Pokazywanie postów oznaczonych etykietą W.A.B.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą W.A.B.. Pokaż wszystkie posty

sobota, 23 maja 2015

Matka Makryna to jedna z tych książek, które od pierwszych stron czarują czytelnika słowem i przenoszą go w czasie do XIX wieku... i do czasów szkolnych i studenckich lektur. Jacek Dehnel przywołał czar języka polskiego, tę niepowtarzalną aurę zapomnianych słów, której wielokrotnie doświadczałam, a która gdzieś uleciała w natłoku potocznej polszczyzny serwowanej w większości współczesnych powieści. 

Ale Jacek Dehnel czaruje nie tylko słowem, lecz zwodzi także historią, wyprowadzając czytelnika na manowce. Podczas lektury pierwszych stron jest on świadkiem wyznania Makryny Mieczysławskiej, przeoryszy klasztoru unickich zakonnic w Mińsku, która skarży się na prześladowania spowodowane odmówieniem Rosji przejścia na prawosławie. Te sugestywne opisy siedmioletniej katorgi przeplatane są opowieścią Ireny Wińczowej, wdowy po rosyjskim wojskowym, dla której los również nie był łaskawy. Bita i pogardzana przez męża-alkoholika, po śmierci swojego oprawcy nie zaznała jednak ukojenia, gdyż w ówczesnym społeczeństwie kobiety w jej wieku uznawane były za bezużyteczne. Wnikliwy czytelnik zapewne znajdzie analogie w losach tych dwóch kobiet, i słusznie. Wraz z upływem stron te dwie historie coraz bardziej się zazębiają, przenikają, by w końcu spleść się w jedną całość... 

Wińczowa okazała się kobietą przebiegłą, świadomą tego, że albo zwycięży, albo przegra wolność, być może nawet życie. Stawka w tej grze była wysoka, ale rozgrywka toczyła się również o najwyższą wartość - przywrócenie zdeptanej godności. Gdy tylko nadarzyła się okazja, wdowa ruszyła przed siebie ze swoją historią i była w tym wszystkim tak wiarygodna, że zyskała nie tylko uwielbienie tłumów, ale i przychylność samego papieża.

Jak już wspomniałam, Matka Makryna została napisana fenomenalną polszczyzną! Rozsmakowywałam się w każdym zdaniu, nasyconym archaizmami i regionalizmami (na końcu powieści znajduje się słowniczek). Trafionym zabiegiem jest taka a nie inna konstrukcja powieści, w której monolog Mieczysławskiej przeplata się z monologiem Wińczowej - ja sama początkowo czułam się zwiedziona i nie potrafiłam odróżnić prawdy od kłamstwa. Co jest więc prawdą? 

Dehnel w powieści porusza wiele problemów społecznych XIX wieku, z których najmocniejszym akcentem wydaje się być sytuacja kobiet. Ze wspomnień Wińczowej wyłania się ogromny głód książek, do których kobiety nie były dopuszczane, jako tajemniczych, wręcz świętych przedmiotów. Jedynie przypadek - jak często w jej życiu - sprawił, że Irena nauczyła się czytać. Ówczesna kobieta nie była bytem autonomicznym, żyła w cieniu mężczyzny. Bohaterka powieści miała to nieszczęście, że nie mogła mieć dzieci i w jej odczuciu ten fakt zaważył na tym, jak była traktowana przez męża. To właśnie jej osobiste krzywdy były kanwą, na której powstały szczegółowe opowieści o torturach, którym poddawane były zakonnice z "jej" klasztoru.

Matkę Makrynę oczywiście gorąco polecam. Wprawdzie zdarzały się momenty, gdy przyłapywałam się na znużeniu, jednak w ogólnym rozrachunku jest to świetna powieść, której autor zadał sobie spory trud aby wiarygodnie przedstawić realia, w których żyła wielka mistyfikatorka: prześledził korespondencję, zapisy zeznań oszustki, notki prasowe, a także badania nad jej fenomenem, szperał w słownikach ówczesnej polszczyzny... 

Jeżeli pozostałe powieści Dehnela reprezentują ten sam poziom, "kupuję je" w ciemno.

W.A.B. 2014

czwartek, 29 stycznia 2015

Pokolenie moich rodziców i dziadków, czyli osób, którym przyszło spędzić co najmniej lata swojej młodości w PRL-u, nie raz powtarzają jak wtedy było pięknie i wspaniale. Można było podłapać fuchę i dorobić, człowiek nie miał tylu zmartwień co dziś. Służba zdrowia była lepsza, w pracy też było inaczej, nie było szczucia jednego przeciwko drugiemu. Tylko na półkach w sklepach nie było wyboru, a niektóre artykuły nabywało się po znajomości, czyli nie do końca uczciwie wobec współobywateli. Z pewnością ludziom żyło się bardziej beztrosko, większość nie pędziła za zyskiem, bo do czego były potrzebne te pieniądze, skoro i tak niczego nie można było kupić? Wolność była większa, choć dziś mówi się, że PRL był systemem totalitarnym, niewolącym ludzkie ciała i umysły. 

