Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PWN. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PWN. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 13 listopada 2014

Zapewne większość z was zastanawiała się kiedyś nad swoim istnieniem, nad naszym pochodzeniem, po co jesteśmy, skąd wzięliśmy się na świecie, dokąd zmierzamy. Wielu było filozofów, którym śniło się poznanie tajemnicy naszego istnienia, poczynając od Platona, a kończąc na dzisiejszych myślicielach. Żaden z nich nigdy w niepodważalny sposób nie odpowiedział na kluczowe pytanie: dlaczego jest raczej coś niż nic. 

Szczerze mówiąc, nie spodziewałem się, że wraz z autorem Krótkiej historii niczego i jego interlokutorami zgłębię tę największą zagadkę ludzkości. Ale dlaczego w ogóle sięgnąłem po "kryminał filozoficzny" Jima Holta? Pierwszą przyczyną jest ta, która pociąga nas wszystkich, czyli chęć poznania tajemnicy powstania bytu. Kolejnym powodem sięgnięcia po książkę był podtytuł, Kryminał filozoficzny - kiedyś interesowała mnie filozofia, a kryminały czytuję od czasu do czasu, zdecydowanie z chęci niż z przymusu, więc i po ten sięgnąłem. Aha, zapomniałbym jeszcze o statusie bestsellera "New York Timesa" o czym wydawca skrzętnie informuje na okładce, a co także wpłynęło na moją decyzję.

Książka, po bliższym zapoznaniu, okazuje się być kryminałem w niewielkim stopniu; to bardziej literatura podróżnicza i reportaż, zwłaszcza, że autor przebył kawałek świata i spotkał się z wieloma ważnymi dla nas ludźmi (o czym Jim Holt informuje czytelnika). Wypytał ich o teorie kwantowe, teorie strun, multiświaty, Boga, możliwość istnienia absolutnej nicości, a także ich poglądy na temat praprzyczyny naszego istnienia. Z jednymi rozmowa przebiegała gładko, argumenty za i przeciw sypały się jak z rękawa, inni okazywali się trudnymi rozmówcami. Ja miałem problemy ze zrozumieniem właściwie wszystkich przepytywanych - moja skąpa wiedza dotycząca współczesnej matematyki i fizyki (bo w większej części argumenty za istnieniem bytu opierają się na tych dwóch dziedzinach) nie pozwalała na podążanie za tokiem myśli płynących w poszczególnych rozdziałach. 


Książka raczej mnie wymęczyła niż była ucztą dla umysłu - umysł nie sprostał wysoko zawieszonej poprzeczce. Ale jeśli na co dzień żyjecie w multiświatach, teorię strun macie w małym palcu, a teoria kwantowa, to wasze drugie imię - ta książka jest jak najbardziej dla was.

Dom Wydawniczy PWN 2014
Tytuł oryginału: Why Does the World Exist? An Existencial Detective Story
Przekład: Mariusz Gądek

piątek, 28 lutego 2014

Po Survivalu. Czyli jak zachować maniery w czasach fejsbuka spodziewałam się podręcznika dobrych obyczajów w uwspółcześnionej wersji, a raczej - zgodnie z sugestią tytułu - sztuki przetrwania w dzisiejszych czasach. Zgodnie z informacją na okładce czytelnik miał się z książki dowiedzieć jak z klasą wybrnąć z krępujących sytuacji takich jak przypominanie dłużnikowi o zwrocie pożyczki, pozbywanie się nietrafionego prezentu czy chęć opuszczenia imprezy po angielsku. Kwestie te zostały poruszone w książce, ale w zgoła odmienny sposób niż się tego spodziewałam. 

Już początkowe teksty w Survivalu... wzbudziły we mnie wątpliwość co do możliwości wykorzystania zamieszczonych w książce informacji w życiu codziennym. Możemy chcieć uciec od niewygodnych pytań czy próbować zabłysnąć przed znajomymi, ale kto z nas zostaje zaproszony do telewizji śniadaniowej? Celowo napisałam "informacje", a nie "porady", bo tych raczej tutaj nie znajdziemy. Survival... bardziej niż poradnik przypomina zbiór przetykanych satyrą felietonów opartych na źródłach historycznych, poradniku dobrych manier baronowej de Rothschild oraz doniesieniach rodem z Pudelka. Ten swoisty miks uwypukla zderzenie dawnej tradycji z epoką fejsbuka.

Nie byłam pozytywnie nastawiona do tej książki. Gdy zapoznałam się ze spisem treści, gdzie figurował m.in. wspomniany przeze mnie tekst o zaproszeniu do telewizji śniadaniowej, zaczęłam się zastanawiać co to za poradnik, w którym omówione zostały tak odrealnione sytuacje. Nie spodziewałam się tego, że autorzy Survivalu... traktują otaczającą nas fejsbukową rzeczywistość z przymrużeniem oka i że lektura sprawi mi taką przyjemność i tak często wywoła uśmiech na mojej twarzy.

Dom Wydawniczy PWN 2013

piątek, 2 sierpnia 2013


Adam Mickiewicz przed niemal dwustu laty pisał: Czucie i wiara silniej mówi do mnie,/ Niż mędrca szkiełko i oko*. Jak ustosunkowałby się do dzisiejszego stanu wiedzy na temat "patrzenia sercem"? Jak wynika z badań miłość nie jest wynikiem szczególnej wrażliwości lecz procesów chemicznych zachodzących w naszych organizmach. Za motylki w brzuchu, pożądanie, tęsknotę czy uczucie bliskości odpowiada szereg hormonów takich jak endorfiny, adrenalina czy oksytocyna. 

