Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sensacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sensacja. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 7 stycznia 2016

Wielu czytelnikom może powoli zaczynać przejadać się kryminał jako gatunek. Tematy się zapętlają, a wiodącym prym skandynawskim autorom coraz trudniej znaleźć nową drogę. Sprawy społeczne zaczynają dominować nad wątkami sensacyjno-detektywistycznymi - z rasowych opowieści o zabójcach i policjantach pozostaje tylko historyjka obyczajowa. 

Utrata świeżości spojrzenia na ten gatunek literatury dopadł z pewnością nie tylko Czarną Owcę i na pewno nie dotyczy to tylko kryminału. Ukazujące się na fali sukcesu pierwowzorów klony sagi Zmierzch Meyer czy Pięćdziesięciu twarzy Greya E.L. James przez pewien czas mogły się podobać czytelnikom. Ale powstające później kopie kopii, które znów doczekały się swoich kalk, nawet tych mniej doświadczonych czytelników mogły w końcu zmęczyć. Osobiście nie czuję przesytu kryminałami od Czarnej Owcy (choć kompletnym rozczarowaniem było dla mnie Na spokojnych wodach Viveki Sten), ale zawsze miło sięgnąć po autora, który nie boi się eksperymentować z ramami gatunku. Widać, że Olivierowi Trukowi ciasno było w tej nordyckiej szufladce i postanowił się w niej trochę bardziej rozepchać i poszerzyć jej granice o kilka całkiem zaskakujących obszarów.

Olivier Truc jest francuskim dziennikarzem i od ponad 30 lat mieszka w Sztokholmie. Pracuje tam jako korespondent Le Monde i Le Point, zajmuje się krajami skandynawskimi i bałtyckimi. Nakręcił kilka filmów dokumentalnych na potrzeby telewizji. Jego debiut, L'Imposteur, jest historią Francuza, który przeszedł przez piekło II wojny światowej, obozy NKWD na Syberii, aż w końcu trafił do Tallina. Ostatni Lapończyk to zupełnie inna historia. Czy całkiem zmyślona? Kto wie...

Laponia. W czasie nocy polarnej zostaje zamordowany jeden z hodowców reniferów. Na społeczność lapońską pada strach, gdyż ofiara ma odcięte uszy - w ten sposób znakuje się renifery. Gdyby tego było mało, to z okolicznego muzeum ginie prawdziwy rarytas, jeden z niewielu ocalałych oryginalnych bębnów szamańskich. Czy to przypadek, że zamordowanym jest jedyna osoba, która znała historię tego instrumentu? A może za tą śmiercią stoi klątwa przodków, którzy go stworzyli? W rozwikłanie sprawy zostaje włączonych dwoje policjantów: on - doświadczony pracownik straży reniferów i ona - młoda, początkująca, z miasta. Dochodzeniu nie pomaga to, że śledczy przeciwko sobie mają lokalnego polityka, część społeczności Lapończyków, a także wielu policjantów.

Truc ukazuje czytelnikowi wewnętrzną niespójność saamskiej społeczności. Część z nich, już bardzo niewielka, żyje zgodnie z tradycją, tak jak żyli ich dziadowie przed stu laty - ubiera się w skóry, nadal mieszka w namiotach, do poruszania się po śniegu używa nart i stara się unikać kontaktu z cywilizacją i białym człowiekiem. Ci Lapończycy nadal kontaktują się z przodkami i za wszelką cenę pragną, aby ich tradycja i religia nie umarły. Po drugiej stronie bariery lokuje się biały człowiek, który trochę się miota. Bardziej lub mniej, czują się odpowiedzialni za zepchnięcie Saamów na margines - w końcu zajęli terytoria, które kiedyś były rdzennie lapońskie. Wprowadzili chrześcijaństwo, narzucili swoje prawo i żądni pieniędzy. Ale do tej grupy coraz częściej zaczynają przechodzić także sami Saamowie. Na tym bazuje jądro książki, czyli na konflikcie pomiędzy swoimi, kultywującymi kulturę przodków, a tymi, którzy ją porzucili. Nie wszyscy chcą się pogodzić z tym, że odchodzi ona w zapomnienie i że pieniądz zaczyna rządzić sercami Lapończyków. Na tyle mocno, że niektórzy są gotowi zabić.

Ostatni Lapończyk Truca to kawał solidnie napisanej literatury. Postacie są barwne, a przy tym tajemnicze. Każdy ma jakieś stare, niewyleczone rany, które w powieści zostają na nowo otwarte. Wszechstronne naciski, żądza pieniądza i pragnienie władzy sprawiają, że inaczej patrzymy nie tylko na Saamów, ale również na inne małe społeczności etniczne, którym grozi zagłada. Zauważyć też można jaskrawy kontrast między tradycją a nowoczesnością. Jak przystało na skandynawski kryminał w powieści kwestie społeczne, mimo iż pojawiają się tylko między wierszami, nadają ton książce (czyli muszę odszczekać upadek skandynawskiego kryminału w moich oczach opisany tutaj, w ostatnim akapicie).

Polecam zwłaszcza tym, którzy są zmęczeni czytaniem kopii kopii kryminałów.

