Pokazywanie postów oznaczonych etykietą socjologia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą socjologia. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 19 listopada 2015

Tematyka islamu jest obecnie na topie. Zasłanianie twarzy przez muzułmańskie kobiety, karykatury Mahometa, podejście do religii nieislamskich i ich wyznawców, a także do Zachodu i zachodniego rozumienia demokracji - przez pryzmat tych zagadnień postrzegany jest dziś islam. Swoją cegiełkę dokładają też terroryści islamscy, którzy pojawiają się regularnie w mediach co najmniej od zamachów w Nowym Jorku w 2001 roku. Obraz jaki budują w nas środki masowego przekazu często jest spłycony, aby łatwiej był zrozumiany przez masy, do których kierowana jest treść. Wydaje się, że o obiektywny obraz religii trudno. Tym ciężej spodziewać się go, gdy za temat islamu zabiera się osoba wychowana w tej religii i kulturze i która postanowiła ją porzucić.



Ibn Warraq, ów apostata, przemierzając sury Koranu i hadisy (przekazy mówiące o słowach i czynach Mahometa), stara się przekonać czytelnika do swoich racji. Jego punkt widzenia wydaje się być typowo zachodni - muzułmanie to hołota będąca mentalnie w okresie chrześcijańskiego ciemnego średniowiecza. To ludzie wierzący i kierujący się zapisami absurdalnej księgi, jaką jest Koran, i jeszcze bardziej niedorzecznymi hadisami. Autor wielokrotnie udowadnia sprzeczności pojawiające się w świętej księdze islamu. Pisze, że wiele z hadisów, tworzących prawo islamskie, wchodzi ze sobą w konflikt. Taki stan rzeczy wynika między innymi z tego, że w początkowej fazie formowania się religii miały być one pisane na zlecenie walczących ze sobą o władzę klanów - hadisy miały szkalować przeciwników, a zleceniodawców wybielać. Na takich fałszywych fundamentach zbudowano prawo - skomplikowane, często pełne sprzeczności i kompletnie nie przystające do obecnych (książka została napisana w 1995 roku) czasów i realiów.



Zarzuty wobec islamu nie mają końca. Oprócz niezgodności pojawiających się w nauce proroka głównym zarzutem jest ten, że Mahomet stworzył religię opartą na chrześcijańskich i żydowskich naukach, zmienił tylko imiona biblijnych bohaterów i dorzucił do tego tradycyjnie arabskie wierzenia. Powstały w ten sposób zbiór historii i zasad dopasował do swoich potrzeb, a jeśli obowiązujące zasady wchodziły w konflikt z działaniem proroka wtedy ten doznawał objawienia i na polecenie Allaha dokonywał zmian w obowiązującym prawie. Oczywiście te zmiany dotyczyły tylko Mahometa. Dalej pojawiają się przytyki między innymi dotyczące tego jak Arabowie traktowali innowierców, czyli niewierzących, na podbijanych przez siebie terenach i jaki był ich stosunek do heretyków, ateistów i naukowców badających Koran. Opisuje nierówności w przestrzeganiu zakazów przez biednych i bogatych (między innymi zakaz spożywania alkoholu, wieprzowiny oraz niedopuszczalność stosunków homoseksualnych). Gwoździem do trumny wydaje się być sytuacja kobiet w muzułmańskim społeczeństwie i niemożność pogodzenia islamu i demokracji.



Autor został wychowany w rodzinie muzułmańskiej. Jak sam pisze we wstępie, zanim nauczył się czytać i pisać w ojczystym języku był uczony na pamięć wersetów Koranu, których i tak nie rozumiał. Gdy dorósł i zrozumiał, że religia jego dzieciństwa i młodości jest tylko narzędziem niewolenia umysłów, postanowił od niej odejść. Czy słusznie porzucił ją dla świeckiego humanizmu, dla którego wszystkie religie są urojeniami chorych ludzi, w sposób oczywisty nieprawdziwymi i szkodliwymi*? Każdy z nas musi sobie sam odpowiedzieć na to pytanie. Moim zdaniem tytułowe słowo "muzułmanin" można by zastąpić dowolnym wyrazem nazywającym religię i wyszłaby tak samo prawdziwa i oskarżająca tyrada. We mnie nieraz budził się lęk przed islamem, bo to religia wojująca, niosąca swój przekaz na pasach z ładunkami wybuchowymi samobójców gotowych zginąć w imię... czego? Raczej nie religii, która może i jest opresyjna, autorytarna, a może nawet despotyczna i absolutystyczna, ale w imię zręcznie wykorzystujących ją terrorystów, którzy w swoich działaniach podpierają się nią do legitymizowania swoich zamachów.


Czy powinniśmy ustępować pod naporem oburzonych głosów zarzucających nam, ludziom reprezentującym wartości zachodniej kultury, demokracji, że szkalujemy ich proroka, ich boga, ich religię? Ibn Warraq mówi, że nie. Przed przeczytaniem tej książki, bezkrytycznie zgadzałem się z sądem autora. Dziś już takiej pewności nie mam. Czy ludzie, którzy od wieków wychowywani są w tej antydemokratycznej religii czują się gorsi? Oni po prostu nigdy nie poznali innego świata, nie wiedzą jak to jest żyć w państwie zachodnim, demokratycznym. Nie dziwi mnie to, że mężczyźni, Europejczycy, przechodzą na islam i wstępują w szeregi Państwa Islamskiego, wszak muzułmanin-mężczyzna jest panem wszystkiego co do niego należy. Ale to, że znajdują się kobiety, które zmieniają wiarę na islam i podążają do tegoż państwa, napawa mnie trwogą - kobieta w islamie jest nieomal nikim, przedmiotem w rękach mężczyzn. Ale tak pozycję kobiet postrzegamy my, mieszkańcy Starego Kontynentu. Może jednak one wcale nie mają tam tak źle?


O ile w momencie wydania książki w 2011 roku można było powiedzieć, że islam jest w Europie tylko nic nie znaczącą religią, to obecnie zdecydowanie silniej wpływa na nasze nastroje. Fala uchodźców z Bliskiego Wschodu zalewająca Stary Kontynent wydaje się nie mieć końca. Dobrobyt i państwo socjalne, które Europejczycy mają na co dzień, dla muzułmanów (bo jednak zdecydowana większość przybyszów jest tego wyznania) wydaje się być świętym Graalem. Aby choć po części zrozumieć tych ludzi, którzy tak chętnie zmierzają do ziemi obiecanej oraz zamachowców z Paryża warto zapoznać się z Dlaczego nie jestem muzułmaninem.



*I. Warraq, Dlaczego nie jestem muzułmaninem, Europa Przyszłości, Warszawa 2013, s.15.

 

Stowarzyszenie Europa Przyszłości 2011

Przekład: Karolina M. Wielgat, Gwidon Kuśmierek

Tytuł oryginału: Why I am not a muslim



wtorek, 17 listopada 2015

Natura zawsze stawiała przed człowiekiem jakieś bariery nie do przezwyciężenia. Rzeki, ich zakola, góry i morza wyznaczały naturalne granice. Jaskinie dawały schronienie przed wrogami i siłami natury. Ludzie z czasem przekroczyli rzeki budując mosty, zbudowali statki i samoloty, aby przebyć morza i oceany, wydrążyli tunele i wyznaczyli bezpieczne szlaki przez góry. Nauczyli się konstruować narzędzia, dzięki którym pokonali w zasadzie wszystkie przeciwności. Jest jednak granica, której człowiekowi do dzisiejszego dnia nie udało się sforsować - jest to dziesiąty równoleżnik dzielący afrykańskie i azjatyckie kraje.

