Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Helion. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Helion. Pokaż wszystkie posty

środa, 14 maja 2014

Wśród naszych polskich sąsiadów Białoruś jest najbardziej tajemniczym i chyba najrzadziej odwiedzanym przez turystów krajem. Choć atrakcyjny (Grodno, Brześć, Mickiewiczowy Nowogródek czy urokliwe Polesie i Puszcza Białowieska to tylko kilka z wielu miejsc wartych zobaczenia), uchodzi za kraj dość zacofany i budzi pewne obawy w związku z dyktaturą Alaksandra Łukaszenki.

To właśnie totalitaryzm jest fundamentem tytułowego Systemu Białoruś, będącego dziełem nauczyciela historii i instruktora pracy politycznej, a później przewodniczącego kołchozu i wreszcie prezydenta. Można powiedzieć, że nieślubny syn Kaciaryny Łukaszenki, w dzieciństwie wyśmiewany przez swoich rówieśników, przeszedł drogę od pucybuta do milionera. Ten wyszydzany niegdyś chłopiec stał się silnym i bezwzględnym politykiem, który nie znosi sprzeciwu, a przeciwników skutecznie wyklucza z gry. Aby wyeliminować zagrożenia dla swojej pozycji przejmuje kontrolę nad mediami oraz administracją państwową. Gdy stery państwa trafiają w jego ręce, te mocno zaciskają się na atrybucie władzy. Od tej pory wybór jest tylko jeden - Łukaszenka... I nie chodzi tylko o fałszowanie wyborów, ale o strach wyborców przed represjami w postaci utraty pracy czy aresztowania. Ci z kolei, którzy nie boją się Łukaszenki, nie wierzą w sens walki z systemem. Nie wiadomo więc kiedy sytuacja na Białorusi ulegnie zmianie, prawdopodobne jest jednak, że kryzys ekonomiczny może stać się kołem zamachowym przemian.

System Białoruś przybliża historię najnowszą naszego wschodniego sąsiada, chwilami naprawdę wstrząsającą. Aż trudno uwierzyć, że tuż za granicą Unii Europejskiej kwitnie dyktatura pielęgnowana przez miliony obywateli. Pozostaje mieć nadzieję, że kryzys ekonomiczny będzie klęską urodzaju, która pochłonie plony wybujałej ambicji Alaksandra Ryhorawicza Łukaszenki.

Editio 2013  

środa, 9 kwietnia 2014

Pod koniec lutego żona wyciągnęła mnie do Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha w Krakowie na spotkanie z Piotrem Bernardynem poświęcone jego książce. Po zakończeniu lektury okazało się, że Słońce jeszcze nie wzeszło. Tsunami. Fukushima zostało prawie w całości przedstawione i omówione przez autora. Spotkanie momentami było nużące, ale książka zdecydowanie wypada na plus.

Piotr Bernardyn, który od ponad dziesięciu lat mieszka w Japonii, miał nieszczęście być w Tokio 11 marca 2011 roku, kiedy trzęsła się ziemia. Od własnych przeżyć związanych z tym dniem rozpoczął też książkę. Podzielił ją na dwie części - pierwsza opisuje reakcję Japończyków na trzęsienie ziemi i tsunami, druga - traktuje o katastrofie w elektrowni atomowej Fukushima Daiichi (Fukushima numer 1) i skutkach jakie przyniosło ono dla japońskiego i światowego postrzegania energii pochodzącej z atomu.

Japonia - Kraj Kwitnącej Wiśni, kraina nieomal mlekiem i miodem płynąca, przynajmniej tak mi się kojarzyło to państwo położone na czterech głównych i kilku tysiącach pozostałych wysp. Obszar pozbawiony naturalnych bogactw, wiecznie zagrożony trzęsieniami ziemi. Ponadto dwukrotnie doświadczony siłą bomby atomowej. Kraj, który musiał paść na kolana, ukorzyć się przed technologią i nauką, które przyczyniły się do zakończenia zmagań wojennych na Pacyfiku. Kraj ten po drugiej wojnie światowej podniósł się z klęczek i udowodnił, że jest zdolny na pokojowej drodze zawładnąć światem - Japonia stała się potentatem i pionierem wielu rozwiązań elektronicznych. 