Czarna Owca 2014
Przekład: Ewa Kaniowska
Tytuł oryginału : Le Dernier Lapon
Seria: Czarna Seria

czwartek, 29 stycznia 2015

Pokolenie moich rodziców i dziadków, czyli osób, którym przyszło spędzić co najmniej lata swojej młodości w PRL-u, nie raz powtarzają jak wtedy było pięknie i wspaniale. Można było podłapać fuchę i dorobić, człowiek nie miał tylu zmartwień co dziś. Służba zdrowia była lepsza, w pracy też było inaczej, nie było szczucia jednego przeciwko drugiemu. Tylko na półkach w sklepach nie było wyboru, a niektóre artykuły nabywało się po znajomości, czyli nie do końca uczciwie wobec współobywateli. Z pewnością ludziom żyło się bardziej beztrosko, większość nie pędziła za zyskiem, bo do czego były potrzebne te pieniądze, skoro i tak niczego nie można było kupić? Wolność była większa, choć dziś mówi się, że PRL był systemem totalitarnym, niewolącym ludzkie ciała i umysły. 

Osobiście uważam, że to my, dzieci i wnukowie osób żyjących w czasach komuny, jesteśmy bardziej zniewoleni przez system i normy, którymi się otaczamy i które mają nam gwarantować wolności, a stają się kajdanami. Sami je sobie zakładamy, aby w pozornym spokoju co dzień biec do pracy, gdzie nasz trud służy powiększaniu bogactwa naszych pracodawców. Demokracja niosąca ideę równości ludzi wobec prawa w dzisiejszych czasach okazuje się być pustosłowiem - społeczeństwa, które dłuższy czas żyją w demokracji, popadają w marazm. Obywatele zapadają w swego rodzaju sen zimowy, w swoich domach-gawrach spędzają błogo czas wolny od pracy i konsumują wtłaczane im przez media masowe obrazy o szczęśliwym społeczeństwie. Ale co się stanie kiedy radio zamilknie, w telewizorze nie wyświetli się obraz, telefony komórkowe nie przekażą połączeń, a internet przestanie działać? Jak świat będzie funkcjonował gdy do spłuczki w toalecie nie napłynie woda, a na stacji nie będzie można zatankować paliwa bo pompy do działania potrzebują prądu? Jak długo dzisiejszy człowiek może sobie radzić bez dostaw energii elektrycznej?

Wielu z nas zapewne nawet nie zastanawia się jak wiele czynności, które codziennie wykonujemy, jest zależnych od prądu. Budzimy się - budzik coraz częściej mamy ustawiony albo w komórce, albo w jakimś urządzeniu na prąd. Poranna toaleta: pstryk! - światło, woda w kranie pompowana za pomocą prądu, suszarka, maszynka do golenia, lokówka, prostownica - wszystko na prąd. Następnie śniadanie - kawa lub herbata - a więc czajnik elektryczny, bo instalacje i butle gazowe są niebezpieczne. Produkty spożywcze trzymamy w lodówce - też na prąd! Można tak długo wymieniać, a to przecież tylko przykład codziennych czynności podejmowanych przez każdą jednostkę. A jak wygląda codzienność całego społeczeństwa? Co oznacza brak energii elektrycznej dla przedsiębiorstw czy państwa? Jak wiele problemów napotka rząd w momencie awarii sieci energetycznej? 

Dlaczego w przydługawym wstępie przywołałem czasy komunizmu? Aby ukazać, że dzisiejszy człowiek, który uważa, że żyje w wolnym społeczeństwie i któremu państwo niemal mówi: rób co chcesz, nawet nie zdaje sobie sprawy, że jest od niego całkiem zależny i wszystkie podejmowane decyzje uwzględniają jego dyktat. Właśnie przeciwko takiej organizacji państwa powstają sprawcy wyłączenia prądu w niemal całej Europie. Odzierają oni z kolorowych łaszków prawdziwe oblicze demokracji, jej bezsilność, zawodność oraz zniewolenie ludzi. Ale te refleksje właściwie pojawiają się tylko między wierszami. Na pierwszym planie widzimy tragedię jednostek, które pozostawione same sobie na własną rękę podejmują walkę o przetrwanie w nowych realiach. Ich perypetie oraz historia dzielnego i odważnego włoskiego informatyka - oto sól tej książki. 

Marc Elsberg w podtytule powieści Blackout nie bez kozery dodał, że to najczarniejszy scenariusz z możliwych. I taką historię udało mu się stworzyć. Co prawda przewidywanie zachowania pięciuset milionów mieszkańców kontynentu europejskiego przypomina wróżenie z fusów, ale wizja roztoczona przez Niemca wydaje się być dość realistyczna. Choć to dopiero początek roku, Blackout niewątpliwie znalazłby się w moim zestawieniu książek wartych polecenia (nie znajdzie się tam tylko dlatego, bo nie prowadzę takowego). Do twórczości Elsberga z pewnością powrócę gdy tylko zostanie przetłumaczona jego kolejna książka (Zero). 

Słowem zakończenia pozwolę sobie powrócić jeszcze raz do czasów komunizmu w Polsce. Gdyby jakiś szaleniec postanowił odłączyć prąd w całym bloku państw komunistycznych, to pokolenie moich rodziców i dziadków z pewnością lepiej poradziłoby sobie z jego brakiem niż bohaterowie powieści oraz my dzisiaj.