Osobiście uważam, że to my, dzieci i wnukowie osób żyjących w czasach komuny, jesteśmy bardziej zniewoleni przez system i normy, którymi się otaczamy i które mają nam gwarantować wolności, a stają się kajdanami. Sami je sobie zakładamy, aby w pozornym spokoju co dzień biec do pracy, gdzie nasz trud służy powiększaniu bogactwa naszych pracodawców. Demokracja niosąca ideę równości ludzi wobec prawa w dzisiejszych czasach okazuje się być pustosłowiem - społeczeństwa, które dłuższy czas żyją w demokracji, popadają w marazm. Obywatele zapadają w swego rodzaju sen zimowy, w swoich domach-gawrach spędzają błogo czas wolny od pracy i konsumują wtłaczane im przez media masowe obrazy o szczęśliwym społeczeństwie. Ale co się stanie kiedy radio zamilknie, w telewizorze nie wyświetli się obraz, telefony komórkowe nie przekażą połączeń, a internet przestanie działać? Jak świat będzie funkcjonował gdy do spłuczki w toalecie nie napłynie woda, a na stacji nie będzie można zatankować paliwa bo pompy do działania potrzebują prądu? Jak długo dzisiejszy człowiek może sobie radzić bez dostaw energii elektrycznej?

Wielu z nas zapewne nawet nie zastanawia się jak wiele czynności, które codziennie wykonujemy, jest zależnych od prądu. Budzimy się - budzik coraz częściej mamy ustawiony albo w komórce, albo w jakimś urządzeniu na prąd. Poranna toaleta: pstryk! - światło, woda w kranie pompowana za pomocą prądu, suszarka, maszynka do golenia, lokówka, prostownica - wszystko na prąd. Następnie śniadanie - kawa lub herbata - a więc czajnik elektryczny, bo instalacje i butle gazowe są niebezpieczne. Produkty spożywcze trzymamy w lodówce - też na prąd! Można tak długo wymieniać, a to przecież tylko przykład codziennych czynności podejmowanych przez każdą jednostkę. A jak wygląda codzienność całego społeczeństwa? Co oznacza brak energii elektrycznej dla przedsiębiorstw czy państwa? Jak wiele problemów napotka rząd w momencie awarii sieci energetycznej? 

Dlaczego w przydługawym wstępie przywołałem czasy komunizmu? Aby ukazać, że dzisiejszy człowiek, który uważa, że żyje w wolnym społeczeństwie i któremu państwo niemal mówi: rób co chcesz, nawet nie zdaje sobie sprawy, że jest od niego całkiem zależny i wszystkie podejmowane decyzje uwzględniają jego dyktat. Właśnie przeciwko takiej organizacji państwa powstają sprawcy wyłączenia prądu w niemal całej Europie. Odzierają oni z kolorowych łaszków prawdziwe oblicze demokracji, jej bezsilność, zawodność oraz zniewolenie ludzi. Ale te refleksje właściwie pojawiają się tylko między wierszami. Na pierwszym planie widzimy tragedię jednostek, które pozostawione same sobie na własną rękę podejmują walkę o przetrwanie w nowych realiach. Ich perypetie oraz historia dzielnego i odważnego włoskiego informatyka - oto sól tej książki. 

Marc Elsberg w podtytule powieści Blackout nie bez kozery dodał, że to najczarniejszy scenariusz z możliwych. I taką historię udało mu się stworzyć. Co prawda przewidywanie zachowania pięciuset milionów mieszkańców kontynentu europejskiego przypomina wróżenie z fusów, ale wizja roztoczona przez Niemca wydaje się być dość realistyczna. Choć to dopiero początek roku, Blackout niewątpliwie znalazłby się w moim zestawieniu książek wartych polecenia (nie znajdzie się tam tylko dlatego, bo nie prowadzę takowego). Do twórczości Elsberga z pewnością powrócę gdy tylko zostanie przetłumaczona jego kolejna książka (Zero). 

Słowem zakończenia pozwolę sobie powrócić jeszcze raz do czasów komunizmu w Polsce. Gdyby jakiś szaleniec postanowił odłączyć prąd w całym bloku państw komunistycznych, to pokolenie moich rodziców i dziadków z pewnością lepiej poradziłoby sobie z jego brakiem niż bohaterowie powieści oraz my dzisiaj.

Tytuł oryginału: Blackout
Przekład: Elżbieta Ptaszyńska-Sadowska
Wydawnictwo W.A.B. 2015

czwartek, 8 sierpnia 2013

Grecja, uznawana za kolebkę cywilizacji zachodniej, przez wiele lat kojarzona była nie tylko z dziedzictwem kulturowym, ale również z pięknymi plażami czy uroczymi biało-niebieskimi budynkami oraz wąskimi uliczkami. Kilka lat temu na tym idealnym obrazku powstała jednak rysa. Oczy całego świata zwróciły się w stronę Grecji, która pogrążyła się z kryzysie. Również w Polsce śledzono rozwój wypadków w południowej części Półwyspu Bałkańskiego - dla radia TOK FM relacjonował je Dionisios Sturis, dziennikarz i autor książki Grecja. Gorzkie pomarańcze.

Sturis uważa się za pół-Greka, pół-Polaka, choć wielokrotnie usłyszał, że nie ma możliwości być kimś w połowie - skoro urodził się w Grecji, jest Grekiem. Jego matka uciekła od męża i od Grecji do Polski gdy Dionisios miał zaledwie dwa lata. Po latach wrócił do kraju swojego wczesnego dzieciństwa, próbując zgłębić jego tajemnice oraz odnaleźć swoją tożsamość. Zapisał się na kurs języka greckiego, licząc na to, że cokolwiek pozostało w jego pamięci, wystarczy dać umysłowi bodziec, a otworzy się jakaś szufladka, coś się przypomni... Nic takiego jednak nie nastąpiło. 

Pobyt w Grecji zaowocował wnikliwymi obserwacjami greckiej rzeczywistości i odkurzeniem rodzinnych wspomnień. Równolegle z poszukiwaniem własnej tożsamości przez Dionisiosa poznajemy problemy Grecji, których dziennikarz był świadkiem - demonstracje odbywające się na Placu Syntagma czy strajk głodowy podjęty przez imigrantów. Sturis nie szuka usprawiedliwienia dla Greków, przeciwnie - widzi ich wady, zauważa też wiele niedociągnięć w systemie, zwraca uwagę na łapówkarstwo. Jakby dla zachowania równowagi pisze również o fascynującej Melinie Mercouri, aktorce i piosenkarce zaangażowanej w politykę. 