Iskrzenie między dwojgiem ludzi w Chemii między nami zostało wnikliwie przeanalizowane i odarte z otoczki romantyzmu. Okazuje się bowiem, że ludzie w swych miłosnych zapędach niewiele różnią się od zwierząt, zwłaszcza norników, na których przeprowadzono szereg badań. Podobne uwarunkowania genetyczne determinują zbliżone zachowania. Norniki - w odróżnieniu od szybko zdobywającego samicę szczura - tak jak ludzie najpierw "chodzą na randki" i zalecają się do partnerki, dopiero potem dochodzi do kopulacji oraz założenia rodziny. Ale to nie jedyna paralela. Kobieca owulacja jest odpowiednikiem zwierzęcej rui, którą równie silnie wyczuwa samiec człowieka, mężczyzna.  

Autorzy zgłębili również temat tożsamości seksualnej, odnosząc się do słów Simone de Beauvoir: Nikt nie rodzi się kobietą, lecz się nią staje. Aby odpowiedzieć na stawianą przez feministkę tezę Young i Alexander przywołali eksperyment przeprowadzony na chłopcu, który podczas zabiegu został przypadkowo okaleczony. Nieszczęsnego pacjenta postanowiono poddać operacji zmiany płci wraz z kuracją hormonalną. Wynik badania mówił jasno, że o płci człowieka nie stanowią jego narządy, lecz to jak został ukształtowany jego mózg i to do niego powinny być dostosowane korekcje płci. 

Ciekawą kwestia poruszoną w książce jest również wpływ oksytocyny, hormonu odpowiedzialnego za poczucie więzi i bliskości, na relacje między dwojgiem ludzi. Jak się okazuje, mężczyźni fascynują się kobiecymi piersiami z podobnego powodu co niemowlęta. Te zaraz po przyjściu na świat kładzione są obok matki i dotykają rączką jej piersi, stymulując wydzielanie oksytocyny. Co ważne, tylko poród naturalny uruchamia proces aktywizacji hormonów niezbędnych do zbudowania silnych relacji między matką a dzieckiem.

Young i Aleksander szukają również odpowiedzi na pytanie: dlaczego zdradzamy? Skoro miłość jest uzależniająca jak silny narkotyk, dlaczego wielu z nas nie potrafi oprzeć się pokusie? Czy przyczyną jest pragnienie poczucia chemii, która w związku o długim stażu już wygasła? A może istnieje gen zdrady? 

Zachęcam do sięgnięcia po lekturę. Zaznaczam jednak, iż należy się przygotować na sporą dawkę wiedzy - dla mnie, humanistki, książka chwilami była dość trudna. Chemia miłości wniosła sporo do mojej dotychczasowej wiedzy. Żałuję tylko, że w pozycji naukowej wydanej przez wydawnictwo z renomą korekta pozostawia sporo do życzenia. Podobnie jak w Kąpieli ze słoniem korektorka (notabene ta sama osoba) przeoczyła błędy fleksyjne, które rażą bardziej niż literówki. 

*Adam Mickiewicz, Romantyczność, cyt. za: http://pl.wikiquote.org/wiki/Adam_Mickiewicz

Dom Wydawniczy PWN 2013
Tytuł oryginału: The Chemistry Between Us. Love, Sex, And The Science Of Attraction
Przekład: Anna Klingofer

środa, 22 maja 2013

W niedawno czytanym zbiorze reportaży poświęconych Rosji* pojawiła się dość dla mnie zaskakująca teza, że dziennikarz powinien poświęcić się pisaniu o korupcji we władzach, śledzić afery, przestępstwa, wypadki - generalnie jego zadaniem jest opisywanie złej strony człowieka i jego działalności, aby ukazać społeczeństwu wszelkie nieprawidłowości mające miejsce wokół nich. Bertold Kittel zdaje się w swojej pracy kierować tą zasadą - ukazuje czytelnikowi, że ośrodki decyzyjne, służby mające chronić i wymierzać sprawiedliwość w Polsce nie zawsze działają zgodnie z celem, do którego zostały stworzone.

Autor Mafii po polsku, dziś dziennikarz śledczy TVN, pasję do badania i ujawniania zachowań korupcyjnych, działań przestępczych, bezprawia ma w sobie niemal od dzieciństwa - kierując licealną gazetką, opisał praktyki wręczania kosztownych prezentów nauczycielom, za co został wyrzucony ze szkoły**. W opisywanej tutaj książce Kittel skupia się głównie na aferze związanej z firmą Amber Gold, ale w miarę lektury widać, że sprawa jest jeszcze słabo zbadana (książka została napisana pod koniec zeszłego roku, czyli 3-4 miesiące od wybuchu afery), a głównym tematem staje się nie firma Marcina P., a działalność mafii w Polsce. Bo to, że mafia w naszym kraju istnieje nie ma wątpliwości, tylko niewiele osób zdaje sobie z tego sprawę. Dlaczego? Bo nie jest to już grupa przestępcza taka jak w latach 90., kiedy konkurujące ze sobą gangi strzelały do siebie na ulicach, mordowały przedstawicieli władzy, włamywały się, kradły samochody, przemycały alkohol, papierosy i narkotyki. Dziś po części też się tym zajmują, ale równie duże dochody coraz częściej czerpią z przestępstw ekonomicznych - wyłudzając zwrot nienależnego podatku, kradnąc karty kredytowe czy legalizując pieniądze pochodzące z nielegalnych źródeł. Członek gangu to niekoniecznie gruby kark ze złotym łańcuchem na szyi za kierownicą BMW - to coraz częściej elegancko ubrany, dobrze wychowany i wykształcony pan, który wie jak oszukać skarbówkę.