Tytuł oryginału: Blackout
Przekład: Elżbieta Ptaszyńska-Sadowska
Wydawnictwo W.A.B. 2015

piątek, 28 listopada 2014

Ameryka - ziemia mlekiem i miodem płynąca, swego czasu ziemia obiecana niejednego Polaka. Potęga światowa, mocarstwo, które pozostało samo na placu boju o hegemonię w wielu dziedzinach życia. Jeden z najlepiej rozwiniętych krajów na Ziemi, kraj, który chlubi się prawie nieograniczoną wolnością. I po części o tej nieskrępowanej możliwości robienia czego dusza zapragnie jest Wzorzec zbrodni Warrena Ellisa.

Akcję powieści rozkręca kula wystrzelona w kierunku policjanta, napastnik chwilę po wysłaniu stróża prawa w zaświaty wędruje tam za nim. Jeden z naboi uczestniczących w wymianie ognia doprowadza do przypadkowego odkrycia mieszkania z mnóstwem broni, którą, jak się później dowiadujemy, jedna osoba popełniła setki morderstw. Broń, starannie rozmieszczona na ścianie, układa się w tajemniczy wzór...

Śledztwo, które zostaje wszczęte, jest torpedowane przez osoby mające wpływ na przełożonych detektywa Tallowa. Na dodatek biedak do pomocy dostaje dwójkę świrów specjalizujących się w rozwiązywaniu zagadek kryminalnych na modłę CSI (używają nowoczesnej techniki i gadżetów do poszukiwania i analizy śladów). Przywołane na okładce porównanie klimatu książki do tego panującego w filmie Siedem jest jak najbardziej na miejscu - atmosfera śledztwa jest mroczna, a śledczy jest cały czas o krok od zbrodniarza, czuje jego oddech na swoich plecach, wie, że ten go obserwuje, wie, że się spotkają i wie, że ma być kolejną jego ofiarą. Właściwie wszystko jest wiadome - ścigający, który staje się ściganym, wie, że spotka się z zabójcą, ten drugi jest pewny, że tamten jest bez szans. Odwieczna gonitwa policjanta i przestępcy ukazana niemal w komiksowym, obrazkowym stylu, to jedna z mocnych stron Wzorca zbrodni. Drugą jest wplecenie akcji we współczesne realia, swoisty taniec ze śmiercią, danse macabre. Taniec to zaiste makabryczny, gdy przez radiostację Tallowa dociera do naszej głowy cały ogrom zła i krzywd z jakimi mieszkańcy Nowego Jorku żyją na co dzień i wyrządzają sobie nawzajem: Dziesięciolatek zastrzelony (...) Trzech napastników celowało w ojca, który pchał wózek. Dziecko w środku było martwe, zakonserwowane i pomalowane, z paczkami heroiny w wybebeszonym brzuchu. (...) Mężczyzna zaszlachtowany ostrym szpadlem przez sąsiada (...), świadek wspomina kłótnię o pożyczonego grilla. (...) Seryjny gwałciciel (...) każdą ze swych napaści kończy wciśnięciem słoika do pochwy ofiary i zgnieceniem go*. (...) Znaleziono zwłoki mężczyzny, złożone w walizce (...) Według wstępnych szacunków leżały tam trzy miesiące. Przed Kościołem (...) znaleziono martwą kobietę. Policjanci stwierdzili, że nie wiedzą, co piła, ale najwyraźniej nie miała żołądka**.

I już właściwie nie dziwi, że w takim środowisku narodziły się dwa indywidua jakimi są ścigający i ścigany. Obaj bohaterowie żyją w swoim własnym świecie - Łowca cierpi na zaburzenie postrzegania rzeczywistości, współczesność miesza mu się z czasami, kiedy Europejczycy zaczęli podbijać ziemię amerykańską. Tallow jest tylko człowiekiem, który zwyczajnie nie radzi sobie z codziennością, ale nie ma takich odjazdów, nie traci kontaktu z rzeczywistością, on po prostu interesuje się historią swojego miasta i jako zawodowiec wczuwa się w skórę zwierzyny, podąża jej tropem. Na jednej ścieżce spotyka się dwóch świrów, wartych siebie rywali, jeden reprezentuje prawo białego człowieka, drugi - prawo czerwonoskórych. I choć stoją po dwóch stronach barykady, to znakomicie nawzajem się rozumieją i szanują. Każdy wykonuje swoją robotę, każdy z największą starannością. Wygrywa silniejszy.

Im dłużej trawię tę książkę tym mam ochotę wystawić jej wyższą ocenę, niż miałem to zamiar uczynić początkowo. Zewsząd biją zachwyty nad nią, nie spotkałem ani jednego złego słowa pod jej adresem. Co sprawiło, że jest ona tak dobrze przyjmowana? Przecież nie jest to jedyna powieść o seryjnym mordercy (w książce chyba ani raz nie pada takie określenie Łowcy), a zamiana ról ścigającego i ściganego nie decyduje o oryginalności kryminału. Również powolna akcja na początku powieści nie zachęcała do lektury, jednak w końcu nastąpił przełom i wydarzenia ruszyły z kopyta. Wzorzec zbrodni skończył się szybciej niż oczekiwałem. I sam nie wiem czy sięgnąłbym po kontynuację przygód detektywa Tallowa, czy jednak poświęciłbym czas innemu kryminałowi. Może na tym polega jego zaleta, jego moc - mimo iż minęło już kilka tygodni od przeczytania, to nadal się nad nim głowię.

SQN 2014
Tytuł oryginału: Gun Machine
Przekład: Agnieszka Brodzik

* Warren Ellis, Wzorzec zbrodni, SQN, Kraków 2014, ss. 174-175.
** Ibidem, s. 191.