Dionisios Sturis pokazuje Grecję daleką od wizji pokazywanej w folderach turystycznych, w której najczęściej dominują zdjęcia pięknych plaż i biało-niebieskie barwy. Kraj ten tutaj jawi się w odcieniach szarości - okazuje się, że gorycz poczuć można nawet smakując pomarańcze. Najgorsze jest to, że - jak mówi jeden z rozmówców Sturisa - Grecja jest lustrem, w którym odbijają się współczesne bolączki i koszmary, a wirus, który zaatakował kraj, będzie się mutował i rozprzestrzeniał. Jedyną radą jakiej udziela Grekom i Europejczykom w ogóle, jest przeglądnięcie się w tym lustrze i wytrzymanie przykrego widoku. Gdy stłucze się lustro, nadzieja na pokonanie złych chwil zginie bezpowrotnie. Grecja. Gorzkie pomarańcze również mogą być takim zwierciadłem. Pozostaje liczyć na to, iż dla Polski nie jest jeszcze za późno.

W.A.B. 2013
Seria: Terra Incognita

środa, 27 marca 2013

Magdalena Samozwaniec pochodziła z artystycznej rodziny - dziadek Juliusz, ojciec Wojciech oraz brat Jerzy byli malarzami, siostra Maria Pawlikowska-Jasnorzewska znaną poetką, a siostra stryjeczna Zofia Kossak-Szczucka - pisarką. Nic więc dziwnego w tym, że i Magdalenie Kossak, jak naprawdę nazywała się Samozwaniec, również przypadł w udziale talent. Owa iskra boża przejawiała się błyskotliwością, celnym okiem i umiejętnością przelewania swoich obserwacji na papier. Z tego połączenia rodziły się nie tylko powieści, ale i znakomite teksty publicystyczno-satyryczne takie jak Piękna pani i brzydki pan.

Książka jest zbiorem felietonów na temat ówczesnej autorce obyczajowości i przypomina trochę Moralność pani Dulskiej Gabrieli Zapolskiej, choć tutaj "dostało się" wszystkim po równo - mieszczanom, arystokracji, artystom i... służbie. Samozwaniec pisze o niewolnicach mody, drapieżnych kobietach czyhających na cudzych mężów przebywających samotnie w uzdrowiskach oraz o skąpych gospodyniach domowych, podtruwających podpsutym jadłem swoich gości. Służbie zarzuca nieostrożność ("tłuczek do porcelany" to nikt inny jak niezdarna służąca), nieszczerość oraz naiwność. To jednak tylko wycinek z katalogu wad, jakim niewątpliwie stała się książka Magdaleny Samozwaniec.

Choć opisywane realia dawno odeszły w zapomnienie, wiele tematów jest zaskakująco aktualnych. Człowiek jest bowiem człowiekiem i pewne zachowania leżące w jego naturze pozostają niezmienne. Większość z nas może w Pięknej pani i brzydkim panu odnaleźć siebie i choć śmiejemy się podczas lektury, po chwili przychodzi konstatacja rodem z Gogolowego Rewizora - Z czego się śmiejecie? Z siebie samych się śmiejecie!... Takt i elegancki język Magdaleny Samozwaniec sprawiają jednak, że prawda nie jest bolesna, a książkę czyta się wyśmienicie.

W.A.B. 2013

sobota, 29 grudnia 2012

Mimo ogromnej miłości do ptaków nie miałam zamiaru czytać tej książki. Okładka nie trafiła w mój gust, przez co książka "zginęła" w natłoku innych, z pozoru atrakcyjniejszych lektur. Gdy w końcu po nią sięgnęłam, przepadłam w zachwycie! Przecież to książka o mnie, o moim uczuciu, którego - jak mi się wydawało - nikt nie rozumie. Jakże się myliłam! Jak bliskie jest mi to, o czym napisała Esther Woolfson! 

Corvus. Życie wśród ptaków jest opowieścią o ptakach, które pojawiły się w życiu autorki - gawronie Kurczaku, sroce Pyskaczu, wronie Ziki i wielu innych - oraz o tym, co wniosły w jej życie, jak zmieniły jej postrzeganie świata. Doskonale rozumiem podział życia na etap "przed ptakami", kiedy nie zauważało się przedstawicieli awifauny w swoim najbliższym otoczeniu, oraz obecne życie wśród ptaków, które przynosi zadziwienie: jak można było żyć inaczej? Z podobnym zrozumieniem spotkało się wiele spostrzeżeń czy dylematów autorki. Ja również mam trudności z nazwaniem swojej relacji ze skrzydlatym przyjacielem (nie jest to posiadanie, może więc współlokatorstwo?), a ptaki, które oglądam w sklepach zoologicznych, wywołują w nas to samo uczucie - chęć natychmiastowego zabrania ich do domu (mam wrażenie, że jest to jakaś nietypowa odmiana instynktu macierzyńskiego). Ale przedstawiciele awifauny pojawili się w życiu Esther Woolfson w inny, nie tak prozaiczny jak zakup, sposób. Wiele z nich było podrzutkami - ktoś rezygnował ze swojego towarzysza lub znalazł pisklę i przyniósł je do kobiety, która słynęła w okolicy z opieki nad ptakami wszelkiej maści. Jak bywa w takich przypadkach, ptaki wykarmione przez człowieka nie zostały zwrócone naturze, lecz zostały z człowiekiem, stając się pełnoprawnymi członkami rodziny. 