Książkę czyta się jednym tchem. Działalność polskich mafii Kittel opisuje na podstawie rejonu gdańskiego. Ukazuje skorumpowanie tamtejszych policjantów, prokuratorów, adwokatów, sędziów. Pokazuje na jednym przykładzie chorobę, która toczy polski system sprawiedliwości - degrengolada sięgnęła tak głęboko, że nikt nie reagował na ewidentne łamanie prawa przez tych, którzy zostali powołani, aby go strzec. W takim środowisku dorastał Marcin P. Czy jest on tylko cząstką w większej grze, w której karty rozdaje mafia z Gdańska, czy sam wpadł na pomysł "zarobienia" pieniędzy dzięki Amber Gold - tego pewnie się nie dowiemy. Być może dlatego, że członkowie trójmiejskich gangów rekrutują się najczęściej w obrębie rodzin. A rodziny się nie sypie.

Wydawnictwo Naukowe PWN 2013

*Boris Reitschuster, Ruski ekstrem do kwadratu. Co zostało z mojej miłości do Moskwy?, Carta Blanca 2012.
**http://pl.wikipedia.org/wiki/Bertold_Kittel

środa, 6 marca 2013

Nieszczęście wielkie sprowadził na Polskę Mieszko I wybierając centrum Europy na siedzibę swojego państwa. Dodatkowo traf chciał, że na zachodzie postanowili osiedlić się na dobre Niemcy, a na wschodzie Rosjanie. Same problemy z tego powodu spadały na nasz kraj na przestrzeni wieków. Rozbiory przyczyniły się do upadku ducha narodu, do podkopania jego siły psychicznej. Ale większą szkodę wyrządziła Polakom II wojna światowa. Masowe mordowanie na ziemiach polskich głównie Żydów, nienawiść do Ukraińców i Litwinów, zawiedzione nadzieje na pomoc Francji i Anglii w początkowej fazie wojny - władze i obywatele mogły poczuć się odtrącone i mieć wrażenie, że są tylko marionetką w rękach przywódców światowych, którzy jednym skinieniem palca decydowali o istnieniu lub zagładzie danego obszaru. W takiej wojennej zawierusze powstała na ziemi polskiej Armia Krajowa mająca za zadanie walczyć z okupantem. A że okupantów było dwóch (najpierw Niemcy, później Rosjanie), to i jedni, i drudzy otrzymywali od akowskich "sądów" wyroki śmierci. Jednym z wykonawców egzekucji był Stefan Dąmbski, kilkunastoletni żołnierz AK, który bez zmrużenia oka, z zimną krwią pakuje wrogom (prócz wyżej wspomnianych również Ukraińcom i volksdeutschom, ale także Polakom, którzy ochoczo współpracowali z wrogiem oraz działaczom komunistycznym) kule w łeb. Bez zastanowienia, bez żadnego przemyślenia, po prostu rozkaz-wykonanie, był człowiek, człowieka nie ma. Zimny zabójca, którego nie dotykają żadne emocje, jest robota, to trzeba ją wykonać i już, taki zabójca idealny.

Po raz pierwszy fragmenty wspomnień Egzekutora (jak mówi się o Dąmbskim) ukazały się w 2006 roku w kwartalniku "Karta". Wtedy wywołały ogromne poruszenie w środowisku Światowego Związku Żołnierzy AK. Do obecnego wydania dołączono listy: przedstawiciela wyżej wymienionego związku w Tyczynie (rejon, w którym działał Dąmbski), okolicznej mieszkanki oraz historyka. Armia Krajowa odnosi się z dużą rezerwą do wspomnień Egzekutora - autor listu stwierdza, że takie zachowanie to marginalne zajścia, że Dąmbski w wielu miejscach mija się z prawdą, przemilcza ją lub przypisuje sobie czyny, które należą się innym akowcom. Podobne zdanie przedstawia kobieta, która mieszkała na obszarze Rzeszowszczyzny objętym działaniami oddziału Egzekutora. Tylko historyk zgadza się z generalnym zarysem sytuacji, uważając że szczegóły nieistotnych faktów mogły ulec zatarciu - czyny, których dopuszczali się żołnierze AK w obwodzie rzeszowskim niejednokrotnie miały charakter bestialski. Sam dokument akowski znajdujący się w archiwum w Rzeszowie głosi: Na każdy wypadek wystąpienia przeciw Polakom [...] odpowiadać natychmiast i bezwzględnie, w taki sam lub podobny - ale raczej dotkliwszy - sposób.* I te fragmenty najbardziej mnie uderzyły - jak wielką nienawiścią darzyli się Polacy i Ukraińcy, którzy mieszkali w jednej wiosce - nocne najazdy, palenie domów, gwałty, mordowanie zarówno mężczyzn jak i kobiet, dorosłych, starców i niemowląt. Każda taka akcja prowadziła do reakcji, zwykle jeszcze brutalniejszej, na większą skalę, zgodnie z zaleceniami przełożonych. Oczywiście z czynnym zaangażowaniem Armii Krajowej. A Stefan Dąmbski, pseudonim "Żbik I", miał kolegów, którzy wręcz specjalizowali się i lubowali w ukraińskiej robocie.