środa, 19 listopada 2014

Muszę przyznać, że Agora ma w swoich szeregach bardzo utalentowanych reporterów, a niektórzy z nich są również świetnymi pisarzami. Piotr Głuchowski, którego poprzednią książką zachwycałem się ponad rok temu i tym razem stanął na wysokości zadania, w znakomity sposób wykorzystując swoją codzienną pracę dziennikarską podczas pisania kolejnego thrillera politycznego.

A jest to książka, podczas czytania której porównania i pierwowzory same cisną się do głowy. Ksiądz, medialny potentat, zostaje wciągnięty przez bulwarówkę w skandal obyczajowy - zdjęcie, które mu podstępnie zrobiono, wskazuje na jego domniemany romans z gwiazdką porno. Zbiegiem okoliczności do akcji wkracza redaktor Pruski, który kilka lat wcześniej popełnił biografię aktorki grywającej w filmach dla dorosłych, i który otrzymał zlecenie uaktualnienia tejże książki i poszerzenia jej o życiorys księdza Drozda. To, na co czekają czytelnicy, ciekawskiemu dziennikarzowi przynosi poważne zagrożenie - szukanie informacji o życiorysie duchownego nie kończy się na podstawowych danych, ale rozciąga się na coraz większe obszary, Pruski sięga coraz głębiej w przeszłość i odkrywa coraz to bardziej nieprawdopodobne i zaskakujące karty z życia ojca dyrektora. Redaktor jednak sam nie zdobywa tych informacji, pomaga mu niedoszła prawniczka Maja Szalawska. Dochodzenie nie kończy się na wspólnym surfowaniu po sieci - oboje bez zobowiązań uczuciowych w końcu lądują w łóżku.

Nie będę zbyt wiele rozpisywać się na temat treści powieści, mogę jedynie dodać, że trzeci zamach na papieża miał zostać przeprowadzony przez księdza, który mimo woli został wplątany w wielką politykę PRL-u - nieświadomie stał się pionkiem w potężnej grze o przetrwanie i wzmocnienie komunistycznej władzy. Głuchowski bawi się wyciąganiem ubeckich teczek, jątrzeniem w od lat gojących się ranach i aferami o zasięgu europejskim. Akcja jest wartka niczym nurt w górskich strumieniach, lecz jednak wolniejsza niż w Lodzie nad głową

I tylko redaktor Pruski pozostaje człowiekiem takim jakiego znamy z poprzednich części - zapracowanym, totalnie zamroczonym zleceniem, którego się podjął; jak w coś się wgryzie, to zapomina o bożym świecie, potrafi pracować bez wytchnienia jednocześnie nad książką i jako redaktor w gazecie o sztuce. W życiu prywatnym nadal idzie nie całkiem po jego myśli. W Toruniu mieszka z żoną i dwójką synów; rodzina, aby przeżyć kolejny miesiąc musi zadłużać się na bieżące wydatki, nie mówiąc już o kupnie kurtek zimowych dla chłopaków, na domiar złego Pruski traci jedną pracę, a druga wisi na włosku. Bohater zawsze wraca do matki swoich dzieci, z którą kłóci się o wszystko, ale ma też kilka niestałych portów, do których co jakiś czas zawija. Z jednej strony można mu współczuć trudnej sytuacji finansowej, której nie jest winny, z drugiej sam poplątał swoje życie emocjonalne. To rozwarstwienie, rozdarcie i swoista nieprzewidywalność jego działania jest mocną stroną bohatera powieści Głuchowskiego i daje kopa książce. Niestety znów kuleje zakończenie - akcja biegnie, pędzi, galopuje i nagle... Bach!!! 

I koniec. 

Agora 2014

wtorek, 18 listopada 2014

Giełda jest dla mnie tajemniczym i równocześnie fascynującym miejscem. Dzieją się tam dziwne rzeczy, akcje z niewyjaśnionych dla mnie powodów raz szybują do góry, by innym razem spaść na łeb na szyję. Dlaczego tak się dzieje skoro publikowane dane finansowe i raporty wskazują, że firma dobrze stoi, a na rynku podaż przeważa nad popytem? Z pewnością nie spodziewałem się otrzymać odpowiedzi na te pytania w książce Tomasza Pruska, bo ile wspólnego może mieć literacka fikcja z twardą rzeczywistością?

I tu zostałem zaskoczony - choć sam nie mam bladego pojęcia na temat spółek giełdowych i dotyczącej ich prawnej otoczki, to zna się na tym autor, gdyż na co dzień jest dziennikarzem działu finansowego "Gazety Wyborczej". Przedstawiając główną bohaterkę, Olgę Kirsch, jako analityka giełdowego pokazuje jakie prawa rządzą spółkami notowanymi na GPW, jak wyglądają walne zgromadzenia i w jaki sposób wyprowadzane są pieniądze z kieszeni akcjonariuszy. Obraz zdegenerowanego polskiego rynku kapitałowego został ukazany na tle narastającego kryzysu ogólnoświatowego. Na czym polega owa degrengolada właścicieli spółek? (...) Pewien prezes banku opowiedział Oldze, jakim cudem udało mu się kupić państwowy bank, choć zabiegali o niego mocniejsi i bogatsi zawodnicy. - A wie pani, z kim mieszkałem na piętrze w akademiku? - zapytał. - To niech pani sprawdzi... Głowisz się tygodniami, żeby pojąć mechanizmy rynku, a potem dokładasz brakujący puzzel i wszystko staje się jasne. Kolega z akademika...* Ci, którzy chcieliby zmienić reguły gry, grać czysto, zgodnie z prawem i interesem swoich klientów tak jak Olga, muszą narazić się na ostracyzm wielkich graczy i swoich przełożonych. Jednak pojawia się jeździec na białym rumaku, który wyciąga pomocną dłoń, aby uchronić silną, piękną i niesamowicie inteligentną młodą finansistkę. Dlaczego nie dosiada z nim konia? Cóż, miłość nie pozwala. A że okazuje się być nietrafiona... Jest jeszcze dziennikarz, który staje się narzędziem w rękach giełdowych rekinów - zamiast ich oprawiać staje się katem tej, która walczy o normalność polskiego inwestora.

