Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przewodnik. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przewodnik. Pokaż wszystkie posty

piątek, 16 października 2015

Do Gruzji wybieram się od kilku lat i za każdym razem bezskutecznie. Nie pomogło nawet zapisanie się na kurs języka gruzińskiego i zaopatrzenie w przewodnik (w przypadku Krymu było to bardzo skuteczne posunięcie) – za każdym razem moja wola przegrywa w starciu z kwestią finansową (może Gruzja nie jest drogim krajem, ale kiedy policzy się loty dla dwóch osób, dojazdy na lotnisko i wynajęcie samochodu – po moim wymarzonym Waszlowani trudno poruszać się w inny sposób – to już zbierze się pokaźna sumka). Mam jednak nadzieję, że w końcu będę mogła spełnić jedno z moich podróżniczych marzeń, póki co musiała mi jednak wystarczyć lektura przewodnika.

O przewodnikach Bezdroży pisałam już dwukrotnie, recenzując pozycje dotyczące Krymu oraz Bułgarii. Publikacje te miałam okazję przetestować w terenie, podróżowanie z "Gruzją..." miało nieco inny, kanapowy charakter (choć wówczas czytałam go pod kątem planowania podróży). Moją wymarzoną podróż zaczęłam od rozdziału zatytułowanego "Zaproszenie na Zakaukazie", gdzie autorzy proponują kilka tras wycieczek. Następnie przeniosłam się kolejno do Gruzji, Armenii oraz Azerbejdżanu, gdzie zapoznałam się ze specyfiką tych krajów. Jak w każdej niebiesko-pomarańczowej książeczce, tak i w tym przewodniku znalazłam garść informacji praktycznych i krajoznawczych oraz charakterystykę najciekawszych atrakcji zilustrowaną rycinami i mapkami. O Armenii i Azerbejdżanie niewiele wiem, więc nie jestem w stanie odnieść się do rzetelności informacji, natomiast w przypadku Gruzji ubolewam, że niektóre miejsca zostały potraktowane po macoszemu, np. wspomniany wyżej Park Narodowy Waszlowani (w przeciwieństwie do Parków Narodowych Borżomi-Karagauli i Lagodechi, co świadczy o tym, że brak ten nie wynika z braku zainteresowania autora naturą). Zdaję sobie sprawę z tego, że każda książka ma ograniczoną objętość, ale wolałabym trzy oddzielne tomiki, ale bardziej szczegółowe niż jeden pobieżnie traktujący dany kraj. Zapewne dla większości turystów taka ilość informacji będzie wystarczająca, ja jednak cenię sobie nie tylko zabytki, ale także – a właściwie: przede wszystkim – przyrodę. 

Mimo wszystko przewodnika Bezdroży nie zamieniłabym na żaden inny z polskojęzycznych wydawnictw. Przemawiają za nim nie tylko treść, ale również poręczność (format jest idealny), lekkość i atrakcyjna szata graficzna. Wspomniane wcześniej przewodniki po Krymie i Bułgarii idealnie sprawdziły się w podróży, mam nadzieję, że kiedyś uda mi się w ten sam sposób przetestować Gruzję i Armenię oraz Azerbejdżan.

Bezdroża 2013

środa, 3 grudnia 2014


Na wieść o moich planach wakacyjnych (kierunek: Bułgaria) wszyscy reagowali podobnie - wypowiadaną z uśmiechem zrozumienia frazą: "Aaa, Złote Piaski". Nie, ani Złote Piaski, ani Słoneczny Brzeg nie rozpalały mojej wyobraźni w takim stopniu jak wizja spotkania krasek i żołn (tak, to był mój priorytet!) oraz chęć zdobycia Wichrenu, najwyższego szczytu Pirinu, drugiego na liście najwyższych gór Bułgarii. Te dwa cele przyświecały moim planom urlopowym - w chwili gdy pojawił się pomysł o wyjeździe nic więcej na temat tego kraju nie wiedziałam. 