W średniowieczu dziesiąty równoleżnik szerokości geograficznej północnej wyznaczał w Afryce granicę między obszarami pustyni i sawanny a wilgotnym lasem równikowym. Dla Arabów mających chrapkę na te tereny granica ta okazała się nie do przebycia. Wilgotny klimat oraz śmiercionośne muchy i komary zdołali pokonać jedynie czarnoskórzy chrześcijanie, którzy do dziś w Nigerii zamieszkują tereny na południe od dziesiątego równoleżnika. Granica geograficzna stała się również granicą pomiędzy religiami. Ale z czasem ta linia stała się również strefą podziału ekonomicznego - po jednej z jej stron są bogactwa naturalne, urodzajna ziemia, a po drugiej panuje bieda i wieczny niedostatek dóbr. W takich kategoriach dziesiąty równoleżnik dzieli wiele państw w Afryce i Azji.

Eliza Griswold podjęła się zadania ukazania realiów życia ludzi na pograniczu chrześcijańsko-muzułmańskim i próby wyjaśnienia przyczyn takiego stanu rzeczy. Autorka pokazuje, że tytułowy równoleżnik to granica, na której ścierają się nie tylko kwestie religijne - te najłatwiej wychwycić, bo wydają się najbardziej oczywiste w świecie, w którym wszyscy krzyczą o ekspansywnym islamie. Często te konflikty mają również inne podłoże: walki o ropę, wodę, lepsze pastwiska; religia jest wtedy tylko elementem wtórnym. Rozmowy z lokalnymi watażkami, przywódcami terrorystów, misjonarzami i zwykłymi ludźmi, mieszkańcami tych niebezpiecznych terenów przedstawiają dość obszernie problemy z jakimi muszą się borykać na co dzień. Czy jest nadzieja dla podzielonych wewnętrznie państw na powrót do normalności, na lepszą przyszłość? Wydaje się, że nie - każda ze stron chce pokoju. Ale pokoju na własnych warunkach. Pokoju, który faworyzuje tylko jedną ze stron.

Kilkuletnie zbieranie materiałów na miejscu, wśród tubylców, zarówno chrześcijan jak i muzułmanów, z pewnością wpływa korzystnie na zawartość merytoryczną książki. Czytelnik otrzymuje rzetelnie napisaną publikację, zgłębiającą problemy dotykające dane społeczności. Z pewnością nie jest to jednak książka poruszająca w sposób uniwersalny zagadnienie konfliktów pojawiających się na styku obu wyznań w innych rejonach świata. Dlaczego? Bo animozje zawsze mają głębszą podbudowę, uzależnioną od doświadczeń historycznych danego państwa. I taki jest też Dziesiąty równoleżnik - sięgający głębiej, a nie tylko ślizgający się po powierzchni.

Muza 2013
Przekład: Hanna Jankowska
Tytuł oryginału: The Tenth Parallel
Seria: Spectrum

wtorek, 13 października 2015

W serii Spectrum zdarzało mi się trafiać zarówno na książki napisane językiem bardzo ciężkim, hermetycznym, naukowym, jak i napisane ze swadą, lżej podchodzące do tematyki i naszpikowane przykładami oscylującymi wokół przedmiotu publikacji. Po Dzieciństwie w oblężeniu patrząc przez pryzmat poczynań zawodowych Bakana, profesora prawa, asystenta prezesa Sądu Najwyższego Kanady, autorytetu w dziedzinie prawa o międzynarodowej renomie można było spodziewać się książki topornej, wręcz prawniczego bełkotu z licznymi odwołaniami do przepisów prawa. Kanadyjczyk zaskoczył mnie nie tylko lekkością języka, ale i prostotą opisywania skomplikowanych zjawisk zachodzących pomiędzy elementami życia społecznego.

Każdy z nas był kiedyś dzieckiem. Moje dzieciństwo przypadło na przełom lat 80. i 90., ważny dla Polski czas, kiedy rodziła się demokracja, a kapitalizm nieustępliwie zaczął wciskać się pod strzechy. I choć dziś ówczesne przejście od gospodarki centralnie sterowanej do wolnego rynku jest nazywane "dzikim kapitalizmem", to ta dzikość była bardziej etyczna niż dziś, bo wszelki biznes był ukierunkowany na robienie pieniędzy na dorosłych - to oni byli głównymi, w zasadzie jedynymi, odbiorcami prymitywnych reklam. Kto wtedy myślał o dziecku jako uczestniku rynku z dużym potencjałem nabywczym? Papier toaletowy, który reklamowało dziecko, to jeden z pierwszych spotów, który pamiętam z ówczesnych pionierskich czasów. Ale czy dzieci wtedy wpływały na rodziców, aby wybrali papier tej firmy, a nie innej, bo tata Marcina kupił właśnie taki? Dziś niestety to się ogromnie w Polsce zmieniło, dziecko jest równorzędnym lub nawet nadrzędnym odbiorcą reklam. Czasami mam wrażenie, że przy półce sklepowej to dziecko jest głównym decydentem w sprawie produktów, które wędrują do wózka. A przecież w supermarketach wcale nie wydajemy najwięcej. Sektor bankowy, motoryzacja, wczasy, czy elektronika to obszary, gdzie zostawiamy większe sumy. Są to również branże, w których każdy stara się poszerzyć grono swoich klientów, adresując przekazy reklamowe do coraz młodszych i coraz bardziej wpływowych odbiorców – dzieci już nie pójdą do szkoły jeśli nie dostaną tableta!

Reklama będąca najłatwiej rozpoznawalnym wrogiem każdego rodzica, bo w najbardziej bezpośredni i naoczny sposób wpływa na konsumenckie decyzje dzieci i dorosłych, stanowi tylko jeden z tematów poruszanych przez Bakana. Kolejnym wyzwaniem jakie stawiają rodzicom krwiożerczy i żądni pieniędzy kapitaliści są gry. Mniejsza z tym, jeśli nie są to opływające krwią i nurzające się w sosie przemocy bezpłatne gry edukacyjne. Ale gdy w grę wchodzi manipulowanie dziecięcym poczuciem przywiązania, troski, miłości do jakiegoś wirtualnego zwierzątka czy innego potworka, gdy jego życie zależy od zasobności portfela opiekunów... Nie każdemu z nas musi się podobać taki mechanizm postępowania twórców gier. Pamiętam jak w czasie studiów kolega pospiesznie się ze mną żegnał, bo musiał biec do akademika podlać marchewki na działce, bo inaczej mu padną. Skoro chłop dwudziestoletni może aż tak zaangażować się w doglądanie wirtualnych grządek, to jak wielkie spustoszenie w kilkuletniej kształtującej się psychice może spowodować ta sama gra?