Mieszkańcy wysp wydawali mi się identycznymi jednostkami pracującymi przez całe życie w jednej firmie. I taki stereotyp o Japonii funkcjonował w moim umyśle do czasu lektury Słońca... Co się zmieniło w moim postrzeganiu Japonii i Japończyków? Czytając o reakcjach tokijczyków na trzęsienie ziemi miałem wrażenie, że czytam kolejny raz Rok 1984 - wszyscy jak roboty wykonują to co powinno się zrobić, współczują na zawołanie, pomagają na zawołanie, jakby byli pozbawieni własnych przemyśleń i reakcji - zero spontaniczności, wszystko wedle ustalonych reguł. Wyglądają jak trybiki w ogromnej maszynie społecznej, zawsze na swoim miejscu, bezmyślnie wypełniający zadania, przyjmujący postawy wyszkolone w procesie socjalizacji, kiedy to uczy się dzieci uśmiechu i zakazuje płaczu. Ludzie stają się nieomal tym z czego tak dobrze znamy Japonię - robotami, którym próbuje się nadać duszę i nauczyć samodzielnego myślenia. W takim społeczeństwie, totalnie konformistycznym, wydarzyła się największa awaria elektrowni atomowej od 1986 roku.

W wyniku trzęsienia ziemi powstała olbrzymia fala tsunami, która doprowadziła do uszkodzenia reaktorów w elektrowni numer 1. Kto jest odpowiedzialny za tę tragedię? Czy całkowitą odpowiedzialnością za wydarzenia w Fukushimie można obarczyć tylko społeczeństwo? Mam poczucie, że nie. Autor wydaje się oddzielać ścianą Japończyków, którzy co dzień zakładają garnitur i biegną do pracy w korporacjach, od tych jednostek, które nimi rządzą. Władza żyje jakby własnym życiem, a jednostki są im tylko potrzebne, aby potwierdzać i zatwierdzać jej pomysły. W takim środowisku powstały zwyrodniałe powiązania między polityką, biznesem i mediami. Autor ukazuje takie kurioza jak przypadek, gdy instytucja mająca nadzorować rynek energetyczny jest podległa ministerstwu, które ma tenże rynek promować. W dodatku osoby pracujące w tejże instytucji czy ministerstwie, po zakończeniu tam pracy zwykle znajdują zatrudnienie w przedsiębiorstwach energetycznych. I tak zamyka się błędne koło, bo kto będzie donosił na swoich obecnych kolegów z ministerstwa czy na przyszłych pracodawców, takich jak japoński gigant energetyczny TEPCO? Zaniedbania związane z wybuchem w reaktorze w Fukushimie i wydarzenia mające miejsce po nim autor wymienia z marszu, jak choćby ewakuacja ludzi ze zbyt małego obszaru czy panujące przekonanie o stuprocentowym bezpieczeństwie elektrowni, odpornych między innymi na trzęsienia ziemi i tsunami, a co za tym idzie - brak jakichkolwiek planów ewakuacji na wypadek awarii.

Piotr Bernardyn w swojej książce rysuje świat, który miał być bezpieczny, a okazał się kruchy i nieodporny, tylko dlatego, że takim postanowiła go stworzyć władza. Społeczeństwo jest na wskroś konformistyczne, nieomal utopijne, a antyutopiści przybierają postać biednych prowincjuszy, rybaków i rolników. Japonia jawi się jako kraj o specyficznym rozumieniu demokracji. Książka, odkrywając kulisy rynku energetycznego w tym jednym z najbardziej rozwiniętych gospodarczo krajów świata, ukazuje Japonię w zupełnie innym niż stereotypowe, świetle. Mnie osobiście zdjęła kilka klapek z oczu, które określały moje postrzeganie Japończyków i ich państwa. Równocześnie jest to śmieszne i straszne, że kraj tak zaawansowany technologicznie nie potrafi ustrzec się przed wielką falą.