Na jakiś czas przed wyjazdem zaopatrzyłam się w książkowy przewodnik, który dla mnie jest absolutnie niezbędny. Używam go nie tylko podczas podróży, ale i w czasie opracowywania strategii wyjazdowej, którą uważam za nieodzowną, gdyż nie lubię tkwić w jednym miejscu, jestem bowiem zachłannym eksploratorem. Przed wyjazdem opracowuję trasę, nanoszę na mapę miejsca warte odwiedzenia, robię notatki. Przewodnik jest dla mnie starterem, od którego zaczynam planowanie, informacje znalezione w sieci są jedynie jego uzupełnieniem. 

Ponieważ podczas wypadu na Krym przewodnik Bezdroży sprawdził się bez zarzutu, tym razem również sięgnęłam po publikację tego wydawnictwa. Książka Bułgaria. Pejzaż słońcem pisany już przy pobieżnym kartkowaniu utwierdziła mnie w przekonaniu, że obrałam dobry kierunek, kraj ten jest bowiem bardzo zróżnicowany, zarówno w kwestii ukształtowania terenu, jak i różnorodności obiektów. Morze, liczne pasma górskie, jeziora, rezerwaty przyrody, jaskinie, skalne klasztory i cerkiewki, meczety, łaźnie, grobowce trackie oraz akwedukty to tylko niektóre ze skarbów Bułgarii. Nie można nie wspomnieć o ludziach, życzliwie nastawionych i skorych do pomocy. Przez szybę samochodu pytaliśmy o drogę - zaraz na środku ulicy (!) materializował się człowiek objaśniający trasę. Chcieliśmy zobaczyć "susliki" - wykonywano telefon do osoby zajmującej się introdukcją tych uroczych ssaków z prośbą o sprecyzowanie lokalizacji siedlisk. Dla nas, ludzi Zachodu, rzecz niepojęta.

Klejnocik
©poczytajka

Niezapomniane spotkanie na półwyspie Kaliakra
©poczytajka

Zadziwiła mnie również ilość czeszm, czyli ogólnodostępnych ujęć wody pitnej w postaci kraników - czasem zadaszonych, innym razem jedynie wyrastających z niewielkiego murku. Co ciekawe, były one zlokalizowane zarówno w miastach, jak i na wsiach czy wzdłuż dróg, przez co kilka lewów zostało w kieszeni (woda ta z powodzeniem zastępowała "mineralkę"). Ponieważ bilans zwykle musi się wyrównać, na paliwie nie dało się zaoszczędzić - drogi są tak oznakowane, że część znaków kierunkowych znajduje się albo wśród liści, albo jest ustawiona pod nieprawidłowym kątem do kierowcy, przez co ten błędnie interpretuje kierunek jazdy i skręca w niewłaściwą odnogę. Autor przewodnika wspomina również o złym stanie dróg, po przejechaniu całej Bułgarii trudno się z nim nie zgodzić. O ile większość dróg nie pozostawia nic do życzenia, o tyle drogi górskie, urozmaicone wyrwami, spowalniają kierowcę do prędkości 10-20 km/h lub każą zawrócić (tak było w przypadku drogi do Diabelskiego Mostu gdzie unijna droga nagle zamieniła się w błotnistą, nie do przebycia dla zwykłej osobówki). Warto jednak zagryźć zęby i dotoczyć się do miejsc takich jak np. Madżarowo, niestety nieopisane w przewodniku, prawdopodobnie ze względu na nieciekawą atmosferę panującą w miasteczku, a przynajmniej w jego części. Powybijane szyby, opuszczone budynki nadają mu klimat miasta-widma, my jednak pojechaliśmy tam po to, aby zobaczyć sępy. Było warto, ich widok - niezapomniany!

Czeszma
©poczytajka


Przyroda Pirinu
©poczytajka

Poza typowo przyrodniczymi miejscami odwiedziliśmy również figurujące na liście UNESCO Nesebyr oraz wspaniały, monumentalny Rilski Monastyr, a także zobaczyliśmy sporo fascynujących formacji skalnych - Stobskie Piramidy, skalne grzyby, takież klasztory i cerkiewki, wreszcie skalne miasto Bełogradczik, a także najbardziej spektakularne ze wszystkich Czudnite Mostowe, czyli naturalne mosty o długości kilkudziesięciu metrów. Wspomnianego wcześniej Wichrenu nie dane nam było zaliczyć - zły start spowodowany... tak!, niejasnym oznaczeniem szlaku (nie byliśmy jedynymi zdezorientowanymi), spowodował znaczne opóźnienie, w efekcie czego utknęliśmy na uroczej polance obserwując i fotografując ptaki. Bardziej efektywna była wycieczka w masyw Riły, gdzie "zaliczyliśmy" Sedemte Ezera (niestety również nie znalazły się w przewodniku) - przepiękny szlak ciągnący się wzdłuż górskich jezior, ciekawszy tym bardziej, że do miejsca naszego startu, czyli na wysokość ponad 2100 m n.p.m. wyjechaliśmy... wyciągiem krzesełkowym!