Historia Dąmbskiego, młodzieńca, który pod płaszczykiem bezwzględności być może ukrywał swoje lęki i tłumił je niewzruszoną postawą, może szokować. Po co spisał swoje wspomnienia wojenne? Aby ukazać, że bohaterstwo to nie tylko czyny godne chwały, rozgłosu, gratulacji - nie zawsze muszą być przykładne. Bohater czasem musi kogoś zabić, ubrudzić sobie ręce cudzą krwią, odebrać czyjeś życie (nawet przyjaciela) - wszystko to dla dobra ojczyzny.

*Stefan Dąmbski, Egzekutor, Carta Blanca i Ośrodek Karta, Warszawa 2013, s. 129.

Ośrodek Karta/Carta Blanca 2013
Seria: Karty Historii

niedziela, 3 marca 2013

Są w historii ludzkości okresy, które budzą silne emocje i zawierają wiele powszechnie nieznanych, acz interesujących faktów. II wojna światowa z pewnością należy do czasu, który u większości ludzi wywołuje negatywne uczucia. W całej tej zawierusze, wśród świszczących kul, wybuchających pocisków, płaczu, zawodzenia, zwycięskiego pochodu armii niemieckiej, a później aliantów, w bezkresie ludzkiego cierpienia ziem dotkniętych działaniami wojsk, w bólu mieszkającym za ogrodzeniami obozów koncentracyjnych, w tym złu jakie człowiek człowiekowi postanowił wyrządzić, w tej beznadziei narodził się pomysł szalony. Ratowanie więźniów obozów śmierci zdawało się rzeczą niemożliwą, wszak byli oni skazani na zagładę. A jednak - rząd Szwecji wespół ze Szwedzkim Czerwonym Krzyżem i przy znaczącym wsparciu Danii zorganizował akcję humanitarną, która początkowo miała tylko dostarczać paczki żywnościowe, a następnie ratować wąską grupę skazanych, w efekcie zakończyła się ocaleniem życia około siedemnastu tysięcy ludzi.

Historia ratowania więźniów obozów koncentracyjnych jest w Polsce nieznana. Dlaczego u nas, w kraju którego obywatele ratowali (ale też przyczyniali się do śmierci) głównie Żydów, o Białych Autobusach się nie mówi, nie uczy? Być może dlatego, że - zgodnie z porzekadłem: każda sroczka swój ogonek chwali - Polska hołubi własne bohaterstwo, a Szwecja swoje. Warto było wydać książkę właśnie u nas, choćby po to, aby uświadomić Polakom, że nie tylko oni byli bohaterami, ale że również w innych krajach znaleźli się ludzie na tyle odważni, aby prowadzić negocjacje z Himmlerem mające na celu uwolnienie obywateli własnego kraju oraz skandynawskich sąsiadów. A że znikomy był w nich odsetek Żydów, z czym nie mogli się pogodzić działacze gmin żydowskich w Szwecji? Cóż, lepiej chyba uratować kogokolwiek, niż stanąć z założonymi rękoma.

Nie będę ukrywał, że książka momentami nużyła - przywoływanie danych statystycznych z kilku niezależnych źródeł, udowadnianie, które z nich jest najbliższe prawdzie - mnie ta jedna czy nawet dziesięć osób w jedną czy w drugą stronę nie robi wielkiej różnicy, zwłaszcza przy liczbie osiemnastu tysięcy - książka jest chyba głównie kierowana do przeciętnego Kowalskiego, a nie do znawcy tematu. Męczący był też podział uratowanych na poszczególne obozy, z których dokonywała się ewakuacja - tu tylu Norwegów, tylu Duńczyków, tyle Polek i tyle Francuzek; podstawiono tyle autobusów, samochodów osobowych, ciężarówek, karetek. Ale są też bardziej zajmujące momenty, jak choćby przebieg negocjacji między Himmlerem a wiceprezesem Szwedzkiego Czerwonego Krzyża, dotyczących tego kto i z których obozów ma zostać zwolniony. Autor ukazuje w jaki sposób z wyjściowo małej grupy, którą miała objąć akcja, rozrosła się do rozmiarów jakie osiągnęła w ostatnich dniach wojny. Pokazuje heroiczne poświęcenie sanitariuszy, lekarzy i pozostałego personelu uczestniczącego w operacji. Ale też nie ukrywa smutnych dla aliantów faktów, jak ostrzeliwanie i bombardowanie konwojów sunących z południa Niemiec w stronę granicy z Danią, uciekających przed niebezpiecznie zbliżającymi się ze wschodu i z zachodu frontami. Pisze o zatopieniu przez Brytyjczyków statku "Cap Arcona" z pięcioma tysiącami ludzi uratowanych z obozów i pyta, czemu nie pojawiła się o tym nawet wzmianka w prasie (od siebie zapytam, dlaczego nikt o tym nie uczy - na Titanicu zginęło "raptem" półtora tysiąca pasażerów i członków załogi...).

Historia Białych Autobusów nie należy jednak do kwestii wyjaśnionych. Spory dotyczą zwłaszcza stopnia zaangażowania hrabiego Folkego Bernadotte'a w akcję i jego stosunek do ratowania Żydów. Persson nie ukrywa, że miejscami Bernadotte ubarwia swoją wersję wydarzeń lub zapisuje na swoje konto zasługi jemu nienależne. Ale też w wielu miejscach autor broni niesłusznie oskarżanego o antysemityzm Szweda. Historia Autobusów ma tragikomiczne zakończenie, dające wiele do myślenia w kwestii pomagania innym ludziom.

