leży w tym, że autorka jest kobietą, która pisząc powieść, włożyła w nią stereotypową kobiecą naturę, kobiece emocje, przeżywanie, rozpamiętywanie, roztrząsanie. Książka w wielu miejscach jest po prostu emocjonalnym pamiętnikiem Nory Linde i jej kolegi Thomasa Andreassona. On również jest skomplikowanym tworem żyjącym emocjami z przeszłości - nie może wybaczyć sobie i byłej żonie, że stracili małe dziecko. To wydarzenie zamknęło go na świat, na bliższe kontakty z kobietami. 

W moim odczuciu tę kryminalną złotonioskę zdają się dekapitować same wydawnictwa, wydając kolejne książki nie zwracając większej uwagi na treść, a zapewne bardziej przywiązując się do wyników sprzedaży. Chociaż z drugiej strony... jestem w trakcie czytania kolejnego kryminału-debiutu z Czarnej Serii i jest intrygujący... Czyżbym wkrótce musiał odszczekiwać moje nieprawomyślne słowa pod kierunkiem wydawnictw?

* Informacja z okładki.

Czarna Owca 2014
Seria: Czarna Seria
Tytuł oryginału: I de lugnaste vatten
Przekład: Paulina Jankowska

czwartek, 29 stycznia 2015

Pokolenie moich rodziców i dziadków, czyli osób, którym przyszło spędzić co najmniej lata swojej młodości w PRL-u, nie raz powtarzają jak wtedy było pięknie i wspaniale. Można było podłapać fuchę i dorobić, człowiek nie miał tylu zmartwień co dziś. Służba zdrowia była lepsza, w pracy też było inaczej, nie było szczucia jednego przeciwko drugiemu. Tylko na półkach w sklepach nie było wyboru, a niektóre artykuły nabywało się po znajomości, czyli nie do końca uczciwie wobec współobywateli. Z pewnością ludziom żyło się bardziej beztrosko, większość nie pędziła za zyskiem, bo do czego były potrzebne te pieniądze, skoro i tak niczego nie można było kupić? Wolność była większa, choć dziś mówi się, że PRL był systemem totalitarnym, niewolącym ludzkie ciała i umysły. 

Osobiście uważam, że to my, dzieci i wnukowie osób żyjących w czasach komuny, jesteśmy bardziej zniewoleni przez system i normy, którymi się otaczamy i które mają nam gwarantować wolności, a stają się kajdanami. Sami je sobie zakładamy, aby w pozornym spokoju co dzień biec do pracy, gdzie nasz trud służy powiększaniu bogactwa naszych pracodawców. Demokracja niosąca ideę równości ludzi wobec prawa w dzisiejszych czasach okazuje się być pustosłowiem - społeczeństwa, które dłuższy czas żyją w demokracji, popadają w marazm. Obywatele zapadają w swego rodzaju sen zimowy, w swoich domach-gawrach spędzają błogo czas wolny od pracy i konsumują wtłaczane im przez media masowe obrazy o szczęśliwym społeczeństwie. Ale co się stanie kiedy radio zamilknie, w telewizorze nie wyświetli się obraz, telefony komórkowe nie przekażą połączeń, a internet przestanie działać? Jak świat będzie funkcjonował gdy do spłuczki w toalecie nie napłynie woda, a na stacji nie będzie można zatankować paliwa bo pompy do działania potrzebują prądu? Jak długo dzisiejszy człowiek może sobie radzić bez dostaw energii elektrycznej?

Wielu z nas zapewne nawet nie zastanawia się jak wiele czynności, które codziennie wykonujemy, jest zależnych od prądu. Budzimy się - budzik coraz częściej mamy ustawiony albo w komórce, albo w jakimś urządzeniu na prąd. Poranna toaleta: pstryk! - światło, woda w kranie pompowana za pomocą prądu, suszarka, maszynka do golenia, lokówka, prostownica - wszystko na prąd. Następnie śniadanie - kawa lub herbata - a więc czajnik elektryczny, bo instalacje i butle gazowe są niebezpieczne. Produkty spożywcze trzymamy w lodówce - też na prąd! Można tak długo wymieniać, a to przecież tylko przykład codziennych czynności podejmowanych przez każdą jednostkę. A jak wygląda codzienność całego społeczeństwa? Co oznacza brak energii elektrycznej dla przedsiębiorstw czy państwa? Jak wiele problemów napotka rząd w momencie awarii sieci energetycznej? 