Czudnite Mostowe (skalę odniesienia stanowią ludzie)
©poczytajka

Na szlaku w Pirinie
©poczytajka

Schronisko Sedemte Ezera w Rile
©poczytajka

Rilski Monastyr
©poczytajka

Większość odwiedzonych miejsc jest efektem dobrze odrobionej pracy domowej - gdyby nie wnikliwa lektura przed wyjazdem, zapewne o wielu z nich nie dowiedzielibyśmy się. Przewodnik Bułgaria. Pejzaż słońcem pisany okazał się nieocenionym towarzyszem naszej wycieczki - na bieżąco sprawdzałam w nim wiele informacji, od opisów miejsc przez informacje praktyczne po mapki. Część informacji zdezaktualizowała się - dysponowałam książką z 2011 roku. Od tego czasu wzrosły ceny, w Widyniu otwarto graniczny most na Dunaju, od kierowców nie wymaga się już zielonej karty, a na granicach nie wydaje kart statystycznych. 

Teraz, kiedy wrześniowy pobyt w Bułgarii jest już tylko wspomnieniem, książka pozostała pamiątką, do której czasami wracam. Sięgam do przepisów kulinarnych (muszę w końcu przyrządzić kawarmę oraz banicę!), do grup muzycznych wymienionych w przewodniku... Informacje krajoznawcze są mocną stroną przewodników Bezdroży - są wszechstronne i rzetelne. Wśród nich znalazły się nie tylko wyżej wymienione zagadnienia, ale także zarys historii kraju, informacje geograficzno-przyrodnicze, a także charakterystyka języka, literatury, architektury czy zwyczajów ludowych i licznych festiwali (np. Festiwalu Arbuzów czy Róż). Ponieważ Bułgaria jest ważnym producentem wina oraz rakiji, nie zabrakło charakterystyki tych trunków, co znacznie ułatwiło nam zakupy.

Sięgając po Bułgarię. Pejzaż słońcem pisany spodziewałam się określonego standardu, znanego mi z Krymu. Półwyspu rozmaitości. Nie zawiodłam się. Jestem pewna, że to niewielkie, lekkie wydawnictwo z granatowo-pomarańczową okładką pojedzie ze mną w jeszcze niejedną podróż.

Pożegnanie lata w ujściu rzeki Weleki
©poczytajka

Bezdroża 2011

czwartek, 6 listopada 2014


Wielokrotnie wspominałam o mojej miłości do Polski, w moim mniemaniu kraju pięknego, aczkolwiek bardzo niedocenianego. I nie chodzi nawet o to, że w dobie tanich połączeń lotniczych dwutygodniowy urlop na południu Europy, z gwarancją plażowej pogody, może kosztować tyle samo co analogiczny wypoczynek nad polskim Bałtykiem. Nasz kraj w powszechnej opinii uchodzi za nieciekawy, a to dlatego, że tak naprawdę niewiele o nim wiemy - zwykle znamy jedynie swoją najbliższą okolicę i kilka najpopularniejszych miejsc. Gdybym również miała oceniać piękno naszego kraju przez pryzmat Zakopiańskich Krupówek czy plaży we Władysławowie, Polska rzeczywiście nie wypadłaby najlepiej. 

Kilka lat temu zaczęłam odkrywać Polskę. Pieniny i Góry Stołowe zafascynowały mnie w nie mniejszym stopniu niż Tatry i Bieszczady, od karnawału w Rio wolę podziwiać tradycyjne procesje, Podlasie zauroczyło mnie mocniej niż Mazury, a - na szczęście jeszcze niezbyt popularna - Biebrza okazała się moim rajem na ziemi. Polska jest fantastycznym krajem, jednak moda na zagraniczne wojaże wyrugowała ją z urlopowych planów wielu z nas. Medialny szum o dalekich wyprawach zwykle zagłusza próby promocji Polski, ja je jednak zauważam i przyjmuję z radością.