Wydawnictwo Naukowe PWN 2012
Tytuł oryginału: VI ÅKER TILL SVERIGE. DE VITA BUSSARNA 1945
Przekład: Zofia Kunert

poniedziałek, 15 października 2012

Każdy ma w sobie jakiś swój krajobraz. Ja mam tundrę - tak podsumowuje swoją fascynację Magdalena Skopek w wywiadzie dla Wysokich Obcasów*. To tłumaczy, dlaczego dziewczyna po niezbyt udanej wyprawie z kolegami, którą można podsumować dwoma słowami: bagna i komary, w ten nieprzyjazny region wróciła. Tym razem wyruszyła sama, mając ze sobą plecak, aparat i mocne postanowienie, że za wszelką cenę dotrze do Nieńców. A to nie było łatwe, biorąc pod uwagę, że Jamał jest jednym z najpilniej strzeżonych regionów Rosji, a może i świata. Mimo, iż dziewczyna była mocno podejrzaną jednostką (z GPSem, dużym aparatem - na pewno szpieg!), udało jej się osiągnąć cel - dwa miesiące spędziła wśród Nieńców. Zamieszkała w czumie i przez te kilka tygodni była częścią koczowniczego ludu. Jadła surowe mięso, nosiła nienieckie ubiory, ucząc się ich życia, pozbawionego naszych cywilizacyjnych udogodnień. Choć, jako że niewiele jest już miejsc na świecie (o ile w ogóle takowe jeszcze istnieją) nie skażonych cywilizacją, gra w węża na komórce jest powszechną rozrywką. Notabene, urządzenia te służą tylko do tego celu, gdyż w tundrze nie ma zasięgu. 

Co może szokować "cywilizowanego" człowieka, który od najmłodszych lat trzymany jest z dala od brutalnej strony życia, to materiał zdjęciowy, mocny reportaż pokazujący życie w tundrze - bez cenzury i upiększeń. Czytelnik jest świadkiem krwawej uczty - ze stron zerkają uśmiechnięte dzieci umorusane krwią i rozpłatane renifery. To jednak nie kreacja skrojona na potrzeby urozmaicenia przekazu, ale rzeczywistość - w ciężkim życiu Nieńców nie ma miejsca na sentymenty - malutkie renifery giną na równi z dorosłymi, a w uboju pomagają dzieci od najmłodszych lat, ucząc się tym samym sztuki przetrwania. 

Ale Dobra krew to nie tylko reportaż. Sporą część swoich obserwacji Magdalena Skopek poświęciła duchowości Nieńców, zwłaszcza kultowi zmarłych, oraz strefie tabu, co w połączeniu z dokładnym opisem życia mieszkańców czumów klasyfikuje książkę jako małe studium antropologiczne. Owa wnikliwość w połączeniu z umiejętnością obserwacji są największymi atutami publikacji i sprawiają, że Dobra krew zdecydowanie wyróżnia się na tle literatury podróżniczej. 

Wydawnictwo Naukowe PWN 2012

poniedziałek, 8 października 2012

Gdyby nie poznański inżynier, nieznany z imienia i nazwiska pracownik Polskich Kolei Państwowych, książka przybliżająca współczesnemu czytelnikowi kresy II Rzeczypospolitej przybrałaby zupełnie inną formę. Na szczęście mężczyznę oddelegowano na wschodnie rubieże Polski do nadzoru rozbudowy torów kolejowych, a dzięki temu, iż był on osobą ciekawą świata i swoją wiedzą chciał się dzielić ze swoją kilkunastoletnią córką, poznajemy dokładny obraz wschodnich kresów. Składają się nań pocztówki wraz z liścikami adresowanymi do Antoninki (autor książki z całej korespondencji wybrał sto najciekawszych), w których ojciec relacjonował swój pobyt w danym miejscu i dzielił się uzyskanymi na jego temat informacjami. Czasem był to opis przygody czy spotkanych po drodze ludzi, innym razem kontekst historyczny czy literacki (najbardziej rozbawiła mnie ciekawostka o umiłowaniu młodego wieszcza do chodzenia po dachu, czynności tyleż niebezpiecznej, co inspirującej). Sprawozdania ojca są żywe, przepełnione humorem, trafnymi spostrzeżeniami i miłością do swojej, prawdopodobnie jedynej, córki. 

Pocztówki z kresów przedwojennej Polski zapewniają bardzo udaną podróż w czasie. Czar pięknych zdjęć przenosi czytelnika na truskawieckie deptaki, do Berezy Kartuskiej, a nawet na sam środek Prypeci, na której polski inżynier, pływając duszohubką, czuł się jak odkrywca Amazonki. Żałuję tylko, że zdjęcia zawarte w książce nie są tożsame z tymi, które widniały na przesyłanych do Antoninki pocztówkach, jednak nie umniejsza to czaru książce. Album jest bowiem niezwykle interesującym źródłem informacji na temat ówczesnych wschodnich kresów Polski i ich mieszkańców. Mimo, iż opisane miejscowości nadal istnieją, są już inne - leżą w granicach innego kraju a XXI wiek odcisnął na nich swoje piętno...

Wydawnictwo Naukowe PWN 2012

niedziela, 30 września 2012

Czteromiesięczna podróż po Ameryce Południowej nie była marzeniem życia Doroty Głuskiej. Po prostu pewnego dnia myśl wykiełkowała w jej głowie i nie dała o sobie zapomnieć, póki się nie urzeczywistniła. Plan był taki, żeby... niczego nie planować. Jedynymi wyznacznikami podróży był ogólnie zakrojony kierunek (Ameryka Południowa) oraz termin wyjazdu i powrotu (rzeczywistość zweryfikowała ten plan...). Wielu znajomych Doroty uważało pomysł samotnej podróży za szalony - jednak to tylko utwierdziło ją w przekonaniu, że chce jechać i pokazać, że da radę. I dała!