Dlaczego w przydługawym wstępie przywołałem czasy komunizmu? Aby ukazać, że dzisiejszy człowiek, który uważa, że żyje w wolnym społeczeństwie i któremu państwo niemal mówi: rób co chcesz, nawet nie zdaje sobie sprawy, że jest od niego całkiem zależny i wszystkie podejmowane decyzje uwzględniają jego dyktat. Właśnie przeciwko takiej organizacji państwa powstają sprawcy wyłączenia prądu w niemal całej Europie. Odzierają oni z kolorowych łaszków prawdziwe oblicze demokracji, jej bezsilność, zawodność oraz zniewolenie ludzi. Ale te refleksje właściwie pojawiają się tylko między wierszami. Na pierwszym planie widzimy tragedię jednostek, które pozostawione same sobie na własną rękę podejmują walkę o przetrwanie w nowych realiach. Ich perypetie oraz historia dzielnego i odważnego włoskiego informatyka - oto sól tej książki. 

Marc Elsberg w podtytule powieści Blackout nie bez kozery dodał, że to najczarniejszy scenariusz z możliwych. I taką historię udało mu się stworzyć. Co prawda przewidywanie zachowania pięciuset milionów mieszkańców kontynentu europejskiego przypomina wróżenie z fusów, ale wizja roztoczona przez Niemca wydaje się być dość realistyczna. Choć to dopiero początek roku, Blackout niewątpliwie znalazłby się w moim zestawieniu książek wartych polecenia (nie znajdzie się tam tylko dlatego, bo nie prowadzę takowego). Do twórczości Elsberga z pewnością powrócę gdy tylko zostanie przetłumaczona jego kolejna książka (Zero). 

Słowem zakończenia pozwolę sobie powrócić jeszcze raz do czasów komunizmu w Polsce. Gdyby jakiś szaleniec postanowił odłączyć prąd w całym bloku państw komunistycznych, to pokolenie moich rodziców i dziadków z pewnością lepiej poradziłoby sobie z jego brakiem niż bohaterowie powieści oraz my dzisiaj.

Tytuł oryginału: Blackout
Przekład: Elżbieta Ptaszyńska-Sadowska
Wydawnictwo W.A.B. 2015

środa, 17 grudnia 2014

Moja przygoda z rosyjską literaturą zaczęła się od fascynacji współczesnymi topowymi antykremlowskimi pisarzami, a biorąc pod uwagę moje jeszcze niedawne zainteresowanie fantastyką powinienem był rozpocząć od Dmitry'a Glukhovsky'ego albo braci Strugackich. Ale zaczęło się od Sorokina, następny był Pielewin, później Strelnikoff, a ostatnio usiłowałem zaprzyjaźnić się z prozą Prilepina. Zdecydowanie najlżej czyta się z nich tego pierwszego, co nie odbiera mu powagi poruszanych kwestii, choć robi to często w zabawny sposób. Najcięższy wydaje się być Pielewin (z prozą Prilepina jak na razie tylko raz miałem okazję obcować), dlatego też obawiałem się Batmana Apollo, mając w pamięci niedawne wspomnienie o jego Generation P. Najnowsza książka Pielewina okazała się jednak bardziej przystępna niż poprzednia lektura.