Bezdroża/Helion 2014

sobota, 23 listopada 2013

Światło jest najważniejszym elementem fotografii, której nazwa właśnie od niego się wywodzi i znaczy dosłownie rysowanie światłem. Aby wykonywać dobre fotografie trzeba poznać jego właściwości i nauczyć się dostosowywać parametry ekspozycji tak, aby odpowiednio je wykorzystać. Współczesne aparaty cyfrowe są na tyle zaawansowane, że fotografując w trybie automatycznym w większości przypadków otrzymamy poprawnie naświetlone zdjęcie, ale... no, właśnie - ale...! Aparat nie zna naszych zamysłów i nie jest w stanie odzwierciedlić naszej wizji, musimy go wspomóc. Jak?

Przede wszystkim trzeba poznać kilka podstawowych dla fotografii pojęć. Ekspozycja, przesłona, czas otwarcia migawki, ISO, szum - bez znajomości tych zagadnień nasze fotografie będą przypadkowymi, losowymi kadrami wyprodukowanymi przez aparat. Są sytuacje, w których automatyka zawodzi - na ciemnym tle czy śniegu aparat może dobrać parametry ekspozycji błędnie, w wyniku czego nasze zdjęcia będą niedoświetlone bądź prześwietlone. Znając trochę teorii można to łatwo skompensować już na etapie robienia zdjęć. Wszystkie ustawienia determinują wygląd zdjęcia, dlatego należy się zastanowić jaki efekt chcemy osiągnąć. Czy strugi wody w wodospadzie czy strumieniu mają być ostre, zamrożone, czy mają być rozmyte, delikatne? Czy chcemy aby cały plan był w równym stopniu ostry, czy też chcemy zawęzić punkt ostrości by "wyłowić" kogoś z chaosu tła? 

Harold Davis w swojej książce podsuwa czytelnikowi garść informacji, dzięki którym fotografowanie będzie aktem przemyślanym, a co za tym idzie - przynoszącym satysfakcję. Każde zagadnienie zostało omówione oraz zilustrowane fotografiami autora, które opatrzono informacjami o dokładnych parametrami ekspozycji oraz modelem obiektywu, którym wykonano zdjęcie. Czytelnik na podstawie tych wiadomości oraz zdobytej w trakcie lektury wiedzy może samodzielnie przeanalizować, dlaczego zdjęcie zyskało taki wyraz i w jaki sposób można byłoby uzyskać inny efekt. 

Mimo iż zagadnienia poruszane w książce w większości nie były dla mnie novum, Światło i ekspozycja. Warsztaty artystyczne dla fotografów były dla mnie cenną lekcją. Zdecydowanie polecam, zwłaszcza tym, którzy stawiają w fotografii swoje pierwsze świadome kroki.

Helion 2011
Tłumaczenie: Radosław Brzozowski

sobota, 14 września 2013

Kaukaz łączy w sobie piękno krajobrazu, wielość kulturowo-etniczną oraz... tajemnicę. Oliver Bullough odkrył bowiem, iż nawet w najrzetelniejszych opracowaniach na temat historii regionu są ogromne luki. Czerkiesi, jeden z ludów zamieszkujących Kaukaz, w niektórych publikacjach nie zostali nawet wspomniani, podczas gdy wzmiankowano nawet o angielskiej królowej Elżbiecie I! W niepełnych monografiach znajdowały się informacje o podboju Kaukazu przez Rosję, ale bardzo nieprecyzyjne, pełne przemilczeń na temat wyniszczania kolejnych kaukaskich narodów. 