Taka właśnie idea przyświecała Elżbiecie Dzikowskiej, która przez wiele lat podróżowała po najdalszych zakątkach globu i przybliżała ten daleki świat w programie Pieprz i wanilia. Początkowo nieosiągalne, po zmianach politycznych obce kraje nagle stanęły otworem. Wtedy to właśnie nastąpiło zachłyśnięcie się światem i zepchnięcie Polski na turystyczny margines. Aby zmienić tę sytuację Dzikowska Pieprz i wanilię zamieniła na swojsko brzmiące Groch i kapustę, bo taki tytuł nosiła jej pierwsza publikacja o Polsce. Teraz, po kilku latach, pojawiła się kolejna pozycja, Polska znana i mniej znana. 

Najnowsza książka znanej podróżniczki zawiera teksty wcześniej cyklicznie publikowane w miesięczniku W podróży. Są to kilkustronicowe omówienia wybranych polskich miast takich jak Opole, Toruń, Gliwice, Chełmek, Września, a także krain: Kotliny Jeleniogórskiej, Ponidzia, Mazur czy Doliny Biebrzy. Teksty te składają się na osobliwy, bo mocno osadzony w historii oraz historii sztuki przewodnik, bogato ilustrowany zdjęciami. Niemal wszystkie fotografie zamieszczone w książce zostały wykonane przez autorkę; niestety, kilka z nich ze względu na gorszą rozdzielczość usunęłabym na etapie składu publikacji. Zauważyłam również błąd, który nie został wyłapany na etapie redakcji i korekty, a który rzucił mi się w oczy - nie istnieje ptak nazwany przez Dzikowską grubodziobym orlikiem krzykliwym, o którym autorka pisze przy okazji opisu walorów przyrodniczych Biebrzy. Te dwa niewielkie niedociągnięcia rekompensują jednak bogate i rzetelne opisy wielu polskich perełek: renesansowego kościoła w Klępsku, łowickiego jarmarku, rozlicznych polichromii (szczególnie zainteresowała mnie ta ze świątyni w Trybszu, na której obok scen figuralnych znalazły się Tatry) czy Szlaku Piastowskiego.

Książka Polska znana i mniej znana, podobnie jak jej bohaterka, czeka na odkrycie. Warto!

Bernardinum 2014

czwartek, 16 października 2014


Każdy z nas ma swoje ukochane miejsce, które przyciąga go niczym magnes i które stale każe do siebie wracać. Dla mnie takim miejscem jest Podlasie, a w szczególności Biebrzański Park Narodowy będący dla mnie uosobieniem raju. Kraina ta miesza w wielu głowach, powodując przyjemny stan upojenia jej krajobrazem, naturą i atmosferą. To właśnie Biebrza poznała mnie z Wiktorem Wołkowem, gdy w maju tego roku, po raz kolejny zresztą, odwiedziłam Burzyn. W tej niewielkiej, ale oferującej wspaniałe krajobrazy miejscowości, postawiono tablicę pamiątkową, a wieżę widokową nazwano imieniem nieżyjącego już fotografa, o którym wcześniej - aż wstyd przyznać - nie słyszałam.