Zafascynowały mnie negocjacje i przekręty robione przez właścicieli, jak również samotna pani szeryf, która bezbrzeżnie wierzyła, że może zmienić cały polski rynek kapitałowy. Brawa również za przewrotne zakończenie powieści, takie jakie najbardziej lubię. K.I.S.S. polecam szczególnie tym, których interesują wydarzenia mające miejsce za zamkniętymi drzwiami walnych zgromadzeń.

Agora 2014

*Tomasz Prusek, K.I.S.S., Warszawa 2014, s.82.

niedziela, 17 sierpnia 2014

Okładka Zabawki Boga długo zniechęcała mnie do sięgnięcia po książkę. Przyczyna nie tkwiła w estetyce, a sugerowanej przez tytuł oraz fotografię na okładce religijnej tematyce, a od niej zwykle stronię. Wszelkie obawy przezwyciężyła jednak moja ciekawość świata, opis Zabawki Boga sugerował bowiem, iż jest to książka podróżnicza. Jak się okazało, zarówno blurb jak i okładka mówiły prawdę, choć nie do końca...

Tadeusz Biedzki, przedsiębiorca i podróżnik, otrzymuje list od przyjaciela, który został zakonnikiem. Andrzej natrafił na ślad artefaktu z czasów Chrystusa, ale stan zdrowia nie pozwala mu na podjęcie próby zlokalizowania go. Jest przekonany, że odnalezienie pamiątki po Jezusie wstrząsnęłoby światem religii i nauki. Adresat listu wraz z żoną Wandą wyrusza więc w podróż do klasztoru na Synaju, by odebrać wskazówki i ruszyć w dalszą drogę przez Jerozolimę, Efez i Prowansję do Lalibeli, gdzie... no, właśnie - czy uda mu się wydobyć drewnianego osiołka na światło dzienne?

Wbrew początkowym obawom Zabawki Boga nie zaliczyłabym do literatury religijnej, główny motyw został bowiem zrównoważony wątkiem podróży. Kto jednak po tej książce spodziewa się klasycznej literatury podróżniczej (a to sugeruje szata graficzna - spora ilość fotografii, mapy, schematy), może być zawiedziony. Wprawdzie autor wędruje niemal od pierwszej do ostatniej strony, zakończenie jednoznacznie wyklucza ten gatunek (nie będę zdradzać szczegółów, by nie odbierać kolejnym czytelnikom radości z odkrywania). A zatem - sensacja? Wprawdzie i takie wątki się pojawiają, ja bym jednak Zabawki Boga nie położyła na księgarnianej półce obok książek Ludluma, Grishama czy Clancy'ego. Jeśli musiałabym zaszufladkować tę pozycję, określiłabym ją jako powieść (!) historyczno-podróżniczą (w tej właśnie kolejności). Biedzki z powodzeniem połączył historie z kilku stuleci (I, XII-XIII oraz XXI w.), odmalowując właściwe im realia i przedstawiając kolejnych bohaterów: Jefraima, Rajmunda, Frumencjusza oraz Andrzeja. Nie można odmówić autorowi talentu w sugestywnym przedstawianiu starożytnych miast oraz erudycji niezbędnej do podjęcia się tego niełatwego zadania. Całość nieco psuje zakończenie, które nie do końca przypadło mi do gustu, nie mogę jednak powiedzieć, żeby mnie nie zaskoczyło, co poczytuję za plus.

Zabawka Boga utwierdziła mnie w przekonaniu, że niczego (i nikogo!) nie powinno się oceniać po pozorach. Niewiele brakowało, a nie dałabym szans książce, która okazała się bardzo udaną podróżą nie tylko przez kraje odwiedzone przez Biedzkiego, ale i przez historię chrześcijaństwa. 

Bernardinum 2013

wtorek, 25 lutego 2014

Człowiek czy android? Granica nigdy nie była jasno określona. Kiedyś starali się ją wyznaczyć autorzy fantastyki naukowej, prognozowali kiedy dojdzie do jej zatarcia, a wytwór przerośnie swego stwórcę. 