Bullough postanowił więc odkryć nieznane karty historii Kaukazu i oddać chwałę tym, którzy walczyli o swoją wolność i godność- Nogajom, Czerkiesom, Turkom górskim, Czeczenom, Karaczajom, Bałkarom... Choć ludy te w większości zostały przysypane przez pył czasu - a może właśnie dlatego? - brytyjski dziennikarz skierował swoją uwagę właśnie na nich, świadków i ofiary tragedii, która rozgrywała się przez lata w pięknej górskiej scenerii. Wykonawcy planów władców Rosji o powiększeniu terytorium ich kraju ochoczo, wręcz nadgorliwie, zabierali się do dzieła oczyszczania terenów z ludności zamieszkującej Kaukaz. Często nie fatygowano się z wysiedlaniem autochtonów na terytoria Azji Środkowej - szybszym rozwiązaniem było wybicie ludności do nogi... Oliver Bullough dopuszcza do głosu świadków tych dramatycznych wydarzeń, zarówno tych mimo woli wciągniętych w wir historii, jak i tych, którzy byli bezpośrednio zaangażowani w ówczesne wydarzenia. To właśnie poprzez historie pojedynczych bohaterów odtworzył nieznane szerszej publiczności krwawe dzieje Kaukazu.

Podobnie jak różnorodny jest Kaukaz, taka jest też książka Olivera Bullougha. Nieco bałam się tego opasłego tomu, nie ze względu na objętość lecz na ogromną dawkę historii, którą spodziewałam się otrzymać. Ta została jednak podana w taki sposób, że potrafiła zainteresować nawet mnie (od szkoły podstawowej mam awersję do roztrząsania dziejów). Ale jak już wspomniałam, jest to pozycja niejednorodna, na jej kartach bowiem opracowanie historyczne stale przeplata się z reportażem. Kaukaz. Niech świat rozbrzmiewa naszą chwałą to książka, która nie tylko odsłania nieznane karty historii i demaskuje ludobójstwo, którego dopuściła się Rosja, ale pomaga również przełamać stereotypy narosłe choćby wokół Czeczenów. 

Zysk i S-ka 2013
Seria: Człowiek poznaje świat
Tytuł oryginału: Let Our Fame Be Great: Journeys Among The Defiant People Of The Caucasus
Przekład: Jacek Spólny

czwartek, 22 sierpnia 2013

Dziś niemal każdy jest fotografem. Aparaty fotograficzne - głównie te wbudowane w telefony komórkowe - są powszechnie używane, ale od kilku lat daje się również zauważyć ogromne zainteresowanie lustrzankami cyfrowymi. Niegdyś utożsamiane z fotografią profesjonalną, obecnie wiodą prym wśród zwykłych pstrykaczy, mimo iż ci często nie potrafią w pełni wykorzystać możliwości aparatu, gdyż nie posiadają elementarnej wiedzy na temat fotografii czy budowy aparatu. Nie rozumiem tego pędu do zaawansowanej technologii, jeśli nie potrafi się z jej dobrodziejstw korzystać. Nie potrafię również pojąć przekonania, że im lepszy aparat, tym lepsze zdjęcia "robi"; przecież wszystko zależy od osoby, która naciska spust migawki! Jak powiedział Mike Johnston zacytowany w motcie Kalejdoskopu fotografii: Dziewięćdziesiąt dziewięć procent największych arcydzieł w historii fotografii powstało przy użyciu sprzętu, którego nie uznałby za dostatecznie dobry typowy współczesny użytkownik aparatu cyfrowego*. Przeciętny pstrykacz nie zdaje sobie sprawy z tego, że aparat jest tylko środkiem do celu - zmaterializowania wizji artystycznej w postaci obrazu zatrzymanego w kadrze - i nawet najlepszy (i najdroższy) model nie stworzy doskonałych fotografii, jeżeli osoba obsługująca go nie będzie świadoma istoty fotografii. Tę własnie świadomość pomaga zbudować Leszek J. Pękalski.