Wiktor Wołkow fotografował Podlasie przez pół wieku, dzień po dniu wracając w te same miejsca. Bywając w innych regionach nie wyciągał aparatu, ponieważ nie potrafił i nie chciał utrwalać świata, w którym był tylko chwilowym gościem. Za takie pośpieszne fotografowanie skrytykował "znanego fotografa", który przyjechał na Podlasie na 5 minut, poustawiał ludzi, popstrykał i odjechał (podejrzewam, że chodziło mu o Tomasza Tomaszewskiego i jego album Zapewnia się atmosferę życzliwości). Wołkow nigdzie się nie śpieszył, wręcz przeciwnie - spędzał długie godziny na oczekiwaniu na odpowiednie światło czy zapakowanie fury sianem przez chłopa, który nie był świadomy tego, iż jego praca zainteresowała wybitnego fotografa. Dyskrecję zapewniały Wołkowowi teleobiektywy lustrzane, którymi nie tylko portretował mieszkańców i przyrodę Podlasia, ale również uparcie utrwalał krajobrazy, wbrew powszechnemu przekonaniu, iż do tego celu najodpowiedniejsze są obiektywy szerokokątne. Fotograf lubił sposób, w jaki teleobiektywy skracają perspektywę; widząc efekt tego wyboru trudno nie przyznać mu racji. Wszelkie niedoskonałości jego fotografii - chylący się horyzont czy rozedrganie, jak trafnie nazwała to Bożena Walencik - zostały przekute na zaletę, gdyż uosabiają magię Podlasia w większym stopniu niż współczesne, wygładzone w programach graficznych cyfrowe kadry (Wołkow fotografował analogowo). Jedna z rozmówczyń Piotra Brysacza i Andrzeja Kalinowskiego zastanawia się jaki dar pozwalał fotografikowi pokazywać to, czego inni nie dostrzegali; nawet gdy stali obok niego i patrzyli na tę samą scenę, jawiła im się zupełnie inaczej, mniej atrakcyjnie niż Wołkowowi. 

Podlaskie. Najpiękniejsze miejsca. Wędrówki Wiktora Wołkowa to książka wielowymiarowa. Przede wszystkim są to wspomnienia przyjaciół fotografa, z których wyłania się obraz małomównego, rosłego mężczyzny o wielkim sercu i wrażliwości pozwalającej dostrzec to, co umyka uwadze innych. To także album z pięknymi fotografiami, które są próbą ocalenia świata i uzupełnieniem portretu artysty. Podlaskie... to wreszcie także przewodnik po miejscach ukochanych przez fotografa, pozwalający na ich dokładne zlokalizowanie. Będąc kolejny raz na Podlasiu poszukam Wołkowa w mgłach, bo on gdzieś w tych mgłach na pewno jest... Bo człowiek nie może tak po prostu zabrać się i odejść, a już na pewno nie Wiktor...*

*Piotr Brysacz, Andrzej Kalinowski, Podlaskie. Najpiękniejsze miejsca. Wędrówki Wiktora Wołkowa, Białystok 2014, s. 129.

Fundacja Sąsiedzi 2014

sobota, 26 lipca 2014

Doskonale pamiętam szkolne wycieczki do muzeów i rodzinne, wakacyjne zwiedzanie skansenów czy innych zabytków. Ich wspólnym mianownikiem były nuda i niekończące się rozmowy na tematy niezwiązane ze zwiedzanymi obiektami. Dziś z przyjemnością poznaję wszelkie aspekty szeroko rozumianej kultury i gdybym miała dziecko, zapewne - podobnie jak niegdyś moi rodzice - sama również zabierałabym je do muzeów czy zamków, denerwując się, że interesuje je tylko to, kiedy zwiedzanie się w końcu skończy.

Gdzie zatem zabrać dziecko, aby było zaciekawione tym, co zobaczy, a rodzice byli usatysfakcjonowani tym, że ich pociecha chłonie wiedzę o świecie, doskonale się przy tym bawiąc? Z pomocą przychodzą Anna i Krzysztof Kobusowie ze swoją najnowszą książką Polska pełna przygód. Autorzy są doświadczonymi podróżnikami, których szczególnie cenię wśród całej rzeszy podobnych im miłośników świata. Anna i Krzysztof Kobusowie łączą pasję poznawania z pracą oraz rodzicielstwem, a przy okazji udowadniają, że nie trzeba wyjeżdżać za granicę, aby odkryć fascynujący i często egzotyczny, aczkolwiek nieznany nam, świat. 