Im dłużej czytałem tę skromną objętościowo (300 stron, mały format) książkę, tym włos coraz bardziej jeżył mi się na głowie. Firmy farmaceutyczne, lekarze i naukowcy - wszystkie te elementy wpłynęły na utworzenie liberalnego prawa dla rynku zbytu leków. Trudno znaleźć początek łańcucha kłamstw, który zaciskał się na szyjach dzieci pochopnie diagnozowanych jako chore psychicznie. Ameryka to państwo, w którym rządzi pieniądz i nic tej władzy nie jest w stanie powstrzymać. Do ustawy traktującej o chorobach psychicznych dzieci dopisywano coraz więcej schorzeń, aby poszerzać rynek zbytu farmaceutyków. Aby leki danego producenta lepiej się sprzedawały lekarze byli zapraszani na konferencje, na wystawne kolacje, luksusowe wycieczki. Większa ilość wypisanych przez nich recept to większe przychody producentów, a że czasem jakieś dziecko umrze z powodu przepisania zbyt dużej dawki lub okaże się, że dany medykament zamiast pomagać szkodzi? To wszystko jest wliczone w koszta - zapłaci się odszkodowanie, pobije się w piersi. I dalej będzie się robiło swoje. W tej żonglerce zdrowiem psychicznym najmłodszych najbardziej wstrząsająca jest postawa naukowców - zdarza się, że fałszują badania lub ukrywają działania uboczne preparatów, nad którymi pracują. Ekspertyzy, które pisze się, aby potwierdzić tezę jaką złożył zleceniodawca - oto jak działają z założenia prawdomówni naukowcy.

Ameryka, kraj wolności, kraj gdzie powstała pierwsza konstytucja, państwo niosące demokrację "ciemnym ludom" krajów muzułmańskich. Mimo to tutaj w takim samym stopniu jak u tych "ciemnych" narodów nie zwraca się uwagi na zdrowie dziecka. Zanieczyszczenia powstałe w wyniku eksploatacji złóż naturalnych, katastrofy ekologiczne - firmy chętnie zapłacą kary (wszak są one nikłymi wydatkami), aby zamknąć gęby tym, którzy krzyczą zbyt głośno. Tylko kilkaset spośród ponad 80 tysięcy związków chemicznych będących w obrocie na rynku amerykańskim (wiele z nich wchodzi w skład zabawek dla dzieci) zostało przebadanych pod względem szkodliwości dla organizmu ludzkiego. Jeśli ktoś podnosi larum, że te nieprzebadane powinno się zbadać lub wycofać, podnoszą się głosy, że to ograniczenie wolności. A praca dzieci? Co prawda często są to emigranci z Meksyku czy Ameryki Południowej, ale czy to dzieci gorsze? Czy o taką wolność walczyli twórcy konstytucji? Czy chcieli, żeby dzieci, czyli dorośli, pełnoprawni Amerykanie, tylko o kilkanaście/kilkadziesiąt lat młodsi, były wykorzystywane jako ten najsłabszy, najbardziej podatny na wpływy element wolnego rynku? Śmiem wątpić. W czasie lektury nachodziły mnie myśli, że obecny świat powinien się zawalić, ludzie powinni wymrzeć, żeby Ziemia się odrodziła, odetchnęła chwilę, odsapnęła. Jeśli człowiek nie potrafi poszanować samego siebie, nie ma szacunku dla dzieci, to dla kogo będzie miał?

Muza 2013
Seria: Spectrum
Tytuł oryginału: Childhood under siege: how big business targets children
Przekład: Hanna Jankowska

sobota, 2 listopada 2013

Made in Japan jest już drugą książką Rafała Tomańskiego na temat Kraju Kwitnącej Wiśni. Pierwsza, Tatami kontra krzesła, niosła solidną porcję informacji o Japonii, zastanawiałam się więc, czym tym razem uraczy nas autor. Grafika na okładce (zapis sejsmografu) oraz opis książki sugerowały, iż rzecz będzie o "wydarzeniach z 11 marca 2011 roku", jak określano trzęsienie ziemi i powstałe w jego następstwie tsunami, i częściowo rzeczywiście tak było. 

Mimo, iż w Japonii trzęsienia ziemi nie są niczym niezwykłym, a dzieci od najmłodszych lat uczone są radzenia sobie podczas wstrząsów, to, co wydarzyło się ponad dwa lata temu, było ogromnym wstrząsem dla Japończyków. Spustoszenia wywołane przez kataklizm nie były jedynym jego następstwem, czymś znacznie gorszym była awaria elektrowni jądrowej w Fukushimie. Tomański szuka jednak jej przyczyn nie w naturze, lecz w mentalności mieszkańców Kraju Kwitnącej Wiśni. Według niego wypadek w Fukushimie był "made in Japan"... Niegdyś etykietka ta nadawana była produktom wysokiej jakości, a dziś świadczy o niedbalstwie i wynikających z niego niedociągnięciach. Tomański wśród niedostatków Japończyków wymienia m.in. zamknięcie się na świat zewnętrzny: konflikty terytorialne z Chinami i Koreą Południową, odrzucanie nowinek technologicznych ze świata czy nieznajomość języka angielskiego, w której eliminacji nie pomagają translatory tłumaczące rozmowy telefoniczne. Problemy ekonomiczne odbijają się na jakości życia powodując stres i prowadząc do samobójstw, co nie sprzyja sytuacji demograficznej Japonii, która boryka się z niżem i problemem starzejącego się społeczeństwa.

Choć książkę czytałam z zainteresowaniem, spodziewałam się po niej czegoś więcej. Made in Japan to niespełna 190 stron gęsto przetykanych zdjęciami, podczas gdy poprzednia publikacja liczyła około 280 stron (nie licząc wklejek z fotografiami). Owszem, ilość nie zawsze przekłada się na jakość - jednak nie w tym przypadku. Tekst wydaje się chwilami więcej mówić o nowych technologiach niż Japończykach i życiu po marcowej katastrofie z 2011 roku, ale tym, co mnie raziło przede wszystkim, to - w większości przypadków - nieadekwatne do treści zdjęcia (tekst o rozwoju branży e-commerce ilustrują kobiety w tradycyjnych kimonach, a zdjęcie ślubu zostało zamieszczone w rozdziale o japońskiej blogosferze). Przy tak bogatym materiale fotograficznym dziwi również dwukrotne wykorzystanie tej samej fotografii na przestrzeni kilkunastu stron*. 

Gdybym nie czytała Tatami kontra krzesła, być może na Made in Japan spojrzałabym życzliwszym okiem. Mając jednak porównanie, mogę jedynie rzec - nomen omen...

*Rafał Tomański, Made in Japan, Gliwice 2013, ss. 9 oraz 19.

Bezdroża 2013

sobota, 3 sierpnia 2013

Kilka lat temu spotkałam się z tezą mówiącą o poligamicznej naturze człowieka. Jak się okazuje to nie natura, lecz religia i kultura zakuły nas w ryzy monogamii, wymagając od nas zadeklarowania swojego uczucia na całe życie i trzymanie się tego wyboru do śmierci. Niektórym rzeczywiście się to udaje, ale jak można wywnioskować choćby z doniesień brukowców, zjawisko zdrady wcale nie jest zjawiskiem marginalnym. To właśnie jeden z takich głośnych romansów przyczynił się do powstania książki Dlaczego zdradzamy? Pamela Druckerman zainteresowała się tematem niewierności po tym jak świat obiegła informacja o skandalu w Białym Domu. 