Już dziś otacza nas duża ilość elektroniki ułatwiającej nam życie (różne systemy wspomagające kierowcę już mnie nie dziwią, ale to, że mogę włączyć pralkę za pomocą smartfona wywołało we mnie lekki szok). Komputery, z których korzystamy na co dzień są coraz bardziej zaawansowanymi maszynami i nie da się ukryć, że większość z nas nie potrafi się bez nich obejść. Jest to fakt mało zatrważający w porównaniu z tym, że jesteśmy całkiem od nich zależni - nasze pieniądze, emerytury, dane, cała gospodarka i wszystkie przejawy działalności państwa opierają się na systemach informatycznych. Strach pomyśleć co by było, gdyby ktoś wpadł na pomysł wpuszczenia do sieci wirusa, który zacząłby przechwytywać i zmieniać informacje... Już niejednokrotnie byliśmy świadkami globalnych ataków hakerów włamujących się do baz służb bezpieczeństwa, zaszczepiania szpiegowskiego czy złośliwego oprogramowania. Jestem przekonany, że niejednokrotnie poruszano te kwestie w literaturze beletrystycznej. Dan T. Sehlberg w Monie również postanowił zmierzyć się z koncepcją globalnego ataku przez wirus komputerowy, ale...

... podniósł poprzeczkę o stopień wyżej - wirus jest niezwykle skomplikowany, nieustannie mutuje, ukrywa się, a jeśli się ujawnia, to tylko po to, aby zmylić trop i zagrzebać się jeszcze głębiej, aby wyrządzić jeszcze większą szkodę i nadal pozostać nieuchwytnym. Temperaturę wydarzeń podkręca umieszczenie akcji na Bliskim Wschodzie, w rejonie nieustannych walk między Izraelem a ościennymi państwami arabskimi. Wojna ze świata realnego przenosi się do wirtualnego - złośliwy program napisany przez muzułmańskiego geniusza komputerowego szukającego zemsty na Żydach za śmierć żony i córki atakuje izraelski bank centralny (TBI). Cyberatak wspierany jest przez Arabów nie szczędzących funduszy w walce z największym wrogiem. Pierwszą ofiarą padają klienci banku, następnymi w kolejce są osoby grające na izraelskiej giełdzie. Kolejnymi celami stają się inne banki i giełdy na świecie oraz... umysły dwojga Szwedów. Jak się zarazili? Autor nie tłumaczy tego od strony teoretycznej ani praktycznej, co dla jednych może być dużym negatywem, mnie jednak takie rozwiązanie zachęciło do gimnastyki umysłu (myślę, że fani science fiction powinni być zadowoleni). Jeśli nadal czujecie niedosyt, to dodam, że pewien mężczyzna, aby uratować tych dwoje bliskich mu osób wyrusza na poszukiwania antidotum...

... i staje się pionkiem w grze wielkich tego świata - FBI i Mossadu. Do czego są zdolne służby mające chronić swoje państwo przez terrorystami? Jednostka, zwłaszcza będąca obcym obywatelem, ślepo dążąca do postawionego sobie celu, nieświadoma uczestnictwa w ważnej rozgrywce, traktowana jest jak wabik, środek prowadzący do leku na chorobę rozprzestrzeniającą się przez Internet i stanowiący realne zagrożenie dla Zachodu: Z całym szacunkiem, to przede wszystkim jego mieliśmy odbić z obozu. Ciebie oczywiście też, ale Samir Mustaf [twórca wirusa] był dla nas priorytetem. Wszyscy zostali przeszkoleni, żeby móc go rozpoznać i w razie wymiany ognia strzelać tylko do wybranych celów*.

Oto z grubsza pierwszy thriller w Czarnej Serii wydawanej przez Czarną Owcę - Mona. Znajdziemy w nim elementy powieści szpiegowskiej, kryminału, sensacji, fantastyki, science fiction, cyberpunku. We mnie ta udana powieść wzbudziła trochę lęk i obawę dotyczącą tego jak bardzo jesteśmy dziś uzależnieni od komputerów i szeroko pojętej informatyki, i zarazem bezbronni. Szokujące jest również ukazanie jednostki z dwóch punktów widzenia - jako osoby godnej walki i poświęceń, a z drugiej strony poświęcanej w imię osiągnięcia pewnych celów, pojedynczy człowiek jest jednocześnie dla organizmu państwowego wartościowy i bez znaczenia.

Czarna Owca 2014
Seria: Czarna Seria
Tytuł oryginału: Mona
Przekład: Maciej Muszalski

* D. T. Sehlberg, Mona, Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2014, s.371.


KONKURS :) !!!

Osoby, które są zainteresowane wejściem w posiadanie nieczytanego egzemplarza książki proszone są o zgłoszenie takowej chęci w komentarzu pod postem. Z mojej strony byłbym wdzięczny za polecenie książek z kręgu kryminału, sci-fi (warunek nieobowiązkowy, ale mile widziany, podobnie jak zalajkowanie profilu na Facebooku i/lub Google+). 


Regulamin konkursu:
  1. Organizatorem konkursu jest Poczytajka.
  2. Konkurs trwa od 25 lutego 2014 roku do 4 marca 2014 roku włącznie. 
  3. Konkurs skierowany jest do osób posiadających adres korespondencyjny na terenie Polski.
  4. Nagrodą w konkursie jest jeden egzemplarz "Mony" Dana T. Sehlberga.
  5. Aby wziąć udział w losowaniu należy wyrazić chęć otrzymania książki, podać adres mailowy (dotyczy osób nie posiadających bloga) oraz - nieobowiązkowo - polecić książkę sci-fi lub kryminał. 
  6. Zwycięzca zostanie wyłoniony drogą losowania.
  7. Lista zwycięzców losowania zostanie opublikowana na blogu najpóźniej w dniu 6 marca 2014. Dane do wysyłki nagrody należy przesłać w ciągu 7 dni od publikacji zwycięzców. W przypadku nie przesłania danych przez zwycięzcę, odbędzie się dodatkowe losowanie.
  8. Zgłoszenie się do udziału w losowaniu jest równoznaczne ze zgodą na podanie danych adresowych w przypadku wygranej. Dane te będą mi potrzebne tylko w celu realizacji wysyłki, nie udostępniam ich osobom trzecim.
Życzymy powodzenia!