Jak wspominałam na początku, książka zachwyciła mnie bez reszty! Zbieżność poglądów i podobnie czułe podejście do ptaków zbliżyło mnie do autorki w sposób, jakiego dotąd nie doświadczyłam. Lekturę uprzyjemniała spora dawka humoru, choć w Corvusie nie brakuje również wzruszających momentów. Na koniec dodam, iż tak zżyłam się z bohaterami książki, że teraz widząc gawrona nie potrafię nie myśleć o Kurczaku, który w szkockim Aberdeen upycha w zakamarkach gabinetu smakołyki na później...

W.A.B. 2012
Seria: Biosfera
Tytuł oryginału: Corvus
Tłumaczenie: Adam Pluszka i Joanna Wajs

PS. Prowincjonalna nauczycielko, dziękuję za polecenie tak fantastycznej książki!

sobota, 20 października 2012

Afganistan kojarzony jest przede wszystkim z konfliktami zbrojnymi (przez co uważany jest za niebezpieczny) oraz trudną sytuacją tamtejszych kobiet*. Mimo to Dorota Kozińska podjęła wyzwanie jakim był kilkumiesięczny wolontariat, w ramach którego miała uczyć młodych Afgańczyków języka angielskiego. Zadanie to niełatwe - bo jak można pogodzić realizację programu zawartego w podręczniku z polityczną i obyczajową poprawnością? Jak mówić o sprawach oczywistych w demokratycznym społeczeństwie nie raniąc niczyich uczuć i nie burząc przy tym ładu społecznego? Konieczna okazała się cenzura podręcznika i stworzenie katalogu "bezpiecznych" tematów, które mogą być poruszane zwłaszcza na lekcjach z dziewczętami (zajęcia były prowadzone oddzielnie dla każdej płci). 

Organizatorzy wolontariatu przydzielili Dorocie Kozińskiej partnera, który miał prowadzić zajęcia z informatyki, jednak Polakom nie dane było spędzać czas wolny na wspólnych spacerach po okolicy czy rozmowach. Ponieważ zakwaterowano ich u afgańskiej rodziny, narzucono im lokalne zwyczaje. Dorota została wciągnięta przez kobiety do ich świata, natomiast czas jej partnera organizowali miejscowi mężczyźni. Dorota początkowo buntowała się przeciwko nakazom i zakazom, chciała czerpać z możliwości przebywania w obcym kraju, poznawać go, ale jeden samotny spacer wystarczył, aby nabrała pokory wobec odmienności kulturowej. 

Dobra pustynia to opowieść o zderzeniu dwóch światów - liberalnego i demokratycznego z krajem muzułmańskim, w którym żyje się zgodnie z nakazami religijnymi i tradycją przekazywaną z pokolenia na pokolenie. W tym kontekście szczególnie rzuca się w oczy, jak trudne zadanie czeka wolontariuszy, którzy podejmują się edukacji kobiet - przypadki zamachów na szkoły, z najpowszechniejszą chyba formą zatruwania studni, nie należą do rzadkości... Ale tym, co mnie najbardziej poruszyło, jest niechlubna statystyka dotycząca śmiertelności kobiet i dzieci: roczna umieralność dzieci do piątego roku życia przewyższa ilość zgonów w Polsce w czasach okupacji hitlerowskiej. Co pół godziny umiera kobieta ciężarna, a co pięćdziesiąta - przy porodzie...

Warto się wsłuchać w opowieść Doroty Kozińskiej. Ogromny plus za piękne (i liczne!) fotografie!

*Ubiegłoroczną edycję konkursu World Press Photo zdobył portret młodej Afganki, która straciła nos i uszy po tym jak uciekła od znęcającego się nad nią męża. 
Fot. Jodi Bieber, źródło: wiadomości.gazeta.pl

W.A.B. 2012
Seria: Terra Incognita

wtorek, 9 października 2012

Miałem nadzieję, że pójdzie tak łatwo jak z Sorokinem, ale to nie ten sam ciężar gatunkowy. Owszem, można u Pielewina doszukiwać się wątków literatury fantastycznej (wszak bohater Omon Ra od dziecka marzy, aby zostać kosmonautą, a akcja Samotnika i Sześciopalcego rozgrywa się na nieznanej planecie), ale najważniejsze jest przesłanie ukryte pod tym "kosmicznym" płaszczykiem. 

Omon Ra chciał wyruszyć w podróż kosmiczną. Przeszedł ciężkie testy, na pamięć wyćwiczył procedury, przeszedł przez męki, aby znaleźć się w przestrzeni pozaziemskiej. Celem jest Księżyc, kosztem osiągnięcia sławy i zapisania się na kartach historii ZSRR - własne życie. Misja okazuje się być samobójcza, ba, kosztuje również życie kilku innych młodzieńców. Księżyc nie posiadający atmosfery szybko wysysa ostatnie tchnienia z płuc Omon Ra, ale ten nie umiera... Budzi się w pieczołowicie przygotowanym studiu telewizyjnym wiernie oddającym krajobraz księżycowy - wszystko to ogromna mistyfikacja nastawiona na pokazanie Stanom Zjednoczonym siły i potęgi ZSRR - my też możemy posłać człowieka na Srebrny Glob! (Swoją drogą, czyż nie jest to bezczelne nawiązanie do lądowania Amerykanów na Księżycu i powiewającej flagi?). Na kpinę zakrawa również obraz ukazujący Reagana, który przyjechał negocjować ograniczenie arsenału jądrowego, podczas gdy Rosjanie nie posiadali takowego!