Autor Kalejdoskopu fotografii z wykształcenia jest fizykiem, z zamiłowania - fotografem. Połączenie ścisłego umysłu z artystyczną duszą pozwoliło mu realizować się na polu fotografii - wystawiać swoje zdjęcia w kraju i za granicą, zdobywać liczne nagrody oraz szerzyć wiedzę o fotografii, wykładając w gdańskiej Akademii Sztuk Pięknych oraz pisząc książki takie jak Kalejdoskop fotografii. Większość znanych mi publikacji skupia się głównie na omówieniu sprzętu i najczęściej fotografowanych tematów, pomijając kwestie techniczne czy optyczne. Pękalski podejmuje te kwestie w swojej publikacji i omawia budowę aparatu i funkcjonowanie jego poszczególnych elementów, zjawiska optyczne, sposoby wykorzystania światła, środki wyrazu (perspektywa, głębia ostrości, faktury, kolor) oraz techniki fotograficzne: czarno-białą oraz barwną, a także historię rozwoju fotografii. 

Z tak obszernym i rzetelnym opracowaniem nie spotkałam się wcześniej, wprawdzie Kurt Dieter Solf w swojej Fotografii poruszał podobną tematykę, jednak zarówno sposób przekazania wiedzy, jak i forma książki działają na korzyść Kalejdoskopu fotografii. Choć wiele kwestii było mi wcześniej znanych, Pękalski przekazał mi sporą dawkę nowej wiedzy, głównie na temat optyki. Ta została podana w przystępny sposób oraz zilustrowana schematami, co znacznie ułatwiało zrozumienie procesów fizycznych zachodzących w fotografii. Jedynym mankamentem książki jest kwadratowy format przy sporym rozmiarze publikacji, przez co czytało się ją niewygodnie.

*Leszek J. Pękalski, Kalejdoskop fotografii. Między techniką a sztuką, Helion 2012, s. 9.

Helion 2012

środa, 24 kwietnia 2013

Internet zrewolucjonizował wiele dziedzin naszego życia. Ludzie przyzwyczaili się do szeregu udogodnień jakie oferuje sieć - zakupy online czy bankowość internetowa są nie tylko wygodniejszymi, ale często i tańszymi rozwiązaniami niż ich tradycyjne odpowiedniki. Internet ułatwił również komunikację, która oprócz generowania mniejszych kosztów dała więcej możliwości niż jej dotychczasowe formy. Zamiast dzwonić do kogoś na drugi koniec świata można porozmawiać z nim na żywo za pośrednictwem Skype'a lub przesłać mu maila czy wiadomość na Facebooku. No, właśnie - Facebook. Kolejna rewolucja, której nie spodziewałam się w moich najśmielszych wyobrażeniach. Gdy Nasza Klasa przestała być atrakcyjna dla swoich użytkowników, zarejestrowałam się na Facebooku, przewidując jednak, że z czasem portal podzieli los naszego rodzimego serwisu. Tak się jednak nie stało. Portal społecznościowy, który początkowo adresowany był głównie do uczniów szkół średnich i studentów wydostał się poza te ramy i zyskał niebywałą popularność na całym świecie. Co ciekawe, Facebook największym powodzeniem cieszy się nie w grupie młodych dorosłych, lecz wśród ludzi między 35 a 49 rokiem życia. Być może dlatego, iż szeroki wachlarz możliwości oferowanych przez serwis obejmuje także zastosowania biznesowe takie jak pozyskiwanie klientów oraz utrzymywanie dobrych relacji z obecnymi, a także przeprowadzanie rekrutacji. Właśnie na tych zastosowaniach oparła swoją książkę Clara Shih. Era Facebooka ma pomóc wykorzystać portale społecznościowe (pisze bowiem również o Twitterze oraz LinkedIn) w biznesie.