sobota, 9 listopada 2013

Nie wszystkie narody nie posiadające własnego, niezależnego skrawka ziemi mają tyle szczęścia co Żydzi, którzy po II wojnie światowej otrzymali do swojej dyspozycji obszar położony we wschodniej części Morza Śródziemnego. Jak się jednak okazało, w ciągu ponad sześćdziesięciu lat istnienia Izraela kraj był narażony na wiele niebezpieczeństw ze strony sąsiadów i wyznawców islamu. Trudno się temu dziwić, wszak Izrael powstał decyzją Organizacji Narodów Zjednoczonych o podziale Palestyny na dwie części - żydowską i arabską. Nikt nie lubi jak coś, co należało do niego, nagle zostaje mu odebrane - Palestyńczycy nie byli więc szczęśliwi z powodu okrojenia ich strefy rządów, a za nimi stanęła duża część świata arabskiego i muzułmańskiego. Rzeczywistość w jakiej przyszło powstawać państwu żydowskiemu nie była godna pozazdroszczenia - zewsząd wrogowie pełni nienawiści i chęci zniszczenia ONZ-owskiego bękarta. Młode państwo, aby stawić godnie czoła tym przeciwnościom, aby przetrwać w otoczeniu ogarniętym chęcią unicestwienia wroga utworzyło między innymi Mossad, agencję wywiadowczą mającą na celu zbieranie informacji dotyczących zewnętrznych wrogów. Ale to tylko jedno z wielu zadań, którymi zajmuje się od 1951 roku.

Gromadzenie informacji na terenie obcych państw, zarówno tych postrzeganych jako przeciwnicy, jak i sojuszników, to najłagodniejsza forma działania agentów Mossadu. Izraelczycy niejednokrotnie posuwali się do werbowania współpracowników spośród obywateli inwigilowanych krajów, organizacji, ugrupowań terrorystycznych wrogich wobec ich ojczyzny, ale również wśród współpracujących z nimi służb jak amerykańska CIA, brytyjskie MI6 czy niemieckie BND. Do bardziej radykalnych metod operacyjnych należały zabójstwa oraz tortury. Egzekucje zwykle odbywały się daleko od granic Izraela, wielokrotnie w państwach Europy Zachodniej, w Afryce i na półwyspie Arabskim. Ale Mossad to nie tylko służba działająca za pomocą rozwiązań siłowych. Powszechnie stosowaną była praktyka wpływu poprzez ekonomiczne i gospodarcze naciski - odcięcie od dostaw pewnych newralgicznych towarów (ropa, gaz, broń), przejmowanie przez zaprzyjaźnionych biznesmenów strategicznych przedsiębiorstw w państwach neutralnych wobec Izraela. Interesującą strategią było, i prawdopodobnie nadal jest, wspieranie wrogów Izraela – wyposażanie w broń ugrupowań opozycyjnych wobec reżimów nieprzychylnych Państwu Żydowskiemu w celu ich osłabienia (często dozbrajane były kraje objęte embargiem). W jaki sposób? Otóż broń była wielokrotnie sprzedawana pomiędzy spółkami przyjaznymi rządowi w Tel-Awiwie, po pewnym czasie jej właścicielami stawały się raje podatkowe (czasami państwa nie posiadające własnej armii), by w końcu trafić do docelowego odbiorcy.

Izrael, niewielkie państwo, potrafiło stworzyć agencję wywiadowczą podziwianą przez tajne służby całego świata. Swoich agentów umieścił prawie wszędzie: w wyżej wymienionych agencjach wywiadowczych, ale również w Hamasie, na samym jego szczycie. Jedynym krajem, który opiera się skutecznie jest obecnie największy wróg Żydów – Iran, który dąży do skonstruowania broni atomowej. Czy agenci Mossadu poradzą sobie z tym niebezpieczeństwem? Jeśliby sądzić o sile wywiadu po książce, która ukazuje wielokierunkowe działanie agencji, można w ciemno powiedzieć, że Żydzi na pewno nie przegrają. Jednak historia przeprowadzonych akcji ukazuje, że nie zawsze podejmowano właściwe decyzje. Życie zapewne odkryje jeszcze niejedną tajemnicę spośród już i tak wielu ukazanych w książce.

Yvonnick Denoël pisze na tyle barwnym językiem, że lektura, będąca nośnikiem wiedzy historycznej, dostarcza również doskonałej rozrywki sensacyjnej. A o tym, czy wszystkie cudowne akcje przeprowadzane przez pracowników Mossadu miały miejsce i przebieg zgodnie z opisami zawartymi w książce pewnie nieprędko się dowiemy - prawdopodobnie historia tych wydarzeń pozostanie nieodkryta tak samo jak prawdziwa tożsamość autora.