W ciągu pięciu miesięcy przebyła 16000 kilometrów. Trasę samotnej podróżniczki najczęściej wyznaczał przypadek - czasem spotkanie z kimś, kto akurat zmierzał w atrakcyjnym kierunku, czasem pora deszczowa, która przeganiała ją z miejsca na miejsce (dziewczyna "planując" wyjazd nie wzięła pod uwagę pory, w jakiej udaje się do Ameryki). Dzięki temu, że wyprawa nie miała dokładnie ustalonej trasy Dorota nigdzie nie musiała się spieszyć i często poddawała się chwili, co nadawało podróży niepowtarzalny charakter. Deszcz nie pozwolił zobaczyć Machu Picchu? Nie szkodzi, wizyta u szamana na ceremonii ayahuasca też nie była w planach!

Książkę czyta się z ogromnym zainteresowaniem. Dorota Głuska już od pierwszych stron wciągnęła mnie w swoją przygodę, czego niewątpliwą zasługą jest urok autorki. Podróżniczka wielokrotnie rozbawiła mnie swoją opowieścią, w której dało się wyczuć ogromny dystans do przeciwności, które napotykała na swojej drodze. Nie ukrywam, że dużą część sympatii Dorota zaskarbiła sobie już na wstępie - podziwiam kobiety, które decydują się na samotne wyprawy, za którymi nie stoi telewizja czy sponsorzy i które przez czas podróży są zdane tylko na siebie. Choć Burza depcze mi po piętach chwilami kuleje językowo, jest to jedna z najprzyjemniejszych książek podróżniczych jakie czytałam. 

PWN 2012

niedziela, 9 września 2012

Książka O ziemiańskim świętowaniu jest barwnym studium przebiegu dwóch największych polskich świąt w ziemiańskich pałacach i dworach. Autor, bazując na wspomnieniach osób żyjących na przełomie XIX i XX wieku oraz na bogatej bibliografii, przedstawił dokładny obraz świąt Bożego Narodzenia oraz Wielkiejnocy celebrowanych między rokiem 1864 a wybuchem II wojny światowej. Podczas lektury czytelnik ma okazję przenieść się w ten magiczny czas - poznaje nie tylko świąteczne tradycje (wraz z ówczesnym jadłospisem!), ale jest także świadkiem świątecznych przygotowań: szeroko pojętych porządków (z bieleniem pomieszczeń w przypadku Świąt Wielkanocnych), zakupów czy podróżowania na ten okres do rodzinnego domu. 

Tekst publikacji został wzbogacony bogatym materiałem ikonograficznym. Do najważniejszych należą fotografie z ówczesnego okresu oraz liczne drzeworyty autorstwa Andriollego czy Pilatiego. To właśnie te materiały w połączeniu z wyimkami z dzienników tworzą niepowtarzalną atmosferę, która towarzyszy lekturze. Dzięki nim udało się wiernie odtworzyć czar wigilijnej wieczerzy czy nastroju panującego w kuchni podczas przygotowań łokciowych bab, które wymagały od kucharki szczególnego kunsztu, gdyż nietrudno było zamiast pięknej wysokiej baby wyjąć z pieca wypiek krzywy bądź zakalcowaty.

O ziemiańskim świętowaniu to lektura obowiązkowa dla wszystkich zainteresowanych polskimi obyczajami oraz polskim ziemiaństwem. Lekturę polecam także tym, którzy szukają inspiracji przy organizowaniu własnych spotkań świątecznych - być może książka będzie inspiracją do powrócenia do starych ziemiańskich tradycji, które wniosą do domu czytelnika trochę magii, która zagubiła się gdzieś w drodze do XXI wieku.

Wydawnictwo Naukowe PWN 2011

niedziela, 2 września 2012

Świeżo po lekturze Byle dalej. W 888 dni dookoła świata sięgnęłam po książkę traktującą o... podróży dookoła świata. Szczerze mówiąc nie spodziewałam się niczego odkrywczego. Podczas lektury okazało się jednak, że W 80 000 pytań dookoła świata nie wpisuje się w nurt popularnej w ostatnim czasie literatury podróżniczej, która jest dziełem niskobudżetowych podróżników, przemierzających drogi i bezdroża autostopem czy na jednośladach. Ale Dennis Gastmann podróżnikiem nie jest... Jak mówi - wszystkiemu winna jest telewizja. Dennis jest bowiem reporterem, który szuka odpowiedzi na pytania zadane przez telewidzów, które, delikatnie mówiąc, nie zawsze są poważne. Czy Holandia jest w kropce? Jak cudowna jest Panama? Czy wszyscy Australijczycy są przestępcami? Albo - dlaczego Murzyn jest czarny? Aby znaleźć odpowiedzi Dennis odwiedza niemal wszystkie kontynenty. Szuka nazistów w Argentynie, w Etiopii bada korzenie biblijnych przodków człowieka, w Sewilli próbuje dociec, dlaczego zostaje się toreadorem (tracąc przy tym kawałek kurtki), w Paryżu natomiast szuka wyjaśnienia genezy określenia "miasto miłości". Podczas spotkań ze swoimi rozmówcami jest rozbrajająco szczery i dociekliwy, zadając często bardzo niewygodne pytania...                                              
źródło: faz-community.faz.net

W 80 000 pytań dookoła świata to książka interesująca już ze względu na sam koncept. Rzadko zdarzają się tematyczne książki podróżnicze, zwykle są to po prostu relacje z wyjazdów ich autorów. Publikacji nie można odmówić także innych atutów. Książka jest niezwykle interesująca, a przy tym napisana lekko i z dużą dozą humoru. Podczas lektury nie mogłam oprzeć się urokowi autora, który przemierza świat z niewielką damską walizeczką. 