Akcja Batmana Apollo rozgrywa się wśród rosyjskiej społeczności wampirów. Może to smutna konstatacja, ale ich życie (he he, życie!) niewiele różni się od życia przeciętnego człowieka, poza tym, że wampiry są długowieczne (o nieśmiertelności nie mogą marzyć nawet te będące na samym szczycie ich hierarchii) i żyją zdecydowanie w większym dostatku niż śmiertelnicy (cóż, przepych tłumaczony jest koniecznością wywołania porażającego wrażenia ogromu, bezkresu i bezmiaru władzy nad światem żywych). O ich randze w społeczności decyduje pełniona funkcja i staż na danym stanowisku, zupełnie jak u nas. I tak jak w świecie ludzkim, kochankowie władców posiadają możliwość wpływania na ich decyzje. Więc czym różni się ta książka, a właściwie jej bohaterowie, od bohaterów ludzkich?

Cóż, została ona napisana z perspektywy wampira, więc i występują w niej zwroty związane z tym środowiskiem. I choć bez problemu odnajdujemy w używanych przezeń wymyślonych - i wymyślnych - terminach odpowiedniki w naszym języku, to radość sprawia odkrywanie co oznacza bablos, czarny szum czy krzyk Wielkiej Myszy. Wprawdzie na początku, dla ułatwienia, otrzymujemy słownik z tymi najważniejszymi hasłami, ale kto czyta instrukcję obsługi przed użyciem sprzętu? Ja zwykle czytam, ale i tak miałem niezłą zabawę w trakcie lektury odkrywając złożoność znaczeń poszczególnych terminów. Zresztą, Batman Apollo wydawał się być wręcz przesycony analogiami odnajdywanymi w świecie realnym. I tak jak pisze wydawca na okładce, jest to satyra na Rosję i Putina, ale ja dorzuciłbym jeszcze Stany Zjednoczone i generalnie świat zachodni.

Pielewin krytycznie patrzy na świat i ojczyznę, a także sięga do tak wielu zagadnień związanych z życiem człowieczym takich jak śmierć, życie po niej, religia czy konsumpcjonizm, że dużym problemem jest zgłębienie ich wszystkich. W moim odczuciu powieść jest jednak przede wszystkim przewodnikiem po relacjach zachodzących na wielu płaszczyznach: władza-jednostka, relacje damsko-męskie, nauczyciel/mistrz-uczeń, zwierzchnik-podwładny. Indywiduum, któremu przyszło oprowadzać czytelnika po miejscami smutnym, a miejscami bardzo wesołym i zabawnym świecie, został Rama II - poznajemy go jako wampirzego żółtodzioba, który zostaje wmanewrowany w naukę zawodu niewdzięcznego i nielubianego - fachu nurka. W szkoleniu, prowadzonym w zamku hrabiego Drakuli w Transylwanii, prócz ucznia z Rosji uczestniczą również Francuzi (troje teletubisiów - jak zabawnie nazwano homoseksualistów) oraz wampirzyca ze Stanów Zjednoczonych. Pełen żądz Rosjanin bezproblemowo ulega wdziękom Amerykanki i choć średnio zdaje sobie z tego sprawę (lub nie chce, aby dotarło to do jego świadomości) zostaje przez nią bezwzględnie wykorzystany. W tej scenie można doszukiwać się ukrytego podtekstu - czy Rosja, jej władze specjalnie ogłupiają, oszukują, ukrywają ważne informacje, czy to społeczność Zachodu jest tak inteligentna, świetnie poinformowana, ale zarazem przebiegła i potrafiąca wykorzystać swoje zalety, aby pozyskać interesujące przedmioty czy wiadomości? Czy kampanie reklamowe oraz emitowane przez telewizję programy nie służą do wywołania wśród mieszkańców Rosji określonych reakcji na pewne czynniki? Czy obywatele nie są sterowani przez Kreml? Taką rolę telewizji wydaje się prezentować Enlil Maratowicz, początkowo pełniący rolę opiekuna, bezpośredniego przełożonego i swoistego guru wprowadzającego młodego wampira Ramę w tajniki zawodu, który składa zlecenie na kampanię medialną mającą na celu zmianę postrzegania świata przez rosyjskiego obywatela na taki jaki odpowiada jemu - zleceniodawcy, a w domyśle władzy (Kremlowi).