Czarna Owca 2013
Tytuł oryginału: Les guerres secrètes du Mossad
Przekład: Małgorzata Tryc-Ostrowska

poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Kto mógłby napisać dobry polski kryminał, sensację czy thriller polityczny? Kto najlepiej nadałby się na twórcę wielowątkowej intrygi, w której wiele osób posiadających znaczące dla systemu sprawiedliwości państwa funkcje ginie w krwawym zamachu i w większości okazują się oni tylko statystami, przystawką, która ma zmylić tropy? Cóż, nie wiem czy dziennikarz jest najlepszą personą by sprostać tym dość wygórowanym wymogom, ale takiej próby podjął się Piotr Głuchowski. Pisząc już po raz drugi o "przygodach" redaktora Pruskiego - reportera lokalnego dziennika, felietonisty w ogólnopolskim czasopiśmie oraz wykładowcy zwanego przez studentów Wiedźminem - udowadnia, że jest w stanie przeskoczyć poprzeczkę ustawioną na wysokim poziomie.

Kryminał - brzmi to trochę śmiesznie. Zwykle wszystko kręci się wokół zbrodni i poszukiwania przestępcy. I zazwyczaj na tym się kończy. Jedni autorzy budują wokół głównej akcji wątki poboczne, rozwijają świat, w którym bohaterom przyszło popełniać morderstwa i je wyjaśniać, inni okrawają tę część do minimum. Wydaje mi się, że takim poniekąd pogardzanym, wyśmiewanym i pustym gatunkiem kryminał był do publikacji książek Stiega Larssona, który pokusił się o opisanie obyczajowości i społeczeństwa szwedzkiego (zaznaczam, że nie jest to opinia moja, gdyż nie czytałem żadnej z pozycji trylogii, a zaczerpnięta z recenzji, które dość często powtarzają ten fakt). Dzięki temu autorowi kryminał zyskał poważanie, a także możliwość poszukiwania nowych dróg rozwoju. Głuchowski poniekąd podejmuje kierunek zapoczątkowany przez Szweda i zwłaszcza jako dziennikarz nagrodzony Grand Press za reportaże dotyczące władców Korei Północnej nie porzuca swojej ciekawości społeczeństwem, ogromem przejawów jego działalności jak choćby polityką, biznesem, mediami, władzą i drąży je dogłębnie i bezlitośnie, jak człowiek, któremu zawsze będzie mało wiedzy na dany temat.

A fabuła? Byłem ciekaw o czym można pisać na ponad 500 stronach, zwłaszcza gdy w jednej czwartej czy nawet wcześniej otrzymuje się podane rozwiązanie całej zagadki. Opisuje właśnie to co interesuje go najbardziej, czyli relacje jakie tworzą się między ludźmi biznesu, polityki i mediów, jak poszczególne elementy na siebie zachodzą, wpływają, wywierają nawzajem presję, żeby podejmować określone działania. O tym jak społeczeństwo jest otumaniane przez media i bezrefleksyjnie łyka informacje podane w takiej formie i treści, aby wywrzeć na odbiorcach określone wrażenie. O dziennikarzach nie potrafiących używać głowy by samodzielnie dotrzeć do prawdy - szczytem oskarżenia środowiska dziennikarskiego jest to, że zagadkę, w zaledwie kilka dni po zdarzeniu, rozwiązuje dziewczyna, która wcześniej rzuciła studia i wszystkie informacje znajduje w Internecie - światek dziennikarski sięgnął bruku, skoro taki amator i laik rozwiązuje tak skomplikowaną sprawę! Mimo tego, że rozwiązanie poznajemy tak wcześnie, to autor zgrabnie podtrzymuje poziom adrenaliny w ciele czytelnika - prowadzi akcję kilkoma ścieżkami - fałszywą, na którą nabierają się pismaki, a za ich pośrednictwem społeczeństwo, i prawdziwą, ukazując działania władzy, prawdziwych zbrodniarzy i Wiedźmina, który wraz z autorką słusznej teorii zbrodni popełnionej na prawnikach, dąży do ukazania ludziom mechanizmów działania władzy, ogromu interesów, które rozgrywają się w kuluarach, a które, jego zdaniem, powinny dotrzeć do świadomości publicznej, zwłaszcza gdy w imię tych interesów ginie minister i ponad dwudziestu sędziów, prokuratorów, adwokatów, prawników oraz wiele innych postronnych osób tylko częściowo zaangażowanych w sprawę.

Lód nad głową ukazuje świat polityki jako miejsce, gdzie wszystkie chwyty są dozwolone, a w imię czyichś interesów giną ludzie dążący do prawdy i sprawiedliwości. Ich poświęcenie i ofiara z życia może pójść na marne, gdyż ci ustawieni i posiadający wpływy potrafią uciszyć świadków i finalnie cała sprawa rozchodzi się po kościach, oczywiście według scenariusza przez nich napisanego. Handel wiedzą, znikoma wartość ludzkiego życia wobec interesów osób kryjących się za plecami decydentów, poziom dociekliwości dziennikarzy na poziomie zerowym - taki smutny świat kreuje w swojej książce Piotr Głuchowski. Smutny to obraz i brutalny, ale zarazem nie pozostawiający czytelnika ze złudzeniami, ukazujący na pewno po części prawdę dotyczącą relacji zachodzących na linii biznes-polityka-media. Książka jest wciągająca, kolejne wątki powoli się rozwijają, by się połączyć, poszczególni bohaterowie w końcu wskakują w układance na swoje miejsca. I akcja płynie dość wartko, bez zbędnych przystanków na drodze tej ekspresowej akcji, odkrywając choroby toczące ludzi władzy. Szkoda tylko, że całość kończy się jak szmirowate romansidło...

Agora 2013