Kolejne opowiadanie, Żółta Strzała, rozgrywa się w pociągu, który nie ma ani początku ani końca, nie ma też stacji początkowej ani końcowej, nikt nie wie dokąd zmierza, choć niektórzy twierdzą, że jego celem jest urwany most. Ludzie się tu rodzą, dorastają i umierają. Prowadzą interesy, popadają w tarapaty, w konflikt z prawem, zakochują się. Niewielu myśli o życiu poza środkiem lokomocji, mówią, że tam nikogo nie ma, że cały świat jest w pędzącym składzie, a poza nim jest jakiś nierealny byt. Wśród nich znajduje się Andriej, który marzy, aby znaleźć odpowiedzi na te pytania. Co dziwne, udaje mu się to, gdyż pociąg na chwilę staje i rusza po tym gdy Andriej go opuszcza ruszając w nieznane. Ale czy na pewno jest już poza pociągiem? A może mężczyzna nadal śni sen, który rozpoczął się zanim "wysiadł"?

Najbardziej oderwanym od rzeczywistości jest opowiadanie Samotnik i Sześciopalcy. Akcja toczy się w świecie czerpiącym energię życiową z trzynastu słońc. Społeczeństwo zbudowane jest na zasadzie ściśle określonej hierarchii, bez miejsca dla niepełnosprawnych, istot o niestandardowej budowie fizycznej (sześć palców), biednych lub chorych. Są oni odpychani od źródła dającego nadzieję na zbawienie. Wśród nich pojawia się Samotnik-kontestator, który mówi, że istnieje życie poza społecznością, że można wyjść z tego zaklętego kręgu, rządzonego przez Dwudziestu Najbliższych (czyżby KC KPZR?)

Opowiadania te powstały w 1990 i 1992 roku, czyli jeszcze za istnienia i zaraz po upadku Związku Radzieckiego. Nie lada odwagą musiało być tak jawne krytykowanie i ośmieszanie władz w tym jednym z najbardziej opresywnych i ludobójczych reżimów świata. Pielewin zaatakował jedne z najczulszych punktów, w których ZSRR konkurowało z USA - wyścig kosmiczny i polityka zbrojenia. Do tego dorzucił obraz zniewolonego mentalnie człowieka radzieckiego, który nie powinien dociekać prawdy, bo prowadzi to do śmierci społecznej, do wyrzucenia na margines. Pocieszające na tym tle mogą wydawać się słowa Samotnika: Jesteśmy żywi dopóty, dopóki mamy nadzieję (...) A jeśli ją straciłeś, w żadnym razie nie pozwalaj sobie się tego domyślić. I wtedy coś się może zmienić. Ale w żadnym wypadku nie wolno na to poważnie liczyć.

W.A.B. 2007
Tytuł oryginału: Омон Рa, Затворник и Шестипалый, Желтая стрела
Tłumaczenie: Ewa Rojewska-Olejarczuk

środa, 11 lipca 2012

Nigdy nie lubiłam fizyki. Teoria oderwana od praktyki, niezrozumiałe wzory, skomplikowane wyliczenia - takie lekcje serwowała moja szkoła, skutecznie zniechęcając do pogłębiania swojej wiedzy w tej dziedzinie. Przypadek sprawił, że poznałam drugie oblicze fizyki. Pewnego poranka (śniadania jadam przy włączonym telewizorze) trafiłam na "Dzień dobry TVN", w którym to programie w ramach prowadzonego przez siebie cyklu "Nauka jest wszędzie" gościł Tomasz Rożek. Doktor fizyki i redaktor działu naukowego tygodnika "Gość Niedzielny" omawiał hologramy, zaskakując mnie nieznanymi mi zagadnieniami i sposobem przekazu - prostym i ciekawym. Równie interesująca okazała się książka Tomasza Rożka, która niedawno ukazała się na polskim rynku.

Nauka - to lubię. Od ziarnka piasku do gwiazd jest zbiorem piętnastu zagadnień z dziedziny fizyki. Wśród nich znalazły się takie tematy jak dźwięk, światło, latanie, pogoda czy kosmos. Podczas lektury czytelnik dowie się między innymi czy można złapać piorun, która woda szybciej zamarza - gorąca czy zimna, czy kranówka rzeczywiście jest niezdrowa i co łączy most z... makaronem. Każdy temat oprócz omówienia naukowego zawiera ciekawostki, dialog profesora z dziećmi oraz doświadczenie. Co ważne, eksperymenty można przeprowadzać samodzielnie w domowych warunkach i przy użyciu prostych przedmiotów.

Książka, zgodnie z intencją autora, adresowana jest do każdego czytelnika, bez ograniczeń wiekowych. Wspomniane wyżej dialogi powstały z myślą o młodszych, dociekliwych czytelnikach i chwilami raziły mnie prostotą formy. Również sposób wywodu został dostosowany do młodszego odbiorcy, podobnie jak atrakcyjna szata graficzna - bogato ilustrowana rysunkami i zdjęciami. Mimo widocznego ukłonu w stronę młodego czytelnika również dorosły nie będzie lekturą zawiedziony. 

Zdecydowanie "lubię to".

W.A.B. 2012
Ilustracje: Aleksandra Nałęcz-Jawecka, Tomasz Kędzierski

piątek, 6 kwietnia 2012


Nieczęsto się to zdarza, ale jednak: przechodząc między półkami w księgarni na ulicy Grodzkiej sięgnąłem po Powieść przejrzystą jak bryła lodu (jak mówi notka na okładce). Władimira Sorokina nie znałem, tak jak i rosyjska literatura nie jest mi bliska i znana (ci, którzy wiedzą, że lubię fantastykę mogliby się oburzyć, że nie czytałem jeszcze mistrzów zza naszej wschodniej granicy). Z wierzchniej strony okładki "spoglądał" na mnie blondyn, a z tyłu "zaatakowała" taka oto intrygująca notka: W Moskwie, mieście, gdzie nic już nikogo nie dziwi, działa organizacja polująca na blondynów o niebieskich oczach. Porwani padają ofiarą sadystycznego eksperymentu i tylko nieliczni budzą się z niego do nowego życia. Niespodziewanie kawał kosmicznego lodu, znany światu jako meteoryt tunguski, przynosi nadzieję uśpionym (...). A że jestem też po części fanem tak pojechanych i dość tajemniczych historii jak ta, to książka najpierw wylądowała na kasowej ladzie, następnie w mojej torbie i przez około tydzień towarzyszył mi Lód przy śniadaniu, w autobusowych podróżach do pracy, w powrotach do domu i w wolnych chwilach.