Co z całego ogromu przemyśleń i refleksji, które udało się wyłowić z przekazu Pielewina, najbardziej zapadło mi w pamięć? Zdecydowanie obraz zderzenia mentalności rosyjskiej i Zachodniego człowieka-wampira oraz wszechogarniające świat powieści cierpienie. Autor mocno podkreśla swego rodzaju zacofanie w postrzeganiu świata, łatwowierność, brak zainteresowania światem, brak ambicji. I to może nie tyle chodzi o wszystkie wampiry z Rosji, bardziej dotyczy to tych młodych, takich jak Rama - jego dużo starszy i bardziej doświadczony przyjaciel Enlil Maratowicz nie wykazuje naiwności, wie jak rządzić ludźmi, jakie sztuczki PR stosować wobec nich, aby uzyskać pożądane cele. Podstawą działania zdają się być słowa bardzo często powtarzane w książce: normalny wampir nie stara się wiedzieć więcej, niż wymagają tego okoliczności. Stara się wiedzieć jak najmniej1. Ci starsi bezceremonialnie wykorzystują swoją wiedzę i bez zmrużenia oka zabawiają się kosztem nowicjuszy. A że niekiedy jest na co "popatrzeć" i z czego się pośmiać, to i undead (najwyższy stopień wampirzego wtajemniczenia), i czytelnik są kontenci. 

Jeśli chodzi o cierpienie, to jest ono zarówno źródłem całego nieszczęścia ludzkiego, jak i dostarczycielem upragnionego bablosu, swego rodzaju nektaru bogów, narkotyku pozwalającego wampirom osiągnąć odprężenie. W końcu staje się ono również udziałem Ramy, który nie potrafi albo nie chce poddać się zaleceniom Enlila. Zdobywa wiedzę, która tylko pogłębia jego niezadowolenie ze świata. Zrywając coraz więcej owoców z drzewa poznania dobra i zła tylko obniża swoje poczucie własnej wartości i odkrywa, że świat, w którym żyje, jest wielką mistyfikacją zorganizowaną dla przyjemności jego zarządcy - Batmana Apollo (Putin?). Trudno nie odnieść się również do bezpośrednich aluzji Pielewina do ustroju Rosji i Putina. Kwiatki takie jak: Mamy gości z Francji. Nie kompromituj Rosji. Bo jeszcze pomyślą, że mamy tu ustrój niewolniczy.2 Kodeks, Rama, kodeks. Złożyliśmy przysięgę. Myślisz, że to dla nas puste słowa? Chociaż u was w Rosji wszystko jest inaczej.3 Rosyjskie wampiry podlizują się zachodnim i w związku z tym niekiedy okazują sobie życzliwość. Ale tylko wówczas kiedy my [tu: francuskie wampiry - przyp. mój] to widzimy.4

Na koniec warto zaznaczyć, że okładka nie tylko cieszy oko, ale również jest ściśle powiązana z fabułą, zarówno w tej powierzchownej warstwie, jak i tej ukrytej między słowami. Zdecydowanie nie jest to pozycja rozrywkowa, którą można przeczytać i natychmiast odstawić na półkę, aby kurzyła się. W mojej głowie może nie wprowadziła zawieruchy, ale zmusiła do zastanowienia się nad kilkoma kwestiami. A problemów, które Pielewin porusza w powieści, jest całe mnóstwo. Dla mnie Batman Apollo to połączenie Matrixa i Incepcji Nolana w rosyjskich realiach, nie tylko okresu rządów Putina. I to chyba najlepsza rekomendacja.

Wydawnictwo Literackie 2014

Tytuł oryginału: Betman Apołło
Przekład: Ewa Rojewska-Olejarczuk

1 Wiktor Pielewin, Batman Apollo, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2014, s. 233.
2 Ibidem, s. 234.
3 Ibidem, s. 236.
4 Ibidem, s. 240.