Romans prezydenta Stanów Zjednoczonych Billa Clintona ze stażystką Monicą Lewinsky zainspirował amerykańską dziennikarkę do poszukania odpowiedzi na pytanie o przyczyny niewierności w związkach. Odpowiedzi szukała w dziesięciu krajach - analizowała dane statystyczne oraz ogłoszenia towarzyskie, spotykała się z psychologami i seksuologami, a także z samymi zdradzającymi oraz zdradzanymi. W wyniku tych poszukiwań powstała kulturowa mapa niewierności, okazuje się bowiem iż to, gdzie mieszkamy ma ogromny wpływ na to, jak postrzegamy niewierność. Amerykanie, którzy czuli solidarność ze zdradzoną Hillary Clinton, sami chętnie zdradzają, gdy nadarza się ku temu okazja. Ale biada gdy prawowity partner dowie się o kłamstwach i romansie! Zdrada staje się tematem roztrząsanym ze szczegółami przez kilka lat, a czasem nawet całe życie. Zgoła inne podejście mają mieszkańcy RPA, przodujący w niewierności. Zdrada jest dla nich czymś naturalnym i nie potrafią sobie odmówić seksu poza związkiem mimo iż często przypłacają to życiem swoim oraz swojej rodziny - AIDS zbiera tutaj spore żniwo... Co ciekawe, zarażone małżonki często rozgrzeszają "biegaczy", jak w Afryce Południowej nazywani są zdradzający panowie. W innych kulturach kobiety, których mężowie szukają kontaktów z innymi kobietami, nie czują dyskomfortu lecz... ulgę, że nie muszą spełniać małżeńskiego obowiązku! 

Ponieważ język w znacznym stopniu odzwierciedla nasze postrzeganie świata, Pamela Druckerman zbadała również sposoby nazywania zdrady wśród różnych narodów. Podczas gdy Polacy "skaczą w bok", inne narody "jadają na boku" , "zbaczają z drogi", "grają na spalonym" lub "szczypią kota w ciemnościach". 

Dlaczego zdradzamy? to książka napisana przystępnie i zrozumiale dla przeciętnego czytelnika. Choć interesująca, nie mogłam jednak oprzeć się wrażeniu, że autorka najbardziej skupiła się na tym jak zdradzamy, a po temacie przyczyn niewierności tylko się prześlizgnęła, choć polski tytuł sugerował nadrzędność zagadnienia. Co ciekawe, tytuł oryginału (Lust in Translation) wydaje się nawiązywać do filmu Sofii Coppoli, polskiemu widzowi znanego jako Między słowami (Lost in Translation). Zbieżność nie wydaje się przypadkowa - historia taka jak Charlotte i Boba również mogłaby się znaleźć w książce Pameli Druckerman.

Wydawnictwo Literackie 2013
Tytuł oryginału: Lust in Translation
Przekład: Agnieszka Sobolewska

poniedziałek, 5 listopada 2012

Szacunek w świecie nierówności to bodaj moje trzecie spotkanie z serią Spectrum. Spotkanie to było zdecydowanie najmniej przyjemne z moich dotychczasowych. Dlaczego? Poprzednie pozycje, czyli Szkice z dziejów anarchizmu Laskowskiego i Zderzenie cywilizacji Huntingtona okazały się bliższe moim zainteresowaniom, wykształceniu i były napisane zrozumiałym dla mnie językiem. Sennett, pisząc o społeczeństwie, posługuje się terminami właściwymi socjologii, której to nauki szczerze nie lubię. Ale cóż, sam chwyciłem za książkę spodziewając się zagadnień z zakresu wolności i równości człowieka wobec prawa, wobec państwa, relacji zachodzących na tej linii i wynikającego z nich szacunku. Owszem, autor pisze o tych kontaktach i związanych z nimi stosunków nadrzędności i podległości, ale nie z punktu widzenia, który by mnie interesował.

Mimo zawiłej, jak się okazało, problematyki eseju, Sennet stara się w jak najprostszy sposób przybliżyć czytelnikowi temat. Stosuje szereg przykładów - w ogóle książka zaczyna się i kończy obszernymi fragmentami z życia autora, z dzieciństwa spędzonego na osiedlu, z młodości związanej z grą na wiolonczeli, ze spotkań z sympatią oraz z doświadczeń zebranych z obserwacji pracy matki, która była pracownicą ośrodka pomocy społecznej. Czasami miałem wrażenie, że ich ogromna ilość, tak charakterystyczna dla książkowego świata amerykańskich naukowców, mogłaby ograniczyć objętość publikacji o połowę. Z drugiej strony okazały się one niezbędne, by choć trochę zrozumieć zawiłość mnogości poruszanych tu odcieni szacunku - dowiemy się z książki o nierówności talentów, problemie zależności i o współczuciu, które może ranić. Sennet rozpatruje również szacunek z punktu państwa jako podmiotu, jak również społeczeństwa, które stawia w tej samej roli.

Książka porusza bardzo ciekawy, ale i trudny temat. Jest on przedstawiony w całej jego złożoności. Niestety, mimo ciekawych porównań egzystencji jednostki w społeczeństwie i ich wzajemnych relacji do gry na uwielbionym przez autora instrumencie, nie wszystkie zawiłości szacunku udało mi się zrozumieć, ale polecam, zwłaszcza tym, którzy pasjonują się socjologią.

Muza 2012
Seria: Spectrum
Tytuł oryginału: Respect in the World of Inequality
Przekład: Jan Dzierzgowski

środa, 31 października 2012

Przed lekturą Wałkowania Ameryki moje pojęcie o Stanach Zjednoczonych było bardzo nikłe. Barack Obama ze swoimi planami tarcz antyrakietowych, misje kosmiczne NASA, hamburgery* (a co za tym idzie - otyłość) i Amerykanie z nieodłącznym uśmiechem i zapewnieniem, że "jest świetnie"... Aby wyzbyć się myślenia stereotypowego i rozszerzyć swoją wiedzę postanowiłam "przewałkować" książkę Marka Wałkuskiego (ciekawe czy tytuł celowo nawiązuje brzmieniowo do nazwiska autora). Lektura okazała się - zresztą zgodnie z moimi oczekiwaniami - niezwykle interesująca. 

Marek Wałkuski jest korespondentem radiowej Trójki oraz Polskiego Radia w Waszyngtonie. Przez pewien czas po przeprowadzce do Dystryktu Kolumbii adaptował się do funkcjonowania w społeczeństwie jakże innym od europejskiego, przez co autorowi nie brak świeżego spojrzenia, a czasem - zadziwienia. Temat został ujęty niemal kompleksowo. Autor omówił amerykański odpowiednik Jana Kowalskiego czyli statystycznego Amerykanina oraz jego wszelkie możliwe warianty etniczne czy wyznaniowe (Stany Zjednoczone sprzyjają powstawaniu nowych kościołów, nawet tak dziwnych jak Kościół Eutanazji czy Stowarzyszenie Aetheriusa, które wyznaje kult kosmosu, z którego Ziemia czerpie energię i skąd przybędą mistrzowie ratujący świat). Dokonał analizy języka amerykańskiego, przybliżył czytelnikowi muzykę country, zagłębił się w kwestie patriotyzmu oraz szeroko pojętej wolności, a także rozważał po co Amerykanom broń i czy ogólny dostęp do niej ma wpływ na skalę przestępczości w kraju. 

Czytając Wałkowanie Ameryki zostałam dosłownie zalana informacjami, są one jednak podane w bardzo przystępnej formie, dzięki czemu książkę czyta się z ogromną przyjemnością. Niestety Wałkuski nie rozwiał wszystkich moich wątpliwości - fenomen XXL (nazwałam tak zamiłowanie do ogromnych porcji żywnościowych, np. powiększonych zestawów w sieciach fastfoodowych czy specyficznego pojęcia słowa "mini"**) nadal pozostał dla mnie zagadką. Nie zmienia to jednak faktu, iż Wałkowanie Ameryki jest prawdziwą kopalnią wiedzy o Stanach Zjednoczonych, ukazującą ich niezwykłą różnorodność i odmienność względem Europy. Czy u nas możliwa byłaby instytucja kościoła dla zmotoryzowanych, w którym uczestnicy ceremonii pobierają na wstępie samoobsługowe zestawy do komunii świętej? 