Wydawnictwo Naukowe PWN 2012
Tytuł oryginału: Mit 80.000 Fragen um die Welt
Przekład: Małgorzata Mirońska

niedziela, 15 lipca 2012

Przysięga Gertrudy długo czekała na swoją kolej. Nie miałam nastroju na czytanie przygnębiających książek o drugiej wojnie światowej i Holokauście. Kiedy jednak zdjęłam z półki powieść Ram Orena, pochłonęłam ją jednym tchem.

Tytułowa przysięga Gertrudy to obietnica, którą ta złożyła umierającej matce Michała Stołowickiego. Niania zobowiązała się do opieki nad pięcioletnim chłopcem, bez względu na wszystko. Ojciec chłopca zaginął w wojennej zawierusze i od tej pory chłopiec był zdany tylko na Gertrudę. Opiekę nad żydowskim dzieckiem nieco ułatwiał fakt, iż niania była polską katoliczką i miała "czyste papiery", nie dając jednak gwarancji bezpieczeństwa (Polacy pomagali Żydom i Niemcy doskonale zdawali sobie z tego sprawę). Paralelnie z losami Gertrudy poznajemy historię Karla Rinka, oficera SS, który - zachłysnąwszy się ideologią faszystowską - stawia na szali swoją rodzinę. Wszystko wskazuje na to, że drogi Gertrudy i Karla zejdą się ze sobą - jaki będzie wynik tego spotkania? Czy Gertrudzie uda się dotrzymać obietnicy?

Przysięga Gertrudy to historia niezłomnej kobiety, która dla jednego dziecka podjęła ogromne ryzyko. Gdy wybuchła wojna matka Michała dała jej możliwość rezygnacji z ryzykownej posady niani żydowskiego chłopca, ta jednak nie ugięła się, wiedziała, że musi zaopiekować się obydwojgiem... Książka Rama Orena to także opowieść o tych, którzy stali po "drugiej stronie" barykady, bezgranicznie wierząc w partię faszystowską. Przysięga Gertrudy to wciągająca historia, która daje nadzieję i wiarę w ludzi. 

Wydawnictwo Naukowe PWN 2012
Tytuł oryginału: Gertruda's Oath: A Child, a Promise, and a Heroic Escape During World War II
Przekład: Maciej Nawariak

środa, 13 czerwca 2012

Achim Peters, jest badaczem mózgu, internistą oraz diabetologiem, a Samolubny mózg jest pokłosiem jego badań dotyczących metabolizmu oraz zapotrzebowania ludzkiego organizmu na energię. Peters w wyniku swoich obserwacji ukuł teorię "selfish brain". Samolubny mózg? - dość przewrotne i na pierwszy rzut oka nietypowe zestawienie, ale - jak się okazuje podczas lektury - nie bez przyczyny ten niezwykle ważny organ został obdarzony taką właśnie cechą. Jak pokazują wcześniejsze badania, mózg jest kluczowym (i egoistycznym) dystrybutorem energii. Co to oznacza w praktyce? Mózg najpierw zaspokaja swoje własne potrzeby, dopiero naddatki energii przesyłając pozostałym odbiorcom. W przypadkach skrajnego głodu wszystkie organy kurczą się, tracąc swoją masę, podczas gdy właściwości mózgu pozostają niezmienne... Mózg, będąc odpowiedzialnym za gospodarkę energetyczną organizmu, zarządza gromadzenie zapasów energii, często zbyt nadmierne. Stąd już bliska droga do otyłości... Peters zwraca jednak uwagę na sposoby przechytrzenia mózgu, dzięki czemu diety podejmowane przez nas będą skuteczniejsze lub w ogóle nie będą nam potrzebne.

Samolubny mózg to książka rewolucyjna. Udowadnia, że ludzie otyli wcale nie muszą być za taki stan rzeczy odpowiedzialni, obawiam się jednak, że teoria może nieść ryzyko zbyt łatwego rozgrzeszania się i folgowania swoim słabościom (bo i tak nie mamy na to wpływu - wszystkim steruje mózg). Dlatego niezwykle ważne jest, aby podczas lektury nie pominąć tego, co właściwie w książce najważniejsze - analizy czynników sprzyjających poprawnemu pobieraniu energii z organizmu, a nie z zewnątrz. 

Książkę polecam tym , których nie przeraża przedzieranie się przez suchy, naukowy wywód :)

Wydawnictwo Naukowe PWN 2012
Tytuł oryginału: Das egoistische Gehirn
Tłumaczenie: Marta Molak 

środa, 14 marca 2012

Po niedawnej lekturze Porzekadeł na każdy dzień sięgnęłam po kolejną publikację Jerzego Bralczyka. Tym razem wybitny językoznawca przez pryzmat słów przygląda się światu. W jaki sposób słowa go opisują? Jak my sami opisujemy świat i samych siebie za pomocą słów?