Pierwszą częścią trylogii Światła i lodu Sorokin porwał mnie z Krakowa do Moskwy, która wszystko widziała, ludzie przyzwyczaili się do nietypowych zachowań innych i są dość obojętni wobec siebie. Wśród tego chaosu pojawiają się pewne powtarzalne wydarzenia: członkowie jakiegoś stowarzyszenia porywają niebieskookich blondynów, przywiązują do drzew w lesie, do ściany w mieszkaniu ofiary, w miejscach odludnych, roztrzaskują lodowe młoty na mostkach i nasłuchują mowy serca. Nie wszyscy mają szczęście przeżyć, ci, którym się udało, dostępują zaszczytu udziału w wielkim, tajnym, ogólnoświatowym projekcie powrotu wszechświata do równowagi - dawno, dawno temu, gdy nie było Ziemi, gdy nie istniało życie, była tylko doskonała Światłość Pierwotna złożona z dwudziestu trzech tysięcy światłonośnych promieni. Światłość Pierwotna stwarzała gwiazdy, komety, planety. Stworzyła Ziemię z wodą, która była niestała i spowodowała zburzenie harmonii. Teraz trwają próby powrotu do stanu pierwotnego.

Kolejne części, które nabyłem jeszcze nieświadom, że jest to trylogia, okazały się być równie ciekawe. Bro opowiada o powstaniu bractwa, zaś 23 000 jest bezpośrednią kontynuacją Lodu. Można doszukiwać się wielu nawiązań do historii ludzkości wieku XX i początku XXI, ale też jest to alternatywne świadectwo doświadczeń Rosji od upadku meteorytu tunguskiego do połowy pierwszej dekady bieżącego stulecia. Podróżujemy po kraju okresu rewolucji lutowej, przeżywamy kolejną, czerwoną rewolucję, okres NEPu, czystki stalinowskie oraz drugą wojnę światową i w końcu trafiamy do czasów współczesnych (czyli przez Bro do 23 000). Trzecia część trylogii to sensacja w najlepszym wydaniu - akcja tocząca się w kilku krajach, tropienie spisku i rozpoczynająca książkę scena rodem z autostrady z drugiej części Matrixa (marzy mi się zrealizowanie tego fragmentu w duchu braci Wachowskich)... boskie. BOSKIE!!!

Trylogia to nie tylko jakaś opowiastka, każdy może odkryć w niej nawiązania do idei i wydarzeń ostatnich stu lat. Sorokin sprawnie operuje nietzscheańską ideą nadczłowieka mieszając ją z tak charakterystycznym dla Polaków mesjanizmem i wiarą w siłę stojącą ponad wszystkim - blondyni, niebieskoocy (Aryjczycy) zostali powołani przez Światłość Pierwotną (boga) do przewodnictwa w odrodzeniu ludzkości, do zaprowadzenia panującego niegdyś ładu. Znajdziemy tu odniesienia do rosyjskiej mafii, która bez pardonu porywa i rozprawia się ze swoimi przeciwnikami. Bractwo można przyrównać do ogromnej sekty czy korporacji obejmującej całą ziemię, posiadającej bardzo dobrze zorganizowane struktury, prowadzącej własny, dochodowy biznes. Zestawiając wszystkie elementy momentami odnosiłem wrażenie, że autor ukazuje jak wyglądałby dziś hitlerowski program tworzenia rasy nadludzi, którzy rządziliby globem.

W.A.B. 2004, 2006, 2007
Seria: Don Kichot i Sancho Pansa
Tytuły oryginałów: Лёд, Путь Бро, 23000
Tłumaczenie: Agnieszka Lubomira Piotrowska
-----------------------------------------------------------------------------
Autor recenzji: Łukasz (muzykowisko.blogspot.com). 

środa, 11 sierpnia 2010

Wyspa trafiła w moje ręce całkiem przypadkowo. Zaciekawiła mnie okładka, a po przewertowaniu również wnętrze. Trzeba przyznać, że ta mała książeczka została bardzo pomysłowo wydana. Numery stron wpisane są w znaczek klasy drugiej (taki jak na zdjęciu), a znakomite grafiki autora podkreślają klimat książki.

Bohaterem Wyspy jest mężczyzna, którego życie wydaje się być ustabilizowane - jest zawodowym fotografem, ma żonę i dzieci. Jest jednak coś, co nie daje mu spokoju. Zdjęcie zrobione na plaży, gdy był zaledwie pięcioletnim chłopcem, niepokoi go. Coś pcha go do odbycia podróży w miejsce, które widnieje na fotografii. Mężczyzna wsiada więc w pociąg i wyrusza na poszukiwanie tego, co dawno zatracił. Podczas podróży wszystko dookoła jest niepokojące. Współpasażerka wydaje się być kimś, z kim mężczyznę w młodości łączył romans, a konduktor przypomina mu jej nieżyjącego chłopaka. W wagonie co rusz blokują się drzwi, a na podłogach i ścianach pojawia się woda o zapachu wodorostów. Zachowanie współpasażerki wcale nie uspokaja bohatera, wręcz przeciwnie - potęguje jego lęk, rozmowa z nią, podobnie jak jej znajomość z konduktorem, zdaje się być zapowiedzią nieszczęścia.