Polska pełna przygód jest katalogiem najciekawszych miejsc w naszym kraju, które z pewnością przypadną do gustu najmłodszym odkrywcom świata. Skąd takie przekonanie? Autorzy książki wszystkie opisane miejsca odwiedzili ze swoimi dziećmi, synami Stasiem i Michałkiem. Wśród propozycji znalazły się zarówno miejsca typowe, takie jak kopalnie złota i soli czy "bajkowe" muzea, jak i niekonwencjonalne: Muzeum Strachów Polnych, Muzeum Produkcji Zapałek, Muzeum Chleba, Park Drogowskazów i Słupów Milowych Cywilizacji. Miejsca, w których dzieci sporo się nauczą (Centrum Nauki Kopernik, Ogród Doświadczeń im. Stanisława Lema) są rekomendowane na równi z tymi, które powstały w celu stricte rozrywkowym (Farma Iluzji, Kraina Westernu, szlak krasnali we Wrocławiu). Ale jaka to rozrywka! Gęsto przetykana przygodą, bo jak inaczej nazwać poszukiwania małych skrzatów na ulicach miasta, rodzinny trekking w Beskidzie Niskim, spływ tratwą po Biebrzy czy przejazd Bieszczadzką Kolejką Leśną? A jeśli przygoda Was znuży i zechcecie nieco odpocząć, za radą autorów będziecie mogli wykąpać się... w czekoladzie! Gdzie? Tego dowiecie się z książki!

Jestem przekonana, że niektóre propozycje autorów zafascynują nie tylko dzieci, ale i dorosłych czytelników - tak było w moim przypadku. Zachęcona lekturą Polski pełnej przygód z pewnością sama odwiedzę kilka opisanych miejsc. Wam również polecam sięgnięcie po przewodnik - mapa na wewnętrznej stronie okładki oraz informacje praktyczne na temat każdego z opisanych miejsc z pewnością pomogą w planowaniu Waszych przygód. A więc - książka w rękę i... Ahoj, przygodo!

Burda Książki 2014

piątek, 22 listopada 2013

Moja fascynacja podróżami, Polską i innymi kulturami była wystarczającym powodem do sięgnięcia po Święte, świętsze, najświętsze. Przewodnik po sanktuariach w Polsce. Mój entuzjazm wobec książki wzbudzał fakt prezentacji świątyń nie tyle katolickich, co innych wyznań - piktogramy na okładce sugerowały, iż Grzegorz Polak opisał również miejsca święte dla innych religii. Podczas lektury szybko jednak okazało się, że w przewodniku dominują obiekty katolickie (zapewne proporcjonalnie do popularności wyznania w Polsce). 

Obok najpopularniejszych obiektów sakralnych takich jak klasztor Paulinów na Jasnej Górze, sanktuarium w Licheniu, Kalwarii Zebrzydowskiej czy krakowskich Łagiewnikach w przewodniku można przeczytać między innymi również o meczetach w Bohonikach i Kruszynianach, synagodze w Bobowej a także kościele Braci Czeskich oraz Świątyni Wang. Każde z miejsc kultu religijnego zostało dokładnie opisane. Grzegorz Polak przedstawił historię obiektów, słynnych pielgrzymów oraz omówił to, na co warto zwrócić uwagę podczas zwiedzania, czyli rzeźby, obrazy, epitafia, kaplice. Tekst został wzbogacony licznymi fotografiami, dzięki czemu czytelnik ma pełny obraz opisywanego miejsca.

Święte, świętsze, najświętsze to doskonała propozycja dla tych, którzy fascynują się dziedzictwem kulturowym Polski oraz miejscami świętymi, choć niestety głównie dla katolików. Obiektów ważnych dla wyznawców innych religii jest w książce stosunkowo niewiele (mniej niż 10%) - spodziewałam się, że przewodnik będzie dla mnie inspiracją do własnych podróży śladami "innych" wyznań, jednak nie znalazłam tutaj wielu z interesujących mnie obiektów - molenny w Wodziłkach, Tykocińskiej synagogi czy położonych w sercu Bieszczad małych cerkiewek. Szczególnie północno-wschodnia ćwiartka Polski została potraktowana przez autora jak czarna dziura, w której brak przedstawicieli innych wyznań niż katolicyzm, choć katolików też jest tutaj zdecydowanie mniej niż w Małopolsce, która na mapie jest wręcz usiana znaczkami symbolizującymi opisane miejsca kultu religijnego. Szkoda, że autor pominął inne wyznania i ich świątynie takie jak meczet w Gdańsku czy przepiękny Sobór św. Aleksandra Newskiego w Łodzi. Święte, świętsze, najświętsze poleciłabym więc raczej tym, którzy są zainteresowani obiektami katolickimi, pozostali - podobnie jak ja - mogą czuć niedosyt. 