Bralczyk sięgając do źródeł literackich, historycznych i religijnych omawia etymologię słów podzielonych na dwie kategorie - Ja i Świat. Przygląda się zmianie znaczeń, bierze pod lupę mechanizmy powstawania pewnych określeń, jednocześnie& zastanawiając się, czemu pewne formy, choć analogiczne do innych, nie przyjęły się (istnieje słowo przepiękny, ale czy ktoś powie przeładny? Nawet edytor podkreślił to słowo czerwonym wężykiem, a przecież jest ono poprawnie skonstruowane). Z ogromnym zainteresowaniem śledziłam zmiany w polskim języku, których przykładem jest np. słowo dziecko, pochodzące z języka prasłowiańskiego, a... niegdyś odmienne przez rodzaje! Był więc ten dzieck, była ta dziecka i - oczywiście - to dziecko. Dziecko natomiast mogło być powolne. I nie musiało to wcale oznaczać, że miało ono mało energii - powolnym można być komuś, co znaczy, że jest się posłusznym czyjejś woli.

Kocham język polski, uwielbiam więc publikacje takie jak Świat przez słowa. Porzekadła na każdy dzień bardzo przypadły mi do gustu, ale w moim odczuciu Świat... wypada lepiej. O ile podczas poprzedniej lektury mogłam weryfikować swoją wiedzę czy też kierunek własnej interpretacji powiedzeń, o tyle Świat... wzbogacił mnie nowymi informacjami. Żałuję tylko, że w publikacjach językoznawczych nie zadbano o należytą korektę - mam wrażenie, że nie zaufano żywej osobie, lecz czerwonym wężykom pojawiającym się w edytorze tekstowym. Szkoda, bo każe to nie to samo co karze.

Wydawnictwo Naukowe PWN 2009

sobota, 4 lutego 2012

Jerzy Bralczyk, znany językoznawca, specjalizujący się w języku polityki i reklamy, w Porzekadłach na każdy dzień zajął się materią znaną chyba wszystkim Polakom. Bo kto nigdy nie spotkał się z takimi wyrażeniami jak: Kto pod kim dołki kopie, sam w nie pada, Każdy kij ma dwa końce czy Strzeżonego Pan Bóg strzeże? Czasem "porzekujemy", by dodać sobie mądrości, a czasem zupełnie nieświadomie, gdyż powiedzenia przez swoje zadomowienie się w języku po prostu - bezwiednie - wypowiadają się. Mądrości w nich zawarte ostrzegają, pocieszają oraz pomagają w wyciągnięciu wniosków na przyszłość.

Porzekadła omawiane przez autora zostały zebrane w bardzo ciekawej formie kalendarza. Każdy dzień przynosi inną mądrość i chyba najlepszym sposobem na lekturę jest codzienne zapoznawanie się z jednym z porzekadeł, adekwatnym do daty, dzięki czemu wywody profesora nie umkną z pamięci, a trzeba przyznać, że w odbiorze do najłatwiejszych nie należą. Bralczyk bawi się słowami (a jaką piękną polszczyzną operuje!), lawiruje w gąszczu ukrytych znaczeń - lektura wymaga od czytelnika skupienia, ale w zamian oferuje możliwość dobrej zabawy w odgadywanie ukrytych znaczeń i mądrości, które można na bieżąco weryfikować z wyjaśnieniami profesora Bralczyka, będącego autorytetem w dziedzinie języka.

Wydawnictwo Naukowe PWN 2009

wtorek, 10 stycznia 2012

Reklama jest wszechobecna. Towarzyszy nam podczas oglądania telewizji, słuchania radia, przeglądania prasy, a w formie billboardów - nawet podczas spacerów. Nic więc dziwnego w tym, że po pewnym czasie przestajemy zwracać na nią uwagę. Slogany reklamowe są jednak ciekawym zjawiskiem językowym i warto im się bliżej przyjrzeć. Na początek proponuję lekturę Słownika sloganów reklamowych autorstwa Marty Spychalskiej i Marcina Hołoty. Wprawdzie układ i tytuł wskazuje wyraźnie na formę książki, nic nie stoi jednak na przeszkodzie, aby słownik przeczytać ciągiem.

Autorzy zebrali najciekawsze i najpopularniejsze slogany reklamowe ostatniej dekady, sięgając także do starszych materiałów. Znajdziemy tutaj slogany bardziej nośne, które utrwaliły się w naszej świadomości i w języku (Ociec, prać?, W McDonald's spotkajmy się, Red Bull - doda Ci skrzydeł) oraz te mniej popularne jak Dobre krycie za dobrą cenę czy Oferta ZREMB-u zawsze na czasie). Autorzy zwracają uwagę na chwyty zawarte w sloganach reklamowych (do których należy np. magiczne słówko "pomaga"), które zabezpieczają komunikat przed zarzutem wprowadzania w błąd* oraz na ich uniwersalność, oderwanie od reklamowanego produktu, w związku z czym wiele sloganów przenika do języka potocznego. Tak było w przypadku kampanii społecznej "Powstrzymać przemoc domową", której hasło Bo zupa była za słona weszło do polszczyzny, niestety nabrawszy ironicznego wydźwięku. Ciekawym zjawiskiem jest także korespondowanie sloganów różnych marek z jednej branży, czego przykładem może być "dialog" Telekomunikacji Polskiej i firmy Tele2 - odpowiedzią na slogan: To ludzka rzecz pogadać było hasło: To ludzka rzecz oszczędzać, natomiast slogan: Łączy nas coraz więcej został sparafrazowany: Tele2 - łączy nas taniej.

Słownik wraz z interesującymi aneksami (np. zestawienie słów najczęściej występujących w sloganach czy hasła wykorzystywane w promocji więcej niż jednej marki) jest ciekawą lekturą nie tylko dla pasjonatów języka polskiego czy studentów marketingu - może być także inspiracją dla twórców spotów.

Wydawnictwo Naukowe PWN 2009

*Pisał o tym również Jerzy Bralczyk w Języku na sprzedaż.