Clara Shin omówiła takie zagadnienia jak sprzedaż, obsługa klienta, marketing, innowacja i współpraca oraz rekrutacja. Swój wywód oparła na licznych statystykach oraz doświadczeniach osób wykorzystujących potencjał Facebooka oraz pozostałych portali społecznościowych. Wiedza zawarta w książce nie jest zatem czystą teorią, którą trudno odnieść do naszej sytuacji, przeciwnie - informacje praktyczne oraz wskazówki pomagają znaleźć praktyczne rozwiązania najodpowiedniejsze dla osiągnięcia naszych celów biznesowych takich jak wykreowanie marki, utrzymanie zainteresowania społeczeństwa produktem czy promocja własnego wizerunku w celu zdobycia satysfakcjonującej oferty pracy. 

Potężny mechanizm Facebooka napędzany jest przez 800 milionów ludzi z całego świata, z których ponad połowa loguje się na stronie codziennie - warto wiedzieć jak to wykorzystać! Era Facebooka jest więc obowiązkową lekturą każdego, kto zajmuje się zagadnieniami social media - czy to hobbystycznie, czy profesjonalnie. 

Helion 2012

sobota, 19 stycznia 2013

Ralph A. Clevenger jest wykładowcą fotografii przyrodniczej w szkole fotograficznej Brooks Institute oraz autorem wielu zdjęć, które możemy podziwiać w czasopiśmie "National Geographic". Po Bezkrwawe łowy jego autorstwa sięgnęłam z nadzieją na wzbogacenie mojej wiedzy z zakresu fotografii zwierząt, zwłaszcza ptaków. Taką zawartość sugerowała - prześliczna zresztą - okładka oraz tytuł nawiązujący do pojęcia ukutego przez Włodzimierza Puchalskiego, mistrza fotografii przyrodniczej. Jakie było moje zdziwienie, gdy okazało się, że hasło "łowy" zostało tu potraktowane bardzo szeroko i fotograficzne safari w znacznej mierze będzie miało na celu ustrzelenie... krajobrazu! Nie wiem, czym kierowali się tłumacz oraz polski wydawca - niefortunny tytuł wprowadza czytelnika w błąd (jego oryginalny odpowiednik jest bardziej adekwatny do treści książki).

Bezkrwawe łowy to poradnik, na który składa się 14 rozdziałów. Clevenger omawia elementy, bez których nie byłoby fotografii, a więc sprzęt, światło oraz przykładowe tematy szeroko rozumianej fotografii przyrodniczej. Autor porusza kwestię wyposażenia fotografa, jednak w sposób dość oryginalny jak na poradnik. Nie pomaga bowiem w konfiguracji własnego zestawu, lecz omawia posiadane przez siebie akcesoria, często wyjaśniając, w jaki sposób ich używa. Całkowitym novum były dla mnie klamry, którymi delikatnie można przypiąć chwiejącą się łodyżkę kwiatka do czegoś bardziej stabilnego, np. statywu oraz... drabina, która - jak się okazuje - jest całkiem przydatnym narzędziem pracy fotografa. 

Jak wspomniałam wcześniej, autor stworzył katalog tematów, w ramach których omówił makrofotografię, fotografowanie w ogrodach i parkach, dziką przyrodę oraz krajobrazy, przybliżając nie tylko kwestie techniczne wykonywania ujęć, ale w kilku przypadkach zwracając uwagę również na etykę. Przyznam, iż zdziwiło mnie przyzwolenie na o s t r o ż n e fotografowanie gniazd - ptaków nie powinno się niepokoić, zwłaszcza w sezonie lęgowym. Owszem, można fotografować bez ingerencji w ptasi świat, ale wymaga to dobrego sprzętu, umożliwiającego dogodne fotografowanie z dużych odległości, oraz dużego doświadczenia fotografa, którego ważnym elementem jest znajomość behawioru ptaków. W większości przypadków jest to domeną profesjonalistów (np. bracia Kłosowscy), a poradnik adresowany jest do amatorów, którym dla dobra ptaków odradzałabym fotografowanie gniazd w ogóle. Pozostając w temacie etyki, Clevenger zamieścił zestawienie etycznego zachowania w świecie przyrody; pozostaje mieć nadzieję, że zostanie ono zauważone (znajduje się między zestawieniem przydatnych stron internetowych a spisem treści) i że czytelnicy wezmą sobie do serca jego założenia. Warto podkreślić, iż autor zachęca do fotografowania zwierząt trzymanych w niewoli - tak powstało wiele jego zdjęć, które wyglądają na wykonane w naturze. Zwraca jednak uwagę, by nie ukrywać rzeczywistego miejsca wykonania fotografii, gdyż ten fakt nie umniejsza wartości zdjęcia, a świadczy o uczciwości fotografa.