Kobieta wywołała w bohaterze wiele bolesnych wspomnień. Mężczyzna wyrządził jej zło - czy możliwa jest jego naprawa? Czy Bóg istnieje? A jeśli tak, to czemu godzi się na zło? Bohater przywołał w swojej pamięci niezbyt chlubne doświadczenie, gdy podczas wykonywania reportażu z wojny był świadkiem dramatu człowieka. Jedyne, czego wtedy pragnął, to dobre ujęcie. Sam twierdził, że jego nie było w tamtym miejscu, był tylko aparat fotograficzny, pozbawione emocji oko, które pozostanie obojętne wobec tego, co zobaczy. 

Czy bohater dotarł do celu i czym okazała się być tytułowa wyspa? Nie będę zdradzała, żeby nie odbierać kolejnym czytelnikom radości z odkrywania. Dla mnie była to przyjemna lektura, nostalgiczny klimat doskonale wpisuje się w moje upodobania. Jeśli prawdą jest, że Ruski miesiąc jest o wiele bardziej udany, to już się cieszę na samą myśl o kolejnym spotkaniu z twórczością Streflnikoffa.

W.A.B., 2010

wtorek, 3 sierpnia 2010

Marzeniem Klary jest być manekinką. Manekinki nie jedzą. Mają twardą, gładką skórę, cienkie place u rąk, błyszczące oczy. Stoją upozowane za wystawowymi szybami. Wyglądają. Są piękne. Jesteśmy świadkami dążenia do niedoścignionego ideału. Klara walczy. Jest rozpięta między pragnieniem chudości i chęcią jedzenia.

Z początku niejedzenie jest wyrazem buntu pięcioletniej dziewczynki. Dzieciństwo Klary było ciężkie - brutalny Ojciec, wsadzający głowę dziecka do nie zjedzonej zupy i straszący córkę zagazowaniem w piekarniku, matka - histeryczna i zbyt słaba, by sprzeciwić się mężowi. Początkowy bunt przeradza się w pragnienie piękna (żeby Ojciec był z niej dumny) oraz sprawdzenie własnej wytrzymałości psychicznej i fizycznej. Klara przeforsowuje się i przyjmuje głodowe porcje, byle spalić więcej kalorii niż zjadła. Zjada nawet swoje skórki, według niej pożywienie w takiej formie nie tuczy, gdyż wraca do niej cząstka jej samej. Klara obmyśla kolejne diety: fasolka, kalafior, ryż, marchewka... Ideał wraz z kolejnymi gubionymi kilogramami zdaje się oddalać, linia graniczna niebezpiecznie przesuwa się na niższą skalę wagi...

Matka namawia córkę na "normalne" pożywienie, jednak wstaje rano i skrobie dziewczynie półtora kilograma marchewki na śniadanie. Z "miłości". Rodzicielka nie widzi, albo nie chce widzieć, że córka jest chora. Ta z kolei doskonale zdaje sobie z tego sprawę i nie boi się nazwać rzeczy po imieniu: (...) anoreksja choroba duszy. Czai się na ciało. (...) Anoreksja to strach i zadowolenie, że się boisz. Ten strach czuć na kilometr. Oddychasz jej rozprężonym powietrzem. Nie bierze niczego poza sobą pod ocenę. Kokardka na przełyku. Chociaż ozdoby nie mają dla niej znaczenia. Jest kalejdoskopem własnych myśli, kręci się wciąż w jedną stronę. To wzorki, nudne do wyrzygania. Kolorowe, powtarzalne. Figury. Koścista geometria w rurce za szkłem. (...) Mieszkamy na zaczarowanym kole odchudzania.

Życie Klary pokazane jest z perspektywy jej własnych odczuć, dlatego też brak jakichkolwiek osądów na temat jej choroby. Wypowiedzi dziewczyny mają bardzo emocjonalny charakter, są rozedrgane, urywają się jak jej myśli. Podczas lektury czułam, jakby Klara mówiła do mnie, rozumiałam ją. Naprawdę ją rozumiałam!

Temat anoreksji został przedstawiony bez niepotrzebnego moralizatorstwa. Autorka pokusiła się o przedstawienie genezy choroby Klary, która wyrosła na gruncie poczucia braku akceptacji przez środowisko. Wart podkreślenia jest fakt, że Zaplecze jest debiutem powieściowym zaledwie dwudziestotrzyletniej autorki. Bardzo udanym.

W.A.B., 2009

czwartek, 29 lipca 2010

Patrycja Pustkowiak z dziennika.pl porównała najnowszą książkę Mian Mian do piosenki - trochę bluesowej, trochę rockandrollowej, zawsze jednakowo poruszającej i osobliwie poetyckiej. Mnie ta książka bardziej przypomina film, a dokładniej scenariusz. Powieść składa się z sekwencji obrazów, migawek. Rozmowy, monologi, pojedyncze frazy rozpisane są na wypowiadające je osoby, a narracja opisuje sytuacje w sposób oszczędny, ograniczając się do niezbędnego minimum. Warto zaznaczyć, że poszczególne wypowiedzi przewijają się z pewnym rytmem przez karty książki oraz przez usta kolejnych bohaterów.