Agora 2013

środa, 18 września 2013

Choć na rowerze nie jeżdżę, sięgnęłam po przewodnik dla rowerzystów. Tytułowe krainy szczególnie przyciągnęły moją uwagę - na co dzień żyję w dużym mieście, dlatego też z chęcią uciekam w spokojniejsze miejsca. W 15 rowerowych krainach na aktywny urlop w Polsce szukałam inspiracji do odkrywania nieznanych zakątków naszego kraju. 

Dariusz Jędrzejewski podzielił Polskę na trzy części: północną, środkową i południową - moim zdaniem strefy szerokie, nie do końca określone (bardziej logicznym wydaje się podział kraju na cztery części: północny zachód, północny wschód, południowy zachód, południowy wschód). W każdej z nich Jędrzejewski wybrał od czterech do sześciu krain, które przybliżył czytelnikowi. Zaroponował odwiedzenie m.in. Sierakowskiego Parku Krajobrazowego, Borów Tucholskich, Mazur, Roztocza, Wyżyny Olkuskiej i Garbu Tenczyńskiego oraz Gór Izerskich. Opowiedział ich historię, przedstawił dostępne na ich terenie szlaki oraz ciekawe miejsca, a także zamieścił dane kontaktowe do informacji turystycznych działających w regionie. Każda z krain została również zaprezentowana na kolorowych fotografiach, które zachęcają do złożenia wizyty i bliższego poznania regionu.

Zanim to jednak nastąpi, trzeba sięgnąć do innych źródeł, zwłaszcza do mapy. Gdzie leży Sierakowski Park Krajobrazowy (wiemy, że w Polsce środkowej) i Góry Suche (Polska południowa)? W przewodniku (!) nie zamieszczono ani jednej mapy, czy to schematycznej z konturami kraju i zaznaczeniem wszystkich opisanych miejsc, czy też takiej, która przedstawiałaby przebieg opisywanych tras (nie mówiąc już o diagramach ilustrujących ukształtowanie terenu). Mimo iż książka adresowana jest głównie do rowerzystów, nie znalazłam w niej również informacji o stanie dróg czy rodzaju nawierzchni na proponowanych trasach. W moim odczuciu rowerowy przewodnik Jędrzejewskiego niewiele różni się od tych, które kierowane są do wszystkich turystów, niezależnie od tego czy podróżują pieszo, na rowerze, czy też samochodem. 

Gdybym była rowerzystą, chyba byłabym rozczarowana.

G+J 2013

wtorek, 17 września 2013

Nie wyobrażam sobie podróży bez książkowych przewodników. Nie dla mnie spontaniczne wyjazdy i odkrywcze wędrówki nieznanymi uliczkami. Lubię planowanie: wybieranie przewodnika, zakup mapy, wyznaczanie trasy... Od kilku lat moimi ulubionymi towarzyszami podróży są publikacje wydawnictwa Bezdroża. Mój przewodnik musi być lekki i poręczny - w moim plecaku, bo z nim zwykle podróżuję, nie ma miejsca na cegły wydawane na kredowym papierze odpowiedniejszym dla albumów niż książek, które mają wędrować ze mną. 

Cztery lata temu wybierając się na Krym wybrałam przewodnik autorstwa Artura Grossmana. Pomijając nieaktualne ceny (korzystałam z IV wydania z 2007 roku), spełnił moje oczekiwania. W wydaniu VII z 2011 roku zaktualizowano dane oraz dokonano ponownej redakcji, w wyniku czego książka zyskała bardziej spójny i logiczny układ. Ujednolicono informacje praktyczne, które początkowo zawarte były w dwóch odrębnych rozdziałach. Aktualna wersja przewodnika zawiera 5 rozdziałów - krótką charakterystykę proponowanych tras na Krymie, informacje praktyczne, informacje krajoznawcze, opis regionów i miast oraz krótki przewodnik po Lwowie, Kijowie oraz Odessie - miastach, które nie leżą na Krymie, ale są najczęstszymi przystankami w drodze na półwysep. Tekst publikacji wzbogacony został informacjami dodatkowymi zawartymi w ramkach, mapkami, schematami oraz rycinami, w książce znajdują się również dwie wkładki z kolorowymi fotografiami.