Bezkrwawe łowy to książka inna niż się spodziewałam. Nie podejrzewałam, iż tematyka publikacji zostanie rozszerzona na szeroko rozumianą naturę, nie mogę jednak powiedzieć, że nie była interesująca. Ciekawym rozwiązaniem było ujawnienie wnętrza walizki ze sprzętem autora publikacji; często oglądając profesjonalnie wykonane zdjęcia zastanawiałam się, na jakim sprzęcie pracuje i jak dobrał parametry - na to pytanie odpowiedź można znaleźć przy każdym ze zdjęć autora. A te są naprawdę warte uwagi! Jedyne, do czego mam zastrzeżenia, to warstwa edytorska: pojawiająca się w niektórych przypadkach nieadekwatność opisu do zdjęcia jest dezorientująca, a skrót "rys.", który znajduje się przy każdej fotografii, zastąpiłabym odpowiedniejszym skrótem "fot.". 

Helion 2010
Tytuł oryginału: Photographing Nature: A photo workshop from Brooks Institute's top nature photography instructor
Przekład: Michał Lipa

środa, 31 października 2012

Przed lekturą Wałkowania Ameryki moje pojęcie o Stanach Zjednoczonych było bardzo nikłe. Barack Obama ze swoimi planami tarcz antyrakietowych, misje kosmiczne NASA, hamburgery* (a co za tym idzie - otyłość) i Amerykanie z nieodłącznym uśmiechem i zapewnieniem, że "jest świetnie"... Aby wyzbyć się myślenia stereotypowego i rozszerzyć swoją wiedzę postanowiłam "przewałkować" książkę Marka Wałkuskiego (ciekawe czy tytuł celowo nawiązuje brzmieniowo do nazwiska autora). Lektura okazała się - zresztą zgodnie z moimi oczekiwaniami - niezwykle interesująca. 

Marek Wałkuski jest korespondentem radiowej Trójki oraz Polskiego Radia w Waszyngtonie. Przez pewien czas po przeprowadzce do Dystryktu Kolumbii adaptował się do funkcjonowania w społeczeństwie jakże innym od europejskiego, przez co autorowi nie brak świeżego spojrzenia, a czasem - zadziwienia. Temat został ujęty niemal kompleksowo. Autor omówił amerykański odpowiednik Jana Kowalskiego czyli statystycznego Amerykanina oraz jego wszelkie możliwe warianty etniczne czy wyznaniowe (Stany Zjednoczone sprzyjają powstawaniu nowych kościołów, nawet tak dziwnych jak Kościół Eutanazji czy Stowarzyszenie Aetheriusa, które wyznaje kult kosmosu, z którego Ziemia czerpie energię i skąd przybędą mistrzowie ratujący świat). Dokonał analizy języka amerykańskiego, przybliżył czytelnikowi muzykę country, zagłębił się w kwestie patriotyzmu oraz szeroko pojętej wolności, a także rozważał po co Amerykanom broń i czy ogólny dostęp do niej ma wpływ na skalę przestępczości w kraju. 