Bohaterowie to osoby anonimowe, pozbawione imion. Aktor, Sponsorka, K, ABC, Meimei (po chińsku: młodsza siostra) i Jiejie (starsza siostra) odarci są z indywidualizmu. Cechuje ich także problem z ekspresją, wyrażaniem siebie i swoich uczuć. Przed zaangażowaniem uciekają w skorupę obojętności i swobody seksualnej. Gdy w niewyjaśnionych okolicznościach ginie Meimei, ktoś pyta jej starszej siostry, czy nie rozpacza, ta odpowiada chłodno: Mam własne sposoby, by uczcić jej pamięć. Oprócz wątku kryminalnego, wyrazistym motywem jest miasto, w tym przypadku Szanghaj. Najlepiej i najpiękniej charakteryzuje go jeden z bohaterów: Szanghaj ma wielką zdolność wywoływania w ludziach iluzji, że tutaj zrealizują wszystkie swoje marzenia. W rzeczywistości albo bardzo szybko odpadasz z gry, albo się asymilujesz, stajesz się częścią tego miasta i tracisz samego siebie. Jestem szanghajczykiem, tutaj jest mój dom, nie potrafię stąd odejść. Jedyne, co mogę, to nie dać się wciągnąć w tę zabawę z marzeniami.

Książce nie można zarzucić braku klimatu. Wspomniane migawki uzupełnia chińska muzyka. Pobrzmiewa Hulanka zespołu Shengyin Suipian, zwanego chińskim Radiohead oraz Feifei Run zesołu Muma.

Smutna jest rzeczywistość prozy Mian Mian. Bije z niej jakaś niesamowita liryczność. Lubię taki klimat, jednak Panda Sex wywołuje we mnie ambiwalentne uczucia - chwilami książka wydawała mi się chaotyczna i trudna w odbiorze.

W.A.B., 2010
Tytuł oryginału: Panda Sex
Tłumaczenie: Katarzyna Kulpa

czwartek, 17 czerwca 2010

Ballinacroagh, małe irlandzkie miasteczko, jest kolejnym przystankiem na drodze irańskich sióstr Aminpur. Mardżan, Bahar i Lejla zdołały uciec z ogarniętego rewolucją Teheranu. Jakiś czas mieszkały w Londynie, lecz cienie przeszłości oraz szkolne nagonki na Lejlę z powodu jej pochodzenia (nazywano ją terrorystką i porywaczką) nie pozwalały im na zaznanie spokoju. W Ballinacroagh także nie było im lekko. Małomiasteczkowa społeczność zamknięta była na obcych, mimo to Iranki postanowiły otworzyć restaurację z perską kuchnią. Dzięki własnemu samozaparciu udało im się to - zaledwie w 5 dni! Niestety, w większości mieszkańców miasteczka kobiety i ich działania budziły nieufność, a kuszące i zmysłowe zapachy wydobywające sie z Café Babilon kojarzyły się z czymś diabelskim: Jej korzenne, grzeszne podteksty cuchnęły jakimś nieznanym złem, jakąś bezbożną obcością (...) leciwe niewiasty patrzyły, jak ojciec Mahoney zdejmuje płaszcz i z miną człowieka opętanego siada przy jednym ze stolików blisko okna. To właśnie duchowny był pierwszym klientem restauracji, dzięki czemu Irankom udało się zyskać kolejnych. Pozorna stabilizacja nie przyniosła jednak upragnionego spokoju. Zapachy i smaki przypominały Irankom ich ojczyznę - chwile szczęśliwe, jak spotkania rodzinne, pogawędki oraz te bolesne, które przywiodły je aż do Ballinacroagh. Starszym siostrom wydawało się, że Lejli nie dręczą demony przeszłości, ponieważ była za mała, by coś zapamietać z Iranu, jednak okazuje się, że każda z nich, bez wyjątku, nosi w swoim sercu bolesne wspomnienia. Mardżan i Bahar mają za sobą rewolucjonistyczną przeszłość, Bahar była także żoną człowieka, który ją bił, przez co do chwili obecnej dziewczyna boi się, że ten ją odnajdzie. Lejla z kolei pamięta drastyczne sceny, kóre rozgrywały się na jej oczach. Kobiety na nowo przeżywają swoją przeszłość, co pozwala im zrobić krok w przyszłość, ku stabilizacji i zakorzenieniu. Iranki zyskują bliskich sobie ludzi, w restauracji bywają stali klienci, a Lejla zakochuje się...

Książka rewelacyjnie pobudza zmysły - przesycona jest zapachem egzotycznych przypraw, zawiera także kilkanaście przepisów z perskiej kuchni. Autorka sprawnie wplotła je w narrację, pojawiają się w chwili, gdy grają rolę w akcji. Potrawy są na tyle kuszące, że ma się ochotę od razu je przyrządzić i spróbować. Utwór utrzymany jest w konwencji baśniowej, gdzie postaci są wyraziste, czarne lub białe, a zło zwycięża się dobrem. Niektórzy zarzucają Zupie z granatów zbytnie podobieństwo do Czekolady Joanne Harris, ja go jednak dosterzegam tylko w najpłytszej warstwie utworu, gdyż poruszane problemy są zgoła innej natury: historia sióstr Aminpur związana jest ściśle z burzliwą historią ich kraju, z ich odmienną kulturą oraz z problem wyobcowania, jakiego nie ma człowiek żyjący w swojej ojczyźnie. Warto również zaznaczyć, że sama autorka także jest emigrantką, która po ucieczce z Teheranu zamieszkała w Buenos Aires, gdzie uczęszczała do szkockiej szkoły, obecnie zaś mieszka w Irlandii oraz USA. Tutaj więc dopatrywałabym się większej inspiracji, niż we wspomnianej Czekoladzie.

Zupa z granatów jest moim pierwszym spotkaniem z Serią z miotłą, na pewno jednak nie ostatnim.

Tytuł oryginału: Pomegranate soup
W.A.B., 2006
Przekład: Jolanta Kozak