Zapraszam do lektury!

Helion 2012

*Czasem nawet stereotypy powielają błędy... Wspomniane przeze mnie na wstępie hamburgery nie są wymysłem Amerykanów - przywędrowały tam od naszych zachodnich sąsiadów, Niemców!

**Pytanie to nasunęło mi się podczas lektury książki W 80 000 pytań dookoła świata autorstwa Dennisa Gastmanna, który podczas pobytu w Ameryce zamówił 3 miniburgery, a dostał... Trzy wielkie jak młyńskie koła buły z górą sera w środku, morzem keczupu i przynajmniej dwoma wołami. (Gastmann Dennis, W 80 000 pytań dookoła świata, Wydawnictwo Naukowe PWN 2012, s. 130)

piątek, 17 sierpnia 2012

Czym jest anarchizm? Ruchem politycznym, nurtem filozoficznym, sposobem życia, światopoglądem? Utopią czy myślą trafnie obnażającą uzurpacje wszelkiej władzy? Jak anarchizm łączy się z przemocą? Czym zasłużył sobie na jadowite diatryby Marksa i Lenina? Czy można go pogodzić z religią? Co anarchiści myśleli o rodzinie? Jakiej chcieli edukacji? Jakie książki czytali - i jakich książek stawali się bohaterami? - na te pytania postawione na okładce książki, jak też na wiele innych związanych z dziewiętnastowieczną myślą anarchistyczną, dociekliwy czytelnik znajdzie odpowiedzi w tej dość obszernej publikacji. Czytelnik nie musi być bardzo wytrwały, jednak nieobca powinna być mu cecha delikatnego samozaparcia, ażeby przebrnąć przez ponad 500 stron opisu różnorodnej myśli anarchistycznej.

Książkę można polecić dociekliwym studentom nauk politycznych, których pobieżne zaznajomienie się z zagadnieniem anarchizmu, jakie jest serwowane na uczelniach, nie zaspokaja głodu wiedzy. Księga ta na pierwszy rzut oka nie wnosi nic nowego - ot, omówienie stosunku anarchistów do państwa, do religii, do rodziny. Twórcy konfrontują swoje przemyślenia z socjalizmem, tłumaczą czym dla nich jest wolność i dlaczego instytucja państwa jest człowiekowi przeszkodą w uzyskaniu szczęścia. Mnie osobiście najbardziej zainteresowały przemyślenia dotyczące edukacji. Obecnie każda partia polityczna, przedstawiciele wszelakich doktryn i ideologii rozpisują się na temat wolności, gdzie ona sięga, gdzie ma granice, co wolno a czego nie. Program polityczny bez kwestii gospodarczych nie ma dziś racji bytu - wszyscy wiedzą najlepiej jak uzdrowić gospodarkę państwa. Jednak bardzo mało mówi się o edukacji, została ona zepchnięta na bok, bo przecież budżet jest i tak napięty... Anarchiści przedstawiali program edukacyjny zarazem karkołomny i rewolucyjny. Zakładał wprowadzenie klas koedukacyjnych, zniesienie jakiegokolwiek systemu oceniania (czy ktoś wyobraża sobie szkołę bez ocen?); nauczyciel miał być swego rodzaju mentorem-opiekunem - pod żadnym pozorem nie mógł wychowywać dzieci, gdyż wychowywanie było już narzucaniem swojego sposobu życia i ograniczało wolność do obierania własnej drogi rozwoju; co bardziej skrajne odłamy uznawały, że w jednej klasie powinny uczyć się zarówno dzieci proletariackie, jak i potomkowie arystokratów (nie do pomyślenia w XIX wieku!).

Książka została napisana przystępnym językiem, autor nie sili się na mnożenie -izmów i innych "mądrych" słów, miejscami lektura jest nawet wciągająca. Widać, że napisanie tej pozycji musiało zająć wiele czasu, bo sama bibliografia, która została potraktowana opisowo (aby nie zanudzić czytelnika), a nie klasycznie, pozycja po pozycji, robi ogromne wrażenie. Zabrakło mi jedynie osobistej refleksji autora, zwłaszcza w części opisującej szkołę - wszak autor jest nauczycielem.

Muza 2007
Seria: Spectrum

wtorek, 17 kwietnia 2012

Sięgając po Imiona wielokulturowości spodziewałam się otrzymać przystępnie przedstawione zagadnienie wielokulturowości, która jest obecnie tak powszechnym zjawiskiem jak globalizacja. Oczekiwałam omówienia różnorodności kultury - zwyczajów czy religii, przenikania się i współistnienia jej wielorakich aspektów. Niestety, otrzymałam rozprawę naukową, przez którą trudno mi było przebrnąć. Nie mówię, że książka jest zła, po prostu nie wpisała się w moje oczekiwania (dotychczasowe lektury spod znaku Spectrum były napisane bardzo przystępnym językiem, więc nie miałam problemów z ich odbiorem).

Imiona wielokulturowości Mariana Golki to rozprawa na temat tytułowego zjawiska. Mimo, iż temat jest bardzo obszerny, autorowi udało się go opanować i uporządkować w logiczną całość. Golka dotknął takich aspektów jak opozycje różnica-całość czy swojskość-obcość, granice i pogranicza, transgraniczność, enklawy oraz tożsamość społeczna. Rozważania profesora poparte są obszerną bibliografią (wykaz zawiera ponad 40 stron!), wśród której obok autorów publikacji naukowych znaleźli się Ryszard Kapuściński, SándorMárai, a nawet Kinga Choszcz, co świadczy o oczytaniu autora i rozległości pola jego naukowych poszukiwań.

Jak wspominałam na początku, Imiona wielokulturowości to pozycja trudna w odbiorze, przynajmniej dla kogoś, kto nie pasjonuje się tematem w jej naukowym aspekcie. Publikację polecam jednak studentom socjologii, antropologii i kulturoznawstwa, gdyż jest swoistą kopalnią wiedzy.

Muza 2010
Seria: Spectrum

czwartek, 22 marca 2012

Miasto daje wygodę i możliwości. Dzięki temu, że wszystko jest na miejscu, można ze spokojem oddać się wspinaczce po szczeblach kariery. Podczas gdy ucieczka ze wsi do miasta jest dziś czymś oczywistym, Anna Kamińska zwraca uwagę na zjawisko odmienne - wycofywanie się z hałaśliwych i zatłoczonych metropolii do cichych ustroni. Miastowi... to opowieść o ludziach, którzy zrezygnowali ze stanowisk, z wygodnych mieszkań i eleganckich ubrań na rzecz kaloszy i domów, które wymagają stałego doglądania. Bo życie na wsi nie jest sielanką. Wprawdzie nie wymaga od nas tego pędu, który wymusza na nas miasto, ale nie toleruje bezczynności. Z czegoś trzeba żyć, więc bohaterowie zajmują się tym, co wychodzi im najlepiej i co przynosi im satysfakcję - prowadzą gospodarstwa agroturystyczne, wytwarzają zdrową żywność czy organizują wypoczynek dla dzieci i młodzieży. Choć historie bohaterów są różnorodne, łączy ich jedno - w pewnym momencie postanowili zwolnić tempo swego życia, które nabrało rozpędu, gubiąc przy tym swój sens. Egzystencja na wsi okazała się być dużo bardziej wartościowa, bo pozwoliła zbliżyć się nie tyle do natury, co do drugiego człowieka. 