Choć przewodnik Bezdroży uważam za najlepszą pozycję o Krymie, nie mogę nie wspomnieć o jego wadach. Mimo iż północna część półwyspu jest kierunkiem niszowym, gdyż większość turystów wybiera najpopularniejsze regiony (południowe wybrzeże, rejon Eupatorii), brakuje mi choćby wzmianki o Mierzei Arabackiej (na mapie na skrzydełku nazwanej Arbacką) i jej okolicach (Siwasz). Szkoda również, że wykaz festiwali odbywających się na półwyspie nie został dokładniej umiejscowiony w czasie - miesiąc jest zbyt rozległą jednostką czasu by móc precyzyjnie zaplanować swoje uczestnictwo w lokalnych wydarzeniach, w związku z czym trzeba informacji doszukiwać w innych źródłach. Mam nadzieję, że w kolejnych wydaniach zostaną one dodane, a część spisu treści - usunięta. Dlaczego? Przeglądając nowsze wydanie, między znanymi mi krymskimi zagadnieniami przeczytałam w spisie ramek następujące tytuły: "Rejs na Złotą Plażę", "Dojazd do Jaskini Marmurowej"*. Pierwsza myśl: przeoczyłam takie atrakcje! Kolejne tytuły, "Polowanie na słonie" i "Mekong - tętnica Indochin", uspokoiły mnie jednak, że to nie ja coś przegapiłam, a korektor. 

Mimo powyższych uwag, jak już wspomniałam, na polskim rynku nie znalazłam lepszej pozycji o "półwyspie rozmaitości", a na kolejnych wyjazdach będą mi towarzyszyć przewodniki właśnie z tej serii. 

Bezdroża 2011

*Artur Grossman, Krym... oraz Lwów, Kijów, Odessa. Półwysep rozmaitości, Bezdroża 2011, s. 7.

poniedziałek, 21 marca 2011

Wróciłam, po prawie miesięcznej przerwie! Czasem bywa, że wpadam w czarną dziurę - natłok obowiązków (praca, załatwienia), a do tego ciężka lektura - i znikam na długie dni. Teraz powracam i mam Wam wiele do opowiedzenia. Kilka przeczytanych książek czeka na zrecenzowanie, a dwa wydarzenia domagają się relacji. Do dzieła zatem.

Są książki, których nie należy czytać ciągiem i do takich niewątpliwie należy Przewodnik literacki po Krakowie i województwie małopolskim. Nie dlatego, że publikacja nie jest ciekawa, lecz ze względu na swoje właściwości, na które wskazuje już sam tytuł. W swoim życiu starałam się przeczytać chyba cztery przewodniki, ale żadnego nie przeczytałam w całości, gdyż nużące było dla mnie czytanie suchych faktów nie mając przed oczami opisywanego miejsca czy atrakcji. Tak chwilami było i podczas tej lektury.

Przewodnik literacki... jest owocem kilkuletniej pracy Ewy Zamorskiej-Przyłuskiej i trzeba przyznać, że zgromadzony materiał jest niezwykle bogaty i różnorodny. Wiadomości są uporządkowane w sposób koncentryczny - wędrówkę rozpoczynamy na krakowskim Starym Mieście i stopniowo się od niego oddalamy, przemierzając ulice Dębnik, Bronowic czy Nowej Huty, by w końcu znaleźć się w bliższych (Krzeszowice, Ojców) oraz dalszych okolicach miasta (Podhale, Pieniny, Beskid Niski). Każde miejsce, które zostało w publikacji wspomniane, zostało zilustrowane odpowiednim cytatem z licznych źródeł piśmienniczych (literatura piękna, listy, reportaże) oraz zostało oznaczone na mapie. Jest to zachęta, by czytelnik sam podążył śladem twórców literatury czy wykreowanych przez nich bohaterów.

Na końcu pragnę podzielić się tym, co mnie zainteresowało najbardziej - osoba Liny Bögli,szwajcarskiej nauczycielki, która na przełomie XIX i XX w. odbyła samotną podróż dokoła świata, a kilka lat później na Daleki Wschód. Owocem tych wypraw są książki Avanti. Listy z podroży naokoło świata i Zawsze naprzód, niestety w Polsce nie wznawiane.

WAM 2010