Czytając Wałkowanie Ameryki zostałam dosłownie zalana informacjami, są one jednak podane w bardzo przystępnej formie, dzięki czemu książkę czyta się z ogromną przyjemnością. Niestety Wałkuski nie rozwiał wszystkich moich wątpliwości - fenomen XXL (nazwałam tak zamiłowanie do ogromnych porcji żywnościowych, np. powiększonych zestawów w sieciach fastfoodowych czy specyficznego pojęcia słowa "mini"**) nadal pozostał dla mnie zagadką. Nie zmienia to jednak faktu, iż Wałkowanie Ameryki jest prawdziwą kopalnią wiedzy o Stanach Zjednoczonych, ukazującą ich niezwykłą różnorodność i odmienność względem Europy. Czy u nas możliwa byłaby instytucja kościoła dla zmotoryzowanych, w którym uczestnicy ceremonii pobierają na wstępie samoobsługowe zestawy do komunii świętej? 

Zapraszam do lektury!

Helion 2012

*Czasem nawet stereotypy powielają błędy... Wspomniane przeze mnie na wstępie hamburgery nie są wymysłem Amerykanów - przywędrowały tam od naszych zachodnich sąsiadów, Niemców!

**Pytanie to nasunęło mi się podczas lektury książki W 80 000 pytań dookoła świata autorstwa Dennisa Gastmanna, który podczas pobytu w Ameryce zamówił 3 miniburgery, a dostał... Trzy wielkie jak młyńskie koła buły z górą sera w środku, morzem keczupu i przynajmniej dwoma wołami. (Gastmann Dennis, W 80 000 pytań dookoła świata, Wydawnictwo Naukowe PWN 2012, s. 130)

sobota, 5 maja 2012

Myślałam, że o fotografii napisano już wszystko. Półki w księgarniach uginają się od poradników, choć w dużej mierze są to opracowania ogólne. Publikację tematyczną, prezentowaną podczas tegorocznej krakowskiej edycji Festiwalu Podróżników Trzy Żywioły, powitałam z dozą ciekawości, ale i sceptycyzmu. Zastanawiałam się, czy książka będzie atrakcyjna dla średnio zaawansowanego fotoamatora, obawiając się, że będzie powielała to, o czym wielokrotnie już pisano. Bałam się, że publikacja powstała dla łatwego zarobku - wszak podróże i fotografia to tematy nośne i niezwykle popularne w ostatnim czasie. Żeby zweryfikować swoje oczekiwania i obawy sięgnęłam po lekturę...

Piotr Trybalski pozytywnie mnie zaskoczył. Fotograf w podróży nie jest typowym "suchym" poradnikiem, który odpowie na pytania, jaki sprzęt kupić czy jak ustawić parametry ekspozycji, by zdjęcia były prawidłowo naświetlone, a do tego atrakcyjne. Autor burzy stereotypy, udowadniając iż nie każda wyprawa w atrakcyjne czy egzotyczne miejsce zaowocuje pięknymi kadrami, gdyż najważniejsze w fotografii są świadomość swoich fotograficznych predyspozycji (nie każdy potrafi nawiązać kontakt z ludźmi, tak pożądany w fotografii portretowej, podobnie jak nie każdy lubi zrywać się z łóżka o świcie, by fotografować górskie krajobrazy) oraz planowanie. W kwestii sprzętu Trybalski, obala kolejny mit. Mimo obecnych trendów (moda na lustrzanki) podkreśla także zalety kompaktów, które - ze względu na dyskrecję - przydają się w podróży, zwłaszcza w fotografii ulicznej. 

W książce został omówiony katalog sytuacji fotograficznych, z jakimi można spotkać się podczas wyjazdów czy wypraw. Trybalski podpowiada jak fotografować pod wodą, w górach, na pustyni, w niskich temperaturach czy w krajach muzułmańskich. Na podstawie własnego doświadczenia radzi, jak poradzić sobie z problemami, które mogą pojawić się na drodze fotografa oraz podpowiada, jak chronić sprzęt w trudnych warunkach i co zrobić, by nie kusić złodziei. 

Fotograf w podróży to publikacja, która nie potwierdziła moich obaw. Opracowana rzetelnie, napisana przystępnym językiem i co ważne - nasycona konkretnymi informacjami (w przeciwieństwie do poradników amerykańskich, gdzie dygresja goni dygresję). A zdjęcia - przepiękne! 

Bezdroża/Helion 2012