Miastowi. Slow food i aronia losu to lektura, która inspiruje. Skłania do przemyśleń na temat naszego życia, do zadania sobie pytań o jego sens oraz jakość. Historie "miastowych", jak nazywa się przybyłych na wieś, uświadamiają, że swoje życie życie można, a nawet trzeba zmienić. Szkoda tylko, że czarno-białe fotografie są tak słabej jakości, że nie oddają uroku przedstawianych (pięknych!) miejsc. 

Wydawnictwo Trio 2011

poniedziałek, 10 października 2011

Przyznam, że przed lekturą książki wiedziałam o Belgii niewiele. W konsternację wprawił mnie autor już w pierwszych słowach książki, twierdząc, iż z Belgią kojarzą się frytki, pralinki, piwo i koronki. Jedyne moje skojarzenia z tym krajem prowadziły do Brukseli, a dokładniej mówiąc - do Parlamentu Europejskiego, stąd książka przeleżała trochę na półce, czekając na swoją kolej. Do lektury nie spieszyło mi się zanadto, gdyż spodziewałam się solidnej dawki polityki. Co otrzymałam? Polityki niewiele, za to obszerny rys historyczny tego niewielkiego kraju, jednak podany w tak przystępny sposób, że nawet osoba tak uczulona na historię jak ja czytała te fragmenty z ogromnym zainteresowaniem (zwłaszcza zaciekawiła mnie historia powstania, a raczej zakupu kolonii, Konga Belgijskiego, przez Leopolda II i realia tam panujące). Równie interesujące były poruszone przez autora kwestie prawne i społecznościowe. W ogromne zdziwienie wprawiła mnie informacja dotycząca sposobu otrzymywania prawa jazdy, które do roku 1973 dostawało się niejako z urzędu - wystarczyło zakupić samochód. Zaskoczyło mnie także podejście do kwestii dawstwa organów. Na mocy ustawy z 1986 roku by zostać potencjalnym dawcą narządów wystarczy przekroczyć granicę państwa - narodowość i prawo obowiązujące w rodzimym kraju nie jest wiążące w tej kwestii (oczywiście sprzeciw rodziny czy samego zainteresowanego jest możliwy, jednak zgoda jest opcją domyślną). Równie nowocześni i liberalni są Belgowie w kwestiach eutanazji, in vitro, aborcji i małżeństw homoseksualnych. A jacy są na co dzień? Cisi i skromni. Nie szukają rozgłosu i skandali, nie obnoszą się ze swoim statusem materialnym, a ich prywatność oraz dom z przynależnymi mu sprawami są dla Belgów czymś świętym. Ciekawostką jest to, że sami Belgowie Belgami się nie nazywają - jest się albo Flamandem, albo Walonem. Nie wspomniałam także o tym, że kraj, mimo iż mniejszy od naszego województwa mazowieckiego, jest podzielony na trzy strefy: Flandrię, Walonię i Brukselę, w których używa się, tak!, trzech języków. Telewizja także jest podzielona i aby wiedzieć, co dzieje się w kraju, należałoby śledzić serwisy informacyjne obydwu stacji, gdyż telewizje flamandzka i walońska emitują tylko "swoje" lokalne wiadomości. 

Marek Orzechowski przekonał mnie do Belgii. Mało tego! Okazał się turystycznym rzecznikiem tego małego i z pozoru nieciekawego państewka. Podczas planowania przyszłych wakacyjnych podróży wezmę pod uwagę Belgię, a zwłaszcza De Kusttram, najdłuższą tramwajową linię w Europie, której trasa wiedzie piaszczystą plażą, De Panne, najszerszą plażę w Europie, która w czasie odpływu mierzy około kilometra szerokości, a zwłaszcza rezerwat Het Zwin, w którym można spotkać 100 gatunków rzadkich w Europie ptaków.

Muza 2011
Seria: Spectrum

czwartek, 14 lipca 2011

W swojej poprzedniej publikacji Paul Martin przyglądał się kilku nośnikom przyjemności - seksowi, narkotykom i czekoladzie. Liczenie baranów utrzymane jest w podobnej tematyce, lecz tym razem autor bierze pod lupę sen. 

Wydawałoby się, że spanie to czynność prozaiczna, jednak Paul Martin pisze o niej w sposób niezwykły i bardzo interesujący.  Muszę przyznać, że wcześniej nie byłam świadoma aż takiej powszechności zjawiska niedospania. Wiele osób odczuwa senność już niedługo po przebudzeniu! W wyniku braku czasu na sen i deprecjonowania powyższej czynności (niektórzy ludzie uznają folgowanie swojej senności za stratę czasu czy przejaw lenistwa!) niedospanie kumuluje się z dnia na dzień, znacznie obniżając wydajność naszego organizmu, a także zakłócając jego prawidłowe funkcjonowanie. Okazuje się jednak, że dobrego snu nie gwarantują dobre warunki do spania oraz sama chęć oddania się w objęcia Morfeusza. Z czynnością tą związany jest szereg problemów od bezsenności poprzez chrapanie czy zgrzytanie zębami i narkolepsję po paraliż senny, a nawet śmierć. Problemy ze snem istniały od zawsze, jednak znamienne dla naszych czasów jest odmawianie go sobie na własne życzenie. Niegdyś do spania przywiązywano należną wagę, wręcz celebrowano go. Sam Molier miał 100 dziennych łóżek przeznaczonych do drzemek, natomiast Ludwik XIV miał ich wszystkich 413 łóżek i to aż w 25 rodzajach! A dziś - śpimy byle jak i krótko, by "stracić" jak najmniej czasu, nie wiedząc, że tracimy znacznie więcej...

Liczenie baranów to książka napisana przystępnie i ciekawie (choć ze względu na tematykę chwilami nie mogłam opanować ziewania :)). Liczne odwołania do badań naukowych uzupełnione są przez ogromną ilość odniesień do literatury (królują Szekspir i Dickens) oraz ciekawostek ze świata zwierząt czy z historii. Jeżeli chcecie poprawić jakość swojego snu - zapraszam do lektury.

PS. Caryca Anna kazała służącej łaskotać swoje stopy, co ponoć działało nasennie. A Wy jakie macie sposoby na dobry sen? 

Muza, 2011
Seria: Spectrum
Tytuł oryginału: Counting Sheep. The Science and Pleasures of Sleep and Dreams
Tłumaczenie: Anna Gralak

sobota, 25 czerwca 2011

Piotr Szarota, jak sam mówi, lubi pisać o rzeczach niepoważnych. Po zgłębieniu tematu uśmiechu oraz psychologii stroju przyszedł więc czas na omówienie randkowania na przestrzeni ostatnich stu lat. Okazuje się, że nasze babki i dziadkowie w kwestii spotkań we dwoje nie mieli łatwo. Młodym ludziom nie wolno było spotykać się w cztery oczy, a co dopiero publicznie okazywać sobie czułości. W latach 60. we Włoszech za pocałunek groził kilkumiesięczny areszt... Przeszłość? Niekoniecznie. W 2008 roku w Indiach ta sama kara groziła całującej się parze... małżonków! Spragnionym bliskości randkowiczom w sukurs przyszły wynalazki ludzkości takie jak kino czy samochód.

Szarota pokazuje nie tylko przemiany w obyczajowości na przestrzeni kolejnych dekad, ale skupia się także na odmienności kulturowej. Wbrew pozorom Polacy randkują inaczej niż Amerykanie czy Francuzi. Autor pokusił się nawet o stwierdzenie, iż Amerykanie są z Marsa, a Francuzi z Wenus. Pierwsi - mało spontaniczni, wszystkie działania ubierają w sztywne ramy konwenansów, drudzy natomiast podczas randek są wyluzowani i bezpośredni. W Kraju Kwitnącej Wiśni podejście do miłości jest pragmatyczne - małżeństwa z uczucia rozpadają się gdy miłość wygasa, gwarancją trwałości związku jest tylko i wyłącznie dopasowanie, najlepiej pod względem grupy krwi.


Robert Doisneau "Pocałunek pod ratuszem" 1950
 źródło: fotopolis.pl
Wiele miejsca poświęcił autor randce współczesnej. Szarota przygląda się spotkaniom osób starszych, często po stracie bliskiej osoby bądź innych przejściach, randkom osób homoseksualnych a także tzw. czystym związkom. Nie pomija także kwestii spotkań w sieci.

Kolejna pozycja z serii Spectrum nie zawodzi. Piotr Szarota zaserwował kompleksowe studium randki - poparte bogatą bibliografią i okraszone humorem. Skądinąd - zastanawia mnie tematyka kolejnej książki. Pozostaje mi tylko czekać, a Anatomię randki polecić do lektury. 

Muza 2011
Seria: Spectrum

czwartek, 26 maja 2011


Podczas studiów miałam okazję pracować jako kasjerka w hipermarketach, pierwszą "poważną" pracę również rozpoczęłam od tego stanowiska. Po Udręki pewnej kasjerki nie sięgnęłam więc z ciekawości, lecz dla porównania swoich doświadczeń z obserwacjami autorki. Czy klient francuski różni się od polskiego? 


Anna Sam pracowała za kasą 8 lat. Mimo, iż miała w ręku dyplom z literatury, nie miała szans na inną pracę. Zdarzało jej się jednak słyszeć, jak matki mówią do swych dzieci: Widzisz, kochanie, jeśli nie będziesz się dobrze  uczyć, zostaniesz kasjerką, jak ta pani. Mnie wprawdzie nie zdarzały się tak jawne komentarze, jednak w relacjach z klientem często dawało się odczuć wyższość, z jaką się do mnie odnosili. Praca kasjerki jest posadą niedocenioną, a często wręcz pogardzaną. Hostessa kas, jak ironicznie nazywa tę posadę Anna Sam, jest dla wielu tylko i wyłącznie przedłużeniem skanera. Ma działać sprawnie, szybko i z uśmiechem. W zamian wysłuchuje pretensji o niezgodność cen, o brak foliowych reklamówek (nieważne, że klient ma mało zakupów i że są one już zapakowane), a w zasadzie też i o to, że komuś coś się nie udało i musi to gdzieś odreagować. 

Nieuprzejmy klient nie jest jednak jedyną bolączką kasjerki. 18 minut przerwy, na którą ciężko wyjść, gdyż do kasy stoi kolejka klientów-którzy-mają-tylko-kilka-artykułów. Gdy kasjerce wreszcie uda się opuścić stanowisko pracy, czeka ją wyścig z czasem: tik-tak! tik-tak! tik-tak! Jadalnia zwykle znajduje się na piętrze - odliczając czas na dotarcie i skorzystanie z toalety ile minut zostaje pracownikowi na  s p o k o j n e  zjedzenie posiłku i wypicie herbaty? Zgadliście! - zero... Anna Sam opisuje też zabawę w muzyczne krzesła, w której to nieświadomie miałam okazję uczestniczyć. Okazuje się, że jest to dość powszechne zjawisko, w końcu krzesła psują się zarówno we Francji, jak i w Polsce - i w obu tych krajach kasjerki muszą walczyć o nie między sobą, w przeciwnym razie czeka je kilka godzin pracy na stojąco. Brzmi mało groźnie? Statystyczna kasjerka w ciągu godziny skanuje 700-800 artykułów (biiiip!), podnosząc od 800 kg do tony, a przecież żadna zmiana nie trwa godzinę!

Anna Sam pisze lekko, ale niezwykle ironicznie. Jej Udręki pewnej kasjerki są głosem wielu pracownic, które wołają o uwagę i ludzkie traktowanie. One też czują, więc gdy kolejnym razem podejdziesz do kasy, chociaż się przywitaj. Następnym krokiem niech będzie uśmiech. 

Poradnia K, 2010
Tytuł oryginału: Les tribulations d'une caissière
Przekład: Wanda Jelonkiewicz

środa, 27 kwietnia 2011

Nigdy szczególnie nie interesowałam się Japonią, stąd moja wiedza o tym kraju była znikoma. Góra-wulkan Fudżi, Murakami, gejsze, koi-nobori, tamagotchi i Shinjuku na pocztówce z mojej kolekcji - to moje jedyne skojarzenia z Krajem Kwitnącej Wiśni (wiedzą bym tego w żadnym wypadku nie nazwała). Z zaciekawieniem sięgnęłam więc po Tatami kontra krzesła Rafała Tomańskiego. 

Punktem wyjścia do rozważań na temat Japonii i Japończyków jest odmienność ich kultury. Pozycję tę można więc traktować dwojako: jako kompendium wiedzy o Kraju Kwitnącej Wiśni oraz jako przewodnik dla wybierających się do tego azjatyckiego państwa. Książka Tomańskiego z pewnością pomoże otworzyć się na obcą nam kulturę i przygotuje zawczasu na konfrontację z "innością" oraz złagodzi szok kulturowy i pomoże uniknąć gaf podczas spotkania z Japończykami. A nietakt popełnić łatwo... Co robimy po otrzymaniu od rozmówcy wizytówki? Zapewne chowamy ją do kieszeni. Faux pas! Kartonik należy przyjąć obydwoma dłońmi i studiować go z należytym szacunkiem, po czym położyć obok siebie na stole. Po powrocie ze spotkania wizytówkę należy włożyć do specjalnego albumu. Takich ciekawostek jest w Tatami kontra krzesła mnóstwo, tutaj opowiem o kilku. Szczególnie zaciekawiła mnie kwestia klubów fitness. Otóż w Japonii mają one inną funkcję niż u nas. Tam jest to miejsce odpoczynku, gdzie można zjeść lody czy napić się piwa - wysiłek fizyczny kojarzy się z pracą, ponadto nadmiernie wyrobiona muskulatura kłóci się z japońskim kanonem piękna. A ten jest zadziwiający! Krzywe zęby w niczym nie przeszkadzają, natomiast na porządku dziennym jest wykonywanie zabiegu blefaroplastii lub - wersji dla uboższych - samodzielnego podklejania powiek. Nowe i interesujące były dla mnie także informacje o bezrobociu w Japonii, hotelach kapsułowych (dla mnie zbyt klaustrofobicznych) oraz o zjawisku izolacji, przy którym chciałabym się na chwilę zatrzymać. Nie tak dawno temu miałam okazję oglądać Salę samobójców (skądinąd świetny film). Dlaczego o tym wspominam? Otóż Dominik, główny bohater filmu Jana Komasy, cierpiał na syndrom wycofania społecznego, który wówczas wydawał mi się zjawiskiem marginalnym. Okazuje się, że w Japonii jest to częste zjawisko. Aż ciężko uwierzyć, że ponad milion ludzi zamyka się w pokojach i nie wychodzi z nich nawet przez kilka lat. 

O tym, czego dowiedziałam się o Japonii mogłabym pisać i pisać, ale nie chcę odbierać przyszłym czytelnikom przyjemności odkrywania. Książka niesamowicie wciąga i pomijając niewielkie fragmenty (jak np. zawiłości pisma japońskiego, którego nie pojęłam mimo wyjaśnień czynionych przez autora) była to dla mnie bardzo przyjemna lektura.

Muza 2011

środa, 6 października 2010

Co łączy seks, narkotyki oraz czekoladę? Oczywiście przyjemność, jaką ze sobą niosą oraz uzależniająca siła. Ich fenomenowi przygląda się Paul Martin w swojej najnowszej książce.

Przyjemność pokazana jest w kilku aspektach: psychologicznym, medycznym oraz historycznym. Autor analizuje wpływ zachowań niosących przyjemność na mózg człowieka oraz zastanawia się, kto jest najbardziej podatny na uzależnienie i dlaczego. Martin przywołuje wiele faktów naukowych wynikających z doświadczeń i badań prowadzonych zarówno na ludziach, jak i na zwierzętach. Okazuje się, że małpy czy delfiny odczuwają przyjemność, tak jak my, ba! wypracowują własne zachowania zmierzające do osiągnięcia satysfakcji!

Przyglądamy się takim używkom jak alkohol, kofeina, narkotyki, tytoń i słodycze oraz następującym czynnościom: hazard, obżarstwo, seks, onanizm. Autor prowadzi nas przez historię, ukazując zmienne podejście do niektórych kwestii (jak choćby narkotyki) oraz sylwetki znanych postaci, których życie opierało się głównie na ucieczce od nudy, a co za tym idzie - pogoni za satysfakcją. Do takich osób należeli choćby Elvis Presley, Janis Joplin czy lord Rochester. Od przyjemności, często wyszukanych, nie stronili także starożytni cesarzowie rzymscy. Do bardziej pikantnych należy zaliczyć choćby zachowania homoseksualne czy raczenie się oglądaniem tortur i egzekucji. Na koniec autor proponuje postawę sprytnego hedonisty, który - z racji na nietrwałość doznania satysfakcji - działa w myśl zasady: mało, ale często. Martin zwraca też uwagę na to, żeby być wyczulonym na małe przyjemności dnia codziennego, za przykład których podaje choćby drzemkę czy uprawę ogródka (która, notabene, jest bardzo zdrowa ze względu na dobroczynny wpływ bakterii znajdujących się w glebie).

Najciekawsze były dla mnie - prócz świetnej okładki - rozdziały o czekoladzie (dotychczas nie byłam świadoma, że to, co jadam na co dzień to tylko jej substytut, który uzależnia swoją słodyczą) oraz o historiach sławnych hedonistów. Moją uwagę przykuło także interesujące zestawienie środków odurzającyh, według którego konopie indyjskie są "zdrowsze" od tytoniu czy alkoholu.

Na prawie 400 stron tekstu miałam zastrzeżenia tylko co do dwóch sformułowań: robienie dzieci oraz wyznanie Martina dotyczące jego niechęci do zakupów: (...) wolałbym raczej, żeby przykuto mnie za jaja do ciągnika (no, prawie). Nie wiem, czy zdanie to nabrało takiego sensu w tłumaczeniu, czy taki był zamysł autora... Mimo wszystko bardzo polubiłam jego osobę, a to za sprawą podobnego zmysłu powonienia. Okazuje się, że - podobnie jak ja - autor uwielbia zapach wilgotnej ziemi po deszczu, nowych książek, zapach drewna (...), świeżo skoszonej trawy (...), skrawków ołówków, co tym bardziej mnie cieszy, że tego ostatniego zamiłowania nikt u mnie nie rozumiał :)

Moje pierwsze spotkanie z serią Spectrum było tak owocne, że chętnie sięgnę po inne tytuły.

Muza, 2010
Tytuł serii: Spectrum
Tytuł oryginału: Sex, Drugs & Chocolate: The Science of Pleasure
Tłumaczenie: Anna Dzierzgowska

wtorek, 29 czerwca 2010

Pozycję tę z powodzeniem można nazwać encyklopedią homoseksualizmu. W czternastu esejach zebrana została historia związków homoerotycznych na przestrzeni wieków - od czasów starożytnych po współczesne. Co ważne - autorzy nie skupiają się na wąskim kręgu cywilizacji zachodniej, lecz ukazują problematykę na szerszym tle kulturowym oraz religijnym. Zapoznajemy się z postrzeganiem zjawiska zarówno w Europie, jak i w Azji, Afryce, Australii oraz w obu Amerykach, a także przez takie religie jak chrześcjaństwo, islam, buddyzm, taoizm i konfucjanizm. W przypadku chrześcijaństwa podejście jest niejednoznaczne - oficjalnie Kościół potępia kontakty seksualne między osobami tej samej płci, jednak w praktyce sprawa przedstawia się zgoła inaczej - wśród duchowieństwa istnieje spory odsetek homoseksualistów oraz pedofilów, o czym od czasu do czasu dowiedujemy się z oficjalnych źródeł przy okazji rozmaitych skandali.

Podejście do homoseksualizmu wiąże się ściśle z postrzeganiem płci - kultury, kóre wyodrębniły tzw. trzecią płeć uważają zjawisko za coś naturalnego (aczkolwiek nie jest to jedyny wyznacznik). Linearność tekstów pozwala na śledzenie zmian w odbieraniu homoseksualizmu na przestrzeni wieków - od całkowitego potępienia, których rezultatem były kary śmierci, po usunięcie zjawiska z kategorii patologii. Ważnym krokiem było zrozumienie, iż tożsamość homoerotyczna jest wrodzoną cechą człowieka i nie podlega leczeniu. Wiele napisano o współczesnych problemach homoseksualistów, takich jak nietolerancja, AIDS czy legalizacja związków. Jak się okazuje, już w XVIII w. pojawiały się takie pragnienia, które w niewiarygodny sposób były realizowane. Zadziwiły mnie opisy kobiet, które przebierały się za mężczyzn, by móc poślubić partnerkę, w przebraniach owych tkwiły przez całe późniejsze życie, odgrywając przed rodziną żony męską rolę. W jeszcze większe zdumienie wprawiały mnie historie, w których żony przez całe życie nie wiedziały o prawdziwej tożsamości płciowej swoich "mężów".

Wiedza zawarta w publikacji jest wszechstronna - poruszane są kwestie polityczne, ekonomiczne, społeczne, religijne a nawet kulturalne, gdyż nie zabrakło informacji na temat literatury oraz filmów o problematyce gejowskiej. Kolorytu dodają publikacji liczne fotografie oraz reprodukcje dzieł plastycznych z różnych kręgów kulturowych. W ogóle warto w tym miejscu wspomnieć, że książka jest bardzo dobrze wydana, choć trzeba przyznać, że jest nieporęczna (duży format, ciężar - kredowy papier oraz obwoluta, która mnie zawsze w czytaniu przeszkadza), w czym po raz kolejny przypomina encyklopedię. Niewielką wadę stanowią drobne błędy fleksyjne, powstałe zapewne na etapie tłumaczenia (przez II wojną światową, po zakończeniu II wojnie światowej), a które rozpraszały uwagę. Znalazłam też pewną nieścisłość - w tekście mowa o 23 osobach aresztowanych, natomiast podpis pod rysunkiem obok mowił tylko o 21.

Według mnie publikacja w profesjonalny, a zarazem przystępny, sposób przybliża nam szeroko pojętą kwestię homoseksualizmu. Po reakcjach otoczenia na moją aktualną lekturę wnoszę, że w temacie wiele jest jeszcze do zrobienia, jednak książka Geje i lesbijki może być pierwszym małym kroczkiem ku zrozumieniu problemu.

Universitas, 2009
Tytuł oryginału: Gay Life and Culture: A World History
Tłumaczenie: Piotr Nowakowski